Dość tych ohydnych kłamstw!!!

.

.

Trudno zachować spokój, gdy czyta się bezczelne i wyssane z palca oskarżenia, jakoby Polacy byli współwinni temu, co żydowska propaganda nazywa „holokaustem”. Oskarżenia są trojakiego rodzaju:
– Najbardziej umiarkowane są oskarżenia Polaków o to, że nie ratowali Żydów, przy czym jako powód bierności i braku pomocy Żydom pada często oskarżenie o polski „antysemityzm” – byliśmy/jesteśny „antysemitami” i dlatego Żydów nie ratowaliśmy.
– Radykalniejsze oskarżenia mówią o „współwinie” Polaków za „holokaus”. Do bierności wobec łapanych przez Niemców Żydów dochodzi czynny współudział w ich łapaniu a nawet mordowaniu.
– Najbardziej radykalne, głoszone zwłaszcza w usraelu brednie żydowskich propagandystów mówią, że np. Niemcy budowali obozy koncentracyjne, by chronić w nich Żydów przed mordującymi ich Polakami.
Tej ostatniej kwestii nie będę poruszał, bo jest zbyt absurdalna. Wiadome jest, że np. Auschwitz Niemcy zbudowali, aby więzić w nim Polaków. Bo to wyłącznie Polaków początkowo w nim więziono. Wykorzystywani byli jako tania siła robocza.
Zastanówmy się najpierw, kto ponosił winę za wybuch II wojny. Bo gdyby jej nie było, nie byłoby sprawy. Nie ulega wątpliwości, że do niej parł Hitler. Ale do władzy doszedł w wyniku zakulisowych machinacji wielkiego kapitału, a w zbrojeniach pomogły mu wielkie banki zachodnie, także „brytyjskie” i „francuskie”, będące głównie w żydowskich rękach. Ale nie tylko Hitler chciał wojny. Przytaczam raport polskiego ambasadora w Waszyngtonie, Jerzego Potockiego, z dnia 21 listopada 1938 relacjonujący jego rozmowę z ambasadorem Williamem Bullittem (wytłuszczenia moje): moje):
.

Wojna z Hitlerem jest nieuchronna a  Stany przystąpią do niej po związaniu Niemiec przez Anglię i Francję.  Państwom demokratycznym potrzeba co najmniej dwa lata czasu na dozbrojenie a w międzyczasie należy spodziewać się ekspansji Hitlera na wschód i życzeniem państw demokratycznych byłoby, żeby tam na wschodzie doszło do rozgrywki między Rzeszą Niemiecką a Rosją. Ponieważ potencjalna siła Sowietów  nie jest  dotychczas znana, zatem możliwe jest, że Niemcy operując zbyt daleko do swych baz byliby skazani na długa i wyniszczającą wojnę. Dopiero wtedy państwa demokratyczne mogłyby zaatakować Niemcy i doprowadzić do ich kapitulacji. W. Bullitt potwierdził, że Polska jest jedynym państwem, które by wystąpiło orężnie do walki, gdyby Niemcy przekroczyły jej granice. Ambasador Bullitt stwierdził że Niemcy mają zupełnie wyrobiony sztab ukraiński, który w przyszłości ma objąć rządy na Ukrainie i stworzyć tam niepodległe państwo pod wpływami Niemiec.

.

W raporcie z dnia 12 stycznia 1939 r. ambasador Jerzy Potocki pisał:

„Brutalne traktowanie Żydów i problem uchodźców podnieca stale istniejącą nienawiść do wszystkiego co ma coś wspólnego z niemieckim nazizmem. W wielkiej mierze przyczynili się do tego poszczególni żydowscy intelektualiści którzy związani są z prezydentem Roosseveltem węzłami przyjaźni, jak Bernard Baruch, gubernator stanu Nowy Jork, nowomianowany sędzia Sądu Najwyższego Felix Frankfurter, sekretarz Skarbu Morgenthau i inni, chcą zrobić z Prezydenta szampiona praw człowieka, religii i słowa, jako też tego który w przyszłości musi ukarać mącicieli spokoju. Ta grupa ludzi, zajmujących najwyższe stanowiska w rządzie amerykańskim, pragnie uchodzić za przedstawicieli prawdziwego amerykanizmu, oraz obrońców demokracji związana jest nierozerwalnymi więzami z międzynarodowym społeczeństwem żydowskim. Dla tej Międzynarodówki żydowskiej która ma głównie swoje interesy rasowe– wywyższenie Prezydenta Stanów Zjednoczonych na to najidealniejsze stanowisko obrońcy praw człowieka, było genialnym pociągnięciem, a zarazem stworzenie  bardzo niebezpiecznego ogniska nienawiści na tym kontynencie oraz podziału świata na dwa wrogie obozy. Przy tym ujęto całość w misterną robotę: stworzono Rooseveltowi podstawy do aktywizacji polityki zagranicznej i stworzenia tą drogą olbrzymich zasobów militarnych dla przyszłej rozgrywki wojennej do której Żydzi całego świata dążą z całą świadomością.”
.
Mamy więc obok Hitlera i innych prących do wojny – tzw. „państwa demokratyczne”, a więc przede wszystkim USrAel, a także UK i Francję, oraz – Żydów z całego świata dążących świadomie do przyszłej rozgrywki wojennej. Naturalnie prości Żydzi, żyjący w małym miasteczku na polskiej prowincji, wojny nie chcieli, ani nie mieli na nią wpływu. Ambasador Potocki miał na myśli elity żydowskie, polityczne i finansowe. Zwłaszcza finansowe – czyli żydowscy banksterzy zaintersowani byli wojną. Kredytowali bowiem obie walczące strony. A będąc często akcjonariuszami a nawet współwłaścicielami fabryk zbrojeniowych zarabiali i na broni. Po wojnie zaś mogli kredytować odbudowę zniszczonych krajów. Dla nich każda wojna to kokosowy interes.
Ustaliliśmy więc odpowiedzialnych za wojnę, a więc pośrednio przynajmniej i za to, co podczas niej spotkało Żydów.
Polaków wśród chcących wojny nie było. Ale mimo to wojna zaczęła się agresją właśnie na Polskę. Czy wobec tego faktu Polacy mieli możliwość, obowiązek, a przynajmniej powinność ratowania Żydów?Zacznijmy od tego, czy mieli obowiązek, a przynajmniej powinność ich ratowania?
Wiadome jest, że w sytuacji wielkiego zagrożenia ludzie najpierw ratują siebie i swoich najbliższych. W drugiej kolejności znajomych, a dopiero potem innych. Są w stanie ratować i obcych, których nie znają, ale których uznają za – powiedzmy – dotkniętych nieszczęściem współobywateli, rodaków. Obcych, niechętnych Polakom, a żyjących na polskich ziemiach, tylko niewielu było gotowych wspierać. I nie ma to nic z głoszonym przez żydowską propagandę polskim „antysemityzmem”. Przytoczę garść opinii o Żydach przedstawicieli różnych nacji z różnych epok:

Na ukształtowaną historycznie specyficzną mentalność narodu żydowskiego zwracano wielokrotnie uwagę w okresie późniejszym. Literatura w tym względzie jest bardzo bogata, m.in.:

  • Tacyt (ok.55-120), najwybitniejszy historyk starożytnego Rzymu: „Między sobą są niezachwianie uczciwi i zawsze gotowi okazać współczucie, resztę ludzkości poczytują jednak za znienawidzonych wrogów”, 

•  Marcin Luter (1483-1546), reformator religijny, inicjator reformacji, w wyniku której powstały nowe odmiany chrześcijaństwa: „Żydzi są nieznośnym ciężarem naszym. Narzekają na nas, że ich gnębimy i uciskamy, a tu nie ma wśród nas nikogo, co by na oścież nie otworzył drzwi domów swych, aby wyszli do miejsca, z którego do nas przybyli. Jeszcze byśmy ich podarunkami obsypali na drogę, by się tylko od nas wynieśli. Nie my uciskamy Żydów, jeno Żydzi nas w naszym własnym kraju uciskają, my w pocie czoła pracujemy, a oni spokojnie owoc naszej pracy kradną. Żydzi wymyślają nam od gojów, życzą nam w swych szkołach i modlitwach nieszczęścia i rabują nasze pieniądze i dobra lichwą. Nie wierz lisowi na zielonej łące, nie wierz Żydowi, gdy przysięga. Żyd jest przekonany, że jemu wolno przysięgi nie dotrzymać, tak uczy Talmud” (Marcin Luter, Żydzi i kłamstwo, 1543); „Żydzi nie pracują, nie zarabiają uczciwie pieniędzy; nie pracują a my dajemy lub darujemy im je. I mają nasze dobra i pieniądze, stają się panami naszej ziemi, pomimo tego, że są na wygnaniu„; „Oni trzymają w niewoli chrześcijan w naszym kraju; (…) rozkoszują się pieniędzmi i dobrami, siedząc leniwie za piecem, żrąc i chlejąc, żyją sobie dobrze z naszej pracy, utrzymują nas i nasze gospodarstwa w niewoli przez ich przeklętą lichwę, kpią z nas i plują nam na głowy, ponieważ musimy pracować; pozwalamy im czuć się lepszymi od nas dzięki naszej pracy. Są naszymi panami i władcami, my zaś ich niewolnikami, służącymi im swoją własnością, potem i pracą! A oni zamiast dziękować nam, przeklinają naszego Pana!” (Ibidem, s. 15-16, 28).

•  Jan Dantyszek (1485-1548), renesansowy poeta, sekretarz królewski, biskup: „Naród Żydów jest gruby, bez wszelkiej ludzkości. Pełen wszelkiej rozpusty, także i wściekłości. Trwa w nim upór niezmierny, naród to zdradliwy. Pusty pochlebiający, czołem nie wstydliwy. Wszędzie stroi zasadzki, jednak nierozumny, omylny i zwodzący, obmierzły i dumny„  (Jan Dantyszek, Błędy talmudowe, 1520 r.),

 •  Giordano Bruno (1548-1600), filozof, humanista, oskarżany o herezje i spalony na stosie: „Żydzi są rasą działającą na podobieństwo dżumy i cholery, rasą dla ogółu tak niebezpieczną, że zasłużyła na wytępienie zanim się jeszcze zrodziła. Żydzi są wyrzutkiem ludzkości, najbardziej zepsutym i niegodziwym narodem na świecie, o mentalności i skłonnościach najpodlejszych z podłych i najbrudniejszych z brudnych”,

 •  Wolter (1694-1778), jeden z najwybitniejszych pisarzy oświecenia: „Mały narodek żydowski ośmiela się okazywać nieprzejednaną nienawiść do wszystkich ludów, jest zawsze zabobonny, zawsze pożądliwy cudzych dóbr, czołobitny w nieszczęściu, a zuchwały w szczęściu”,

 •  Immanuel Kant (1724-1804), uważany za jednego z największych filozofów: „[Żydzi są] narodem lichwiarzy … oszukującym ludzi wśród których znaleźli schronienie … Stworzyli slogan: „Niech kupujący ma się na baczności” – swą najważniejszą zasadą prowadzenia z nami interesów”, „Żyjący pomiędzy nimi Żydzi dzięki swemu lichwiarskiemu duchowi, od najdawniejszych czasów w nich tkwiącemu, stali się najsłynniejszymi oszustami i sobie tylko  samym tę świadomą famę oszustw zawdzięczają. Zdawało by się trudnym do pojęcia, iż może istnieć naród składający się z samych kupców, którzy wciskając się pomiędzy inne narody, nie myśli o pozyskiwaniu wśród nich czci obywatelskiej, ale jedynie jak dany naród nieżydowski obłupić, wyzyskać a nie stracić nic z pozyskanych praw obywatelskich”

 •  Edward Gibbon (1737-1794), jeden z najwybitniejszych historyków angielskich był zdumiony fanatyczną nienawiścią, przejawianą przez Żydów w starożytnym świecie: „Od rządów Nerona do Antoninusa Piusa, Żydzi okazywali ogromne zniecierpliwienie rzymskimi rządami, które wciąż wybuchało w postaci najwścieklejszych rzezi i powstań. Jesteśmy wstrząśnięci w naszym człowieczeństwie szczegółowym wyliczaniem przerażających okrucieństw, jakie popełnili w miastach Egiptu, Cypru i Cyreny, które zamieszkiwali, żyjąc w fałszywej przyjaźni z niczego nie podejrzewającymi autochtonami”

•  Stanisław Staszic (1755-1826), działacz oświeceniowy: „Żydostwo to letnia i zimowa szarańcza naszego kraju, która zaraża powietrze zgnilizną, roznosi próżniaczego ducha swych ojców, wśród pracowitego ludu utrzymać się nie może i tam tylko się gnieździ i mnoży, gdzie próżniactwo ma ochronę” („Przestroga dla Polski”, 1770 r.), „Żydzi byli zarazą wewnątrz, zarazą ciągle polityczne ciało słabiącą i niedzniącą. Chociażby nawet to ciało nie było podzielone, chociażby po podziale zjednoczone zostało, przecież z tą wewnętrzną skazą nigdy nie nabierze właściwych sobie sił, ani czerstwości, musi być zawsze tylko słabe, wynędzniałe i nikczemne” („O przyczynach szkodliwości Żydów”, 1816 r.)

 • Johann Gottlieb Fichte (1762-1814), jeden z trzech wielkich filozofów niemieckiego klasycznego idealizmu:  „Prawie we wszystkich krajach europejskich rozszerza się potężne wrogie państwo, które wojuje stale z innymi państwami i uciska okrutnie obywateli. Państwem tym jest żydostwo”,

 •  Napoleon Bonaparte (1769-1821), jeden z największych wodzów i reformatorów państwa i prawa: „Państwo nie może na to spokojnie patrzeć, gdy naród godny pogardy, niszczy dwa departamenty Francji. Musimy uważać Żydów nie tylko za odmienną sektę, lecz traktować ich wprost jako osobny naród. Byłoby to zanadto wielkim upokorzeniem dla ludu francuskiego, gdyby się miał dostać pod rządy najniższego ze wszystkich plemion. Żydzi są rozbójnikami naszych czasów, istnymi krukami. Może by nie było źle przenieść ich z prowincji pogranicznych i rozpędzić po całym kraju; można by im także wytrącić z rąk handel, w którym się lichwą zniesławiają” (z wystąpienia w Radzie Państwa, 6 kwietnia 1806 r.), „Niedawno dopiero minął ten czas, w którym rząd widział się zmuszonym położyć tamę działalności czynnej tej nieużytecznej dla francuskiej społeczności kasty żydowskiej która byłaby doszła do zupełnego zawładnięcia majątkami i nieruchomościami całych departamentów przez wzrastającą co godzina potęgę swą pieniężną środkami lichwy i z niej wypływających zastawów hypotecznych. Celem więc naszym będzie zniszczyć skłonności żydowskiej ludności, a przynajmniej wykorzenić o ile się tylko da tę niepohamowaną chęć do zatrudnień, szkodliwych nie tylko dla Francyi, ale dla całego świata, dla wszystkich krajów, dla cywilizacyi i dla porządków społecznego życia”,

 •  Michał Bakunin (1814-1876), rosyjski rewolucjonista, jeden z ojców anarchizmu: „Zauważ że wszyscy nasi wrogowie, wszyscy nasi prześladowcy są Żydami – Marks, Borkheim, Liebknecht, Jacoby, Weiss, Kuhn, Utin – należą wszyscy, z tradycji i instynktu, do tego ruchliwego i intryganckiego narodu wyzyskiwaczy i burżujów„,                                                                                        .

 •  Karol Marks/Hirschel Marx – Żyd (1818-1883), twórca naukowego komunizmu: „Jaka jest świecka podstawa żydostwa? Praktyczna potrzeba, własna korzyść. Jaki jest świecki kult Żyda? Handel. Jaki jest jego świecki bóg? Pieniądz.[…] Pieniądz jest tym zazdrosnym bogiem Izraela, wobec którego żaden inny bóg ostać się nie może”. „Tak więc za plecami każdego tyrana odnajdujemy Żyda, jak za papieżem jezuitę. Naprawdę marzenia uciskających byłyby bez nadziei, a praktyczna możliwość wojny poza kwestią, gdyby nie było armii jezuitów duszących myśl i garstki Żydów rabujących kieszenie”; był zdecydowanym przeciwnikiem ruchu syjonistycznego i utworzenia państwa żydowskiego; powszechnie znany jest jego negatywny stosunek do pieniądza;

• Werner Sombart (1863-1941), niemiecki socjolog i ekonomista filosemicki: Żydzi byli „od najdawniejszych czasów osamotnioną, i dlatego oddzieloną i odseparowaną grupą. Wszystkie narody były wstrząśnięte ich nienawiścią do innych„, „Stany Zjednoczone za lat pięćdziesiąt lub sto […] Żydzi naturalnie będą zajmowali stanowisko ekonomicznie przodujące”,

•  August Hlond (1881-1948), kardynał, prymas Polski (proces beatyfikacyjny od 1992 r.):  “Faktem jest, że Żydzi walczą z Kościołem katolickim, tkwią w wolnomyślicielstwie, stanowią awangardę bezbożnictwa, ruchu bolszewickiego i akcji wywrotowej. Faktem jest, że wpływ żydowski na obyczajowość jest zgubny, a ich zakłady wydawnicze propagują pornografię. Prawdą jest, że Żydzi dopuszczają się oszustw, lichwy i prowadzą handel żywym towarem. Prawdą jest, że w szkołach wpływ młodzieży żydowskiej na katolicką jest na ogół pod względem religijnym i etycznym ujemny…” (w liście w sprawie żydowskiej “O katolickie zasady moralne”, który został wydany 29 lutego 1936 r.),

 •  Henry Ford (1863-1947), Irlandczyk, przemysłowiec amerykański, założyciel w 1903 r.  spółki Ford Motor Company, ówcześnie najbogatszy człowiek świata: „Dokądkolwiek się udał szła za nim jak przekleństwo odraza innych narodów. Żyd nie był nigdy popularny jako rasa, nawet najzagorzalszy Żyd nie zaprzeczy temu, jakkolwiek chciałby to zjawisko tłumaczyć. […] Żydzi nie dbali nigdy o pozyskanie mas nieżydowskich […] posiadają oni wrodzone przeświadczenie, iż należą do wyższej rasy […] starali się zawsze pozyskać przyjaźń królów i możnych […] nawet w najcięższych dla Żydów czasach istniał typ „nadwornego Żyda”,

• Antoni Słonimski (1895-1976), Żyd, poeta, prezes Związku Literatów Polskich (1956-59): „Oprócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew, fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić” (Wiadomości Literackie nr 35 z 31 sierpnia 1924 r.)

• David Irving (ur. 1938), brytyjski pisarz i publicysta, wyraził się, że jeśli chodzi o przyczynę antysemityzmu, to Żydzi „Powinni zadać sobie sami pytanie: „Dlaczego są tak nienawidzeni przez 3000 lat, dlaczego w każdym kraju gdzie byli, miały miejsce pogromy za pogromami przeciwko nim?” (w wywiadzie udzielonym 20.12.2006 r.),

• Mel Gibson (ur. 1956), aktor i reżyser m.in. filmu Pasja (ang. The Passion of Jesus Christ): „Pierdoleni Żydzi… Żydzi są odpowiedzialni za wszystkie wojny na tym świecie!” (słowa pijanego Gibsona skierowane do oficera policyjnego Jamesa Mee który go aresztował za jazdę pod wpływem alkoholu).
http://dylewski.com.pl/menu-boczne/iluzja-pieniadza/osobliwosc-zydowska-czesc-1/
.
Dużo by mówić można było o Żydach żyjących od wielu wieków na terenach Polski od czasów państwa Piastów. Niejedną grubą książkę można by napisać o ich szkodliwości. Ale nie o to chodzi. Nie mam pretensji do milionów prostych Żydów, zahukanych przez rabinów, władze żydowskich kahałów, a później przez syjonistów, robiących wszystko, by zapobiegać asymilacji pobratymców. Efekt był taki, że gdy zaczynała się II wojna św., ogromna większość Żydów mieszkających w Polsce nie utożsamiała się z Polską, los Polski i Polaków był im obojętny. Nie czuli się obywatelami polskimi i tak też byli traktowani – jako niechętni Polsce i Polakom obcy. A mimo to tysiące Polaków tych obcych i niechętnych czy nawet wrogich Polsce ratowało. Wystarczy sprawdzić listę „Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”. Najwięcej jest na niej – ponad 6 700 – Polaków.

Tu pojawia się pytanie – jakimi możliwościami dysponowali Polacy, by Żydów ratować? Bo gdy słucham żydowskich pretensji o polską bezczynność podczas wojny, to odnoszę wrażenie, że wyglądało to tak – Polacy siedzieli sobie na balkonach albo w oknach, popijali drinki, palili cygara i przyglądali się ze znudzeniem na Niemców łapiących Żydów na ulicach i wywożących ich do obozów koncentracyjnych. Rzeczywistość wojenna wyglądała wtedy jednak inaczej. Polska została zaatakowana bez wypowiedzenia wojny, bombardowane były miasta, rozbijane polskie armie. I już od września 1939 w ramach tzw. „Intelligenzaktion” mordowana była polska inteligencja w masowych egzekucjach:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Intelligenzaktion
http://www.gs24.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20090915/REGION/180592094
http://niss26an50.wordpress.com/2009/09/13/
http://pl.wikipedia.org/wiki/Zbrodnia_w_Lesie_Szp%C4%99gawskim
http://pl.wikipedia.org/wiki/Zbrodnia_w_Mniszku
.
Oprócz tego miliony Polaków Niemcy wypędzali z terenów przyłączanych do Rzeszy –  z Kraju Warty, z Pomorza, z Zamojszczyzny, z rejencji łódzkiej, z rejencji górnośląskiej i z rejencji ciechanowskiej.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Wysiedlenia_Polak%C3%B3w_podczas_II_wojny_%C5%9Bwiatowej_dokonane_przez_Niemc%C3%B3w
.
Już we wrześniu 1939 miały miejsce pierwsze łapanki:
https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%81apanka
.
A później, gdy partyzantka zaczęła akcje sabotażowe, masowe egzekucje Polaków na ulicach miast:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Egzekucje_uliczne_w_Warszawie_(1943%E2%80%931944)
.
Tak więc na przestrzeni całej okupacji Polacy mieli rzeczywiście wiele problemów własnych i ważniejszych dla Polski i Polaków, niż ratowanie obcych, nie chcących asymilacji Żydów. Nie byli w stanie uratowć Polacy milionów zamordowanych rodaków, nie uratowali przed wywózką do obozów koncentrycyjnych lub na przymusowe roboty do Niemiec kolejne miliony rodaków, nie uratowali przed wypędzeniami miliony innych rodaków – bo sami byli mordowani, wyłapywani w łapankach, wywożeni do obozów koncentracyjnych i na przymusowe roboty. I mordowani na ulicach w masowych egzekucjach. A bezczelni żydowscy propagandyści pytają – dlaczego nie ratowaliście Żydów?

A ja zapytam – dlaczego Żydzi nie ratowali Polaków? Niejeden z nich bezpiecznie przeżył wojnę, ale placem nie ruszył w obronie oskarżanych obecnie o bezczynność Polaków.

Kolejną ignorowaną przez żydowską propagandę sprawą jest to, że tylko na terenach okupowanej Polski władze III Rzeszy wprowadziły karę śmierci za ratowanie Żydów. Przy czym kara dotyczyła całej rodziny, a nie tylko osoby udzielającej pomocy. Jeśli więc jeden tylko członek rodziny ratował Żydów i został złapany, mordowano całą jego rodzinę.
I teraz wyobraźmy sobie sytuację odwrotną. Sąsiadem III Rzeszy jest Izrael, na którego terenie żyje kilka milionów Polaków. Nie chcą się asymilować, pasożytują jedynie na Izraelu i troszczą się tylko o siebie. Izrael najeżdża III Rzesza, morduje izraelską inteligencję, wypędza miliony Izraelitów z ich domów, miliony wywozi do obozów koncentracyjnych i na przymusowe roboty. I wprowadza karę śmierci dla całych rodzin za ratowanie Polaków.

Ilu Żydów narażałoby własne życie i życie rodziny by Polaków ratować?

Zaskoczę pewnie niejednego czytelnika. Otóż jestem przekonany, że i tacy Żydzi też by się znaleźli. Bo i wśród nich są odważni i porządni ludzie. Ale nie byłoby ich więcej, niż było podczas prawdziwej okupacji Polaków, którzy Żydów ratowali.

Na koniec jeszcze odniosę się do bredni pupilka całej elity PiSraelskiej ustawiającej się z nim do zdjęć, Jonny Danielsa:

Jonny Daniels: Polacy kolaborowali z chciwości i nienawiści, Żydzi – aby się ocalić
https://www.wprost.pl/swiat/10105306/jonny-daniels-polacy-kolaborowali-z-chciwosci-i-nienawisci-zydzi-aby-sie-ocalic.html

O nienawiści już wspominałem – owszem, Żydów nie lubiano nigdzie, gdzie się osiedlali, ale za to sami ponoszą winę. I niech sami w końcu przyznają, że ich nienawiść do gojów, w tym do Polaków, często większa jest niż nienawiść Polaków do nich. Co widać zresztą po ich wściekłej nagonce na nas. Nie dotyczy to naturalnie wszystkich Żydów, bo są i tacy, którzy Polskę i Polaków bronią przed absurdalną nagonką ze strony ich chciwych i pazernych pobratymców.

Daniels łże. Za kolabrorację zarówno Polaków jak i Żydów nagradzano, choćby zwiększonymi kartkami na żywność. Tak więc niskie pobudki były u jednych i drugich. I wcale niekoniecznie Żydzi kolaborowali, by się ocalić. Większość ocalałych nie była kolaborantami. Zresztą nawet wylądowanie w obozie koncentracyjnym nie było dla Żyda automatycznie wyrokiem śmierci. Słynny łowca nazistów, Simon Wiesenthal, przeżył sześć „obozów śmierci”:

.
Przechodząc kolejno 6 obozów koncentracyjnych (m.in. Płaszów, Gross-Rosen, Buchenwald)[2], cudem unikając egzekucji, Wiesenthal dotarł do obozu Mauthausen w Górnej Austrii.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Szymon_Wiesenthal
.
A Elie Wiesel, noblista, przeżył Auschwitz i Buchenwald.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Elie_Wiesel
.

Przeżywały Auschwitz nawet kobiety, choć rzekomo już prosto z rampy szły do gazu. Ogromnym skandalem była śmierć byłej więźniarki Auschwitz na skutek „eksperymentów medycznych” w izraelskim szpitalu:
.
„Jedną z osób, które zmarły w szpitalu w Rehowot, była 83-letnia polska Żydówka Berta Wiesel. Podczas wojny trafiła do Auschwitz.”
http://www.rp.pl/artykul/345573.html?print=tak
.

Tak więc żydowskim kolaborantom niekoniecznie szło o przeżycie, gdyż nawet trafienie do obozu koncentacyjnego nie było jeszcze wyrokiem śmierci. W obu przypadkach szło kolaborantom przede wszystkim o zwiększenie własnej szansy, aby nie zostać wywiezionym do obozu koncentracyjnego, czy – w przypadku polskich kolaborantów – na przymusowe roboty.

Jest jednak pewna ważna rzecz różniąca postawę Polaków i Żydów wobec kolaborantów. Władze podziemnego państwa polskiego kolaboracji zabraniały i karały ją śmiercią. AK wykonała wyrok na niejednym kolaborancie (i szmalcowniku). Natomiast Judenraty nie wydawały wyroków śmierci na kolaborantów. Zresztą same kolaborowały z władzami III Rzeszy. Tak więc kolaboracja z okupantem ze strony żydowskiej była po prostu przyzwalająca, w przeciwieństwie do postawy polskiego podziemia, które kolaborację karało śmiercią. Tu jeszcze dodam, że AK likwidowała także i żydowskich kolaborantów, przez co później żydowska propaganda oskarżała ją o „mordowanie Żydów”. O tym, że byli to kolaboranci, żydowscy propagandyści naturalnie milczeli.
.

Cała ta wściekła nagonka na Polskę i Polaków ma jeden cel – wymusić ma od nas zgodę na ogromne odszkodowania i tzw. „restytucję żydowskiego mienia”. Ale łudzi się ten, kto myśli, że gdy im to damy, to nagle nas pokochają.

Czego będziedzie ślepi od chciwości, nienasyceni roszczeniowcy żądali, gdy już wyłudzicie i odszkodowania i pożydowskie mienie?

Czy nie nadszedł już czas żyć uczciwie na własny rachunek z uczciwej pracy własnych rąk?

opolczyk
.
.
Reklamy

Opowieść Piastowska o Bolku, który hebrajskiej wiary nie chciał – lata 1034-1038

.

„Kazimierz Odnowiciel wracający do Polski” – znany obraz Wojciecha Gersona.
Wstydliwie ukrył na nim autor ledwo widoczny po lewej stronie hufiec ciężkozbrojnych Niemców.

.

Kolejny, podobny i dużo mniej znany obraz tegoż samego autora a raczej jego fotografia. Tu już widać, że nie był to powrót pokojowy a podbój na czele wojska. Niemieckiego, rozumie się…

.

Gdy zmarł Mieszko II, zamęt zrobił się w piastowym państwie. Wyznaczonego przez niego na następcę pierworodnego Bolka nie uznał ani niemiecki kler, ani wielu możnowładców. Wysłali oni posłów po Rychezę przebywającą w Niemczech, by powróciła do kraju i w imieniu nieletniego Kazimierza objęła regencję. Inni możni posłuszni woli zmarłego, uznali w Bolku władcę. Nad krajem zawisła groźba wojny domowej. Skorzystali z tego Mazowszanie. Wyznaczony przez zmarłego króla na rządcę Mazowsza Miecław zwany Masławem zwołał wiec, ogłosił na nim zrzucenie zwierzchnictwa Piastów, po czym wybrany został kneziem.
Zmarły Mieszko nie miał łatwego życia. W młodości pokochał Dobrosławę, zwaną Dobrochną, którą poznał podczas łowów w osadzie na skraju puszczy. I chociaż był okrzczony, połączyli się słowiańskim obrzędem, gdyż ona nie chciała ślubu w kościele. Przed ojcem Mieszko ukrywał ten związek, gdyż zarozumiały Bolesław chciał go wydać za jakąś księżniczkę niemiecką, by mieć u Niemców sojusznika, ale z powodu długich wojen z cesarzem plany te uległy zwłoce. W międzyczasie Dobrochna urodziła syna, którego przy postrzyżynach nazwali Bolkiem. Kilka lat później ojciec wyswatał Mieszkowi Rychezę, z którą przybyło do kraju Piastów wielu niemieckich kapłanów. Była to dumna Niemka, córka palatyna reńskiego Ezzona i Matyldy, siostry cesarza Ottona III. Gardziła Słowianami i postanowiła podporządkować Niemcom piastowski kraj. Wkrótce i ona urodziła syna, którego przy krzcie nazwali Kazimierzem. Rycheza w nim właśnie widziała następcę po mężu. Wychowywała go po niemiecku w nienawiści i pogardzie do Słowian. Tymczasem tuż po śmierci ojca Mieszko, mający wtedy 35 lat, zmuszony był tłumić pogański bunt. Na wieść bowiem o śmierci tyrana i okrutnika zwanego „chrobrym”, uradowany tym lud podniósł głowę niepomny kar, jakie trzy lata wcześniej spadły nań podczas poprzedniego buntu. I tym razem rpuruch został krwawo stłumiony. Szczególnie zajadle tępił go niemiecki kler i Rycheza. Zaraz po stłumieniu buntu, bez zgody cesarza, Mieszko ukoronował się. Razem z nim arcybiskup Hipolit nałożył królewską koronę Rychezie. Tak więc pierwszą koronowaną królową państwa Piastów była nienawidząca Słowian Niemka.
Po śmierci ojca Mieszko jawnie zaczął odwiedzać słowiańską żonę Dobrosławę i spędzał z nią wiele czasu, czego wcześniej nie mógł robić. Chciał ją nawet sprowadzić na królewski dwór, ale ona się na to nie zgodziła. Nakazał więc wybudować dla niej w pobliżu Poznania w lesie warowny gródek. Rycheza naturalnie dowiedziała się o niej i jej synu, starszym od Kazimierza i znienawidziła oboje. Mieszko zaś dowiedziawszy się o nienawiści Rychezy do Dobrosławy i Bolka, nakazał ich pilnie strzec.
Pierwsze lata po stłumieniu pogańskiego buntu Mieszkowi jako władcy sprzyjało szczęście. Niszczycielsko najechał Saksonię, a po drodze i obrzeża Wieletów. Odwetową wyprawę cesarza odparł bez strat terytorialnych. A że na Rusi, u Madziarów i w Czechach trwały akurat niepokoje i wewnętrzne walki o władzę, granice z tymi krajami były bezpieczne. Tylko z Rychezą trwał w narastającym konflikcie. Poszło o ich syna Kazimierza, którego Mieszko wbrew jej woli oddał do klasztoru, gdyż od śmierci ojca przygotowywać zaczął do objęcia po nim tronu pierworodnego Bolka. Rycheza zaś w jej Kazimierzu widziała następcę tronu a nie mnicha.
Kilka względnie spokojnych lat panowania Mieszka dobiegło jednak końca. Zbiegły z klasztoru we Włoszech starszy przyrodni brat Bezprym wspólnie z młodszym rodzonym bratem Ottonem uknuli przeciwko Mieszkowi spisek. Chcieli zrzucić go z tronu i podzielić się władzą i państwem. Zwrócili się o pomoc do ruskiego Jarosława, który akurat umocnił się w Kijowie, oraz do Rychezy i cesarza o wspólny ich najazd z dwóch stron równocześnie na Mieszka. W kraju Polan trwały gorączkowe przygotowania do odparcia napaści, zakłócone kolejnym pogańskim buntem, który wybuchł na ziemiach przyznanych Rychezie przez króla jako ślubna oprawa. Wprowadziła ona i przybyli z nią niemieccy kapłani w oddanych jej i kościołowi taki ucisk, że lud kolejny raz podniósł głowy. Z Rusi za pomocą posłańców bunt ten podżegał jeszcze Bezprym, chcąc utrudnić Mieszkowi przygotowania do obrony. Nie zdały się one rzeczywiście na nic. Gdy od wschodu uderzyła na jego kraj Ruś, a od zachodu cesarz, zmuszony został do ucieczki do Czech. Chaos u Polan i upadek władzy Mieszka wykorzystał czeski następca tronu Brzetysław, który zajął Morawy, oraz węgierski Stefan, który najechał Słowaczyznę. Mieszka w Czechach uwięził Oldrzych, którego z niemiecka nazywano Udalrykiem. Gdy Mieszko zbiegł do Czech, Rycheza zabrawszy ze sobą koronę swoją i męża wyjechała do Niemiec. A w kraju władzę przejął Bezprym, który brutalnie tłumił podżegany wcześniej przez siebie pogański bunt oraz prześladował stronników zbiegłego Mieszka. Ze współspiskowcem Ottonem nie zamierzał dzielić się władzą. Ostatecznie zginął po roku od przejęcia władzy z ręki nieznanego skrytobójcy.
Gdy zmarł Bezprym i Rycheza akurat szykowała się do powrotu do polańskiego kraju, aby objąć władzę w imieniu jej syna, Oldrzych robiąc jej i cesarzowi na złość wypuścił Mieszka z niewoli. Ten po powrocie do kraju do końca stłumił z pomocą kleru i wiernych mu możnowładców pogański bunt. Jednak kraj, do którego Mieszko powrócił, był już całkiem inny. Utracone zostały marchie Łużycka i Miśnieńska na zachodzie, Morawy i Słowaczyzna na południu i grody czerwieńskie na wschodzie. Zniszczony też był kraj przez obce najazdy i pogański bunt, oraz walkę Bezpryma z jego stronnikami. Wiedział o słabości mieszkowego państwa cesarz i zagroził  kolejnym najazdem, jeśli nie zrzeknie się on królewskiej korony, nie uzna siebie lennikiem i nie podzieli państwa z młodszym bratem Ottonem oraz wnukiem po Odzie, żonie Mieszka I, Dytrykiem. Mieszko przyjął te warunki, gdyż był za słaby, by odeprzeć ewentualny cesarski najazd. Na jego szczęście Otto zmarł już po roku, a Mieszko nie pytając cesarza o zgodę zagarnął jego dzielnicę, po czym zajął i trzecią, na objęcie której Dytryk nie przybył jeszcze z Niemiec. Cesarz był wściekły, ale miał akurat ważniejsze sprawy  do załatwienia na zachodniej granicy i w Italii. Wykorzystał to Mieszko i zbierał siły, by zrzucić narzuconą mu lenną zależność. Zawarł też antyniemiecki sojusz z Wieletami. Widziała to wszystko Rycheza i naciskała na cesarza, by najechał Polan, nim jej mąż umocni się, ale ten zbył ją z niczym, bo nie brakowało mu jeszcze ważniejszych trosk.
I tak nastał  rok 1034.
Na początku wiosny Mieszko nagle zachorował. Podejrzewano, że ktoś z jego dworu, po cichu sprzyjający Rychezie, sypał mu truciznę do jadła. Słabnący z dnia na dzień król postanowił na wszelki wypadek zabezpieczyć koronację Bolka. Korony jednak w kraju nie było, bo zabrała ją do Niemiec Rycheza. Przez co nakazał złotnikom sporządzić duplikat. Nie było jednak też koniecznego do koronacji arcybiskupa, gdyż po śmierci Bożęty nie znalazł król ani jednego kandydata na to stanowisko, do którego miałby zaufanie. Wezwał więc  poznańskiego biskupa, Niemca Ederama, ale ten odmówił wprost dokonania po śmierci Mieszka koronacji Bolka:
– Niewdały on jest, ze związku, którego święty kościół nie pobłogosławił, przeto królem ostać nie może.
Mieszko był zły, że niemiecki biskup, żyjący na polańskim chlebie, odważył się mu wprost odmówić. Posłał więc po biskupa krakowskiego, Włocha Rachelina. Wiedział, że nie cierpi on Niemców za ich panoszenie się u Polan i za samowolę cesarzy w Italii.
– Spełnię wolę waszej miłości, jeno nie wiem, kto tę koronację uzna. Ni papież, ni cesarz, ni niemiecki kler, co tu siedzi, ni wielu możnowładców. Ale zrobię jako wola waszej miłości – obiecał Rachelin.
Mieszko zmarł w maju 1034 roku. Zgodnie z jego wolą Rachelin krótko później koronował w pozbawionym arcybiskupa Gnieźnie Bolka na króla.
Bolko młodość spędził w lesie, najpierw w rodzinnej osadzie matki, później w wybudowanym dla niej gródku leśnym koło Poznania. Dopiero po śmierci dziada „chrobrego” ojciec wziął go do siebie i zaczął przygotowywać do sprawowania władzy i do prowadzenia wojen. Najlepiej jednak czuł się Bolko nie na dworze, a wśród żyjącego po pogańsku prostego leśnego ludu. W czasie gdy ojciec przebywał w czeskiej niewoli, udał się za Odrę do Połabian, gdzie zaprzyjaźnił się z Nakonem, jednym z wieleckich wodzów i razem najeżdżali Niemców. Wrócił do kraju, gdy doszły go wieści, że ojciec zwolniony został z czeskiej niewoli i jest już w domu.
Po koronacji Bolko koronę zostawił w Gnieźnie i wrócił do Poznania. W międzyczasie niemiecki kler i zwolennicy Rychezy i Kazimierza słali po nią do Niemiec, by jako królowa wróciła i objęła rządy w imieniu Kazimierza, dopóki ten nie zostanie zwolniony z zakonnych ślubów. Niemka skorzystała z oferty, wróciła z Kazimierzem do kraju Polan i osiadła w Gnieznie otrzymanym wcześniej od zmarłego męża jako część jej oprawy. Już wcześniej wysłała poselstwo ze złotem do Rzymu, by wykupić u papieża zwolnienie jej syna z klasztoru. Niecierpliwie czekała teraz jego powrotu, szykując syna do objęcia władzy z cesarskiej łaski. Nad krajem zawisła groźba wojny domowej. Część możnowładców, których zmarły Mieszko za wierną mu służbę nagradzał dostojeństwami i nadaniami, opowiedziało się po stronie Bolka. Inni, pomijani w dostojeństwach i nadaniach stanęli po stronie Rychezy, mającej też poparcie w zdominowanym przez Niemców kościele w państwie Piastów. Bolesława uważali za nieślubnego bękarta, nie mającego prawa do dziedziczenia władzy. I obawiali się go. Znali jego zażyłość z prostym, żyjącym po pogańsku ludem, z czym ten wcale się nie krył. Znali też jego wrogość wobec kościoła. Nie jeden raz otwarcie przyganiał Mieszkowi, ustępującemu we wszystkim naciskom biskupów, że co to za król, którym biskupi rządzą. I na głos mówił mu, że jeśli nie chcą go słuchać, to powinien ich wypędzić. Tak więc biskupi i kapłani wiedzieli, co ich spotkać może, gdyby Bolko przy władzy się utrzymał. On tymczasem nakazał poznańskiemu żupanowi zwołać u wałów grodu całą okoliczną ludność ze wszystkich osad i opoli. Lud przyszedł tłumnie, gdyż lubił Bolka. Ale to co usłyszał, wprawiło go w osłupienie i w ogromną radość. Bolko bowiem ogłosił, że na wszystkich ziemiach nie nadanych możnowładcom i kościołowi, nad którymi on ma władzę, przywraca starych bogów, stary obyczaj i wiece dla ludności. Likwiduje ponadto poddaństwo, daniny i powinności. Przywraca wspólnotę ziemi oraz prawo bicia w lasach zwierza i łowienia w wodach ryb. Obwieszczenie to było ogromnym zaskoczeniem dla wszystkich, także dla wspierających go możnowładców, którym zmierzchły twarze. Obawiali się zbiegostwa własnych poddanych na ziemie bolkowe.
Następnie Bolko nakazał osadom i opolom wybrać starszyznę, z którą chce omówić dalsze sprawy. Pierwszy raz w królewskiej siedzibie w Poznaniu obok kilku możnowładców w naradzie uczestniczyli ludzie wybrani na wiecach w osadach. Bolesław otwarcie powiedział, że nie chce doprowadzić do wojny domowej, gdyż osłabi to i tak słaby kraj i sprowokuje wrogich mu sąsiadów, zwłaszcza Niemców, do najazdu. Nakazał starszyźnie ludu, by pod żadnym pozorem nie najeżdżali ziem możnowładców stojących po jego stronie. Natomiast jeśli zechcą wesprzeć uciskanych w dobrach kościelnych i możnowładczych jego przeciwników, karać ich za to nie będzie.Uznał też samodzielność Mazowszan i Pomorców, wysyłał do nich posłów i zawarł z nimi sojusz antyniemiecki.

Na wieść o przywróceniu starych bogów lud zburzył i spalił wszystkie kościoły na polańskich ziemiach królewskich i zrąbał wszystkie krzyże. Jedynie w większych grodach, których atakowania Bolko także zakazał, kilka kościołów ocalało. Ale już na podgrodziach splądrowano wszystkie. Nienawiść, jaka gromadziła się u ludzi od dziesięcioleci, wyładowana została na opuszczonych przez przerażony kler budynkach kościełów.

Tymczasem w dobrach kościelnych, na ziemiach przyznanych Rychezie i w dobrach jej popleczników narastał ucisk prostego ludu. Na co ten począł się burzyć. A gdy ciemiężcy siłą zaczęli tłumić wybuchy niezadowolenia, ludność z ziem bolkowych ruszyła uciskanym na odsiecz. Niekiedy nawet sam Bolko na czele gromad pustoszył dobra kościelne i rychezowe, zabierając na koniec uciskaną ludność na swoje ziemie. Na skargi wrogich mu kościelnych i świeckich dostojników, żądających karania gromad najeżdżających ich ziemie odpowiadał śmiejąc się szyderczo:
– Wolny jest ten lud i ma prawo brać co jego.
A gdy jednego razu niemicki biskup Ederam zagroził Bolkowi kościelną klątwą, ten wybuchł głośnym śmiechem i rzekł:
– Tyla ja dbam o wasze klątwy ile wy o los tutejszego ludu. Możecie mnie wyklinać dzień w dzień. Plwam na to.
Kończąc wskazał ręką biskupowi drzwi.
Drużyna Bolka powoli rozsypała się. Nie dbał zresztą o nią, danin nie ściągał, wojów nie utrzymywał. Odchodzili szukać służby u możnowładców, a nawet za granicą. Bolko nie martwił się tym. Lud zbroił się w topory, włócznie, łuki, a nawet miecze, które kuto w opolnych i podgrodowych kuźniach. Nie było to wprawdzie wojsko równie sprawne jak zawodowi woje, ale było ich o wiele więcej.
Choć danin nie ściągał, na biedę i głód Bolko nie skarżył się. Lud znosił jemu i garstce jego wiernych towarzyszy wszystko potrzebne do życia.
Pod  koniec roku 1034 nasiliły się bunty uciskanej ludności w dobrach wrogów Bolka, co skutkowało większymi jeszcze najazdami zbrojnych gromad z królewskich ziem w obronie gnębionych. Każdorazowo pustoszono coraz więcej dóbr kościelnych i rychezowych. W końcu Rycheza czując zagrożenie, a nie doczekawszy się powrotu poselstwa z Rzymu, zbiegła z synem do Niemiec. Wywołało to popłoch niemieckiego kleru i jej stronników. Pachołków kościelnych mało co już przy życiu zostało, gdyż tych tępił lud z największą zaciekłością. Większość kleru pochowała się w silnie warownych grodach stronników Rychezy lub w ich rozległych dobrach. I one były najeżdżane, ale ich dzierżawcy wspierali się i szli atakowanym z pomocą. Dopiero w zimie walki te ucichły.
Przez następne trzy lata sytuacja niewiele uległa zmianie. W kraju Polan i Goplan na ziemiach królewskich lud żył po staremu, czcąc swoich bogów, wolny od poddaństwa i pańszczyzny. Rozległe dobra stronników Bolka nie były najeżdżane, a ich właściciele sami złagodzili daniny i powinności, aby odsunąć widmo buntów i rozłamu z Bolkiem. Wzmocnili jednak straże aby uniemożliwić zbiegostwo, które z czasem zanikło, bo i ucisk w tych dobrach zelżał. Natomiast ziemie kościelne i rychezowe zostały spustoszone.  Ale lud wracał na nie powoli, gdyż nie miał go już kto na nich uciskać. Niemniej w rękach stronników Rychezy pozostały jeszcze obszerne dobra i silne ich grody, bronione przez silne drużyny. Ludności tylko było tam mało, bo zbiegała masowo.
U Wiślan dosyć spokojnie było. Bolko nie ingerował w ich sprawy zostawiając je Starżom piastującym wszystkie naczelne funkcje i stanowiska. Oni sami także złagodzili ucisk i nie tępili jawnie odrodzonego pogaństwa, choć bronili i osłaniali kler przed atakami ludu. Podobnie było u Ślężan, którzy nieomal samodzielnie decydowali o sobie. Bolko skupił uwagę na możnowładcach polańskich będących stronnikami Rychezy i Kazimierza. Dla niego najważniejszy był kraj Polan.
A lud cieszył się, kochał Bolka i pieśni o nim śpiewał:
.
Bolko Bolko ty nam strażą
Dobrzeć z tobą tu na Jawii
Niech ci nasze bogi darzą
Bo lud już cię wszędy sławi
.
Lud rzeczywiście sławił a nawet czcił Bolka. Przywrócony przez niego stary obyczaj znał jedynie z opowiadań starszych ludzi. I nie miał już nadziei na jego powrót. A tymczasem Bolko tenże obyczaj przywrócił. Znów można było czcić swoich bogów, świętować po staremu, wspólnie uprawiać ziemię bez danin i powinności, polować można było w lasach i łowić ryby. Wróże, wiedźmy, wiedźmini i żercy nie musieli już kryć się po komyszach. I wydawało się ludowi, że tak pozostanie już na zawsze.
Tymczasem Rycheza z Niemiec pilne obserwowała, co dzieje się u Polan. Zwolnienie ze ślubów zakonnych dla Kazimierza uzyskała u papieża, choć kosztowało ją to dużo złota. Teraz musiała jedynie pozbyć się Bolka. Zwołała więc kilkunastu  pachołów, którzy służąc jej, gdy mieszkała u Polan, nauczyli się ich języka. Obiecała wielką nagrodę tym, którzy go zgładzą. Wiedziała wszak, że Bolko lubi włóczyć się po lasach, często mając przy sobie ledwie jednego czy dwóch towarzyszy. I to właśnie chciała wykorzystać. Znalazła sześciu chętnych, zaopatrzyła ich w złoto i wysłała za Odrę. Pozostałych nakazała swojemu komornikowi po cichu wytruć. Bała się, że mogliby wygadać jej zamiary.
Wysłani na Bolka siepacze mieli szczęście. Nie musieli nawet natarczywie wypytywać, by dowiedzieć się, że siedzi w Poznaniu. Dotarli tam przebrani po słowiańsku i czekali.
Nastał rok 1038…
Było to jakiś miesiąc po zimowych Godach, gdy Bolko postanowił, korzystając ze spokoju, odwiedzić zaprzyjaźnionych Wieletów. Pogoda była dobry, mróz trzymał, a lasy okryte były śnieżną okiścią. Pewnego ranka ruszył więc z dwoma tylko towarzyszami na zachód. Nie zauważyli, że podążyło ich tropem sześciu ludzi.
Bolko jechał przodem, a o kilka kroków za nim podążali Przezmir i Gocław, jego towarzysze jeszcze z dziecinnych lat, gdy mieszkali obok siebie w leśnej osadzie i razem jako wyrostki polowali na ptaki. Na pierwszy nocleg zjechali z gościńca, wyszukali w lesie polankę, postawili dla siebie i dla koni dwa oddzielne szałasy, do jednego wprowadzili i nakarmili konie, po czym rozpalili duże ognisko, pożywili się i poszli spać. Gdy już zasnęli, ognisko przed ich szałasem nadal jeszcze się paliło. Śpiący nie słyszeli kroków skradających się sześciu siepaczy. Dwóch z nich z napiętymi łukami zostało na zewnątrz, czterech pozostałych z kordami w rękach weszło do szałasu. Dwóch podeszło do Bolka a pozostali po jednym do jego towarzyszy. Nagle, jakby wiedziony złym przeczuciem rozbudził się Gocław i widząc sylwetki napastników głośno krzyknął. Zbudziło to jego towarzyszy, a że mieli miecze przy sobie, w szałasie zawrzała walka.
Zaatakowany przez dwóch napastników Bolko został ciężko zraniony, ale zdążył zabić jednego i ciężko ranić drugiego. Przezmir także ciężko zranił napastnika, ale i sam został przez niego cięty w szyję. Jedynie Gocław odparował napastnika otrzymując niezbyt groźne cięcie w ramię. Atakujący go siepacz widząc, że trzech jego towarzyszy leży już na ziemi, a stojący przed nim Polanin trzyma w ręku miecz, odwrócił się i wyskoczył z szałasu. Zapomniał jednak o dwóch łucznikach czekających na zewnątrz. A ci nie patrząc, kto wybiega z szałau, wypuścili w niego strzały zabijając go na miejscu. Nim spostrzegli się w pomyłce i nim sięgnęli po następne strzały, jeden z nich z rozpłataną głowa upadł na ziemię. To Gocław, który tuż za uciekającym siepaczem wyskoczył z szałasu, dostrzegł łuczników i pierwszemu z nich rozłupał czaszkę. Drugi widząc to odwrócił się i uciekł w las.
Gocław nie ścigał go, tylko biegiem wrócił do szałasu. Dopadł do leżącego Bolka. Ten jednak już nie żył. Obok niego rzęził konający Przezmir. Jęczało też dwóch ciężko rannych napastników. Trzeciego, nim sam zginął, zabił Bolko. Gocław doskoczył do Przezmira. Ten zaś zapytał go słabnącym głosem:
– Co… z… Bolkiem?
– Legł…
Umierający Przezmir szeptał z wysiłkiem, charcząc tak, że towarzysz ledwo mógł go zrozumieć:
– Bieżaj… do… Poznania, uwiadom… naszych… Bolka trza… do Naw… Nagle zamilkł, wyprężył się i zmarł nie dokończywszy zdania.
Gocław dobił rannych napastników, wypadł z szałasu, wpadł do drugiego, wyprowadził konia, dosiadł go i ruszył spowrotem do Poznania. Nagle bzyknęła strzała i ugodziła go w bok. To ostatni napastnik zaczaił się na niego. Ugodzony strzałą nie ścigał jednak napastnika. Chciał jak najszybciej dotrzeć do Poznania.
Ostatni siepacz także nie ścigał uchodzącego. Po jego odjeździe wszedł do szałasu, upewnił się że Bolko nie żyje, zdjął mu z palca królewski pierścień, ukrył go w zanadrzu, odszukał swojego konia i pognał na zachód. Po kilku tygodniach dotarł do Rychezy. Przyjęła go serdecznie, zaprosiła do swej komnaty, usadowiła za stołem i sama dolewała mu wina i podsuwała jadło. Za pierścień zabitego Bolka dała pachołkowi ogromny trzos ze złotem. Na koniec służba odprowadziła go do przeznaczonej dla niego komory. A że był zmęczony zarówno forsowną drogą, jak i winem, jakim go Rycheza ugościła, położył się spać. Ale z tego snu już się nie obudził.  Trucizna w winie zatarła ostatni ślad prowadzący do Rychezy, jako odpowiedzialnej za zasadzkę na znienawidzonego przez nią Bolka.
Gocław natomiast, po umknięciu ostatniemu siepaczowi, mimo kolejnej rany i strzały wbitej w bok, popędzał konia. Jednak gdy wyjechał na gościniec zaczął słabnąć na skutek utraty krwi. W końcu nieprzytomny oparł głowę na karku konia. Ten zaś słysząc z daleka z przodu wilki zszedł z gościńca i ruszył lasami, gdzie go poniosły oczy. Jak długo ta jazda trwała, nieprzytomny Gocław nie wiedział. Na szczęście jego koń zwietrzył dymy smolarzy i ruszył w tamtym kierunku. U smolarzy mieszkał Chwalibóg, syn Sambora, który to przed wielu laty, po spaleniu przez kapłańskich pachołów ich osady, udał się po Radzima do Mazowszan prosząc go o pomoc. Na pamiętkę po zamęczonym wtedy wróżu przy postrzyżynach otrzymał od ojca jego imię. Chwalibóg opatrzył nieprzytomnego Gocława, który przez kilka tygodni nie odzyskiwał świadomości. Dopiero gdy zbliżała się wiosna, odzyskał przytomność i opowiedział o zamachu i o śmierci Bolka.Usłyszawszy to Chwalibóg zerwał się, osiodłał konia i chociaż roztopy utrudniały jazdę, pognał co sił do Poznania. Wieść o śmierci umiłowanego Bolka wywołała wstrząs i wzburzenie. Wielu jego towarzyszy ruszyło odszukać w lesie jego szczątki. Odnaleźli dwa szałasy, a w większym wiele ogryzionych przez wilki końskich kości. W mniejszym znaleziono ledwo kilka kości, strzępy odzieży i broń. Resztę kości poległych rozwlokły wilki. Znalezione szczątki, choć nie wiedziano czyje były, pochowano z wielką czcią w leśnym uroczysku.
Tymczasem wiadomość o zabiciu Bolka przez nasłanych siepaczy rozlewała się coraz szerzej. Nikt nie miał wątpliwości, że nasłała ich Rycheza, być może wspólnie z niemieckim klerem. Pod Poznań ciągnęły ogromne zbrojne gromady. Pomny napomnień zabitego, zbrojny lud w spokoju zostawił dobra jego stronników. Ale z wściekłą zajadłością ruszył na majątki stronników Rychezy, a nawet na silne ich grody, choć Bolko im tego odradzał. W wielu miejscach na polańskiej ziemi zawrzała walka i lać się zaczęła krew. Zwłaszcza przy atakach na grody, niedoświadczony w ich zdobywaniu lud ginął tysiącami. Ale inni, nie bacząc na śmierć darli się dalej na wały. Kilka grodów oblegający mimo ogromnych strat zdobyli. Rozrywali na strzępy kapłanów, kościelnych pachołów i służbę oraz możnowładców i wojów. Jedynie prosty lud zostawiali w spokoju, Następnie niszczyli kościoły, łupili kościelny i możnowładczy majątek i szli pod następny gród.
Zaatakowane majątki sprzyjających Rychezie możnowładców bronione były przez silne rodowe drużyny. I tu atakujący ponosili ogromne straty, ale i obrońcy padali gęsto trupem. Jeszcze inne gromady szły na opustoszałe od kilku lat kościelne dobra i niszczyły wszystko, co uchroniło się podczas poprzednich najazdów. Ten szał wściekłości i rozpaczy po zabitym Bolku trwał kilka tygodni. Ale wreszcie ludzie pogodzili się z jego utratą. Wiedzieli, że Bolka już nie ma. I wiedzieli też, że żywi muszą coś jeść. Powoli więc odstępować zaczęli od walk i ruszali do siebie, by zająć się pracą na polach.

Najsilniej szalał lud przeciwko kościołowi i rychezowym stronnikom u Polan. U Ślężan, którzy chcieli zrzucić kościelne jarzmo i piastowską zwierzchność niewiele mniej, zwłaszcza na terenach przylegających do kraju Polan. U Wiślan rozruch też był, ale mniejszy. Nie było tu stronników Rychezy, poza klerem, a wiślańscy możnowładcy, niechętni władzy Piastów i wspierających ich kapłanów, a raczej władzy kapłanów i wspierających ich Piastów, nie tylko nie wykazywali gorliwości w krzewieniu nowej wiary, ale często na przekór osłaniali  lud przed uciskiem kościoła. Gdy nastał Bolko, daniny zmniejszyli, aby zminimalizować zbiegostwo. Obecnie, gdy ten nie żył, przyczaili się. Marzyło im się własne księstwo, zwłaszcza Starżom. Wiedzieli jednak, że nawet przed Czechami, którzy pretensje roszczyli do ich ziem, sami się nie obronią. Tym bardziej przed Niemcami. A wiedzieli, że Rycheza teraz, po śmierci Bolka, upomni się o tron dla Kazimierza i że poprze ją cesarz. Postanowili więc odczekać na rozstrzygnięcie ewentualnego starcia Czech z Rychezą by na koniec opowiedzieć się po stronie zwycięzcy. Rozruchów nie było jedynie u Mazowszan, ale i nie mogło ich tam być. Pogaństwo było tam jawne, kapłanów hebrajskiego boga jak na lekarstwo i bez żadnej władzy, a Masław był samodzielnym pogańskim kneziem.

Tymczasem, gdy  u Polan trwały jeszcze wściekłe ataki gromad na rychezowych stronników, w Pradze z wysłannikiem magdeburskiego arcybiskupa Humfrieda, kanonikiem Engelhardem naradzał się Brzetysław, który po zmarłym ojcu został czeskim kneziem. Humfriedowi już wcześniej papież Benedykt IX nakazał za wszelką cenę zdusić pogański bunt u Polan i doprowadzić do osadzenia na tronie jako cesarskiego lennika byłego mnicha Kazimierza.

– Łatwo jest to ojcu świętemu rzec, niełatwo na miejscu zrobić – myślał arcybiskup. Ale wpadł mu do głowy pewien plan. Przedstawił go i uzyskał akceptację cesarza Konrada II. I teraz jego posłaniec rozmawiał o tym z Brzetysławem.
– Najedziecie panie całą siłą kraj Polan, rozruch pogański dusząc. Co po drodze łupu weźmiecie, wasza rzecz. Idzie o to, by rozruch pogański chłopstwa we krwi utopić. Zrobicie to – wrócicie do dom. A wtedy rychezowy Kazimierz do kraju Polan wkroczy. Sprawicie się dobrze, cesarz ziemie Ślężan w lenno wam da.
Brzetysława propozycja ta tak ucieszyła, że o mało na głos nie krzyknął z radości. Sam już zamyślał najechać Ślężan, bał się jedynie odwetowej cesarskiej wyprawy. Wiedział, że Konradowi nie byłoby w smak, gdyby on, niepokorny lennik, wzrósł bez jego zgody w siłę. I choć ucieszyła go propozycja Humfrieda, nie okazał jej po sobie, a wręcz przeciwnie – udawał, że go ona nie interesuje:
– Ja ruszę na Polan a węgierski Stefan lub cesarz na mnie. Nie ma mowy.
– Możecie spokojnie na polańskich pogan iść – Engelhard chciał rozwiać jego wątpliwości. –  Mam pisma od arcybiskupa do węgierskiego Stefana. Wprawdzie słaby on i lada moment umrze, ale pisma są i do jego następy Orseolo. Pod karą klątwy mają zakaz naruszać wasze granice, gdy wy panie rozruch tłumić będziecie. Od cesarza takoż macie gwarancje, że granice Czech od niemieckich ziem bezpieczne są.

Tego jeszcze dnia posłańcy czescy i magdeburscy z pismami arcybiskupa ruszyli na Węgry. Brzetysław natomiast na gwałt zbierał wszystkie siły na daleką wyprawę. Miał zresztą własne plany, z których nie zwierzył się kanonikowi Engelhardowi. Chciał zająć nie tylko ziemie Ślężan ale i Wiślan. A w razie czego wyłga się, że źle zrozumiał magdeburskiego posłańca. Liczył też na poparcie dla siebie u cesarza niemieckich arcybiskupów, jeśli rozruch pogański zdławi. Kilka dni później z Pragi tysiące konnych ruszyło ku ślężańskiej granicy. Inny silny hufiec ruszył na Kraków. Miał rozkaz go zdobyć, obsadzić wojami, a resztę sił wysłać na Poznań. Już wcześniej, jak tylko szybko się dało, na północ ruszyły wozy na spodziewane łupy z silną eskortą jazdy i piechoty. Brzetysław miał szczęście, że gdy wkraczał na ziemie Polan, walki właśnie cichły a wielkie gromady ludu dzieliły się na mniejsze i wracały do prac w polu. Trafiając na nie rozbijał je łatwo z marszu. Palił po drodze wszystkie osady i opola, a przerażona jego najazdem ludność chowała się w lasach. Brzetysław parł wojsko tak szybko na północ, że nigdzie wieść o czeskim najeździe nie wyprzedziła jego pochodu, przez co tym łatwiej rozbijał zaskoczone gromady. Nie musiał też zdobywać tych grodów, które chciał złupić, a które oparły się szturmom wściekłych gromad. Obrońcy grodów widząc nadciągające wojska brali je za zorganizowaną przez Rychezę odsiecz i same otwierały przed Czechami bramy. Ale gdy tylko pierwsze szeregi przybyłych wojów wkroczyły do grodów,  najeźdźcy łapali za broń, rozbijali obrońców i rozpoczynali grabież. W ten sposób ograbił Brzetysław, nie musząc ich zdobywać Giecz, Ostrów Lednicki, Giezno i Kruszwicę, a także Poznań, który zajęli możnowładcy, gdy gromady ludu ruszyły na rychezowych stronników. Tak samo zdobył hufiec wysłany do Wiślan Kraków, gdzie  Czesi zatrzymali jako zakładników całą starszyznę rodu Starżów. Wojska Brzetysława złupiły wszystkie te grody do cna. Największe łupy zdobyli w Gnieźnie. Same tylko złote tablice z grobu Vojtecha i złoty krzyż o wadze trzech dorosłych mężczyzn były ogromnym bogactwem. Najbardziej zdziwiło Czechów, że Brzetysław nakazał zabrać też zwłoki Vojtecha i jego brata Radzima. Za życia dwukrotnie Vojtecha wypędzono z Czech. A gdy magdeburski arcybiskup nakazał mu po raz trzeci wrócić do Pragi, Czesi po prostu go nie wpuścili. Nie chcieli go jako żywego, ale połakomili się na jego zezwłok. Wiedzieli, że on jako relikwia może być cenniejsze niż złoto.

Gdy tylko Czesi opuszczali złupione grody, wkraczały do nich, choć już dużo mniejsze gromady ludu wracające z walk. Łupić nie było już co. Zresztą nie chodziło im o łupy. Z wściekłością burzyli grodowe kościoły, których wcześniej nie mogli dopaść. Chcieli zatrzeć w ich kraju wszelkie ślady zostawione przez krzewicieli wiary w hebrajskiego boga.
W drodze powrotnej Brzetysław nadal rozbijał napotykane gromady i palił osady, a po dojściu do Ślężan pozajmował i obsadził silnymi załogami ich grody. Wysłał też ponownie oddzielny silny hufiec do Wiślan, rozkazując zajęcie i obsadzenie  wszystkich ich ważniejszych grodów. Poszło to nadspodziewanie łatwo – Czesi mieli wszak w rękach jako zakładników całą starszyznę Starżów, najważniejszego rodu Wiślan. Przez co wszędzie otwierano im bramy bez stawiania oporu.
Po odejściu Czechów ziemia Polan, jak to napisał Gall Anonim „… stała się jedną wielką pustynią, bezlud­nym opuszczonym pustkowiem, cmentarzyskiem ruin i zgliszcz”.
Gdy ucichł przemarsz czeskich wojsk, powoli wychodziła z lasów kryjąca się w nich ludność. Próbowała ratować niezniszczone resztki plonów. Ale głód i tak groził Polanom w zimie i na przednówku, gdyż wiele pól zostało zniszczonych.
Tymczasem doszło do rozmów możnowładców popierających wcześniej Bolka z ich przeciwnikami popierającymi Rychezę. Bolko już nie żył i wszyscy zgodzili się z tym, że jedyną rozsądną opcją jest w zaistniałej sytuacji osadzenie na tronie młodszego Mieszkowica, byłego mnicha Kazimierza. Stronnicy zmarłego Bolka zażądali jedynie gwarancji zachowania majętności i stanowisk, jakie piastowali dotychczas. Nie było to w smak stronnikom Rychezy, którzy liczyli na otrzymanie najwyższych dostojeństw za ich wierność.  Wiedzieli jednak, że są zbyt słabi, aby sami mogli utrzymać Kazimierza na tronie. Zgodzili się więc, choć po cichu liczyli na to, że z czasem za wierność i oni wyniesieni zostaną do najwyższych godności. Na koniec wysłano posłów do Niemiec, by sprowadzili Kazimierza.
Zima, która nadeszła, była ciężka, ale twardy polański lud, mimo głodu przetrwał i ją.
Z nadejściem  wiosny gruchnęła wieść, że ku granicy polańskiej ciągnie Kazimierz i że zmierza do Poznania. Możni z ulgą przyjęli tę wiadomość, lud natomiast z wściekłością. Nie chciał mnicha, syna Niemki i ciągnących z nim kapłanów. Ale nie było już u ludu tego zapału, co za życia Bolka. Głód dawał się wszystkim we znaki, nie odbudowano jeszcze wielu popalonych osad i dlatego tylko kilka kup liczących razem z tysiąc ludzi ruszyło przeciwko wkraczającemu do ich kraju Kazimierzowi. Nie wiedzieli, że towarzyszy jemu 500 ciężkozbrojnych niemieckich wojów, którym cesarz nakazał tępić bez litości ewentualny chłopski opór. Ale gdyby i wiedzieli o nich i tak by im drogę zastąpili. Nie chcieli syna Niemki.
Sam Kazimierz nie spodziewał się trafić na opór. Miał relacje o czeskiej pacyfikacji buntu i o głodzie jaki w kraju panował. I stąd był kompletnie zaskoczony, gdy z pobliskiego lasu wysunęłę się gromada zbrojnego ludu. Dowódca niemieckiego hufca od razu zauważył, że to tylko prosty lud, gorzej uzbrojony i w wojnie nie wyćwiczony. Niemnie zaniepokoiła go jego ilość. Rzekł więc Kazimierzowi, by schronił się w środku utworzonego przez Niemców koliska. Tymczasem Polanie zbliżyli się do Niemców i z wielką wrzawą skoczyli na nich. I choć ginęli gęsto, nie ustępowali. Chcieli dopaść i ubić syna znienawidzonej Rychezy. Nie wiadomo jak by ta bitwa się skończyła, bo choć niemieccy woje lepiej ćwiczeni i uzbrojeni byli, ale i ich ubywało. Na ich szczęście naprzeciw Kazimierzowi wyszli możnowładcy wiodący rodowe hufce. Widząc napadnięty niemiecki hufiec Kazimierza zaatakowali Polan z nienacka od tyłu. Bitwa przerodziła się w rzeź i po chwili coraz więcej ludowych buntowników uciekać zaczęło do lasu. Ale i tam ścigały ich hufce możnowładców. Tylko nielicznym udało się unieś głowy. Na placu boju pozostali tylko zabici i ci, którzy uciekać nie chcieli. Obok siebie stali wśród resztki walczących Gocław, towarzysz Bolka, który uszedł z życiem z zasadzki rychezowych siepaczy i Chwalibóg, smolarz, który wyleczył go z ran. Mogli i oni uciec do lasu, ale nie chcieli. Przed oczami mieli ostatnich kilka lat, gdy żyli wolni i po swojemu. Woleli zginąć, niż ponownie przygiąć kark przed synem Niemki, kapłanami, możnowładcami i obcym złym bogiem. I zginęli. Smutne było to, że wśród możnowładców ratujących Niemców i Kazimierza byli też wcześniejsi stronnicy Bolka.
Wraz z Kazimierzem wspartym przez Niemców powrócił niemiecki porządek, poddaństwo, daniny i powinności. Powrócił i kościół, któremu rychezowy pomiot, jako były mnich, gorliwie służył. Długo jeszcze wyłapywano wśród prostej ludności prawdziwych i domniemanych prowodyrów buntu karząc ich okrutnie.

Lud ugiął kark. Klęska zadana mu po okresie euforii bolkowej wolności złamała w nim ducha walki. Ale nie złamała ducha upartego trwania przy własnych bogach. Przyczaił się więc lud i trwał przy nich przez następne stulecia. Dzięki czemu jeszcze w XIX wieku Zorian Dołęga-Chodakowski odnalazł ich pod wiejskimi strzechami:
.
Trzeba pójść i zniżyć się pod strzechę wieśniaka w różnych odległych stronach, trzeba śpieszyć na jego uczty, zabawy i różne przygody. Tam, w dymie wznoszącym się nad głowami, snują się jeszcze stare obrzędy, nucą się dawne śpiewy i wśród pląsów prostoty odzywają się imiona Bogów zapomnianych.
.
Ale i Bolka lud nie zapomniał, który, poganinem będąc, hebrajskiego boga nie chciał. Wieki jeszcze go wspominano, nawet gdy biskupi wymazali go z listy władców i skazali na zapomnienie. Wieki jeszcze śpiewano o nim:
.
Bolko Bolko ty nam strażą
Dobrzeć z tobą tu na Jawii
Niech ci nasze bogi darzą
Bo lud już cię wszędy sławi
.

Matka Bolka zaś, Dobrosława, żyła jeszcze kilka lat po śmierci syna w zapomnianym leśnym gródku koło Poznania. Nie odwiedzał jej tam nikt. O niej rzeczywiście zapomniano, w przeciwieństwie do jej syna, o którym pamięć przetrwała do dzisiaj.

.
Epilog

Od pierwszych dni panowania wykupionego złotem z klasztoru mnicha Kazimierza, cesarskiego wasala i lennika, błyskawicznie zaczęto odbudowywać kościoły i hierarchię kościelną. O nią dbał bardziej niż o lud. Dla jego zasług dla kościoła nazwano go odnowicielem. Brzetysławowi zaś nie do końca opłacił się najazd na zbuntowany polański lud. Cesarz najechał go dwa lata później i zmusił do oddania Kazimierzowi, który okazał się pokornym i lojalnym lennikiem, kraju Wiślan. Także kawał ziem Ślężan oddać musiał temu pupilkowi Heinricha III.
Złupione bogactwa może by mu cesarz i darował, bo tłumiąc pogański rozruch przysłużył się w sumie i jemu. Zaprotestowała jednak Rycheza, która złupione skarby uważała za własność jej syna. Wymogła więc na cesarzu zmuszenie Brzetysława do zwrotu przynajmniej części złupionych bogactw. I Brzetysław musiał część łupów zwrócić. Po czym rok po pierwszym cesarskim najeździe na Czechy, nastąpił kolejny, podczas którego cesarz wymusił na Brzetysławie ponowienie lennej przysięgi, uznanie kościelnej zależność Czech od Niemiec i odebrał mu resztę łupów z najazdu na kraj Polan. Jeszcze później pomógł odzyskać gorliwie pokornemu Kazimierzowi resztę ślężańskich ziem.
Nie opłacił się więc Brzetysławowi najazd na Polan z podpuszczenia papieża i arcybiskupa magdeburskiego. Lepiej by zrobił, gdyby dogadał się z polańskim ludem przeciwko Niemcowi.

Natomiast ten, którego kościelni odnowicielem nazwali, ledwo zasiadł na kneziowym lennym tronie, przygotowywać zaczął agresję na wolne pogańskie Mazowsze. Najechał je, wspomagany przez ruskiego Jarosława w roku 1041. Masław wspierany przez pogańskich Pomorców i Jaćwież odparł pierwszy najazd cesarskiego i kościelnego wasala. Dopiero podczas drugiego, także wspieranego przez Rusinów, rychezowemu pomiotowi udało się podbić Mazowszan, zająć ich kraj, oraz narzucić im i swą zwierzchność i przymus wiary w hebrajskiego boga. Pechem Mazowszan było to, że sprzymierzeni z nimi Pomorce spóźnili się z obiecaną pomocą i nim dotarli na miejsce bitwy, Masław już nie żył a wojska jego były rozbite.
Ale o tym będzie następna opowieść…

 

——————————————————————————————

Posłowie

Sprawa historyczności Bolesława II panującego w latach 1034-1038 wzbudza z powodu kościelnej propagandy negującej jego istnienie wiele kontrowersji. Przyjrzyjmy się więc argumentom za i przeciw jego historyczności.

Za:
1) Rocznik kapituły krakowskiej odnotował, że w roku 1038 zmarł król Bolesław. Nie mógł to być Chrobry, zmarły w 1025 roku, ani następny po nim w oficjalnej kościelnej wersji historii państwa Piastów Bolesław zwany „szczodrym”, zmarły na wygnaniu w 1081 lub 1082.
2) „Kodeks tyniecki” Bolesława Szczodrego/Śmiałego nazwał Bolesławem III a „Rocznik małopolski” Bolesława Krzywoustego Bolesławem IV. Musiał być więc pomiędzy nimi a Bolesławem I („chrobrym”) kolejny Bolesław – ten właśnie skazany na zapomnienie.
3) Kronika wielkopolska z końca XIII i początku XIV podaje co następuje:
.
„Gdy zmarł w roku Pańskim 1033 [Mieszko II], nastąpił po nim pierworodny syn jego Bolesław. Skoro ten został ukoronowany na króla, wyrządził swej matce wiele zniewag. Matka jego pochodząca ze znakomitego rodu, zabrawszy syna swego Kazimierza, wróciła do ziemi ojczystej w Saksonii, do Brunszwiku, i umieściwszy tam syna dla nauki miała wstąpić do jakiegoś klasztoru. Bolesław zaś z powodu srogości i potworności występków, zbrodni okrutnych i nieludzkich, których się dopuszczał, źle skończył swe życie, i choć odznaczony został koroną królewską, nie policzony został nawet w liczbie królów i książąt polskich dla wielkiej nieprawości swojej. Po śmierci jego wielkie zaburzenia i wojny domowe wszczęły się w królestwie”.
.
Ten zapis jest najważniejszym dowodem istnienia Bolesława II, syna Mieszka II Lamberta. Pisany był pod dyktando lub nawet osobiście przez biskupa poznańskiego. I jednocześnie ten zapis poddawany jest zmasowanej krytyce historyków i publicystów wysługujących się kościołowi. Argumentują tak- jest to zbyt późny od opisywanych wydarzeń zapis, aby zasługiwał na wiarygodność. Dodają przy tym, że jest to najstarszy zapis dotyczący autentyczności spornego Bolesława. Tyle, że jest to na zarzut nieuczciwy i naciągany z kilku powodów:
.
a) Kronika wielkopolska nie jest PIERWSZYM i najstarszym zapisem o Bolesławie. Wincenty z Kielczy w połowie XIII w. napisał: „Zostało po nim [Mieszku II] dwóch synów, starszy Bolesław i małoletni Kazimierz. Po starszeństwie zasiada na tronie pierworodny Bolesław”. Podał więc PRAWIDŁOWO ich imiona i kto zasiadł na tronie
b) Wybitny znawca historii średniowiecza i państwa Piastów, Tadeusz Wojciechowski w jednej z jego książek wykazał, że Kronika wielkopolska była pisana na podstawie jakiegoś starszego, zaginionego źródła, które do naszych czasów nie przetrwało. Do dzisiaj nie wiemy i nigdy nie dowiemy się, ile zapisków, kronik i informacji przepadło na przestrzeni wieków podczas nieustannych nieomal wojen. Informacje o Bolesławie mogły ulec zniszczeniu już podczas buntu pogańskiego i najazdu Brzetysława. Potem była niejedna wojna domowa (choćby „szczodrego” ze spiskowcami z biskupem Stanisławem na czele, czy „krzywoustego” ze Zbigniewem, oraz dziesiątki wojen książątek dzielnicowych pomiędzy sobą) i niejeden niszczycielski najazd na państwo Piastów – jak choćby najazdy Mongołów w XIII wieku. Część dokumentów lub ich dużo późniejszych kopii uratowano. Ale wiele innych przepadło na zawsze. Niemniej w XIV wieku biskup poznański w wielkopolskiej kronice sam przyznał istnienie spornego Bolesława. I poinformował o wykreśleniu go z pocztu władców i skazaniu na zapomnienie.
I to jest niepodważalny FAKT.
c) Ciekawi mnie, dlaczego wiele „informacji” i „faktów” z „kronik” Długosza, piszącego dopiero w XV wieku, nie podawanych w żadnych wcześniejszych źródłach, a dotyczących pierwszych Piastów nie jest tak zajadle podważanych przez kościelnych propagandystów jak „Kronika wielkopolska”. Tu jeszcze przypomnę pytanie postawione przez Karola Bunscha w posłowiu powieści „Bracia” właśnie w kwestii autentyczności Bolesława II i kroniki wielkopolskiej: „Należałoby zapytać, na jakiej zasadzie i po upływie jakiego czasu fakty zawarte w źródle stają się niewiarygodne. Jeżeli czasokres nie ma być dowolny, zależny od gustu tego czy innego historyka, to w konsekwencji można by je ustalić tylko na podstawie źródeł współczesnych, a i tu należy zauważyć, że fałszowanie historii na bieżąco nie jest wynalazkiem naszych czasów.” Przytoczę jeszcze jeden cytat z bunschowego posłowia: „Za tezą Balzera przyjąłem istnienie Bolka nie dlatego, że ten autor Genealogii Piastów, od trzech ćwierci wieku podstawowego dzieła w tej dziedzinie, a zarazem jeden z najlepszych znawców polskiego średniowiecza, przyjął istnienie Bolka, ale że to w sposób prawidłowy i przekonywająco uzasadnia.”  Jeśli w czymkolwiek z Bunschem nie zgadzam się w sprawie Bolka II, to ze sposobem, w jaki go przedstawił, zapewne pod wpływem kroniki wielkopolskiej pomawiającej Bolka o srogość i potworność występków, zbrodnie okrutne i nieludzkie. A przecież wcale takim zwyrodnialcem, rozmiłowanym w okrucieństwie, jak przedstawiał go kler, wcale nie musiał być. Przy czym wspomnieć tu należy pewne dziwne zjawisko. Otóż jeszcze w XIX wieku zdecydowana większość historyków nie miała najmniejszych wątpliwości co do historyczności króla buntownika. Także w XX wieku wielu historyków jego autentyczności nie podważało. Nawet turbokatolicki fanatyk Koneczny uważał go za postać historyczną. I dopiero w ostatnich dziesięcioleciach nasiliła się wściekła katolicka propaganda zaprzeczająca jego istnieniu. Wytłumaczyć można to następująco – w XIX wieku, gdy Rzeczypospolita była pod zaborami, przez co i Polska nie istniała, ogromne wcześniej wpływy kościoła na politykę i życie społeczne zmalały prawie do zera. Z drugiej strony wielu historyków rzuciło się wtedy do badania przeszłości, także tej wczesnopiastowskiej, by m.in znaleść odpowiedź na pytanie – dlaczego potężna przez wieki Rzeczypospolita upadła. Był jeszcze motyw pisania ku pokrzepieniu serc,  przez co zainteresowanie historią państwa od jego najwcześniejszych czasów było znacznie powszechniejsze niż obecnie. A że kościół nie miał wtedy narzędzi do kneblowania historyków – ci odnaleźli Bolesława II i uznali go za postać historyczą. W XX wieku także większość historyków nie negowała jego historyczności. Dopiero w ostatnich dziesięcioleciach po tzw. transformacji (ograbieniu i wywłaszczeniu Polaków) kościoł uzyskał spory wpływ na życie społeczne, a nawet polityczne, nagrabił majątku, a ponadto dostaje rocznie miliardy z budżetu państwa. Stać więc go na granty dla „historyków” i „publicystów” zaprzeczających historyczności Bolesława II, wcale nie „Zapomnianego”. Intencja kościoła jest oczywista – od wieków karmi Polaków propagandową papką mówiącą, że od 966 Polacy byli gorliwymi katolikami, służącymi wiernie kościołowi i żydowskiemu bogu (a raczej bogom, bo „ojciec” i „syn” to oddzielni „bogowie”). Postać Bolesława Pogańskiego dramatycznie niszczy ten propagandowy wymysł i dlatego z takim natężeniem kk zwalcza rękami usłużnych pismaków jego historyczność.

Na koniec chcę jeszcze wyjaśnić, dlaczego odrzucam koncepcję prezentowaną przez niejednego historyka czy publicystę, uznających Bolesława synem Rychezy. Gdyby był nim rzeczywiście, nie nastawałaby na jego życie, by utorować drogę Kzimierzowi. Wręcz przeciwnie – sama by poparła Bolka, a Kazimierza wysłałaby do klasztoru z przeznaczeniem go na przyszłego arcybiskupa gnieźnieńskiego. W ten sposób dwa najważniejsze stanowiska w państwie byłyby w rękach jej synów. Krytycy istnienia Bolesława fakt umieszczenia Kazimierza w klasztorze tłumaczą tym, że jego wykształcony ojciec chciał zadbać o edukację następcy. Mieszko II był rzeczywiście fenomenem wśród pierwszych Piastów – mówił pięcioma językami, pisał i czytał po niemiecku, łacinie i grecku. Jest tylko jedna różnica między nim a Kazimierzem – Mieszka „chrobry”, oddając go do edukacji w klasztorze (pewnie zorientował się w fałszowaniu nadań i przywilejów przez kler i chciał synowi tego oszczędzić) nie zmusił do złożenia ślubów zakonnych, gdyż wyznaczył go na następcę. Była to w przypadku Mieszka rzeczywiście tylko edukacja następcy. Natomiast Kazimierz złożył śluby zakonne, z czego wynika, że był przez Mieszka przeznaczony na zakonnika, funkcjonariusza kk, a nie na następcę na tronie. Tym był Bolesław Pogański.

Opierając się na powyższym jestem całkowicie przekonany o historyczności Bolesława Pogańskiego. A wspomniane w kronice wielkopolskiej jego domniemane winy – srogość i potworność występków, zbrodnie okrutne i nieludzkie, których się rzekomo dopuszczał to w przetłumaczniu na język polski przywrócenie pogaństwa, zezwolenie ludowi na pustoszenie kościelnych dóbr i wypędzanie a nawet ubijanie znienawidzonego kleru i kościelnych pachołów, oraz burzenie i podpalanie kościołów. Za co chciał kk, choć bezskutecznie, wymazać go z naszej pamięci.

.

.opolczyk

.

PS

ArkaD, czytelnik blogu. poinformował mnie , że na jego prośbę jego żona, Rosjanka, pochodząca z Władywostoku poszukała w rosyjskich matriałach informacji o Bolesławie II Pogańskim. I znalazła: „Bolszaja Encyklopedia Sredniego Wieka – Russika” wydanie z roku 2000 podaje na stronie 827, że w latach 1034-37 jako „wladieliec” Polszy panował Bolesław Zabytyj (Zapomniany).
Rosjanie jak widać nie fałszują historii średniowiecza tak, jak to czyni „polski” kk.

ArkaD znalazł jeszcze rosyjski klip poświęcony Bolkowi „Zabytemu”:

.

.

Opowieść piastowska – pierwsze groźne pogańskie pomruki – rok 1022

.

Chrobry podczas jednego z  podbojów

.

Czeski „kronikarz”  Kosmas o roku 1022 pisał: „U Polan nastało prześladowanie chrześcijan”. Gdy wcześniej u Polan krystowiercy od dziesięcioleci prześladowali, gnębili, uciskali, wyzyskiwali i męczyli lud – tego Kosmas nie widział. Gdy prześladowani, gnębieni, uciskani, wyzyskiwani i męczeni podnieśli głowy i przeciw prześladowcom wystąpili, z prześladowców zrobił Kosmas „prześladowanych krześcijan”. A prześladowanych prześladowcami. Tak kościelni „kronikarze” obracali kota ogonem.
.
W głębi borów międy Mogilnem a Gnieznem, na uroczysku ze świętym źródłem i świętym gajem, którego pachoły kościelne dotąd nie wywęszyły, zebrała się gromadka ludzi. Mieli o czym uradzać. Rozruch po kraju przeszedł, a teraz trzech z nich szukano, kaźnią ich żon i dzieci grożąc.
Ucisku kapłanów krysta lud zadość już miał, jeno kar srogich, przez kapłańskich pachołów lubo knaziowych żupanów zadawanych bał się, które na stawiających opór spadały. Ucisku od kneziowych żupanów i możnowładców lud takoż zadość miał. Znosił długo i daniny ogromne, i wiele innych powinności. Aż zadość tego było. Już wprzódy kneź Bolko, kapłanom hebrajskiego boga przychylny, kary okrutne za łamanie kościelnego prawa, jako to postów i za czczenie starych bogów wprowadził. Ale wiele lat wojny prowadząc, za bardzo łamiących prawa kościelne i starych bogów czcących ścigać i karać czasu nie miał, chyba że taki sam mu w ręce popadł. Gdy kneź daleko u granic z Niemcem, Czechem, Madziarem czy Rusinem wojował, a kościelni i żupany bali się trocha lud nadto gnębić, gdyż zbrojnych pachołów wiela nie mieli, jeszcze żyć jako tako się dało, zwłaszcza leśnym osadom. Nie raz pobito kościelnych czy grodowych pachołów, co w las się zapuszczali. Ale i z niejednej polnej osady drewnianymi drągami ich goniono, gdy danin za wiela brali, choć często większą kupą potem wracali i kary okrutne wymierzali. Lud znosił to wszytko, tylko niekiedy gniewem tu czy tam wybuchając, póki kryjąc się po lasach i nad leśnymi jeziorami stare obrzędy odprawiać mógł i starym bogom cześć oddawać. Jeno po każdej wojnie bolkowej woje nowych niewolnych u grodów osadzali i lasów coraz więcej wokół nich trzebili na pola, na które do pracy niewolnych goniono. Przeco opolnym osadom przy grodach leżących coraz trudniej było stare obrzędy odprawiać, bo do leśnych głębin i uroczysk szmat drogi mieli. Ucisk trwał więc niezmienny, a o pociechę podczas obrzędów odprawianych w lasach trudniej było. Gdy kneź z wojen na Rusi wrócił i w grodach polańskich dużo siedział, drużynę po granicznych grodach rozesławszy, ucisk stał się jeszcze większy. Wszytko przez to, że arcybiskup Gaudenty, brat ubitego w Prusiech Vojtecha, za jakie tam winy knezia i kraj jego klątwą obłożył. Różnie gadano o tym, za co ona klątwa była. Jedni mówili, że za gwałt jej zadany i uprowadzenie jako nałożnicy kneziówny ruskiej Przedsławy. Inni, że za zbudowanie jej bizantyjskiej cerkwi w Poznaniu i sprowadzenie popa, co Gaudentemu nie w smak było. Bolko ugiął się przed klątwą, nadania wielkie Gaudentemu i całemu kościołowi dał, ale dopiero, gdy tępić gorliwie pogaństwo u poddanych obiecał, arcybiskup klątwę wycofał.
Kneź, jako przyobiecał, tako i zrobił. Surowe kary spadały na tych, co imiona starych bogów wymieniali, do kościełów w niedziela nie szli, na starych obrzędach przyłapani byli, czy posty łamali. Ale przez to jedynie gniew i opór narastał u ludu, aż kiedyś lud nie strzymał.
Ku wiośnie właśnie szło. Kościeł ogłosił jako co rok post wielki na dni 40. Mięso, ryby i jajka zakazane były. I tylko raz dziennie lud mógł jeść. Zabaw i śpiewów takoż na czas postu zakazano. A jako można bez tańców, śpiewów i uczt Jare Gody świętować, Marenę topić i wiosnę witać? Gdy przyszło więc Jare Święto, mieszkańcy opolnych osad wokół Mogilna małymi grupkami po kilka osób wymykali się ku lasom. Ostrożni byli, bo kościelne pachoły wszędy łazili i zaglądali, czy lud kościelnych przepisów przestrzega. Na ich nieszczęście jeden z tych pachołów, Niemiec Reinhold, zauważył ich. Przebrał się szybko, by na kmiecia a nie kościelnego pachoła wyglądać i ostrożnie za jedną z grupek do lasa poszedł. I tako trafił do leśnego jeziorka w głębi boru, na którego brzegu mieszkańcy kilku opolnych jako i leśnych osad Jare Gody odprawiali. Długo z ukrycia kościelny szpieg ich obserwował, by twarzy jak najwięcej spamiętać i aże dreszcz przerażenia na plecach czuł na to, co słyszał i widział. Słowianie pieśni jakieś śpiewali, których Rainhold mało co rozumiał, bo słowiańską mowę ledwo znał. O Jaryle jakim śpiewali, kukłę przystrojoną podpalili i do jeziorka płonącą  wrzucili, po czym przy ogniskach tańczyli dalej śpiewając. Ni śladu umartwiania postnego, przez kościół nakazanego, znać tu nie było. Ze zgrozą zauważył też, że mięsiwo Słowianie jedli, i ryby i jajka dziwnie malowane. A tu post wielki! I choć wieki później kościeł przepisy postne złagodził, przeco ryby i jajka dozwolono już jeść, ale wtedy na równi z mięsem zakazane były. Wreszcie, ostrożnie rozglądając się, Rainhold ku grodowi podążył. Kapłana Aarona, co z Fuldy tu przybył odnalazł i o wszytkim uwiadomił. A ten zaraz do żupana Wojsława szedł żądając na rano wojów, ile tylko grododzierżca dać może.
Z samego rana woje i kościelne zbrojne pachoły otoczyły osadę, z której Rainhold najwięcej mieszkańców nad jeziorem widział. Wprzódy mężów wszystkich powiązano, coby oporu nie stawiali, po czym kapłan za złamanie postu wybicie przednich zębów wszystkim mieszkańcom zarządził. Zgiełk się zrobił, krzyk, płacz niewiast i dzieci, których woje po kolei łapali, a pachoły kościelne zęby im łamali. Nagle od tyłu na wojów i pachołów natarli mieszkańcy sąsiednich opoli, którzy na krzyki i płacz męczonych skrzyknęli się. I choć oręża nie mieli, jeno drągi długie, ogarnięci gniewem, na ciemiężców natarli. Nawet niewiasty z mniejszymi drągami biły wojów i kościelnych pachołów. Tych ostatnich bito ze szczególną zajadłością, gdyż ich nienawidzono najbardziej. Pierwszy z placu boju, widząc chmary gniewnego ludu, kapłan Aaron zbiegł. Za nim ku grodowi wycofywali się woje. Bronili się, ale zajadłości w nich nie było. Odbijali jeno drągi, sami atakujących nie bijąc. Zbiorowa kara, wrzask i płacz kobiet i dzieci wstrząsnęły nimi, choć od wojen serca im stwardły. Na nich zresztą też nie za mocno nastawano. Ale kościelnych pachołów kilku zatłuczono na śmierć. Wreszcie, gdy woje i reszta pachołów do grodu dotarli, bitka skończyła się. Aaron wściekły z porażki natychmiast wysłał bocznymi furtkami po kościelnych parobków. Na grodzie takoż wszytkich pachołków i posługiwaczy kościelnych uzbroić kazał. Po czym od żupana zażądał wojów jeszcze więcej. Wojsław nie śmiał mu się sprzeciwić. Od czasu, gdy kneź przed klątwą ugiął się, powaga kapłanów wzrosła. Nikto im przeciwić się nie ważył.
Aaron postanowił wprzódy ukarać po kolei te osady, które pierwszej na odsiecz przyszły. Ją karać chciał na końcu. Po południu już było, gdy dużą gromadą knechtów i wojów otoczył następną osadę. Ale mieszkańcy jej na walkę gotowi byli. Wał już usypali, palisadę na nim stawili i zza niej bronić się jęli. Bzyknęły strzały, gdyż i łuków sporo, wprzódy ukrytych, mieli. Napastnicy przeć jęli na wał tarczami od strzał się osłaniając. Setnik grodowy Biegan, nauczony porannym doświadczeniem, rozglądał się tymczasem i dojrzał nagle idącą z lasu kupę. Oblicze mu zmierzchło. Byli to leśni osadnicy, zbrojni w topory na długich trzonkach, włócznie, lżejsze oszczepy i łuki. Chmara ich była. Dojrzał ich i Aaron i jako rankiem ku grodowi biec począł. Nie wiedział, że w gąszczach między osadą a grodem ukryła się w krzakach grupka zbuntowanych z pierwszej osady. Gdy blisko już był, zastąpili mu drogę. Chciał w bok uciekać, ale dosięgła go puszczona strzała nogę mu raniąc. Po chwili dognali go, obstąpili i drągami bić jęli. Krzyczał ze strachu i bólu, ale po chwili zamilkł. Buntownicy zaś skoczyli ku obleganej osadzie, swoim na pomoc. Na trawie w błocie ostało jeno pokrwawione truchło znienawidzonego ciemiężcy.
Bitwa ciężka była, jako i zawziętość po obu stronach. Padło wielu kościelnych pachołów, ponad dwudziestu wojów i więcej jak setnia zbuntowanych. Po jej ustaniu na grodzie żupan, ranny setnik i młodszy kapłan Dietmar naradzali się. Gdy noc zapadała żupan gońców do Poznania pchnął knezia uwiadomić. Kapłan zaś do Gniezna gońców słał, by arcybiskupa Hipolita, następcę zmarłego Gaudentego, o posiłki zbrojne prosili.
Następnego dnia osadnicy opolni spalili kaplicę postawioną między osadami i zrąbali wszystkie ustawione po osadach i ich pobliżu krzyże. Jawnie wrócili do pogaństwa, swoich pobitych starym obrzędkiem na skraju lasu do Nawii słali i do starych bogów pieśni śpiewali. Grodowi tego dnia nie wychylali na zewnątrz nosa na posiłki czekając. Czego nie wiedzieli – dzień wcześniej, rankiem, kupcy ku Gnieznu ruszając, bitkę i ucieczkę kapłana widzieli. Opowiadali o tym po drodze i wieść się rozchodzić jęła. A i posłańcy z opoli pod Mogilnem na wszytkie strony wieść o rozruchu roznosili.
Hipolit zwiedziawszy się o śmierci Aarona w Mogilnie, silny oddział kościelnych pachołów i wojów z gnieźnieńskiej drużyny na odsiecz wysłał. Ale już następnego dnia żałował tego, bo rozruch doszedł do osad przy Gnieźnie. Lud odmawiał kościelnym i grodowym danin i powinności, palił kaplice przy większych osadach stojące, rąbał krzyże i zaciekle bił kościelnych pachołów i posługiwaczy, jeśli wpadli w jego ręce. Hipolit wysłał posłańca do knezia z żądaniem pomocy, a innego do Mogilna, by wysłana odsiecz do Gniezna wracała.
Z kneziem Bolkiem było podobnie – gdy zwiedział się o rozruchu w Mogilnie, wysłał tam silny odział poznańskich wojów wzmocniony kościelnymi pachołami. Ale po trzech dniach rozruch i do Poznania doszedł. Wojów zaś za mało ostało, by wszystkie opola do posłuszeństwa siłą przymusić. Rozesłał więc kneź gońców do wszystkich pobliskich grodów na granicy z Pomorzem – Ujścia, Wielenia i Santoka – gdyż spokój tam był i ściągać ją hufce do Poznania. Inni gońce ruszyli do dalszych grodów polańskich jako to do Międzyrzecza, Włocławka a nawet Łęczycy, by wojów ile się da, do Poznania słali.
Tymczasem rozruch rozlał się po całej kolebce piastowego państwa. Wieść, że kapłan jaki u Mogilna całej osadzie zęby łamać kazał, dzieciom, białkom, starym, wywoływała grozę, a zaraz po niej wzburzenie, wściekłość i gniew. Zapomniał lud o strachu przed gniewem knezia, w jakim dotąd żył. Każdy łapał co pod ręką było, drągi i widły, a jak były, to i pałki i kordy kościelnym pachołom odebrane. Szedł więc rozruch na Kruszwicę, Trzemeszno, Ostrów Lednicki, Giecz i Ląd. Niewiela brakło by doszedł do Rogoźna i Łekna. Jeno tam, jako blisko granicy wzmocnione straże były i rozruch siłą stłumiły.
Bolko wściekły był. Tyla wojen wygrał, tyla innych plemion zniewolił, a tu, pod samam nosem, lud jeszcze za jego dziada Siemomysła ujarzmiony, zbuntował się i posłuszeństwo wymówił. Kopnął się tedy do Gniezna, by z Hipolitem sprawę ugwarzyć. Arcybiskup wstrząśnięty i przerażony był. Wiedział już, że najzajadlej kościelnych pachołów lud bił. I że kaplice palił i krzyże obalał. I paru kapłanów ubił. I starym zakazanym bogom cześć oddawał.
– Jako że to możliwe jest? – pytał knezia. – Przecie wasz rodzic ją te grody jako pierwsze ponad pół wieka temu krzcić. Mniemać by można, że już prawdziwa wiara w boga prawdziwego, pana naszego, okrzepła tu. Tegom się po tym niewdzięcznym ludzie, za zbawienie, które mu krzyż i nasza prawdziwa wiara  przyniosły, nie spodziewał.
– Prawił mi rodzic mój – odrzekł kneź – że siłą, jak się ją ma, do posłuchu przymusić można. Ale do wiary nie. I gadał, że jeszcze pokolenia, wieki, lud o starych bogach pamiętał będzie i do nich tęsknił. Rozruch stłumię, przywódców jego ukarzę, do wiary jednako zmusić ludu nie wydolę.
Tymczasem czynny rozruch wszelako uspokoił się. Tyla, że lud całkiem z posłuchu wyszedł, jawnie do starej wiary wrócił, do bogów zakazanych i obrzędów. Krzyża ni kaplicy nie ostawił u siebie, danin dawać nie chciał, robót grodowych i kościelnych niechał, po staremu zwierza w lasach bić i ryby w rzekach i jeziorach łowić jął. Jeno grodów lud nie szturmował, ale żył tako, jakoby ich nie było. A tymczasem szła nań straszliwa kara…
Gdy graniczne hufce ściągnęły pod Poznań, kneź, który z Gniezna akurat wrócił, na czele wojsk i w towarzystwie kapłanów ruszył przeciwko własnemu ludowi. Woje otaczali na raz wszytkie widoczne z grodu opolne osady, by nikt nie uszedł, a i atak z lasu niemożliwym był, po czym pachoły kościelne karali lud po kolei,osada po osadzie, w obecności knezia, arcybiskupa, dostojników kneziowych i kapłanów. Szło to tak – miejscowe pachoły kościelne wskazywali przywódców rozruchu. Tych na gardle karano. Reszcie, kromie niepostrzyżonych i niezaplecionych dzieci, do krwi wprzódy chłostanej, zęby za postu łamanie wybijano, a sam post przedłużano o drugie 40 dni. Wrzaski, płacz, łzy kobiet i dzieci nie wzruszały ni knezia, ni arcybiskupa, ni kościelnych pachołów gwałt ludziom zadającym. Obkładano nadto wszystkie zbuntowane osady większymi daninami i powinnościami na cały rok. W ten sposób kneź gniótł i kaźnił po kolei osady około Poznania, Ostrowiu Lednickiego, Giecza, Lądu, Gniezna, Trzemeszna i Kruszwicy, omijając po drodze do niej Mogilno. Do niego wrócił na sam ostatek z Kruszwicy. I tu, gdzie rozruch początek miał, najbardziej się srożył.
.
.
Kromie kar, jakie wprzódy innym osadom zadał, tu na szyi wiela więcej osadników pokarał niźli gdzie indziej, a co dziesiątemu z pozostałych chłopów prawicę obciąć nakazał, by jej więcej przeciwko jemu i kościełowi nie podnieśli. Chłostać kazał wszytkich dwakroć więcej. Jeno trzech osadników, których grodowi rozpoznali, a którzy kapłana Aarona ubili, nie znaleziono nigdzie. Kazał przeto kneź żony ich i dzieci do lochu zamknąć i rozgłosić, że jeśli się w ręce knezia nie oddadzą, uwięzionym bez względu na wiek oczy wydrzeć każe, języki i ręce obciąć, a na koniec obwiesić.
Z leśnymi jeno osadami przy Mogilnie, które grodowych i kościelnych pachołów w pierwszym rozruchu biły, kłopot miał kneź, bo trudno je ogarnąć było. Rozkazał przeto wszystkim wojom, jakich miał, jakoby wielkie łowy urządzić i na dzień drogi lasy ogarnąć, by leśnych do grodu sprowadzić. Ułowiono ich setki. Im takoż zęby łamano i chłostą okrwawiono. Mieli nadto szerokie przesieki w lesie walić do wszytkich okolicznych leśnych osad wiodące, a takoż nad jeziorko w lesie, gdzie osadnicy wprzódy po kryjomu Jare Gody świętowali, by konne drużyny łacniejszy dostęp tam miały. A z powalonych drzew pospólnie z opolnymi osadnikami kaplice mieli przy każdej osadzie stawić i krzyże, gdzie im kapłani nakażą. Na koniec rozgłosić kazał, że ukrywającym się trzem osadnikom winnym śmierci Aarona miesiąc czasu daje, po czym ich rodziny katu wyda. Na koniec do Poznania odjechał.
Tako więc rozruch krwawo i srogo stłumiony został, a trzech ostatnich ściganych osadników, Wilczan, Rudzik i Zbysław z kilkoma znajomkami z leśnych osad na uroczysku uradzali, co im czynić przyjdzie.
– Odbić waszych niepodobna jest – rzekł trzem druchom, przygnębionym uwięzieniem najbliższych, jeden z leśnych smolarzy, Radomił.
Tamci nie rzekli nic, pokiwali jego głowami i dalej milczeli.
– Co więc czynić myślicie? – zapytał ich.
– Gdybych wiedział – po dłuższym milczeniu ozwał się Zbysław – że gdy im się wydamy, nasze białki i dzieci w spokoju ostawią, anim by się zastanawiał. Tylko czy tym przeklętnikom wierzyć można?
– Słyszałech, jako kneź obiecał, że rodzinom nic złego nie zrobi i zwolni je, gdy się mu w ręce oddacie – przypomniał sobie smolarz.
– Tylko czy późnij w spokoju je ostawią, jak nas już ubiją? – podobne wątpliwości nurtowały Wilczana.
– Jak tylko waszych zwolnią – głos Radomiła zdecydowany był – do lasu wszytkich weźmiem. O nich lękać się nie musicie. Wasze rodziny same nie ostaną. Naszym paru  podczas bitwy u was w opolu białki ubito. Z chęcią więc wezmą wasze razem z dziećmi do siebie. I pójdą pospołu hen w inne lasy, daleko od od Moglina. Tam ich nikto z tutejszych grodowych nie najdzie nigdy. Możecie być spokojni.
– A nie szkoda wam żywota? – zapytał drugi smolarz, Jaworem zwany.
– Szkoda jeno białek i dzieci – rzekł Rudzik – a żywota, że tylko kark zginać trza przed grodowymi, piastowymi i kapłańskimi pachołami, pościć, obcego boga czcić i ciągle w stachu żyć – nie szkoda. U dziadów, u Welesa lepiej jest. Tam obce kapłany wstępu nie mają i władza Piasta nie sięga, bo stary porządek trzymany tam jest.
Następnego dnia z rana Wilczan, Rudzik i Zbysław zgłosili się do grodu. Wojom nawet żal ich się zrobiło, bo młodzi jeszcze byli i z dumnie podniesionymi głowami na męką i po śmierć przyszli. Pachoły kapłańskie bić ich chcieli, lecz woje nie dali.
Rodziny ich zwolniono, tylko pożegnać się z zatrzymanymi nie mogły. Smolarze odprowadzili je jeszcze tego dnia do lasu, gdzie zaopiekowali się nimi trzej leśni, których białki zginęły. Ruszyli zaraz lasami na wschód, aż za Wisłę i tam do leśnej osady smolarzy i bartników przystali.
Wilczana zaś, Rudzika i Zbysława żupan Wojsław spętanych do Poznania odesłał. Na ich sąd i kaźń kneź arcybiskupa Hipolita z Gniezna zaprosił. Osadnicy hardzi byli przed sądem, nie kajali się, o litość nie prosili. A gdy Hipolit zapytał ich, czy wyspowiadać się chcą, bo inaczej do piekła pójdą, roześmieli się na cały głos.
Wprzódy języki im wyrwano, potem oczy wydarto i ręce obcięto. I tako okaleczonych odesłano do Mogilna, nakazując żupanowi żywych czy martwych powiesić w miejscu, gdzie grodowi truchło ubitego Aarona znaleźli. Okaleczeni okrutnie zmarli w drodze. Powieszono ich trupy, przy których stróża stała dzień i noc. Ciała ich wisiały tak długo, aż rozłożone same spadły z powrozów.
.
Epilog
.
Wcześniej jeszcze, w Poznaniu, gdy okaleczonych na wozy  wrzucano, by do Mogilna ich wieźć, kneź w swej komnacie rozmawiał o rozruchu z Hipolitem.
– Rozruch stłumiony na zawsze – rzekł do arcybiskupa. – Wieść o srogich karach rozejdzie się po całym kraju, z ust do ust powtarzana. Więcej podobnych rozruchów nie będzie.
– Dziękuję wam panie, że wiary w prawdziwego boga i powagi kościoła i jego praw broniliście – odrzekł arcybiskup. – I ja myślę, że więcej pogaństwo głowy tu nie podniesie.
.
Mylili się obaj. Już trzy lata później miał miejsce kolejny duży pogański rozruch. Jeszcze większy wybuchł pod koniec krótkiego panowania syna „chrobrego”, Mieszka II. A największy już po jego śmierci, gdy państwem władał wnuk „chrobrego”, takoż Bolesław, który pogaństwo przywrócił. I gdy ubili go pachoły Rychezy, cały lud polański głowę podniósł. Ni jeden kościół, ni jeden kapłan i ni jeden krzyż w ich kraju nie ostał się, kromie kilku największych grodów, w których przerażeni możnowładcy i niedobitki kapłanów poukrywali się przed gniewem ludu. Przed którym nawet ich rzekomo wszechmogący bóg okazał się bezsilny. Ale o tym będzie w  kolejnej opowieści…
.
opolczyk
.
.

Opowieść Pomorska z roku 1005

.

.

Racibor i Warcisław, Pomorce, którzy od lat jeździli po grudy żelaza to do Wolinu, to do Włocławka, przebywali akurat u znajomka Wojmira w silnie obwarowanym Słupsku. Pochodzili z granicznego pomorskiego grodu Nakła, które od państwa Polan ogradzała Noteć. Siedzieli przy miodzie i wspominali częste walki z najeżdżającymi ich ziemie Polanami. Jeszcze za życia Mieszka wielokrotnie ich Nakło zdobywane było. Ale co tylko polański kneź żupana swojego mieszkańcom narzucił i za Noteć wracał, zrzucano go. Polanie wprzódy zajmowali kilka grodów podczas każdego najazdu zostawiając w nich niewielkie drużyny, gdyż wojów za wiela nie mieli. Przeto po odejściu Mieszka z wojskiem łatwo było ich wypędzić. Potem Piast robił inaczej – dobywał jeden większy gród i obsadzał silną załogą, której miejscowi wypędzić już nie dali rady. I tako po każdym kolejnym najeździe kolejny większy gród przejmowali. W ostatku było tak, że duże grody były w ręku Polan, a reszta kraju w ręku Pomorców. Daniny mieszkowi ściągali, ale niesporo im to szło. Dużą kupą musieli z grodów po nie chodzić, a i tak często razem z nimi kilku swoich ubitych wojów na wozach przywozili. Nie zapuszczali się przeto nigdy daleko od grodów, bo po lasach Pomorce zasadzki robili. I tako było na Pomorzu pod koniec życia Mieszka – był tu wyznaczony przezeń jego wojewoda, którego jeno polańskie załogi na grodach słuchały, Pomorce zaś tylko sposobności patrzeli, by ich przegnać. Krzcić się z mieszkowego rozkazu takoż nie dali i nawet na grodach i w podgrodziach jawne pogaństwo kwitło. Pomorce i tak mieli szczęście. Większość sił gdzie indziej polański kneź potrzebował. W tym samym czasie parł na południu na ziemie Ślężan i Wiślan, chcąc je do swego państwa przymusem włączyć. Grody musiał więc tam obsadzać wojami i nowe na granicy z Czechami stawiać, gdyż ci takoż te ziemie zagarnąć chcieli. Stąd ciągle siły duże musiał tam Mieszko mieć, by i miejscowych w posłuchu trzymać i od Czech ziem tych strzec. Z Rusią o grody czerwieńskie wojny wiódł, przeco u Sandomierzan i Lublinian silne załogi trzymać musiał, zarówno przeciwko Czerwieni i Rusi, jako i by Sandomierzan i Lublinian do posłuchu przymusić, gdyż i im jego władztwo miłe nie było. I z cesarzem na Wieletów i Obodrytów chodził, i na Mazowszan patrzeć musiał, co by radzi byli zwierzchność jego zrzucić. Dlatego i Pomorców całkiem zgnębić nie mógł i ciężką ręką nimi rządzić. A oni czekali jeno na sposobność, by jego wojewodę, żupanów i wojów precz wyżenąć. Gdy pomarł Mieszko, a jego syn Bolko z mieszkową wdową Odą i jej pomiotem wojnę domową wiódł, ruszyło się na Pomorzu i niewiela brakło, by zwierzchność Polan zrzucili. Bolko jednak Niemkinię z synami szybko wygnał i całą właść uchwycił. I przeto polańscy wojewoda i żupany na Pomorzu ostali się. Ale i Bolko nie miał czasu Pomorców całkiem pognębić. U Wiślan i Ślężan jego władza niepewna była, przeto musiał tam jako wprzódy rodzic jego, wielu wojów polańskich po grodach trzymać, by miejscowi buntu nie podnieśli. I by Czech mu tych ziem nie wydarł. I z Niemcem jako jego rodzic na Wieletów u boku młodego cesarza chodził. I na Ruś musiał dawać baczenie, i na Mazowszan. Wiela nowych wojów sposobić nie mógł, bo mu grosza i danin na to nie starczało. Kościołowi nadania co rusz dawał, przez co coraz więcej danin do skrzyń kapłanów szło, jego omijając. Truchło czeskiego Vojtecha, co go Prusowie ubili, bo im święty gaj splugawił hebrajskimi gusłami, moc złota go kosztowała. A zjazd gnieźnieński jeszcze wiela więcej. I tako na wojów grosza mu brakowało. Mogło się to zmienić na lepsze, gdy młody cesarz nagle pomarł, a Bolko korzystając z zamętu u Niemca marchie Łużycką i Miśnieńską naszedł i zajął. I właśnie o tym rozmawiali z Wojmirem Racibor i Warcisław.
Wojmir od lat nie opuszczający okolic Słupska ciekaw był, jako to Łużyczany, Serby i pozostałe mniejsze plemiona witały Bolka.
– Z początku radzi ogromnie byli wszytcy – opowiadał mu Racibor. – Wiem to, bom przed rokiem u Stodoran bawił, a oni z łużycką marchią graniczą i swojaków tam mają. Pieśni na cześć Bolka pierwsze dni śpiewali. Ale krótko ich radość trwała. Myśleli, że wolność im polański kneź niesie. A on ni z poddaństwa, ni z danin ich nie zwolnił. I jeszcze pomagał niemieckim biskupom i kapłanom po staremu z mieszkańców daniny ściągać. Niemieckich osadników wprawdzie tam naszło nie mało, ale słowiańskiego ludu nadal wiela więcej jest. Jeno Bolko tych i tych jednako traktował – poddanymi byli jego i daniny dawać musieli. I słuchać go i mu służyć. Chodzili do niego Łużyczany nie raz prosząc, by im oręż dał, to sami Niemca wyżeną. A on na to, że wojów sam wybierze ilu mu się zda, ale na to daniny mieć musi, by ich utrzymać. Brał za to naroczników, co przez rok cały grodów strzec mieli. Ale słał ich do Ślężan, a ślężańskich na Łużyce ściągał, coby się nad miejscowymi tak nie litowali. Tako samo robił Bolko z narocznikami, których u Wiślan brał. Słał ich na grody u Morawców i Słowaków.  A od tamtych naroczników u Wiślan osadzał po grodach. I z niemieckich osadników takoż naroczników brał. A ci dobrze Słowian pilnowali. Wojów kilka setni z Łużyczan i Serbów takoż uszykował, ale zara wysłał ich na Morawy, które zajął i na Słowaczyznę, którą Madziarom wydarł. Prawili mi Stodorany, że nie jeden z nich psią służbę rzucił, bo nie chciał z kneziowego rozkazu innych Słowian gnębić i danin im gwałtem brać. Do Mazowszan nie jeden przeto zbiegł, bo lasy tam wielkie i ukryć się łatwo.  Wojów takoż trocha sposobił z Morawców, Słowaków i Wiślan. Ale zawsze tam ich słał, gdzie swojaków nie mieli.
– Dziwne mi to – rzekł Wojmir – przecie gdyby Bolko mądrzejszy był i Łużyczan a Serbów zbroić jął, to by ich do tej wojny, co tera z cesarzem ma, słać mógł. I byłaby to taka siła, że pospołu z polańskimi hufcami cesarskich by pobili. I Wieleci by go wsparli, widząc, że Łużyczan z jarzma zwolnił. A tako został i bez tych i bez tamtych.
– Gdyby był mądry, to i z czeskimi Przemyślidami zgody by szukał, by pospołu z nimi cesarzowi odpór dać, gdy sam z cesarzem zadarł, łużycką i miśnieńską marchię zajmując. Czesi z dawna tylko patrzą, jako niemiecką zwierzchość zrzucić. A Bolko miast uładzić się z nimi, gdy cesarz do wojny z nim się gotował, zajął im Morawy, po zmarłym Władywoju Rudego Bolka im narzucił, którego Czesi już wprzódy z tronu zegnali, bo dziki był. I gdy znów bunt przeciwko Rudemu robili, Pragę najechał i siebie czeskim kneziem ogłosił, a woje jego ludność grabili, przeco Czesi ich zadość mieli. Gdy tedy do Czech wkroczył cesarz, Bolko z Pragi uszedł, wojów jeno dla opóźniania cesarskiego pochodu ostawiwszy. Czesi tedy bunt zrobili wojów polańskich pobiwszy, że ledwo jaki żyw uszedł i sami ku cesarzowi przeciwko polańskiemu kneziowi się zwrócili. Na ostatek wojska cesarskie przez swój kraj na Bolka przepuścili. Cesarz prawie pod Poznań dotarł, choć polański kneź opór stawiał gdzie i jak mógł. Od nas osadzonych tu polańskich wojów z grodów pościągał, przeco moglim jego żupanów przegnać. Biskupa Reinberna, co nam go po zjeździe gnieźnieńskim narzucił i w Kołobrzegu osadził, takoż wygnalim a kościeły pobużylim. I tako znów nasze bogi u nas panują i wolni my, polańskiemu Piastowi służyć wbrew sercu nie musim. Bolko zaś zmuszon był w Poznaniu cesarzowi Miśnię i Łużyce oddać, a Czesi znów niemieckim lennem ostali. Nie wyszło Piastowi na zdrowie, że gdzie tylko się dało, tam się pchał. Za dużo ziem siłą zajął, by wszytkie utrzymać.
– Prawiście Raciborze – przytaknął Wojmir. Tako i na łowach jest, gdy mało łowców zbyt duży kawał lasu ogarnąć chcą. Często na koniec wszytki zwierz wymknie się, a oni z niczym ostaną. Nas też chcieli Piasty w garści mieć, a ninie wypuścić musieli, gdy cesarz na Poznań szedł.
– Wypuścić to nas z garści nie chcieli – zaśmiał się Warcisław. – Byłem ci ja w Kołobrzegu, gdy polański wojewoda większość swoich wojów z grodów ku sobie przez posłańców ściągnął , po czym całym dużym hufcem na Poznań ruszył. W grodach ostali jeno żupany i po garstce polańskich czy jakich tam innych wojów, co Bolkowi służyli. Prosić jęli naszą starszyznę na miód, czego wprzódy nie robili nigdy, z góry nas traktując. Ale nasi do nich nie chodzili przypijać. Pozamykali się tedy polańscy w warownych wieżach, danin nie ważyli się już ściągać i tylko czekali, aż polański hufiec wróci. Ale my nie czekalim. Rzeklim im – wracajcie po dobrej woli do siebie, a nie, to siłą was wyżeniem. Nie chcielim ich od razu bić, wszako to nasza słowiańska krew. I tako gród po grodzie wypędzalim ich. Mało co opór stawiali, choć kilka razy do bitek doszło i trocha ich legło lub poranionymi odeszli. Gdy z Kołobrzega hufiec na Poznań odszedł, kopnęliśmy się zara do żupana i rzeklim mu, że ma iść precz lub kości tu złoży. Gdy zbierał resztę swych wojów, poszlim do biskupa i to samo mu rzeklim. Ni pary z gęby nie puścił, wzion swoich kapłanów i pachołków i poszedł. Ledwo doszli do bramy, a tam już nasi wróże i kapłani z wyciosanym z pnia Świętowitem czekali. Gdy tylko woje z żupanem i biskup ze swoimi gród opuścili, spalilim ich kościeł, zrąbalim krzyże, co je nastawiali, a tam gdzie kościeł stał, a wprzódy Świętowit, nowego postawilim. Tako więc było, że nie chcieli nas z garści wypuścić, ale siły im brakło, by nas dalej niewolić.
– U nas w Słupsku takoż do bitki doszło – przyznał Wojmir – ale polańscy szybko zbici zostali. Co nie poranieni byli, pobitych wzięli i rannych, i odeszli. Po prawdzie nie chcieliśmy ich bić. Prosilim jeno, by odeszli. Ale uparli się, że nie pójdą, a jeden z łuku naszego ubił. I od tego bitka się zrobiła. Nie chcielim krwie słowiańskiej na darmo lać, ale inaczej nie lza było. Ale co z waszym Nakłem jest, bo różnie gadają – tu Wojmir z ciekawością spojrzał na znajomków.
– Byłem tam z miesiąc temu – ozwał się Racibor. Przy samej granicy w paru naszych grodach żupany polańskie ostały i całe załogi takoż, ale niczego nie robią tylko cicho siedzą. Nawet danin nie ściągają, bo boją się za wały wyjść. Trzymają te grody, by łacniej im było tu wrócić, gdy z Niemcem się uładzą. Myślelim, czyby siłą na nich nie pójść, ale wiela naszych lec by musiało. Wzmocnilim tedy odzyskane grody, by wtóry raz tak łacno ich nie wzięli. Przyjdzie czas, sami te graniczne grody opuszczą.
– Nie życzę Polanom źle, bo to słowiańska krew jest. Niedobrze by było, by Niemiec im zwierzchność narzucił. Niech przed nim karku nie gną i z opresji, w jaką popadli, bez szwanku wyjdą. Byle do nas więcej nie szli niewolić nas, Piastów wolę narzucać i hebrajskiego boga.
Na długo zapadło milczenie. Wreszcie Wojmir ponownie ozwał się:
– A tako mi i szkoda, nie tyla Bolka, bo sam sobie winien, że za dużo chciał. Szkoda mi wprzódy naszych na Łużycach i w Miśni, bo znów uciskają ich niemieckie grafy i niemiecka mowa tam panuje. Szkoda i Czechów, bo znów Niemcowi trybut dawać muszą. A można było Niemcowi tamę stawić, gdyby zgoda jako to u plemion wieleckich i obodryckich jest, u wszytkich Słowian była. Sam bym pod Bolkiem na Niemca szedł, byleby nas uciskać niechał.
– Za to Wieleci trocha odetchnęli – rzekł Warcisław – bo Niemcy z Bolkiem między sobą wadzą się, miast na nich pospołu iść, jako wprzódy.
– I my dzięki temu wolność odzyskalim – dorzucił Racibor.
Zamilkli i zamyślili się wszyscy.
– Ciekaw jeśm – po długim milczeniu ozwał się znów Wojmir – czy między Bolkiem a cesarzem na stałe zgoda nastanie.
– Zgody między nimi nie będzie nigdy – odparł Racibor. – Cesarz chce w nim lennika mieć. I Czechów teraz popiera, z którymi Bolko o Morawy i ślężańskie ziemie wojuje. Niemiec dalej chce na słowiańskie ziemie iść, a Bolko tylko patrzy, by znów do sił dojść i Łużyce a Miśnię zagarnąć. Bardziej nawet chciwy na cudze ziemie jest niźli jego rodzic. Mieszko takoż słowiańskich podbijał sąsiadów, ale tyla ziem na raz nie nagrabił nigdy. Nie ostoi się takie państwo, które siłą i podbojem stoi, a naokoło same wrogi ma, które utracone ziemie odzyszczeć chcą. Póki tylko jeden atakuje, Piast obroni się. Zaatakują go z dwóch stron, utraci co przywłaszczył.

Niewiele mylił się Racibor. Polański Bolko długie lata jeszcze prowadził z cesarzem wojny. Na koniec w roku 1018 ponownie zdobył Łużyce i Miśnię. Ale i tym razem nie ulżył w ucisku i daninach ludności, przez co na równi z Niemcem Polan nie chciała. Jeno sił nie miała, by ich wyżenąć. W wojnach z cesarstwem pomagali mu Morawianie w nadziei, że za pomoc ulgi a może i własne księstwo dostaną. Patrzyło im się własne państwo, a przynajmniej mniejsze daniny ściągane przez Piasta. Nadzieje ich nie spełniły się. Później jeszcze najechał Bolko Ruś, splądrował Kijów i wracając z łupieżczej wyprawy zajął grody czerwieńskie, nieprzychylne Polanom jako i Rusinom. Pomorza jedynie już nie zdążył najechać, bo jeszcze miał duży pogański bunt u siebie, a i siły jego od tylu wojen na wyczerpaniu były. Szczęście miał w tym, że nigdy silni wrogowie nie najechali jego państwa jednocześnie z dwóch stron. A wrogów miał na wszystkich granicach. Na północy Pomorców. Na zachodzie Wieletów i Niemców. Na południu Czechów i Madziarów, którym Słowaczczyznę wydarł. Na południowym wschodzie Ruś. A i Mazowszany tylko czekali okazji, by niechcianą zwierzchność zrzucić. Równie niechętni byli polańskiej dominacji Ślężanie i nieomal tak samo Wiślanie. Tych ostatnich udobruchało trochę to, że w Krakowie Bolko bywał równie często co w Poznaniu, przez co był on niejako równie ważny jak Poznań. Sandomierzanie takoż zwierzchnictwa Piastów nie kochali.
Jak na owe czasy duże państwo Chrobrego obejmowało w większości plemiona niechętne, a nawet wrogie dynastii piastowskiej, podbite siłą i siłą trzymane w posłuszeństwie. Ni Mieszko przed nim, ni Bolesław nie zrobili nic, aby na podbijanych terenach zaskarbić sobie życzliwość tamtejszej ludności. Traktowali ją nieomal jako łup wojenny, jako poddanych, których obowiązkiem jest ślepo słuchać, służyć, daniny dawać i wypełniać wiele innych powinności. Stąd gdy po jego śmierci sąsiedzi zaczęli najeżdżać granice piastowskiego państwa, miejscowa ludność palcem nie ruszała w jego obronie. Jego następca i spadkobierca, obok wrogów na wszystkich granicach i niechętnych mu, podbitych przez poprzedników plemion, miał jeszcze innych wrogów wewnętrznych – przyrodniego starszego brata zbiegłego z klasztoru, chcącego przejąć władzę i młodszego rodzonego, który też rządzić chciał przynajmniej częścią państwa. I gdy ściągnęli na pomoc wrogów zewnętrznych, Niemców i Rusinów, którzy zaatakowali Mieszka II równocześnie z dwóch stron, utracił on władzę. Zamęt wewnętrzny wykorzystali i inni wrodzy Piastom sąsiedzi i państwo piastowskie utraciło w krótkim czasie wszystkie siłowe nabytki Bolesława, a nawet i nabytki Mieszka I. Mazowsze, gdy umierał Mieszko II (1034) zrzuciło polańską zwierzchność i piastowskie państwo mniejsze było i słabsze, niż gdy umierał Mieszko I. Dodatkowo osłabił je, jeszcze za życia Mieszka II, kolejny już po 1022 i 1025 roku duży (małych, lokalnych było o wiele więcej) antypogański bunt ludności. Hebrajska wiara i łaciński kościół, które rzekomo miały państwo Piastów wzmacniać, kolejny raz stały się przyczyną jego osłabienia.

Podczas swojego panowania Bolko zwany chrobrym dwukrotnie zajął Łużyce i Miśnię. Gdyby był zdolny patrzeć i myśleć dalekowzrocznie, a nie egoistycznie i dynastycznie, mógłby, a nawet powinien zwrócić wolność i wzmocnić orężem tamtejszą słowiańską ludność, która w sojuszu z Wieletami i Obodrytami, wspierana od tyłu polańskimi hufcami stworzyłaby barierę, jakiej cesarstwo niemieckie nie byłoby w stanie sforsować. Tym bardziej, że miało wrogów na północy (Danię), zachodzie (Franków/Francję) i w Italii (saracenów, włoskich możnowładców i prące na zachód Bizancjum). Niestety głupota, krótkowzroczność, żądza władzy i egoizm „chrobrego” te szanse pogrzebały. Gdy krótko po jego śmierci Łużyce i Miśnię zajęli Niemcy, nigdy już z łapsk ich nie wypuścili.

O tym wszystkim nie wiedzieli w 1005 roku Racibor, Warcisław i Wojmir. Cieszyli się, że prawie całe Pomorze odzyskało wolność, że nie ma u nich ni polańskich żupanów, ni znienawidzonych kapłanów hebrajskiego boga, ni jego kościołów. I że znów mogą swobodnie z Wieletami chodzić na Niemca. Na starość, gdy już na wyprawy nie chodzili, Racibor i Warcisław osiedli w rodzinnym Nakle, które znów było jednym z kluczowych granicznych grodów strzegących ich ziemie przed zakusami Piastów.
.
Epilog
.
Niestety Pomorze nigdy nie przestało być obiektem pożądania Piastów, choć długo brakowało im sił na jego zniewolenie. Ponownie stało się obiektem piastowskich zapędów na początku XII wieku. W roku 1103 samą tylko jazdą Bolesław krzywoustym zwany dotarł forsownym marszem przez wrogie mu Pomorze do Kołobrzegu, ale go nie zdobył. Ponowił atak rok później zimą 1104/1105, zdobył i złupił Kołobrzeg, po czym się wycofał. Systematyczny podbój Pomorza rozpoczął później. W 1113 roku najechał i na stałe już zajął Nakło rozpoczynając podbój Pomorza. Najpierw podbił Pomorze Gdańskie, następnie od ok. 1120 roku rozpoczął podbój Pomorza Zachodniego. Podczas podbojów przekroczył Odrę wkraczając na Północne Połabie. Tam podbijając ziemie Wkrzanów i Chyżan dotarł prawie do Rugii.
.


.
W tym samych czasie od strony Łaby północne Połabie wściekle zaatakował Lothar saski, późniejszy cesarz. Była to wspólnie zaplanowana i przeprowadzona przez piastowskiego Bolka i niemieckiego Lothara operacja podboju, a przynajmniej osłabienia północnych Połabian, nadal broniących wolności i swoich bogów. Od czasów Mieszka I tego właśnie obawiali się Wieleci – że zostaną wzięci w kleszcze piastowsko-niemieckiego sojuszu. Zburzenie Retry/Radogoszczy – głównego grodu i świątyni Swarożyca plemienia Redarów przez Lothara w roku 1125 najprawdopodobniej bez ataku „krzywoustego” na głębokie zaplecze Północnego Połabia byłoby niemożliwe. Mimo iż Związek Wielecki rozpadł się już wcześniej, tamtejsze plemiona w przypadku niemieckich najazdów nadal solidarnie sobie pomagały. I gdyby „krzywousty” nie najechał Wkrzanów i Chyżan, wsparliby oni Redarów w walce z Niemcem. Jemu można zatem przypisać pośredni przynajmniej współudział w upadku Retry/Radogoszczy. Podbite zaś przez niego Pomorze stało się obiektem zmasowanej krystianizacji. To przez niego padł ostatni na terenie dzisiejszej Polski skrawek wolnej Słowiańszczyzny, gdzie czczono starych słowiańskich bogów. Wściekła krystianizacja Pomorza pod patronatem „krzywoustego” nie była przypadkiem. Obłożony wcześniej klątwą, aby odzyskać łaskę kleru, stał się gorliwym sługą interesów kościoła. Nie tylko niszczył pogańskie chramy na Pomorzu narzucając Pomorcom krzyż. W swoim państwie fundował wiele klasztorów i kościołów. Najbardziej haniebnym jego postępkiem było wydanie świętego Łyśćca krytowierczym benedyktynom. „Krzywousty” był bowiem fundatorem benedyktyńskiego klasztoru na świętej pogańskiej Łysej Górze, zwanej Łyśćcem, która była dla Wiślan równie święta jak Ślęża dla Ślężan. Później od nazwy fałszywej „relikwii” – krucyfiksu z rzekomymi szczapami krzyża z Golgoty, świętokrzyskimi nazwano całe pasmo Łysogór, a obecnie całe województwo. I tak to gusła nadjordańskie wpłynęły na nazwy gór i województwa, w którym leżą. Ponadto w czasach jego panowania jego palatyn Włostowic zhańbił świętą pogańską Ślężę fundując na niej klsztor augustianów. Aż dziw, że kościół nie przydał temu Piastowi jakiegoś chwalebniejszego przydomka niż „krzywousty” – choćby „pobożny”, „wielki” czy „wspaniały”. Zhańbił i wydał krzyżowi dwie najświętsze pogańskie góry na jego ziemiach – Łysiec i Ślężę. Wbił krzyże na Pomorzu w miejsca Świętowita i Trygława. Dopomógł niemieckiemu Lotharowi przynajmniej pośrednio do zniszczenia Retry. Był wyjątkowym krystowierczym wandalem.
Podbite przez „krzywoustego” Pomorze niedługo pozostało w piastowskich rękach. Można by rzec, że podbił je dla Niemców. W czasie rozdrobnienia dzielnicowego zainicjowanego jego testamentem Pomorze wypadło z rąk Piastów. Gdy po dwóch wiekach rozbicia dzielnicowego ostatni Piast zasiadał na tronie, Pomorze i pas wzdłuż Odry były już poza obrębem jego państwa.
.


.
Na przestrzeni kolejnych wieków Pomorze nie osłaniane już od zachodu przez Wieletów podlegało zmasowanemu parciu niemieckiemu i germanizacji. Gdy po następnych wiekach i po rozbiorach powstała II RP, Pomorze poza kawałeczkiem Gdańskiego było już czysto niemieckie i nadal znajdowało się w niemieckich rękach.
.


.
Niemiecki żywioł z Pomorza, a także z prawego brzegu Odry i Śląska wyparł za Odrę dopiero po II wojnie światowej, znienawidzony zresztą przez Polaków, Stalin. Pomorze nie wróciło tak naprawdę do Macierzy, gdyż Pomorzanie Piastów i ich państwa nienawidzili na równi z Niemcem jak zarazy. Przypadło Polsce z woli Stalina, choć Piastów, którzy wielokrotnie podbić i zniewolić je chcieli, już nie było. Nie było niestety już i Pomorzan – Pomorców – tych którzy bronili własnej wolności, kultury i własnych słowiańskich bogów. Po nich pozostała jedynie nazwa Pomorza…

I wspomnienie. I cześć którą im oddaję…
.

I już na koniec… W internecie krąży piosenka rzekomo autorstwa Galla Anonima, nazwana „Pieśnią wojów Krzywoustego”. Niestety śpiewał ją nawet Czesław Niemen:
.

.
Naszym przodkom wystarczały ryby słone i cuchnące,
My po świeże przychodzimy, w oceanie pluskające!
Ojcom naszym wystarczało, jeśli grodów dobywali,
A nas burza nie odstrasza ni szum groźny morskiej fali.
Nasi ojce na jelenie urządzali polowanie,
A my skarby i potwory łowim, skryte w oceanie.

.

Nie mam pewności czy ją wymyślił Gall Anonim.  Niemniej napisał inną pieśń (księga II rozdział 28 ) o tym podboju:
.

.
Nasze dziady swoje ziemie
o pierś morza opierali,
nasze ojce swoje plemię
wrogom pod miecz oddawali.
Nasze dziady swoje miecze
obmywali w oceanach,
a my ojców swoich winy
obmywamy w swoich ranach.
.
Niestety obie te pieśni są załgane i pomijają rzecz najważniejszą – wychwalany przez nich najazd na Pomorze był barbarzyńskim podbojem, zniewoleniem i narzucaniem siłą piastowskiej władzy i mściwego hebrajskiego boga wolnym Pomorzanom. Pokazuje to zresztą początkowe 15 sekund pierwszego filmu, gdzie widać pogańskich Pomorców podczas obrzędów przy posągu Świętowita. Najazd Krzywoustego oznaczał koniec wolnej kultury słowiańskiej na Pomorzu, z jego rozkazu zaciekle zwalczanej. Zastąpiła ją nadjordańska antykultura.

.
Gdyby ułożyć listę piastowskich władców szczególnie szkodliwych dla kultury słowiańskiej, a zasłużonych dla antykultury nadjordańskiej, Krzywousty znalazłby się w samej czołówce obok takich kanalii jak mnich Kazimierz zwany „odnowicielem” czy Bolesław I zwany „chrobrym”.

.
.
opolczyk

.

.

Roszczenia żydowskie

.

.

Podrzucono mi to:
.
Seweryn Aszkenazy, prezes Fundacji Beit Warszawa, który mieszka w Polsce i w USA, przyznał w rozmowie z ,,Dziennikiem”, że ,,coraz częściej wstydzi się za rządzących Izraelem”. Dodaje, że w całym zamieszaniu chodzi również o pieniądze: ,,możliwość oskarżania Polaków o Holokaust to również możliwość wyciągania odszkodowań i restytucji mienia”.
https://niezlomni.com/tym-wywiadem-zamyka-usta-atakujacym-polske-znany-dzialacz-zydowski-mowi-ciagu-7-dni-zalatwiono-sprawe-ktora-mierzyliscie-sie-70-dodaje-tez-o-naprawde-toczy-sie-gra/
.
Tym pasożytom nigdy nie będzie dość!
.
A jako ciekawostkę podam na koniec, że jeszcze do niedawna żydowskie niedobitki Wehrmachtu w Izraelu otrzymywały z Niemiec rentę!
.
Za ich udział w ataku na Polskę w 1939 roku i za lata okupacji Polska jak najbardziej miałaby prawo roszczeń o odszkodowania wojenne od Izraela za służących w Wehrmachcie jego obywateli.
.
.
opolczyk
.
.
.
.

Opowieść Połabska z roku 983

.

.

Biskup Volkmar niecierpliwie chodził po komnacie swojej warownej rezydencji w Braniborzu nad Hawelą. Z kamienia była, z dużym podworcem, własnym otoczona grubym murem obronnym z blankami – jakby odzielny zamek w środku silnie warownego grodu. Spoglądał przez okno na pobliską, równie warowną siedzibę markgrafa Dietricha, do którego wysłał posłańca, gdyż chciał z nim omówić zaistniałą sytuację. Wczoraj dotarła do Braniboru wieść, że jacyś Lutycy 29 czerwca napadli i zdobyli odległy o dwa dni konnej jazdy Havelberg, będący siedzibą innego biskupstwa, chwilowo nie obsadzonego od śmierci biskupa Udona. Nikt jednak nie wiedział, jakie to było plemię, jakimi siłami dysponowali Słowianie i czy po zniszczeniu Havelbergu wycofali się na swoje tereny czy nie. Do wczoraj Volkmar czuł się w Braniborzu bezpiecznie. Obecnie jednak ogarniał go jakiś nieokreślony lęk. Natychmiast po otrzymaniu przerażającej wieści o upadku Havelbergu wysłał zbrojny oddział w celu zasięgnięcia dokładniejszych wieści o napadzie, by móc ocenić zaistniałą sytuację. Oddział jednak nie wracał, co wzmagało jeszcze lęk biskupa. Nienawidził Słowian. Wiedział, że Branibor był wcześniej grodem słowiańskiego plemienia Stodoran i zwał się Brenną. Wiedział też, że Havelberg był wcześniej głównym grodem słowiańskich Hobolan i Nieletyców i zwał się Hobolin. Ale od sukcesu Heinricha I, który zdobył Brennę zwaną teraz Braniborem, a zwłaszcza od wiekopomnych sukcesów Ottona I, zwanego już za życia wielkim, który zdobył wiele przyczółków po prawej, słowiańskiej stronie Łaby i w 948 roku utworzył w Braniborzu i Havelbergu niemieckie biskupstwa, Volkmar uważał te grody za na zawsze już niemieckie. Do dzisiaj pamięta też euforię roku 955. Wielki Otto rozgromił najpierw w sierpniu Madziarów na Lechowym Polu, a następnie w październiku Obodrytów i Wieletów w wielkiej bitwie nad Reknicą. Z 9 000 słowiańskich wojów legła połowa, 4 500, rannych zostało 2000, a po bitwie Niemcy stracili jeszcze 700 słowiańskich jeńców. Była to dla Słowian prawdziwa katastrofa. W pamiętnym 955 roku, młody wtedy jeszcze Volkar pewien był, że podbój północnego Połabia to sprawa najwyżej kilku następnych lat. Tymczasem minęło ich prawie trzydzieści, bez mała rok w rok Niemcy najeżdżali Obodrytów i Wieletów, ale niewiele ich ziem udało się im na stałe podbić. Utworzona przez Ottona Marchia Północna mająca sięgać po ujście Odry i wysp Wolin i Uznam istniała tylko na mapie. Ponad 90 % jej powierzchni było nadal w rękach Słowian. I gdy Gero dawno już podbił południowe Połabie, dochodząc do górnej Odry, oni w Marchii Północnej nadal dreptali w miejscu na jej obrzeżach. Akurat przedwczoraj biskup rozmawiał z markgrafem tej iluzorycznej Marchii Północnej, Dietrichem, teściem polańskiego Mieszka, o planowanym zaraz po żniwach kolejnym najeździe na Wieletów. A tu jak grom z jasnego nieba spadła nagle wieść o napadzie Słowian i zdobyciu przez nich Havelbergu. Volkmar widział już oczami wyobraźni spustoszone przez Lutyków pola, popalone osady zamieszałe przez sprowadzanych zza Łaby niemieckich osiedleńców i uprowadzone kobiety i dzieci. Nie przyznawał się nawet przed samym sobą, że do tych uprowadzeń zmusili Słowian sami Niemcy. Gdy zaczęli podbój północnego Połabia, podczas każdego najazdu uprowadzali ze sobą właśnie kobiety i dzieci. Był to cyniczny plan – im mniej zostanie im dzieci, tym mniej wyrośnie z nich słowiańskich wojów. A bez kobiet przestaną się Słowianie rodzić. Ci jednak szybko przejrzeli te zamiary i sami zaczęli robić to samo. Przy czym w przeciwieństwie do Niemców nie robili z uprowadzanych kobiet i dzieci niewolników. Kobiety brali za żony, a dzieci adoptowali i wychowywali po słowiańsku.
Rozmyślającego biskupa ogarniała coraz większa złość i lęk. Dręczyła go obawa o wysłany zwiad. I gniewało to, że nie wraca posłaniec wysłany do markgrafa Dietriecha. Tymczasem w komnacie powoli robiło się ciemno. Zaklaskał więc na służbę, by pozapalała porozstawiane na stole i komodach świece. Nim jednak pokazał się służebny, w sieni przed komnatą rozległy się jakieś głosy. Po chwili służebny wszedł, skłonił się i zameldował przybycie markgrafa.
– Proś go, pozapalaj światła i przynieś kolację dla nas.
Po chwili do komnaty wszedł Dietrich. Volkmar bez słowa wskazał mu miejsce przy stole. Nie lubili się ci dwaj dostojnicy. Od kiedy cesarz markgrafem północnej Marchii mianował Dietricha, zaczął się on uważać za równego dostojeństwem Volkmarowi. Ten zaś miał siebie za ważniejszego. Co to za markgraf – myślał – którego prawie cała marchia nadal jest w słowiańskich rękach. Zresztą cesarz może go w każdej chwili pozbawić urzędu markgrafa i zostanie Dietrich na jednym małym zameczku rodowym. Wprawdzie biskupowi cesarz też może odebrać biskupstwo, ale nie godność biskupa. A sama ona czyni go dostojnikiem, nieomal książętom równym. Niemniej, mimo wzajemnej niechęci, przy częstych osobistych spotkaniach obaj dostojnicy przestrzegali dworskiej etykiety. Dzisiaj jednak pod wrażeniem wieści z Havelbergu obaj zrezygnowali ze zwyczajowych ceregieli.
– Czy macie jakieś nowe wieści? – zapytał gościa biskup. – Bo ja czekam na wysłany wczoraj zwiad i trwoży mnie, że dotąd nie powrócił.
– Nie mam żadnych nowych wieści i wiem tyle co wy. Ale zarządziłem już przygotowania do obrony grodu.
– A sił nam starczy? Wszak dużo wojów zabrał cesarz do Italii.
– Widać, że na wojnie mniej się znacie niż na księgach – Dietrich nie mógł odmówić sobie uszczypliwej uwagi pod adresem biskupa. – Do Italii z cesarzem poszła jazda, która przy obronie grodu zbędna jest. Sił zostało nam dość, by odeprzeć każde oblężenie. Wiecie zresztą, że Branibor to bardzo dobrze obwarowany gród, jakich Lutycy zdobywać nie zwykli.
– Havelberg był równie warowny jak Branibor, a jednak go zdobyli – ponuro odparł Volkmar.
Rozmowę dostojników przerwała służba wnosząc kolację.
– Nie będę jadł – rzekł Dietrich – chcę tylko z wami uradzić co robić winniśmy. Muszę zresztą iść doglądać przygotowań do obrony.
– Gdyby na miejscu był cesarz – biskup ozwał się, ale markgraf wpadł mu w słowo:
– …Niczego by to nie zmieniło. Nie raz Lutycy nachodzili nasze ziemie pod obecność cesarza. On zreszą najchętniej gdzieś nad Renem zawsze bawi. Wojsk przy sobie nie trzyma. Nim by się o najeździe dowiedział i nim by od lenników wojska zebrał, słowiańskie psy wróciłyby do siebie. Na własne siły liczyć musimy.
– A jak myślicie markgrafie – zapytał z niepokojem Volkmar – obronimy się?
– Myślę że tak. Havelberg padł, bo został pewnie wzięty z zaskoczonia. Nikt tam nie gotował się do obrony. A nas już nie zaskoczą i mamy czas się przygotować – dosyć pewnym i przekonującym głosem odparł zapytany. – Ale na mnie już czas – mówiąc to wstał od stołu.
Obaj dostojnicy pożegnali się chłodno. Po wyjściu Dietricha biskupa znów ogarnął niepokój. Nie ufał wojennemu talentowi markgrafa. Nie tylko nie zdobył nowych terenów, ale już zdobyte traci. Ponure myśli przyszły mu do głowy. Najbardziej niepojęte było dla niego to, że Słowianie potrafili zdobyć tak dobrze obwarowany gród. Po katastrofalnej klęsce nad Reknicą Lutycy powrócili do ich zwyczajowej wojennej taktyki. Gdy robili najazd, wypadali z nagła z lasów, palili osady i co najwyżej małe słabo warowne grody, niemieckich osadników wypędzali lub bili, zagarniali kobiety i dzieci, brali żywność ile unieść mogli, resztę niszczyli i znikali w lasach równie szybko, jak z nich wyszli. W wypadku niemieckiego najazdu nie stawali do bitew w otwartym polu. Robili na idące wojska zasadzki, zastawiali pułapki, niszczyli drogi lub zawalali je powalonymi drzewami, atakowali z nagła z lasów, natychmiast wycofując się do nich spowrotem, gdy tylko Niemcy ustawili bojowe szyki. Utrudniali przeprawy przez rzeki, znosili podjazdy, atakowali w nocy rozłożony na spoczynek niemiecki obóz. Wciągali Niemców na bagna i na bezdroża. Przeciągali działania wojenne do wiosennych roztopów, jeśli najazd był zimą, lub do jesiennej pluchy, gdy Niemcy najechali ich latem. Gdy ich mocno przyparto, szli na pertraktacje, często godząc się nawet na niekorzytne warunki. Ale gdy tylko Niemcy odchodzili, nic nie robili sobie z podjętych zobowiązań, gotując się na kolejną wyprawę odwetową. Niejeden też kniaź połabski pozornie przyjmował nową wiarę, mając nadzieję, że to zahamuje pochód Niemca na jego księstwo. Ale wiedząc, że nadal nazywany jest przez Niemców z pogardą słowiańskim psem, przyłączał się do plemion pogańskich i wspólnie z nimi brał udział w odwetowych wyprawach. Upór i wytrwałość, jakie okazywali od dziesięcioleci północni Połabianie z jednej strony zadziwiały niemieckich dostojników, z drugiej wywoływały w nich wściekłość. I taką właśnie wściekłość do Słowian odczuwał teraz Volkmar. Tyle, że podszyta była strachem. Jeśli zdobyli Havelberg, nie można ich lekceważyć.
Długo w noc biskup braniborski nie mógł zasnąć. A gdy wreszcie usnął, spał niespokojnie. Nagle zbudził się czując, że ktoś go szarpie.
– Wasza dostojność, wasza dostojność, obudźcie się. Wojsk chmara idzie od Havelbergu.
Słysząc te słowa służącego Volkmar zerwał się na równe nogi, narzucił na siebie domową suknię i bez jakichkolwiek oznak jego dystynkcji wybiegł z komnaty. Zbiegł po schodach, wypadł na podworzec i biegł w stronę bramy. Strażnicy widząc to błyskawicznie ją otwarli, choć kompletnie zaskoczeni byli. Biskup nigdy nie opuszczał swej rezydencji bez orszaku i paradnego stroju. Poruszał się zawsze z dystynkcją, odpowiednią godności kościelnego dostojnika. A tu nagle pędzi sam, byle jak przyodziany. Takim go nigdy jeszcze nie widzieli. Za bramą pognał biskup ku północnemu murowi obronnemu. Tłoczyły się na nim setki knechtów, zresztą cała załoga grodu była na murach. Gdy tylko biskup dopadł do nich, rozejrzał się po okolicy. Z dala, od strony Havelbergu widać było w oddali mrowie ludzi, tysiące, konnych i pieszych. Od ich strony na koniach pędziło kilku grodowych knechtów. Po chwili wpadli do grodu północną bramą, która natychmiast zawarto. Niedaleko bramy stał markgraf Dietrich, do którego właśnie podszedł Volkmar. Dowódca przybyłych knechtów zawahał się, któremu z nich ma złożyć meldunek, ale ostatecznie zwrócił się do świeckiego dostojnika:
– Wasza dostojność, Lutycy na nas idą. Trudno policzyć ilu, ale nie mniej niż 5 tysięcy. Konni i piesi. Mają wozy, drabiny, tarany i machiny do miotania głazów i płonących belek. Widać, że będą gród oblegać.
Dietrich nie odpowiedział nic knechtowi, gdyż rozglądał się za dowódcą załogi grodu. Dostrzegł go w pobliżu i skinął na niego ręką. Tamten podszedł i skłonił się.
– Zdaję na was odpowiedzialność za gród. Rozstawcie knechtów na całej długości murów. Trzymać macie gród, póki nie wrócę z odsieczą – głosem nie znoszącym sprzeciwu rzekł do niego markgraf. A po chwili dodał – Każcie sprowadzić dla mnie konia i eskortę z dziesięciu knechtów. Wyruszam natychmiast.
Dowódca załogi bez słowa odszedł przekazać podkomendnym rozkazy Dietricha. Po chwili koń i eskorta czekały na markgrafa. Gdy ten wskakiwał na konia, dopadł go biskup, blady na twarzy ze strachu. Miał wrażenie, że Dietrich nie jedzie po odsiecz, a po prostu ucieka z zagrożonego grodu. Zapytał go więc:
– Dlaczego wasza dostojność opuszcza gród?
– Moja obecność w oblężonym grodzie niczego nie zmieni – usłyszał w odpowiedzi. – Na zewnątrz mogę przygotować obronę innych grodów i zorganizować odsiecz. Wasza dostojność może spokojnie pozostać na miejscu. Gród jest silny a załoga pewna. Do zobaczenia, wasza dostojność.
Dietrich kończąc te słowa skinął na eskortę i z miejsca ruszył w skok ku południowej bramie. Biskup jednak nie wierzył jego zapewnieniom, że gród jest bezpieczny i rzucił się biegiem ku swej rezydencji. Brama na podworzec była nadal otwarta a przy niej stali strażnicy. Przebiegając obok nich krzyknął im, by natychmiast osiodłano dwa konie dla niego i trzymano je przy bramie. I żeby sześciu knechtów zbrojnych takoż na koniach tu czekało. Z chęcią wziąłby dwunastu, by mieć orszak większy od markgrafowego, ale wiedział, że tu każdy miecz może zaważyć na obronie jego rezydencji. Wpadł do niej i biegnąc po schodach wydawał służbie i podległym mu kapłanom polecenia. Mają po jego wyjeździe przygotować rezydencję do obrony i bronić jej nawet wtedy, gdyby Lutycy wdarli się do grodu. Pakować kazał wszystkie kosztowności, a osobistemu służącemu nakazał spakować dla niego co najważniejsze rzeczy, szaty i insygnia biskupie, wziąć spakowane przez innych kosztowności, po czym siadać ma na drugiego konia i gonić za nim na południe, ku Marchii Łużyckiej. W komnacie porwał biskup jedynie ogromny trzos z pieniędzmi, który trzymał pod kluczem w skrzyni, miecz, który w biegu przypasał, dokument mianujący go biskupem Braniboru i nie przybierając się nawet do jazdy konnej popędził ku bramie na podworcu. Czterem knechtom nakazał jechać za nim, dwóch miało czekać na służącego. Po chwili na czele knechtów gnał ku południowej bramie grodu. Dwa pacierze później pognali za nimi jego służący z dwoma pozostałymi knechtami.
Ogarnięty paniką Volkmar zmuszał konia do cwału tak długo, aż stracił z oczu stojący na wzgórzu braniborski gród. Oglądał się też co chwilę, czy aby nie jest ścigany przez Lutyków. Zwolnił dopiero wtedy, gdy upewnił się, że nie goni go nikt. Trakt ku Marchii Łużyckiej nie był pusty i dopiero teraz biskup uświadomił sobie, że ciągną nim na południe grupkami całe rodziny saskich osadników. Wieść o najeździe Lutyków nie jednego Niemca skłoniła do ucieczki. Kilkakrotnie przystawał i pytał uciekinierów idących pieszo o oddział markgrafa Dietricha. Ten wyprzedzał ich ledwo o jaki pacierz konnej jazdy. Zwolnił więc szaloną ucieczkę, by koni nie zmarnić. I by dogonił go służący z kosztownościami. Wreszcie po dobrej godzinie dojrzał go z tyłu. Gdy tamten z knechtami dojechał, Volkmar bez słowa przyspieszył.
Dietricha dopędzili dopiero pod wieczór, już w Marchii Łużyckiej. Panował tu zamęt, nikt nie chciał gadać ni z nim, ni z Dietrichem. Wszyscy szykowali się do obrony. Bali się i buntu Łużyczan. Nikt też nie wiedział, gdzie jest Hodo, markgraf łużycki. Znaleźli go dopiero po trzech dniach w Czerwiszczu, z niemiecka Zerbstem zwanym. Hodo umacniał gród i ni słuchać nie chciał o odsieczy dla Braniboru.
– Nie mam knechtów na zbyciu. Większość konnych cesarzowi dać musiałem na italską wyprawę. A tu wszędzie wrze. Łużyczany tylko czekają, by Lutycy tu przyszli. Nie wiem, czy sam nie będę potrzebował odsieczy.
Volkmar był wściekły, ale przede wszystkim przygnębiony. Miał nadzieję na uzyskanie pomocy u Hodona, odsiecz i szybki powrót do swej biskupiej siedziby. A tu czekać mu przyjdzie, nie wiadomo jak długo jeszcze. Postanowił tymczasem zostać w Czerwiszczu. Ale już następnego dnia zmienił zamiary. Doszła tu bowiem akurat wieść, że Branibor zdobyty został przez Lutyków. Knechtów wycięto, zameczek biskupa splądrowano a kapłanów wzięto w łyka. Palone są okoliczne niemieckie osady, a kto z Niemców żyw, na hodonowe Łużyce ucieka, lub za Łabę i za Tangerę. Widząc, że u Hodona nic nie wskóra, w pośpiechu ruszył biskup Volkmar ze służącym i sześciu knechtami do Magdeburga, stolicy arcybiskupiej, pod którą jego biskupstwo podlegało. Tuż za jego orszakiem ciągnął markgraf Dietrich z dziesięcioma knechtami. Trzeciego dnia podróży nagle ujrzeli wojska idące od południowego zachodu. Biskup w pierwszej chwili przeraził się na ten widok, ale dowodzący jego knechtami dziesiętnik Reinhard rozpoznał niemieckie znaki. Okazało się, że były to wojska arcybiskupa Giselera i wspierającego go biskupa Hildewarda, idące na Wieletów zwanych przez Niemców Lutykami. O ile marsz wojsk kościelnych dostojników ucieszył Volkmara, o tyle przeraziła go wieść, że Lutycy przeszli nawet Łabę, palą osady i mniejsze grody, splądrowali klasztor Kalbe, a część z nich ciągnie wzdłuż Łaby na Magdeburg. I to przeciwko nim ciągnęli kościelni dostojnicy. O odbijaniu Braniboru czy Havelbergu nawet nie myśleli. Pragęli jedynie zatrzymać dalszy pochód Lutyków i co najwyżej odeprzeć ich do Tangery i Łaby. Markgraf Dietrich przyłączył się do idących wojsk zostając jednym z dowódców obok arcybiskupa Giselera i biskupa Hildewarda. Volkmarowi zaś arcybiskup polecił udać się do Magdeburga:
– Natułaliście się biskupie już dość. Nam nie jesteście potrzebni. Czekajcie na nas w moim zamku.
Volkmar ze swoim małym orszakiem ruszył więc do Magdeburga. Był nieco spokojniejszy. Giseler miał ze dwa tysiące konnych i trzy tysiące pieszych, dobrze zbrojnych knechtów. Tą siłą mógł Lutyków powstrzymać, a przynajmniej opóźnić ich marsz. W Magdeburgu gorączkowo gotowano się na ewentualne oblężenie. Volkmara gnębiła myśl, że jego powrót do Braniboru nie nastąpi tak prędko, jakby tego chciał.
Po kilku dniach arcybiskup z częścią wojsk wrócił do Magdeburga. Po niezbyt zażartej utarczce z Lutykami nad Tangerą tamci wycofali się za Łabę. Częścią wojsk Giseler wzmocnił grody po niemieckiej stronie Łaby, a resztę przyprowadził ze sobą.
– Mieliśmy szczęście, że pogańskie psy nie szli na nas całą siłą. Obsadzają zdobyte grody i umacniają zdobyte osady. Gdyby szli na Magdeburg wszyscy, mogłoby być z nami źle – relacjonował Volkmarowi arcybiskup.
– A kiedy wasza dostojność zamyśla odbijać Branibor i Havelberg? Wszak te biskupstwa podlegają waszej dostojność.
– Cieszcie się biskupie, żeście tu, w Magdeburgu, bezpieczni. Musimy czekać, aż cesarz z Italii wróci. Wtedy upomnimy się o nasze biskupstwa i karki tych słowiańskich psów nagniemy do posłuchu.
Volkmar nic nie odpowiedział. Drażniło go, że z odbiciem jego siedziby czekać jeszcze trzeba, choć pewność arcybiskupa, że po powrocie cesarza odbiją utracone grody, dodała mu nieco otuchy, tłumionej jedynie koniecznością czekania na powrót cesarza. Nagle w dużej sieni przed komnatą, w której siedzieli, usłyszeli wzburzone głosy. Nim arcybiskup zdążył zawołać na służbę, drzwi się otworzyły i służebny nisko kłaniając się zawołał:
– Wasza dostojność, wieści przyszły przez posłańców z Hamburga.
– Dawaj ich, natychmiast – krzyknął Giseler.
Do komnaty weszło dwóch obszarpanych, pokrytych kurzem posłańców, a raczej uciekinierów z hamburskiej służby grodowej. Pokłonili się nisko, ale nie ośmielili odezwać się bez zapytania.
– Gadajcie, na boga, co się stało…
– Uciekliśmy z niewoli wasza dostojność – odezwał się starszy z nich. – Hamburg splądrowany, a biskupstwo Aldenburg w Ostholstein zrównane z ziemią. Kto z orężem w ręku przez Obodrytów wzięty, łeb mu ścinają. Kto zdążył, do Saksonii umknął. Obodrycki Mściwoj napastnikami dowodzi…
– Ten przeklęty słowiański pies – wpadł w słowa uciekiniera Volkmer, po czym zwracając się do arcybiskupa mówił dalej – nigdy nie wierzyłem, że ten obodrycki pies naprawdę nawrócony jest. Krzest przyjął, ale pogaństwa nie tępił. Cesarzowi trybut płacił, hufiec jazdy na wyprawę do Italii mu dał, o rękę niemieckiej księżniczki zabiegał, a z pogańskimi pobratymcami na nas napadł. I jeszcze biskupstwo aldenburskie zniszczył. Cesarz musi ukarać tego psa i zmyć z cesarstwa hańbę. Niech tylko wróci z Italii, pewnie jeszcze tej zimy, najpóźniej latem na drugi rok, odbijemy wszystkie nasze biskupstwa, a tym wściekłym słowiańskim psom wybijemy kły.
Oczami wyobraźni widział już biskup Volkmar swój triumfalny powrót do Braniboru. Widział długie kolumny spętanych słowiańskich jeńców idących w łachmanach umacniać niemieckie grody. Widział ich przywódców, którym wyłupiano oczy, wydzierano języki i obcinano prawice, które na Niemca podnieśli.

Mylił się jednak biskup braniborski we wszystkich swoich rachubach i marzeniach.

Gdy do cesarza Ottona II, który dopiero co poniósł klęskę w Italii w bitwie z saracenami, dotarła wieść o karnej ekspedycji Słowian i zniszczeniu trzech biskupstw, dostał apopleksji i zmarł. W imieniu jego następcy, małoletniego Ottona III, pod wodzą magdeburskiego arcybiskupa Giselera w latach 985-7 trzykrotnie Niemcy próbowali odbić zajęte biskupie stolice Branibor i Havelberg, ale bezskutecznie. Drugą niemiecką wyprawę z roku 986 wspierały wojska polańskiego Mieszka I. A dziesięć lat później którąś z kolejnych wsparły wojska Bolesława Chrobrego. Wszystkie te najazdy okazały się bezskuteczne. Biskup Volkmar nie powrócił nigdy do jego rezydencji w Braniborze, zmarł jako wygnaniec, pozbawiony stolicy swej diecezji. Także jego dziesięciu następców, kolejnych biskupów braniborskich, ich stolicy nie ujrzało na oczy. Dopiero podczas krucjaty połabskiej w roku 1147 potężne wojska krzyżowców pod wodzą Albrechta Niedźwiedzia (którego wieki później Adolf Hitler ustanowił patronem NSDAP) zdobyły Branibor i Havelberg. Krucjatę wsparli książęta piastowcy. I dopiero jedenasty z kolei następca biskupa Volkmara, biskup Wigger, w roku 1147 postawił nogę w Braniborze przemianowanym na Brandenburg i osiadł tam. Przez ponad 160 lat ta siedziba niemieckiego biskupstwa założona na podbitych przez Niemców ziemiach słowiańskich, po udanej ekspedycji karnej z roku 983 pozostawała w rękach północnych Połabian. Podobnie było z siedzibą biskupią w Havelbergu.

Wróćmy jednak do roku 983. Podczas gdy biskup Volkmar, siedząc w Magdeburgu, oczami wyobraźni widział swój powrót do Braniboru, kolumny słowiańskich jeńców i okrutnie karanych słowiańskich wodzów, dwóch z nich, Mestwin i Stoigniew siedzieli w komnacie jego splądrowanej rezydencji w Braniborze, popijali miód i toczyli naradę. Wiedzieli już o sukcesie obodryckiego Mściwoja, który spustoszył Hamburg i biskupstwo w Aldenburgu. Ich własne plany, a więc odzyskanie Brenny/Braniboru, Hobolina/Havelbergu i wyparcie za Łabę niemieckich osadników zostały w pełni zrealizowane. Obecnie umacniali zdobyte grody i osady. Zastanawiali się też, co zrobić ze stodorańskim Przybysławem, który był nominalnym grododziercą Braniboru. Miękki był, służył Niemcom. Jeśli złoży przysięgę, że niemieckich kapłanów do Braniboru nie wpuści i Niemcom służyć nie będzie, przywrócą mu ten gród. Tyle, że na żupana wyznaczą zaufanego im człowieka z tych Stodoran, co Niemcom nie służyli, aby miał oko na wszystko, także i na Przybysława. Jedynie chybione plany wywołania buntu na Łużycach i w Miśni gasiły ich radość. I o tym właśnie teraz gwarzyli.
– Wprzódy słaliśmy tajne poselstwo do czeskiego Bolesława – opowiadał młodszemu wodzowi doświadczony Mestwin – ostrożnie wybadać go, czy by nas i Łużyczan nie wsparł przeciwko Niemcom. Wszak wspierał przeciwnika cesarza, bawarskiego Kłótnika. Ale on sam patrzy by Miśnię zagarnąć, o ziemie Ślężan wadzi się z polańskim Mieszkiem i u siebie przeciwników tępi. No i jest zatwardziałym wyznawcą krysta, przez co pomagać obalić krzyż na Łużycach nie w smak mu było. Posłalim przeto posłów do Mieszka, ale i on pomocy odmówił.
– Pewnyś, że odmówił? – zapytał Stoigniew.
– Nie tylko odmówił, ale jeszcze Niemkini Odzie o wszytkim rzekł, a ona gońców wysłała do jej ojca, markgrafa, by go o naszych planach ostrzec. Ale liczyliśmy się z tym i złapaliśmy ich gdy przeszli Odrę. Pisma mieli zaszyte w kubrakach do Dietriecha. Oda ostrzegała go i kazała ostrzec Hodona, że bunt się szykuje.
– A o co prosiliście Mieszka?
– Nasi posłowie powiedzieli mu, że chcemy odbić nasze stare grody i wyprzeć Niemca za Łabę. Powiedzieli też, że Łużyczanie, Serby i Milczanie takoż chcą Niemca z ich ziem wygnać, tyle że nie mają oręża, bo już stary zbój Gero wszytek im odebrał. A obecne markgrafy, co ich po jego śmierci na jego rozbitej na kawałki marchii cesarz ustanowił, takoż pilnują, by Słowianie go nie mieli. No i prosili nasi posłańcy Mieszka, by hufiec jaki jeden tam posłał, by zaczyn buntu zrobić i by oręża trochę na początek Łużyczanom dał, coby czym Niemca bić mieli. A gdy na Niemcu oręż dobędą, to Mieszkowi tamten zwrócą. Mieszko odmówił, rzekł, że do naszych spraw mieszać się nie będzie. Od kiedy Niemkinię Odę z klasztoru dla niego porwaną za żonę ma, bardziej niemieckich niż słowiańskich interesów patrzy.
– A jako myślisz, dlaczego ni Przemyślida ni Piast nam i Łużyczanom nie pomogli?
– Wprzódy dlatego, że obaj jeno swego wyniesienia nad inne Słowiany patrzą. Ze sobą wadzą się o ślężańskie i wiślańskie ziemie, chocia Ślężany i Wiślany ni jednego ni drugiego nad sobą mieć nie chcą. Obaj też radzi by sami Łużyce i Miśnię zagarnąć dla siebie, gdyby Niemcowi noga się podwinęła. I obum silne zbrojne pogańskie południowe Połabie nie na rękę. Bo wiedzą, że ludzie tam Niemca i wiary w krysta jako zarazy nienawidzą, przez co byliby po naszej stronie. Zwłaszcza Piastowi to nie na rękę, bo z Dietrichem tera trzyma, przez co dla Łużyczan byłby wrogiem jako i Niemce. I wie Piast, że gdyby do naszego związku przystały Łużyczany i Serby, i reszta plemion co tam mieszka, to nie tylko odebraliby my jemu nasze ziemie, po naszej stronie Odry, co nam je wydarł, gdy my z Niemcem walczyli. Wsparlibyśmy Pomorców, którzy wciąż mu opór stawiają, jako i Ślężan, którzy nie chcą ni Czecha, ni Piasta, ni wiary w krysta. My bylibyśmy mocni, a on słaby. I przeto palcem nie ruszył, gdy my Niemca bilim. Przemyślidzki Bolko takoż. A szkoda. Bo gdybyśmy Łużyce i Miśnię Niemcowi wydarli i lud tamten orężem wzmocnili, to Niemiec i wiara w krysta już by tu nie wróciły.

Epilog

Ekspedycja karna północnych Połabian z roku 983 na ponad 150 lat powstrzymała pochód niemczyzny i krystowierstwa na ich ziemie. Gdyby obok nich do walki z niemieckim żywiołem przystąpili wtedy polański Mieszko czy czeski Bolesław (nazwany „pobożnym”) szansa na wypędzenie Niemców także z południowego Połabia byłaby ogromna. A gdyby obaj ci władcy wspólnie z Wieletami i Obodrytami uderzyli na Niemców, Słowiańszczyzna byłaby w stanie odzyskać wszystkie słowiańskie tereny na Połabiu i Załabiu, a nawet doprowadzić do upadku i unicestwienia cesarstwa. Po śmierci Ottona II w 983 roku doszło w Niemczech do rozdarcia na stronników młodocianego Ottona III i bawarskiego Kłótnika, chcącego cesarskiej korony. To rozdarcie i wewnętrzny zamęt u Niemców można było rzeczywiście wykorzystać od odrzucenia ich daleko za Łabę. Ponadto zwycięska ekspedycja karna Wieletów i Obodrytów pokazała, że plemiona słowiańskie, bez narzucania jednym przez drugich swego zwierzchnictwa, wspólnie mogą nie tylko stawić czoła niemieckiemu żywiołowi, ale i wyprzeć go z już podbitych terenów. Niestety egoizm polańskiego Mieszka i czeskiego Bolesława, ich chęć wyniesienia tylko siebie i swojej dynastii, oraz żądza powiększania własnych państw kosztem słowiańskich sąsiadów sprawiły, że ta historyczna szansa została zaprzepaszczona.

.

opolczyk

.

Przypisy:

Polskojęzyczna wiki pomija spalenie Hamburga i zniszczenie biskupstwa Aldenburg, choć wiele niemieckich kronik potwierdza te wydarzenia.

.

.

.

.