Las – cudowne dzieło mądrej Natury i Matki Ziemi…

.
.
Opowieść o lesie i o drzewach…
.
.
Na Ziemi lasy występują od strefy równikowej do obszarów podbiegunowych. Największym ciągłym lasem jest syberyjska tajga, an ajwiększym tropikalnym lasem dżungla Amazonii. Na terenach środkowej Europy, po cofnięciu się lodowca w ciągu kilku wieków las pokrył całą powierzchnię między pasmem Karpat a Bałtykiem. Jeszcze 3 tys. lat temu 95 % powierzchni dzisiejszej Polski pokrywała zwarta puszcza. Powoli, w miarę wzrostu ludności powstawały w niej na skutek wyrębu lasów coraz większe obszary bezleśne, choć „wyleśnianie” było wtedy bardzo powolne. W średniowieczu nastąpił gwałtowny wyrąb lasów powiązany z powstawaniem i rozwojem miast. Na początku nowożytności, zwłaszcza w początkowym okresie tzw. rewolucji przemysłowej lasy w zachodniej Europie wycinano jeszcze szybciej. Powierzchnia lasów na naszym kontynencie gwałtownie malała. Dopiero w XIX wieku w Europie zapoczątkowano planowe sadzenie nowych lasów. Człowiek wreszcie ocknął się z amoku i zrozumiał, że dalsza bezmyślna wycinka lasów grozi ich całkowitym unicestwieniem. A drewno nadal wtedy było (i dalej jest) ważnym „surowcem” przemysłowym. To właśnie ta konieczność (zapotrzebowanie na surowiec) a nie rozum zmusiły cywilizowanego człowieka do dbałości o las. Tyle, że w gospodarce las nadal był i jest traktowany instrumentalnie jako dostawca surowca. Romantycy szukający w lesie ciszy i ucieczki przed miejskim gwarem i smrodem stanowią mniejszość. Na szczęście rośnie liczba miłośników Przyrody i ekologów walczących o lasy.
.
.
.Nauka w historii ludzkości wymyśliła epoki kamienne (paleolit i neolit), epokę brązu i żelaza. Ale we wszystkich tych epokach podstawowym surowcem dla człowieka było drewno. To ono dawało ogień – a więc ciepło, światło i ochronę przed drapieżnikami. Z niego budowano domy, palistady, łodzie, sprzęty domowe i narzędzia. Bez drewna nie byłoby nawet epoki brązu czy żelaza – bo czym by je topiono czy choćby pogrzewano do temperatury ich kowalności. Historia ludzkości to przede wszystkim epoka drewna.
.
Lasy współczesne w Europie środkowej są różnorodne – niektóre (niestety zdecydowana mniejszość) są prawie dzikie i nieomal naturalne, pozostawione samym sobie…
.
.
.
.
Większość lasów jest jednak „cywilizowana”, często monokulturowa (jeden gatunek drzew), sadzona w równych rzędach ręką człowieka. Jest taki las po prostu producentem surowca…
.
.
.
Las bez ingerencji człowieka jest świetnie funkcjonującym ekosystemem. Jest też domem dla rosnących w nim drzew, krzewów, paproci, mchów i grzybów. A także jest domem dla wielu gatunków zwierząt i ptaków:
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.

.

.

.

.

.

.

.
Najwięcej mieszkańców lasu znajdziemy jednak w górnych warstwach ziemi, w próchnicy. Obok ogromnej ilości przeróżnych robaków i robaczków, często niewidocznych gołym okiem, w każdej garści próchnicy żyje ilość różnych bakterii, jednokomórkowców i drobnoustrojów porównywalna z liczbą ludzi zamieszkujących całą naszą planetę.
.
Lasy w naszej strefie klimatycznej zmieniają wygląd w zależności od pory roku. Inaczej wyglądają wiosną:
.
.
Inaczej latem:
.
.
Jeszcze inaczej jesienią:
.
.
.
Oraz zimą:
.
.
.
Do niedawna nauka traktowała lasy jako zbiorowisko drzew żyjących każdy tylko dla siebie i konkurujących pomiędzy sobą o dostęp do światła, wody i substancji mineralnych. Las miał być wg nauki miejscem bezwzględnej walki pomiędzy drzewami o byt, kosztem wszystkich konkurentów. Dopiero od stosunkowo niedawna (od kilku dziesięcioleci) powoli, z oporami, nauka odkrywać zaczęła, że las to w rzeczywistości niezwykle socjalna struktura, w której drzewa nieustannie komunikują się pomiędzy sobą i pomagają sobie nawzajem w krytycznych sytuacjach, choćby podczas inwazji roślinożernych owadów (np. korników) czy suszy.
I o tym m. in. jest ten wpis…
.
.
Opowieść o lesie i jego drzewach…
.
.
.
Drzewa w lesie współpracują ze sobą i komunikują się pomiędzy sobą. Potwierdziła to już nauka na konkretnych przykładach. Odkryte przez nią dotychczas i potwierdzone metody komunikacji drzew to sygnały zapachowe wydzielane przez drzewa (zwłaszcza liście), oraz podziemna tzw. sieć mikoryzowa, czyli po prostu ciągnące się nawet na setki metrów cieniutkie, często niewidoczne gołym okiem nitki grzybni, których wypustki zrastają się z korzeniami drzew. A że każda grzybnia łączy się ze wszystkim sąsiednimi, wszystkie one razem dają jedną wielką sieć lączącą je wszystkie – i wszystkie drzewa w lesie. I te nitki grzybów to właśnie jest sieć komunikacji leśnej – służy przesyłaniu informacji pomiędzy drzewami:
.
Ale sieć ta wykorzystywana jest także do przesyłania sobie przez drzewa różnych substancji odżywczych, takich jak produkowany w liściach drzew cukier (wzór sumaryczny  C6H12O6), substancje obronne, regeneracyjne i mikroelementy.
Tu podam kilka konkretnych przykładów. Powiedzmy że w jakieś drzewo podczas burzy uderzył piorun. Drzewo zostało mocno okaleczone, ale nadal żyje. Rozsyła więc zarówno siecią grzybni jak i przy pomocy zapachowej drogą powietrzną informację, która mówi mniej więcej tak: pomocy – jestem ciężko ranny. I wszystkie drzewa w jego otoczeniu siecią grzybni wysyłają mu wszystkie substancje potrzebne mu do regeneracji. Sygnały zapachowe wysyłane przez ranne drzewo są niestety bronią obosieczną – wyłapywane są także przez m.in korniki. Często więc już na drugi dzień po burzy ranne od pioruna drzewo jest przez nie masowo obsiadane. W takim przypadku drzewo ponownie rozsyła informację o inwazji korników. I wtedy wszystkie okoliczne drzewa gwałtownie wzmagają produkcję żywicy (która jest m.in bronią przeciwko kornikom, zalewanym nią w drążonych kanałach), siecią grzybni podsyłają rannemu towarzyszowi produkowany przez nie cukier, a dodatkowo rozsyłają przy pomocy zapachowej informację dla ptaków – przybywajcie – mamy obficie zaopatrzony dla was bezpłatny bufet. I rzeczywiście – w krótkim czasie przy drzewie zaatakowanym przez korniki pojawia się wielokrotnie więcej ptaków, niż jest ich tam na codzień.
O innym przykładzie pomocy rannemu drzewu przez jego leśnych towarzyszy usłyszałem w relacji znanego w Niemczech leśnika i ekologa Petera Wollebena, autora bestsellera pt: „Das geheime Leben der Bäume” (polskie wydanie nosi tytuł „Sekretne życie drzew”).
.
Zanim obudził się w nim rozsądek, pewnego razu w lesie obłupił z kory (mniej więcej tak jak na poniższej fotografii) dolną część pnia drzewa przeznaczonego na „wyschnięcie” w celu stworzenia większej przestrzeni życiowej dla sąsiednich drzew.
.
.
Zgodnie z „wiedzą” jaką zdobył podczas studiów leśnictwa, drzewo takie jest zgubione i skazane na uschnięcie. Wszak to na granicy między korą a pniem przebiegają wszystkie „naczynia krwionośne” drzewa – kapilary transportujące wodę od korzeni do korony drzew oraz wytworzony przez liście cukier rozprowadzany po całym drzewie, wszędzie tam, gdzie budowane są nowe komórki rosnącego drzewa. Gdy po kilku tygodniach ponownie pojawił się przy okaleczonym drzewie – osłupiał. Drzewo nie uschło, rana była już „zasuszona” i powoli zasklepiała się nową korą. Później jeszcze wielokrotnie spotykał drzewa podobnie okaleczone przez zwierzęta, a które także nie uschły. I dopiero lata później odkrył tajemnicę zdrowienia tych drzew – wszystkie sąsiednie drzewa siecią grzybni na sygnał rannego towarzysza (w tłumaczeniu na język ludzki brzmiący mniej więcej tak: pomocy, jestem ciężko ranny, odarto mi korę), przesyłały mu wszystkie substancje potrzebne do zaleczenia rany oraz odbudowy uszkodzonych kapilar i kory. I dzięki temu tak okaleczone drzewa, żyjące w lesie, często nie usychają. Peter Wollleben zna leśne drzewa żyjące po dwadzieścia lat i dłużej po takim ich okorowaniu. Natomiast dla drzew rosnących samotnie na polach czy łąkach podobne uszkodzenia kory byłyby wyrokiem śmierci – nie mają bowiem towarzyszy, którzy przyjdą im z pomocą. Dlatego drzewa rosną lepiej i są zdrowsze i bezpieczniejsze w gromadzie.
.
.
Innym ciekawym zjawiskiem dotyczącym funkcjonowania lasu jest to, że drzewa w lesie starają się ich koronam stworzyć i utrzymywać możliwie szczelny „parasol” chroniący podszycie leśne od nadmiaru Słońca.
.
.
Nadmierne nasłonecznienie skutkuje wysuszeniem górnej warstwy ziemi, w której igliwie, liście i resztki gałęzi podlegają naturalnemu recyklingowi, spowolnionemu przez nadmiar promieni słonecznych. A to z kolei grozi drzewom brakiem koniecznych do życia minerałów, jeszcze nie uwolnionych z nieprzerobionej przez grzyby, robaki, bakterie i inne mikroorganizmy ściółki leśnej. Nie jest więc tak, że drzewa pnąc się do góry wyłącznie rywalizują ze sobą o dostęp do słonecznego światła – drzewa świadomie i celowo tworzą zwartą koronę leśną, by chronić ściółkę i panujący na powierzni gleby mikroklimat przed nadmiernym wysuszeniem. A że ilość miejsc w koronie lasu jest ograniczona, tworzy ją ograniczona liczba drzew. Inne, małe, rosnące w cieniu leśnych olbrzymów drzewa, po prostu muszą czekać na swoją kolej.
.
Korony drzew
.
Z wieloletnich obserwacji i badań wynika, że drzewa tego samego gatunku w rozwoju korony zatrzymują się, gdy trafią na gałęzie sąsiedniego drzewa własnego gatunku. Nigdy drzewa tego samego gatunku nie próbują  zawładnąć przestrzenią zajętą przez koronę sąsiada. Nieco inaczej wygląda to przy drzewach różnych gatunków. Pomiędzy nimi dochodzi do rywalizacji o „przestrzeń życiową”, ale nigdy nie jest to rywalizacja na „śmierć i życie”. Każde z sąsiadów próbuje zająć kawałek przestrzeni sąsiada, ale nie na tyle dużą, aby odciąć go całkowicie od Słońca. Raczej przypomina to, używając ludzkiego języka, działania w myśl zasady – cofnij  się kawałek, to jest mój teren. Ale nigdy nie zdarza się, że sąsiednie drzewa różnych gatunków chcą sąsiada całkowicie pozbawić dostępu do promieni słonecznych. Jedynie pragną dla siebie ciut więcej miejsca. Całkowicie inaczej wygląda to przy rozbudowie korzeni.
.
Korzenie drzew
.
Gdy rozrastające się korzenie drzew trafią na korzenie sąsiada należącego do innego gatunku, przestają rosnąć w tym kierunku. jedynie gdy trafią na korzenie pobratymca, rosną dalej. Znane są takie sploty korzeni jednego gatunku drzew, że węzeł gordyjski byłby przy nich fraszką. Korzenie drzew tego samego gatunku często nawet zrastają się ze sobą. Wydaje się, że najczęściej taka korzenna symbioza dotyczy drzew będących potomkami wspólnego przodka. Zaobserwowano przy tym ciekawe zjawiska. Zdarzało się więc, że gdy ścięto jedno z rosnących tuż obok siebie (czy wręcz zrośniętych razem dwóch czy więcej  drzew – buków, dęby czy świerków) pozostałe drzewo/drzewa bez widocznej przyczyny usychały. Wyglądało to wręcz tak, że uschnęły z tęsknoty za ściętym towarzyszem. Ale zdarzały się sytuacje odwrotne – pozostałe przy życiu drzewo jeszcze przez setki lat karmiło własnymi korzeniami pieniek ściętego brata/przyjaciela. I choć całe wnętrze pieńka ściętego towarzysza było już próchnicą, jego kora przysypana ziemią czy pokryta mchem nadal była twarda i soczysta. Jest to przykład braterskiej przyjaźni drzew sięgającej setki lat poza „grób”.
.
Kolejną ciekawostkę, a raczej strategią lasu jest opieka starych drzew nad „potomstwem”. Małe drzewa w lesie w sąsiedztwie olbrzymów są tak małe przede wszystkim dlatego, że rosną na bardzo zwolnionych obrotach. Drzewko wyglądające na dwuletnie, może mieć w rzeczywistości lat piętnaście. A wyglądające na pięcioletnie może mieć lat piećdziesiąt. Drzewa są długowieczne i mają dużo, dużo czasu. Mogą więc, gdy w koronie lasu nie ma dla nich pustej przestrzeni, pozwolić sobie na b. powolny wzrost. Ale gdy tylko gwałtowna burza lub wichura powali jednego z sąsiednich leśnych olbrzymów, przez co powstaje dziura w sklepieniu koron drzew, wszystkie małe drzewka, do których nagle docierać zaczęło więcej słonecznych promieni, natychmiast, z dnia na dzień, wielokrotnie zwiększają tempo wzrostu. Nie wszystkie mają jednakowe szanse. „Wygrywa” z reguły to, które otrzymuje najwięcej słonecznych promieni. Już po kilku latach jego korona zasklepia dziurę w sklepieniu lasu, a wszystkie inne „pokonane” mniejsze drzewa ponownie przechodzą na „zwolnione obroty” i dalej czekają na swoją kolej.
.
.
W ostatnich kilku dekadach dokonano wielu ciekawych odkryć dotyczących funkcjonowania lasu jako socjalnej wspólnoty. Ale największym chyba odkryciem było to, że duże drzewa rodzicielskie, karmią leśne maluchy.
.
Rodzicielska opieka nad młodymi drzewkami
.
Do niedawna jeszcze nauka była przekonana, że małe drzewka, pozbawione  dostępu do promieni słonecznych, z tego właśnie powodu giną. Okazało się, że jest inaczej. Ogromna większość nasion leśnych drzew pada i tak ofiarą roślinożerców, nim zdąży zapuścić pierwszy korzonek i wypuścić pierwszy listek. Te, nasiona, którym się to udaje są b. nieliczne i należą do wyjątków. Ale nadal wyrastające z nich drzewka są zagrożone i największym niebezpieczeństwem dla nich nie jest brak dostępu do promieni słonecznych koniecznych do fotosyntezy, która z kolei konieczna jest do wzrostu. Okazało się, że już pierwszy korzonek każdego nowo „rodzącego się” drzewko, trafia w glebie na gęstą sieć grzybni i za jej pośrednictwem nawiązuje natychmiast kontakt z drzewem rodzicielskim. Leśny drzewny noworodek natychmiast informuje drzewo rodzicielskie, że brak mu światła, a przez to i cukru potrzebnego do wzrostu. I za pośrednictwem nitek grzybni otrzymuje od rodzica wszystko, czego potrzebuje do życia, tyle że w ilości pozwalającej jedynie na b. powolny wzrost. Drzewo rodzic postępuje w tym momencie słusznie – wie, że w koronie drzew i tak nie ma na razie miejsca dla jego potomka. I dlatego drzewko dziecko otrzymuje tyle tylko pożywienia, aby nie obumarło i co najwyżej powoluteńku rosło. Największym zagrożeniem dla młodych drzewek nadal są roślinożercy. Pół biedy, gdy jakaś sarna zje wszystkie młode listki. One i tak mają za mało światła na wystarczająco intensywną fotosyntezę, przez co otrzymują od drzewa rodzica potrzebne „pożywienie”. Największa depopulacja dotyka młodziutkie drzewka zimą, gdy drzewa rodzicielskie pogrążone są w zimowym śnie i nie mogą pośpieszyć z pomocą. W zasypanym śniegiem lesie młode drzewka są dla wielu roślinożerców najłatwiejszym źródłem pożywienia – sarny, jelenie, daniele, zające, a tam gdzie występują – żubry i łosie – obryzają z nich całą korę, zjadają też wszystkie ewentualne boczne gałązki, a nawet młody pieniek tak, że pozostaje z niego tylko mały cieńki kikut wystający trochę ponad ziemię. To jest powodem braku młodych drzewek w cieniu leśnych olbrzymów – a nie brak dostępu do światła. Jego niedobór rekompensują drzewa rodziciele karmiące własne potomstwo.
.
Socjalna wspólnota leśna nie ogranicza się tylko do samych drzew. Drzewa współpracują także z grzybnią, wynagradzając jej usługi „telekomunikacyjne” oraz transport odżywczych substancji do potomstwa oraz rannych czy chorych sąsiadów m.in cukrem, którego grzyby nie potrafią wytwarzać, a który potrzebują także do własnego wzrostu. Wszystkie zresztą żyjątka i rośliny tworzące ściółkę leśną i warstwę próchnicy – a więc mchy, grzyby, robaczki i drobnoustroje wspólnie tworzą zamknięty i dobrze funkcjonujący ekosystem. Drzewa potrzebują ich, aby mieć dzięki ich „pracy” dostęp do substancji wyzwalanych przez te żyjątka i rośliny w procesie recyklingu ściółki leśnej. One zaś potrzebują właśnie tej ściółki do życia. Także i wiele gatunków ptaków leśnych, odżywiających się gąsienicami pożerającymi liście czy kornikami należą do leśnej wspólnoty. Uwalniają drzewa od zagrażających im „szkodników”, zdobywając w ten sposób pożywienie.
.
Oddzielną sprawą są pasożyty leśne, a więc niektóre gatunki pasożytniczych grzybów czy roślin, które nie dając nic w zamian, żerują na drzewach. Ale i przed nimi las, którego ekosystem nie został zaburzony przez człowieka, potrafi sobie radzić, a przynajmniej potrafi utrzymywać szkodniki w ryzach, minimalizując ich rozrost i wyrządzane przez nie szkody.
.
W tym miejscu poruszę jeszcze sprawę korników, o których głośno było ostatnio w Polsce w kontekście Puszczy Białowieskiej. W naturalnym lesie nie skażonym przez człowieka do masowego rozrodu korników nie dochodzi nigdy. Na dotykające lasy kontrolowane przez człowieka inwazje korników wpływ ma wiele czynników. Są to:
– skażenie powietrza wieloma chemikaliami emitowanymi przez przemysł (fabryki, elektrownie, spalarnie śmieci), powodujące kwaśne deszcze,
– skażenie gleb w lesie chemicznymi truciznami i szkodliwymi metalami roznoszonymi drogą powietrzną,
– preferowanie leśnych monokultur, które zawsze są mniej odporne na jakiekolwiek szkodniki niż lasy mieszane,
– nadmierne przecinki lasów, skutkujące tym, że promienie słoneczne docierające przez dziury w koronie lasów wysuszają nadmiernie wierzchnią warstwę próchnicy, co jest dla drzew niekorzystne i je osłabia,
– składowanie w lasach wiosną przez dłuższy czas pociętych na kawałki pni drzew, które są dosłownym El Dorado dla korników, ich restauracjami i wylęgarniami.
Wszystkie powyższe czynniki połączone razem powodują w efekcie okresowo występujące w różnych lasach uprawianych przez ludzi plagi korników, nieznane w lasach naturalnych.
.
.
Mądrość drzew…
,
W zasadzie ten temat, aby go dobrze opisać, zasługuje nas wielotomową opowieść. Pewien mądry człowiek, Erwin Thoma, były leśnik, przedsiębiorca, budujący domy z drewna…
.
…który dla współczesnej nauki odkrył prastarą wiedzę o „księżycowym drewnie” (o tym pod koniec tego wpisu) mówi tak: drzwo, w przeciwieństwie do człowieka, od momentu narodzin wie czego chce – chce urosnąć, wydać potomstwo i zostawić las w taki stanie, aby jeszcze jego wnuki miały w nim zapewnioną egzystencję. Thoma ma rację – drzewo wie czego chce i tak postępuje. O współczesnym cywilizowanym człowieku tego samego powiedzieć nie można. Kierowany jest zachciankami, chorobliwymi kaprysami i postępuje często w myśl zasady – po mnie choćby potop. Mądrość drzew przejawia się w wielu  aspektach. Zacznijmy choćby od tego, jak drzewo transportuje wodę do liści. Z doświadczenia wiemy, że aby dostarczyć wodę w górę, na wysokość powiedzmy 50 metrów, (w Polsce są gatunki drzew osiągające tak wysokość) potrzebujemy solidnych pomp.  A drzewa tymczasem, bez pomp i napędzających je silników spalinowych czy elektrycznych potrafią dostarczać wodą pobieraną przez korzenie do korony drzew. Jak drzewa to robią? Otóż już setki milionów lat przed współczesną fizyką odkryły one zjawisko tzw. „efektu kapilarnego”, czyli samoczynnego wznoszenia się wody w cieńkich rurkach wzdłóż ich ścian, na przekór grawitacji.  Obowiązuje w tym zjawisku zasada, że im cieńsza rurka, tym wyżej samoczynnie wznosi się w niej woda. Kapilary nazywane są też naczyniami włosowatymi. Ale włos przy nich przypomina rurę wodociągową porównywaną z pajęczą nitką. Kapilary drzew mają średnicę rzędu kilku milionowych milimetra i to nimi drzewo dostarcza wodę do własnej korony. Jest więc każde drzewo świetnym fizykiem, znającym i wykorzystującym „efekt kapilarny”.
.
Drzewa są też świetnymi chemikami. Doskonale potrafią rozróżniać substancje a nawet pojedyncze atomy potrzebne im w danej chwili. Ich materia zbudowana jest głównie z trzech pierwiastków – a więc węgla (ok. 50 %),  tlenu ( ok. 43 %) i wodoru ( ok. 6 %). Azot  stanowi ok.1 % masy drzewa. Ale potrzebują one dodatkowo całej gamy mikroelementów, takich jak : magnez, mangan, żelazo, siarka, cynk, miedź, molibden, bor, wapń, potas czy fosfor. I gdy potrzebują do dalszego wzrostu lub do obrony przed agresorami (gąsienicami, chrząszczami czy drzewnymi pasożytami) konkretnych elementów – wybierają te właściwe. Znają więc różnicę pomiędzy powiedzmy magnezem a sodem czy żelazem i na magnez składają korzeniami zapotrzebowanie kooperantom (grzybniom i drobnoustrojom). Ale – co jest jeszcze bardziej ciekawe – zarówno grzybnie jak i mikroorganizmy znają język drzew i dostarczaj im potrzebne w danym momencie atomy. Jeśli np. drzewa wiosną, puszczając pąki, potrzebują natychmiast magnez, którego pojedynczy atom mieści się w środku każdego chlorofilu, to wtedy grzybnie i mikroorganizmy żyjące w próchnicy dostarczają wypustkom korzeni drzew potrzebne atomy magnezu.
Zjawisko znajomości chemii przez drzewa zauważono też przy okazji agresji na drzewa różnych „szkodników” (które też po prostu chcą żyć i się rozmnażać). Stwierdzono, że zaatakowane drzewo potrafi na podstawie np. śliny wydzielanej przez gąsienice dokładnie je rozpoznawać i produkować substancje chemiczne chroniące drzewo przed dokładnie tymi agresorami. Produkowane przez drzewo obronne substacje chemiczne mają albo działanie trujące na konkretnego agresora, lub przynajmniej wywołują u niego niesmak czy niestrawność. Jednocześnie przy pomocy wydzielanych molekuł zapachowych oraz siecią grzybni  natychmiast ostrzegają sąsiednie drzewa. Na każdy gatunek inwazora drzewa produkują substancje obronne o innym składzie, adekwatne dla danego konkretnego przypadku. Inaczej więc reagują na np. gąsienice żerujące na liściach a inaczej na korniki. A jeszcze inaczej, gdy np. ludzie obrywają im liście. Drzewa produkują wtedy substancje do zasklepiania ran oraz wytwarzają liście zastępcze.
.
Drzewa są też poliglotami – porozumiewają się wszak z  drzewami innych gatunków, z ptakami, grzybnią i mikroorganizmami żyjącymi w glebie przy ich korzeniach.  Poliglotami są zresztą wszyscy wymienieni, rozumieją bowiem mowę drzew.
.
Drzewa są też dobrymi hydrologami – podczas przeciągającej się suszy natychmiast, gdy tylko stwierdzą niedobór wody w glebie,  ograniczają jej pobór. Informują też wszystkich sąsiadów o braku wody. I wtedy wszystkie drzewa w pobliżu także natychmiast ograniczają pobór wody. Robią to solidarnie nawet te drzewa, które rosnąc w małym wgłębieniu, do którego wody spływają, na brak jej nie narzekają. I dopiero gdy spadnie obfity deszcze, alarm wodny zostaje odwołany.
.
Drzewa są też wspaniałymi konstruktorami. Jeśli rosną w terenie w którym występują silne wiatry wiejące z jednego dominującego kierunku, od strony nawietrznej budują silniejsze, twardsze komórki słojów, co zapobiega nadmiernym pochyłom drzewa grożącym jego złamaniem. Także drzewa rosnące z różnych powodów pod ukosem, np. na stromym zboczu, stosują specjalną konstrukcję wzmacniającą pień, co widać w słojach pochyłych drzew.
.
.
Konstrukcja konarów, niekiedy ważących tony, poziomo bez podpórek wiszących nad ziemią  to także mistrzowski wyczyn.
.
.
Najsilniejszy żelbeton o tych samych wymiarach nie byłby w stanie długo wytrzymać. A konary drzew to robią. A już absolutnym majstersztykiem konstrukcyjnym są sęki. Jest to drewno niewyobrażalnie twarde i wytrzymałe. Każdy, kto sam rąbał kiedykolwiek drewno i siekiera zakleszczyła mu się w sęku wie, o czym mówię. Mnie też to się zdarzało. Zakleszczonej siekiery w sęku nijak nie dało rady uwolnić. Pozostawało tylko walenie kawałem drewna z zakleszczoną w nim siekierą o pieniek do rąbania – aż do skutku. Niekiedy musiałem walić tak z całej siły kilkadziesiąt razy o pniak, nim udało mi się pokonać oporny sęk.
.
.
.Tu pozwolę sobie na pewną dygresję. Kiedyś pod wpływem nagłego impulsu, przy pomocy kilku prostych narzędzi ze znalezionego kawałka piaskowca „wykułem” kamiennego grzyba (impulsem tym była niemiecka nazwa prawdziwka – Steinpilz (Stein – kamień i Pilz – grzyb). Tak wygląda mój nomen omen Steinpilz:
.
.
Stoi w przydomowym ogródku mojej żony.
.
.
Gdy wykuwałem go z kamiennej kostki, musiałem uważać, aby za mocno nie uderzać młotkiem, gdyż piaskowiec mógłby po prostu pęknąć. Gdybym uderzył go siekierą z taką siłą, z jaką waliłem zakleszczoną w sęku siekierą o pniak, kamienny grzyb rozleciałby się na kawałki po jednym uderzeniu. A na sęk potrzebowałem niekiedy kilkadziesiąt uderzeń. Tak wytrzymały materiał potrafi wytwarzać wydawało by się bezmyślne drzewo.
.
Wiele jeszcze mógłbym pisać o zadziwiających, dopiero odkrywanych tajemnicach dotyczących socjalnego współżycia drzew w ramach leśnej wspólnoty, oraz o mądrości drzew. I o znaczeniu lasu i drzew dla zdrowia człowieka. Nie poruszyłem tych spraw, nadmienię jedynie, że w Japonii niektórzy lekarze przypisują pacjentom niejako las na receptę: zobowiązują pacjentów do przebywania kilka dni z rzędu przez godzinę czy dwie w lesie. Nie poruszyłem też sprawy dobroczynnych dla zdrowia człowieka właściwości drewnianych mieszkań czy domów budowanych bez jakichkolwiek chemicznych klejów i tzw. „substancji ochronnych”, które powinno się nazywać po prostu truciznami. O tym opowiada poniższy film:
.

.
Na tym kończę ten wpis o lasach i drzewach. I udaję się do lasu na spacer…
.
.
opolczyk
.
PS
Powyższy wpis przywita za kilka godzin internautę, którego wkliknięcie się na ten blog będzie 3-milionową tu wizytą. Serdecznie pozdrawiam wszystkich odwiedzających i serdecznie wszystkim dziękuję.
.
.
.
Reklamy

11 listopada 2018 – wielka feta celebrowana na gnijącym trupie Polski…

.

.

Uroczyste obchody setnej  rocznicy odzyskania niepodległości przypominają mi świętowanie na grobie dawno zmarłej osoby jej setnych urodzin przez skłóconą rodzinę – szampan się leje, wznoszone są toasty za zdrowie trupa, orkiestra rżnie walce i marsze, a rodzinka kłóci się o to, kto i jak ma prawo czcić setne urodziny nieboszczyka.
Czekają nas obłudne inscenizacje, akademie, marsze, parady – czyli pompa i puc. O tym, że polski przemysł, będący w czasach PRL potęgą (wg statystyk ONZ na 10 miejscu na świecie) został zniszczony i zdewastowany, co zaowocowało wielomilionowym bezrobociem, wielomilionową emigracją zarobkową i gigantyczną dziurą w budżecie, nie wspomni nikt. Tu wrzucam kilka fotek zakładów przemysłowych, niegdyś kwitnących w czasach PRL, już po tzw. transformacji:
.

.

.

.
Nawiążę jeszcze do nekrologu zamieszczonego na  wstępie. Wymieniona w nim data – 1 kwietnia 2007 – nie jest  prima aprilisowym żartem – tego dnia podczas głosowania w knessejmie prawie 400 knessejmowiczów ówczesnej bandy czworga (POPiS, PSL, SLD) przegłosowało przyjęcie tzw. „traktatu  lizbońskiego”, górującego nad konstytucją tzw. „III RP”. Rzeczpospolita Polska nie zmarła jednak dopiero wtedy – owo głosowanie było jedynie niejako wystawionym przez knessejm, z wieloletnim opóźnieniem, aktem zgonu. Dokładnej daty zgonu Rzeczypospolitej Polski nie da się ustalić – choć pewne jest, że jej agonia zaczęła się podczas antypolskiego spisku w Magdalence  – w cieniu menory…
.

.
Tu pragnę zwrócić uwagę na pierwszą po prawej stronie od menory siedzącą osobę – to późniejszy prezydęt Kalkstein/Kaczyński, obecnie ikona i „święty” PiSraela.
.
.
Menora i jarmułka, jak wiemy, to jego prawdziwa miłość…
.

.
Być może śmierć RP nastąpiła podczas ograbienia Polaków z oszczędności i gospodarki planem Sorosa/Sachsa zwanym „planem” Balcerowicza/Buchhultza.
https://www.salon24.pl/u/krzysztof-zdzisioo/709192,plan-balcerowicza-napisany-przez-georga-sorosa-i-jeffreya-sachsa
.
Tu uwaga na marginesie – tekst z „salonu” błędnie nazywa ówczesny antypolski rząd „komunistycznym” („… o zaaprobowaniu w zasadzie przez ekspertów komunistycznego rządu Mieczysława Rakowskiego…”; „Zaaprobowanie tego planu przez przedstawicieli ówczesnego rządu komunistycznego…”). Komuniści nigdy by nie zaaprobowali ograbienia Polaków i szabru polskiej gospodarki. Tamtą ekipę tworzyła żydowska frakcja w łonie PZPR, do czasu udająca wierność komunizmowi/socjalizmowi. Na fali gorbaczowowskiej pierestrojki i umizgiwania się przez Gorbiego zachodowi ta właśnie żydowska frakcja PZPR zdobyła dominację we władzach PRL („pany” pokonali „chamów”), odrzuciła znienawidzony przez nich socjalizm i wspólnie z żydowskimi ikonami opozycji (Geremek, Kuroń, Michnik) przy asyście hierarchów kk (którzy też tam byli i wódkę ze spiskowcami pili) w Magdalence, przy menorze na stole, postanowiła wyrwać Polskę z Bloku Wschodniego, wydać ją w łapska zachodu i ograbić ją przejmując majątek narodowy. Udająca do niedawna prawowitych komunistów, żydowska frakcja PZPR stała się pełną gębą bandą piewców kapitalizmu. I to ona a nie „komunistyczny rząd” zaaprobowała (razem z żydowską frakcją Solidarności) plan ograbienia Polski – czyli plan Sorosa/Sachsa sygnowany przez Balcerowicza/Buchholtza.
Na uwagę zasługuje ten fragment powyższego tekstu:
.
„Oznaczało to, że polski rząd poza granicami kraju i w tajemnicy przed własnymi obywatelami zawiera międzynarodowe uzgodnienia dotyczące nie tylko najważniejszych spraw gospodarczych i socjalnych, ale zasad zbycia całego majątku przemysłu narodowego, co po prostu nazywa się zdradą narodową.”
.
Wymaga on jednak korekty – nie był to „polski rząd” a rząd pełniących obowiązki Polaków żydowskich przebierańców. I nie była to zdrada narodowa – wszak ów rząd nie był polski – było to oszukanie i ograbienie polskich gojów przez pełniących obowiązki Polaków Żydów. Niemniej plan Sorosa/Sachsa/ wprowadzony jako plan Balcerowicza oznaczał śmierć ekonomiczną i gospodarczą Rzeczpospolitej Polski. A kiedy zmarła ona politycznie? Czy dopiero po akcesie 1 maja 2004 roku do bilderbergowskiej jewrounii (jewrounia jest faktycznie tworem stworzonym, kontrolowanym i kierowanym przez liderów Grupy Bilderberg), czy już wtedy, gdy 16 grudnia 1991 ministry (w okresie krótkich rządów Olszewskiego/Oksnera) w Brukseli w tajemnicy przed Polakami podpisali umowę stowarzyszeniową z jewrounią?
To, że jewrounia jest banksterska nie ulega wątpliwości:
.
„Podobnie Grupa Bilderberg odpowiedzialna jest za stworzenie Unii Europejskiej (w planach od 1955 roku) i jej waluty Euro co potwierdził w 2010 roku przewodniczący Grupy Bilderberg, Etienne Davignon.”
http://www.prisonplanet.pl/polityka/co_powinienes_wiedziec_o,p11589205
.
Na pewno polityczną śmiercią Rzeczpospolitej Polski było wydanie jej w łapska zachodu i to już podczas tzw. „transformacji”. Głosowanie w knessejmie na rzecz tzw. „traktatu lizbońskiego” w 2007 roku był to już tylko szabat sępów na gnijącym trupie Polski.
Obecna tzw. „III RP” jest atrapą Polski. Polski już nie ma, jest kraj zamieszkały głównie przez Polaków i rządzony przez agenturę Izraela i banksterów.  Jest on zdecydowanie bardziej zniewolony niż np. PRL w czasach Gierka czy Gomułki. Wywalenie iluś tam tysięcy Żydów z kraju, jak to zrobił Gomułka, jest obecnie niemożliwe. Prędzej oni nas wywalą na zbity pysk. Bądź zmuszą do emigracji zarobkowej..
Także militarnie nie istnieje niepodległa Rzeczypospolita Polska – najpóźniej w 1999 roku stała się popychadłem bandyckiego NATO, coraz częściej i słusznie nazywanego North Atlantic Terrorist Organization.
.

.

.
W czasach PRL, poza udziałem, na szczęście tylko w charakterze statysty, podczas inwazji Armii Czerwonej na  Czechosłowację, LWP ani razu nie było wykorzystane w brutalnych okupacjach. Natomiast w czasach tzw. „III RP” „polskie” wojsko jako wasal NATO brało czynny udział w bandyckich agresjach na Afganistan i Irak. A jednostki specjalne były wykorzystywane jako kastet do bicia gojów także na Haiti i na Bałkanach. O wykorzystywaniu „polskiego” wojska w interesach Izraela mówił pobratymcom uczestnik spisku z Magdalenki – Kalkstein:
.

.

Powiedział też wtedy inną bardzo ważną rzecz – obojętnie kto wygra w tzw. „III RP” wybory – polityka władz Judeopolonii wobec Izraela (czyli służenie jego interesom) nie zmieni się.
A on rzeczywiście wiedział co mówi…
Tu przypomnę fragment listu rabina Schudricha po śmierci tegoż Kalksteina:
.
„Jako Prezydent Polski, Lech Kaczyński z całą siłą i szczerze wspierał Izrael oraz naszą tutejszą żydowską społeczność. Ostatnio,  bardzo mocno przeciwstawił się Raportowi Goldstone’a, przygotowanemu dla ONZ, w którym oskarza się Izrael o dokonanie przestępstw wojennych w Gazie”
http://wsercupolska.org/wsp1/index.php/warto-przeczyta/2584-stracilismy-przyjaciela
.
Ale przytoczę też wypowiedzi Tuska:
.
„Zadaniem Polski jest być jednym z tych państw, które nie powinny pozwolić na jakiś wzrost zagrożenia wobec państwa Izrael”
„Polska nie zagłosuje za rezolucją, która by godziła bezpośrednio w bezpieczeństwo Izraela”
http://www.polskieradio.pl/5/3/Artykul/441749,Tusk-oslabienie-Izraela-nie-wchodzi-w-rachube
.
Tak więc Rzeczypospolitej Polski już nie ma. Jest rozszabrowany jewrounijny barak, pozbawiony jakichkolwiek resztek suwerenności politycznej, gospodarczej, finansowej i militarnej. Nawet tzw. „polski złoty” nie jest już polski. Kreowany jest jako dług przez banki komercyjne i obecnie 92 % „polskiej złotówki” w obiegu jest długiem do spłacenia.
.
„Obecnie w Polsce jest w obiegu 1313 mld zł (NBP, 2017, agregat M2), natomiast kwota nie spłaconych kredytów wynosi 1214 mld zł (KNF, 2017), czyli aż 92 proc. wszystkich pieniędzy w obiegu. Zatem z każdych 100 zł, które mamy na koncie lub w portfelu, 92 zł ktoś kiedyś pożyczył i jeszcze nie oddał.”
https://www.rp.pl/Finanse/181029414-Polska-i-swiat-w-spirali-dlugow.html.

.
Gdyby więc banki ściągnąły cały „dług” – pozostałoby w obiego zaledwie 8 % obecnej ilości pieniądza, co byłoby totalną katastrofą finansową i gospodarczą. A za kiIka lat wszystkie pieniądze w obiegu będą długiem. Do spłacenia wraz z odsetkami. I gdy przyjdzie czas na spłatę – nie zostanie Polakom już kompletnie nic. Wywłaszczeni zostaniemy ZE WSZYSTKIEGO.
Inna rzecz – gdyby można było sprawdzić rzeczywistych posiadaczy większości akcji banków komercyjnych w Judeopolonii, także tych niby „polskich” banków – doszlibyśmy do City of London. Jest to niewielki kawałek Londynu o powierzchni 2,9 km² (powierzchnia całego Londynu wynosi 1572 km²). City of London nie podlega ani pod władze Londynu, ani pod rząd jej królewskiej mości. Rządzi się „sam” a podlega…klanowi Rothschildów. Zyski roczne City of London są pięciokrotnie większe niż PKB całej Wielkiej Brytanii (UK).
.
Jak dobrze jest być banksterem…
.
Nie ma Polski wolnej, niepodległej, suwerennej. Zniewolona jest we wszystkich aspektach. A jednak hucznie inscenizowane będzie 100-lecie odzyskania niepodległości.
.
Czyż nie będzie to żałosną farsą? I czyż nie należałoby zorganizować wielomilionowego marszu na rzecz odzyskania niepodległości, zamiast na jej trupie tańczyć chocholi taniec „niepodległości”?
.
Pisząc poniższy tekst nie wiem jeszcze, który z „marszuf niepodległości” przeciągnie ulicami nadwiślańskiej „Jerozolimy” (część marszu przebiegać ma przez Aleje Jerozolimskie). Zadyma o ów marsz to kolejna fałszywa barykada, na jaką zaciągani są Polscy – jedni mają chcieć marszu organizowanego przez pseudo- „Ruch Narodowy”, inni mają chcieć oficjalnego marszu Dódy Obłudy  – tego od menory i Chanuki w shańbionej siedzibie Prezydenta Polski…
.

.
Od jarmułki i ściany płaczu…
.

.
I od udziału w obradach Knesetu w Krakowie
.

.
Tu dodam, że w tamtych obradach brali udział, o czym pisała gadzinówka Zionzeitung: „członkowie Polsko- -Izraelskiej Grupy Parlamentarnej – 26 posłów i sześciu senatorów.”
http://wyborcza.pl/1,76842,15313977,Kto_sie_boi_obrad_Knesetu_w_Polsce__Radykalna_prawica.html
.
A wtedy, w 2014 roku, w owej komisji zdecydowanie dominował „śmiertelny wróg” PiS-raela – PO-srael:
http://www.sejm.gov.pl/SQL2.nsf/skladgr?OpenAgent&175&PL
.
Tam, gdzie idzie o mizdrzenie się suwerenowi, obie te rzekomo zwalczające się na śmierć i życie partie są bratnimi kibucami. Ich domniemana walka to zwykła ustawka. Programy ideologiczne (PiS-owski pseudopatriotyzm, katolicyzm, antykomunizm i prousraelskość oraz PO-wską poprawność polityczną i projewrounijność) dobrano im tak, by miały obie razem szansę na poparcie większości aktywnego bydełka wyborczego. Programy ich różnią się tylko po to, aby skłócić Polaków i rozbić ich na dwa zwalczające się obozy – jasno- i ciemnogród – patriotuf i jewrounitów, pisuarów i popaprańców. Zrobiono to w myśl zasady dziel i rządź.
.
.
.
I tak trwa to już od lat…
A w rzeczywistości POPiS to jedna i ta sama szajka. Widać to choćby po tym, że zarówno ekipa rządowa POsraela jak i PiSraela była na dywaniku w Jerozilimie:
.

.

.
Bul Komorowski kontynuował zainicjowane przez Kalksteina chanukowe harce w siedzibie Prezydenta Polski:
.

.
Jak wiemy kontynuuje je i Dóda Obłuda… A Tusk, jak przed nim Kalkstein i po nim  Dóda…
.
.
.
…. paradował w jarmułce pod tzw. „ścianą płaczu”:
.

.
Ale czemu mamy się dziwić? Jak podał dziennik Arutz Sheva: „…dziadek Donalda Tuska był polskim Żydem, służącym w armii Hitlera.”
http://hotnews.pl/artswiat-1263.html
.
Nie tylko on służył w Wehrmachcie:
.

.
Najbardziej zasłużonym na froncie żydowskim żołnierzom Hitler wręczał nawet atesty „aryjskości”.
.
POPiS więc, jak widzimy, to jak dwie strony tego samego medalu, czy raczej tej samej monety – nowego szekla izraelskiego. Wiedział o tym gen. Petelicki. Przekonany, że jest nietykalny, wypaplał to publicznie:
.
„Ja zostawiam na boku spór na linii Donald Tusk – Jarosław Kaczyński, czy wcześniejszy spór Donalda Tuska z Lechem Kaczyńskim, bo to jest amerykański wrestling, na który frajerzy kupują bilety, licząc że któryś z zawodników zrobi sobie krzywdę, a to są zapasy tak ustawione, że nikt sobie krzywdy zrobić nie może.”
.
I kto wie, czy nie dlatego właśnie, że zdradził w telawiwzorni tę pilnie strzeżoną tajemnicę państwową, został kropnięty przez seryjnego samobójcę.
.
Tu kończę o POPiSie. Ale i o pseudo-„Ruchu Narodowym” niewiele dobrego mogę powiedzieć. Już od pierwszego ich „marszu niepodległości” krytycznie oceniałem tę inscenizację pseudopatriotyzmu. Nie tylko dlatego, że po prostu nie można urządzać marszu niepodległości w zniewolonym kraju. To naprawdę nie pasuje. Organizatorzy owych marszów, owi niby „narodofcy”, to gorliwi katolicy, zaczynający każdorazowo marsz gusłami w kościele. Marszom towarzyszyły też modlitwy do żydowskich idoli pod pomnikami Dmowskiego lub/i Witosa. A w ubiegłym roku ichni marsz był pod hasłem: „my chcemy boga”.
.
.
Tylko – co ma wspólnego biblijny żydowski „bóg” z niepodległością czy polskością? Owi „narodofcy” nigdy nie przyznają tego, co przyznają niektórzy tylko, „oświeceni”, odważni katolicy – że są oni duchowymi Żydami.
.
Terlikowski: “Ja jako Żyd (duchowy)”
http://www.fronda.pl/a/terlikowski-ja-jako-zyd-duchowy,25468.html
.
Mirosław Salwowski: “Ja też jestem Żydem (duchowym)”
http://www.fronda.pl/blogi/miroslaw-salwowski/ja-tez-jestem-zydem-duchowym,38593.html
.
Aleksandra Kowal: “W sensie duchowym jesteśmy Żydami.”
http://www.katolik.pl/czy-jestesmy-zydami-,834,416,cz.html
.
Tak więc już ich polskość jest w wymiarze duchowym wątpliwa. A tym bardziej ich patriotyzm. Nieszczęście polega na tym, że ogromna większość gorliwych katolików albo nie potrafi owej myśli zwerbalizować, albo wie o tym, ale to wstydliwie ukrywa. Tak samo w większości nie potrafią zwerbalizować ich rzeczywistego stosunku do Polski. Choć są tacy, którzy to robią. I tu powstaje pytanie – czy katolicy głoszące poniższe treści są polskimi patriotami, polskimi narodowcami?
.
„Nie jest ważne czy w Polsce będzie kapitalizm, wolność słowa, czy w Polsce będzie dobrobyt. Najważniejsze, żeby Polska była katolicka.”
http://pl.wikiquote.org/wiki/Henryk_Goryszewski
Henryk Goryszewski, prawnik, nauczyciel akademicki, poseł knessejmu I i III kadencji, wicepremier w rządzie Hanny Suchockiej.
.
„…przyjmując za właściwe stanowisko, iż najpierw jesteśmy katolikami, a później Polakami, gdyż naszą pierwszą ojczyzną jest Kościół katolicki….”
http://www.legitymizm.org/list-otwarty-do-piotra-skwiecinskiego
Redakcja ultrakatolickich monarchistów w „Od Redakcji” pod jednym z tekstów
.
„Jako katolik rzymski Polskę mogę poświęcić, bowiem narodowość jest kwestią incydentalną, ale na rozrzedzenie katolicyzmu rzymskiego mojej zgody być nie może.”
Adam Wielomski (proffessorek siedlecki, współpracownik „Najwyższego Czasu” i — o zgrozo — „Myśli Polskiej”
http://blotne-abecadlo.blogspot.de/2014/10/polak-czyli-katolik.html
.
“Cóżby ci przyszło z wolnej ojczyzny, gdyby Kościół miał na tym stracić”
Cytat z książki dla harcerzy „Czuj duch” księdza Kazimierza Lutosławskiego, bliskiego współpracownika Romana Dmowskiego, napisanej krótko po odzyskaniu przez Polskę niepodległości.
.
Jak więc z powyższego widać – gorliwy katolik nie jest i nie może być polskim narodowcem – jest narodowcem katolicyzmu, czyli – jak głosi doktryna kk – „nowego narodu wybranego”. Nowego i wybranego – ale nie polskiego…
Każdy sam może zresztą sprawdzić, że dla gorliwego katolika Polska jest drugorzędna. Wystarczy tylko spytać takiego, czy zaakceptowałby Polskę rzeczywiście wolną, suwerenną, bogatą, ale świecką, laicką. Polskę, w której kk odcięty zostałby całkowicie od państwowego cycka i publicznych mediów, kler zamknięty byłby w kościelnych kruchtach, „lekcje religii” usunięte byłyby ze szkół, a katolicyzm pozbawiony jakiegokolwiek wpływu na państwo, życie społeczne i prawodawstwo byłby wyłącznie prywatną sprawą wierzących. Każdy gorliwy katolik taką Polskę – wolną, suwerenną i bogatą – ale bez katolicyzmu – odrzuci. I to tylko dlatego, że żydo-katolicyzm jest dla niego ważniejszy. Tak naprawdę Polskę traktują gorliwi katolicy jako dodatek do katolicyzmu, czy raczej jako jego „podpórkę” – taką, jaką dla figi dusicielki jest drzewo, które ona powoli oplata, odbiera mu dostęp do światła,  spija własnymi korzeniami jego soki i na koniec drzewo dusi:
.
.
.
Tym właśnie dla gorliwych katolików jest Polska – jest podpórką, na której ich nadjordański pasożyt może się opleść i na niej żerować. Polska sama w sobie, bez katolicyzmu nie przedstawia dla nich żadnej wartości.
I stąd marsze niepodległości tzw. „Ruchu Narodowego” od samego początku odrzucałem jako katolickie oszustwo.
.
Powoli kończąc przypomnę jeszcze, że II RP nie odzyskała niepodległości 11 listopada. Odzyskiwanie niepodległości było procesem trwającym całe tygodnie:
.
Datę 11 listopada jako święta niepodległości wprowadziła sanacja w roku 1937 w tym celu, aby odzyskanie niepodległości kojarzone było z przybyciem z Magdeburga do Warszawy, odesłanego pociągiem specjalnym przez Niemców, Selmana/Piłsudskiego i przekazanie mu przez podlegającą Niemcom „radę regencyjną” 11 listopada dowództwa nad wojskiem. Zadaniem tego litewskiego przybłędy powierzonym mu przez Niemców była nadzorowanie tego, aby odbudowa państwa polskiego dotyczyła wyłącznie ziem zaborów rosyjskiego i austriackiego. To z tego powodu, wywiązując się ze zobowiązań wobec Niemiec, Selman/Piłsudski całkowicie zignorował powstania wielkopolskie i śląskie, nie wspierając ich choćby jednym żołnierzem czy karabinem. Na szczęście powstania te osiągnąły zamierzone cele wbrew Niemcom i bez pomocy Selmana/Piłsudskiego…
Tu polecam jeszcze tekst J. Kamyckiego z neonu24 o sanacji właśnie i o tymże litewskim przybłędzie:
.
Tak więc odrzucam wszelkie organizowane na trupie Polski „marsze niepodległości”, wszystkie te akademie, bale, fety. Ucieszyłoby mnie natomiast, gdyby zorganizowano Marsz Na Rzecz Odzyskania Niepodległości. Można by na nim śpiewać wyrzucone na śmietnik przez tzw. „prawicę” stare socjalistyczne pieśni. Ja, niegdysiejszy zagorzały antykomunista, teraz dopiero, po poznaniu bandyckiej mordy złodziejskiego kapitalizmu, doceniam ich treści. Z niewielkimi zmianami pasowałyby one w marszu na rzecz odzyskania niepodległości jak ulał:

.

.

.

Czy zdobędziemy się kiedykolwiek na to, aby milionowymi rzeszami wyjść na ulice?
.
Po to, aby Polska była Polską…
.

.
opolczyk
.
.

Słowiańskie Święto Przodków – Dziady…

.
.
.
O obrzędach towarzyszących pogańskim Świętom Dziadów wiemy dużo. Całe wspólnoty udawały się na miejsca pochówku kości i prochów zmarłych przodków i członków rodziny. Miejsca te zazwyczaj znajdowały się w pobliżu osad, opoli czy grodów, ale też zazwyczaj były w pobliżu świętych gajów, źródeł czy jezior. Rozpalano ogniska, które towarzyszyły wszystkim obrzędom słowiańskim. Ogień wszak był u Słowian święty. Ogniska palone w obrzędach Dziadów miały ułatwić duchom przodków dotarcie do świętujących, ale i wskazywały drogę duchom zagubionym, nie mogącym trafić ani do Nawii, ani do swoich żyjących bliskich. Odstraszać też miały duchy nieprzyjazne, tak jak odstraszały dzikie zwierzęta. Przy i na grobach rozkładano jedzenie, po czym odbywała się świąteczna uczta. Słowianie naturalnie wiedzieli, że duchy zmarłych jako istoty bezcielesne nie są w stanie spożywać ofiarowanych im potraw. Owe potrawy kładzione na grobach zmarłych miały znaczenie symboliczne – pokazywały, że dla żyjących w Jawii Słowian duchy przebywające w Nawii są bytami realnymi i że nadal stanowią wspólnotę ucztując razem z nimi. Obrzędom Dziadów towarzyszyły także tańce, choć znacznie różniły się od np. „swawolnych” tańców Kupalnocki. Podczas Dziadów, przy dźwięku bębenków, kołatek i piszczałek rytmicznie tańczący wprowadzali się w trans, często wspomagany ziołami o lekko narkotycznym działaniu. Osiągali w ten sposób stan nazywany obecnie odmiennym stanem świadomości i potrafili dzięki temu nawiązać kontakt z duchami przodków. Zasięgali ich rad i kierowali się nimi. U Słowian odeszli do Nawii przodkowie nadal mieli wpływ na życie potomnych pokoleń.
.
Kult przodków spełniał u Słowian jeszcze jedną, bardzo ważną rolę. Gwarantował, że następne pokolenia odprawiające Dziady będą trwały przy tradycji, zwyczajach oraz wierze/wiedzy przekazanej im przez – no właśnie – dziadów, czyli przodków. I to z tego zwłaszcza powodu był przez krystowierców zażarcie tępiony.
.
W czasach pogańskich wyraz dziad nie posiadał negatywnego, pejoratywnego zabarwienia jaki  ma dzisiaj (np. „ty dziadu”, czy „zszedł na dziady”). W tym przypadku pejoratywności nadano mu w czasach krystowierstwa, tak samo zresztą jak słowu wiedźma. W czasach pogańskich mówiono tak z szacunkiem o kobietach posiadających wiedzę. Wiedźma u Słowian nie była wstrętną, starą i złośliwą staruchą – często były wiedźmami młode piękne kobiety. Trafnie ukazano to w filmie „Jaga” z cyklu Legend Polskich, gdzie owa wiedźma jest właśnie piękną młodą kobietą.
.
.

.
.
Podobnie słowo dziad u Słowian wymawiano z szacunkiem. Oznaczało ono i własnego dziadka, i ogólniej każdego starca należącego do wspólnoty. Wszyscy oni dla ich wiedzy i doświadczenia otaczani byli czcią. Podobnie czcią otaczali Słowianie przodków, którzy odeszli już do Nawii – słowiańskich zaświatów. O tym świadczą właśnie odbywane nawet do sześciu razy w roku obrzędy zwane Dziadami.  Nie znamy niestety dokładnych dat tych świąt, z tego choćby względu, że były one związane z fazami Księżyca, przez co wypadały w kolejnych latach w innych terminach. Jesienne Dziady odprawiano prawdopodobnie podczas drugiej pełni Księżyca po jesiennej równonocy (gdzieś pomiędzy połową października a połową listopada). Dopiero po wprowadzeniu w państwie Piastów kalendarza juliańskiego (przerobionego w XVI wieku na gregoriański) jesiennym Dziadom, gdy nie udało się ich wcześniej wytępić, przypisano datę 2 listopada i zaczęto nazywać „Zaduszkami” (o tym szerzej w dalszej części).
.
Wiemy też, że np. wiosenne Dziady obchodzone w Krakowie przy Kopcu Krakusa w obrzędach zwanych Rękawką przetrwały w pogańskiej formie do roku 1897, kiedy to zakazane zostały przez austriackiego arcykatolickiego zaborcę. Przetrwały one tak długo, mimo potępiającej je w XIII wieku bulli papieskiej i mimo prób ich skatoliczenia przy pomocy kościoła św. Benedykta, wybudowanego w pobliżu Kopca Krakusa, do którego w dniu obchodów wiosennych Dziadów/Rękawki od XIII wieku krakowski kler próbował zapędzać uczestników pogańskich obrzędów. Obecnie od ok. 20 lat pogańska Rękawka ponownie jest obchodzona w Krakowie.
.
I cieszy się wielokrotnie większą frekwencją niż urządzany w tym samym czasie katolicki „odpust rękawki” przy kościele św. Benedykta (otwieranego tylko dwa razy w roku, w tym w dniu pogańskiej Rękawki na Kopcu).
.
W tym miejscu jeszcze pewna dygresja na temat „obiektywizmu” wiki. W linku o Rękawce…
.
… pod pierwszą fotografią z prawej strony widnieje napis: „Współczesne Święto Rękawki odbywające się na Wzgórzu Lasoty i pod Kopcem Krakusa.”
.
.
W rzeczywistości na Wzgórzu Lasoty – przy kościele św. Benedyktyna, urządzana jest katolicka, widoczna na pierwszym planie, anty-, czy kontr-rękawka, połączona z jarmarkiem-odpustem, mającym zwabić gości. Na fotografii widać ich sporo, za to w dalszym planie widoczny jest prawie pusty Kopiec Krakusa, gdzie niby urządzana jest właśnie ta druga, a więc ta właściwa Rękawka. Zamieszczam jeszcze inne zdjęcie z owej katolickiej kontr-rękawki na Wzgórzu Lasoty na tle kościoła św. Benedykta:
.
.
Drugim zdjęciem w wiki jest ilustracja z 1860 roku pokazująca spore tłumy podczas tego pogańskiego obrzędu:
.
.
Trzecim zaś fotka z podpisem: „Święto Rękawki pod Kopcem Krakusa”. I tu mam pytanie – naturalnie retoryczne – dlaczego wiki umieściła to zdjęcie…
.
.
… na którym widać ledwo garstkę ludzi, zamiast np. tego zdjęcia:
.
.
Albo tego:
.
.
Bo i one pokazują Święto Rękawki pod Kopcem Krakusa. Sprawa jest oczywista – wiki pragnie niezorientowanym zasugerować, że Rękawką przy Kopcu, a więc tą odwołującą się do pogańskich tradycji, w Krakowie prawie nikt się nie interesuje.
.
O przodkach pamiętano u Słowian nie tylko podczas samych świąt Dziadów. I tak np. podczas wieczerzy Godowej w najdłuższą grudniową noc (ok. 24 grudnia) puste nakrycie na stole było ustawiane właśnie dla nich – dla przodków.
.
.
W tym miejscu chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na pewną istotną dezinformację z wiki dotyczącą święta Dziadów. Otóż wiki pisze, cytuję:
.
„Szczególną rolę w obrzędach zadusznych odgrywali żebracy, których w wielu rejonach nazywano również dziadami.”
.
Można się z tym zgodzić, ale wyłącznie z zastrzeżeniem, że żebracy i w ogóle zjawisko żebractwa pojawiły się u Słowian dopiero po narzuceniu im krystowierstwa i towarzyszącego mu feudalizmu. W czasach pogańskich żebraków u Słowian nie było, o czym pisał krystowierczy kronikarz Helmold: „…nie znaleźć u nich kiedykolwiek żebraka albo kogoś w niedostatku”. I choć pisał on to o Północnych Połabianach, ostatnich wolnych plemionach słowiańskich, ale wcześniej podobnie było u wszystkich Słowian, także tych nad Odrą, Wartą, Wisłą i Bugiem, zanim nie narzucono im krystowierstwa i feudalizmu. U Słowian po prostu nie nie było żebraków. To co pisze o nich wiki w linku o Dziadach dotyczy już okresu, gdy panowała na naszych ziemiach rzymska szubienica. Inną sprawą – i w tym wiki ma rację – jest fakt, że ludność wiejska z szacunkiem traktowała owych niby-żebraków, wędrownych „dziadów” (cytat z wiki: w wyobrażeniach ludowych wędrowni dziadowie-żebracy postrzegani byli jako postacie mediacyjne i łącznicy z „tamtym światem”). Tyle że nie były to wyobrażenia ludowe a wiedza. Od momentu zaprowadzenia krystowierstwa u Słowian szamanów, żerców i wiedźmy prześladowano i tępiono. Zwłaszcza po stłumieniu każdego kolejnego antykościelnego buntu ludności (także w państwie Piastów) szczególnie gorliwie ich mordowano. Po największym z tych buntów w czasach Bolesława II (1034-38), nazwanego później Zapomnianym i wymazanego przez kler z naszej historii, bezlitośnie eksterminowano tych strażników wiedzy i tradycji Słowian. Niedobitki spośród nich musiały się ukrywać a także opuścić rodzinne strony, gdzie byli znani. I tak powstała instytucja wędrownych dziadów, niby-żebraków (proszę nie mylić ich z  żebrakami rzeczywistymi, których namnożyło się wtedy co niemiara, zwłaszcza w grodach-miastach, ale którzy zajmowali się jedynie żebractwem, zwłaszcza pod kościołami). Lud wiedział o tym i dlatego ich tak szanował. Na szczęście kler widział w nich tylko żebraków, przez co owi „wędrowni dziadowie” (każdy z nich wybierał i uczył swego następcę) przez wieki wędrowali po polskich (i nie tylko) wsiach, przekazując zepchniętej do poddaństwa ludności wiedzę o tradycji, obrzędach i kulturze Słowian. To w dużej mierze dzięki nim kultura Słowian przetrwała na wsi aż do upadku Rzeczypospolitej szlacheckiej, kiedy to zainteresowali się nią badacze. Jednym z nich był Adam Czarnocki znany pod pseudonimem Zoriana Dołęgi-Chodakowskiego, który pogańską kulturę znalaz na wsi jeszcze w XIX wieku:
.
„Trzeba pójść i zniżyć się pod strzechę wieśniaka w różnych odległych stronach, trzeba śpieszyć na jego uczty, zabawy i różne przygody. Tam, w dymie wznoszącym się nad głowami, snują się jeszcze stare obrzędy, nucą się dawne śpiewy i wśród pląsów prostoty odzywają się imiona Bogów zapomnianych”
.
W ramach zwalczania tradycji i kultury pogańskiej (nie tylko słowiańskiej) katolicki kler stosował w całej pogańskiej Europie różne metody. Widać to wyraźnie przy okazji właśnie jesiennych Dziadów, przerobionych przez krystowierstwo na tzw. „Zaduszki” czyli krystowiercze „święto zmarłych”. Pełna nazwa tego „święta” brzmi „Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych„. Nie dotyczło więc ono zmarłych „niewiernych”, a więc i pogańskich przodków. Ich wykluczono z kręgu tych, których skatoliczone owieczki powinny pamiętać. Ponadto, aby pomniejszyć znaczenie tego święta mającego pogańskie korzenie, ustalono jego datę na dzień po  znacznie dla kk ważniejszym „święcie” pod nazwą „Uroczystość Wszystkich Świętych”. Do dzisiaj w wielu krajach zachodu jest to także święto oficjalne, niejako państwowe i jeśli wypada w dniu roboczym, jest dniem wolnym od pracy. To niby katolickie święto, jak uważa wielu historyków ma także pogańskie przedkrystowiercze korzenie (wywodzi się z pogańskich obrzędów nazwanych przez krystowierców sollemnitas sanctissima – co oznaczało święty festiwal) i wprowadzone zostało na polecenia papiestwa w X wieku w całym łacińskim katolickim kościele. Wymowa tych decyzji była jednoznaczna – kultem tzw. „świętych” kościoła katolickiego należało wyprzeć z pamięci pogan kult przodków, a przynajmniej zepchnąć go na drugi plan – np. w postaci „Zaduszek”, obchodzonych znacznie mniej uroczyście dzień później i dopuszczających jedynie pamięć o zmarłych „wiernych”.
.
Wprowadzenie w miejsce kultu przodków kultu tzw. „świętych” wywołuje u mnie gniew, odrazę i obrzydzenie. Tu przypomnę, że głównym inspiratorem – inicjatorem – podżegaczem do fanatycznej tzw. „krucjaty połabskiej” wymierzonej przeciwko plemionom Słowian Połabskich był katolicki „święty”, cysters Bernard z Clairvaux, który w odezwie z marca 1147 roku nawoływał władze świeckie i katolickie rycerstwo do rozprawy z pogańskimi północnymi Słowianami, obiecując uczestnikom tej agresji odpust zupełny ze wszystkich „grzechów” – a więc i grabieży, gwałtów i mordów (był on też inspiratorem II wyprawy krzyżowej do Palestyny). Tego fanatyka przedstawia katolicka hagiografia także jako „mistyka”, co sugerowaś ma jego wysokie „uduchowienie”. Tylko jaka to jest mistyka i uduchowienie, które robią z człowieka podżegacza wojennego? Zwłaszcza u mnie, po mieczu (a później po pługu) potomka Słowian Połabskich wspomnienie postaci tego podżegacza, tego „zbrodniarza zza biurka” wywołuje gniew. A tymczasem skatoliczone słowiańskie owieczki 1 listopada oddają i jemu jako „świętemu” cześć, natomiast 2 listopada nie mogą wspominać tych, którzy przed nasłanymi przez niego hordami krzyżowców bronili własnej ziemi, wolności, kultury i tożsamości. Tylko dlatego, że byli „niewiernymi”, poganami, którzy nie chcieli się ukorzyć przed nadjordańskimi bożkami i rzymską szubienicą. I nie chcieli dać się „nawrócić”.
.
Pamięć o przodkach jest niezwykle ważnym elementem słowiańskiej, pogańskiej kultury i tradycji. W tym miejscu Blog Polski zapala wirtualną świeczkę ku pamięci wszystkich zmarłych bliskich oraz wszystkich przodków.
.
.
.
.
Szczególną cześć oddaję tym, którzy przez wieki stawiali opór fanatykom spod znaku krzyża, tym, którzy zrywali się do buntów w obronie własnej tożsamości, tym, którzy torturowani ginęli na falach represji po tłumionych buntach i tym, którzy jęcząc pod pańszczyźnianym feudalnym uciskiem mimo to trwali przy własnych bogach i przechowali słowiańską kulturę do czasu, gdy zainteresowali  się nią w XIX wieku co niektórzy badacze i naukowcy. Dzięki nim pozostaliśmy Słowianami.
.
Chwała i sława im wszystkim!
.
.
opolczyk
.
.
.

Co słychać w szumie drzew…

.

.

Gdy usiądziesz przy ognisku
w pobliżu starych drzew
gdy wsłuchasz się w szept ich liści
poruszanych przez Strzyboga
boga wiatrów
może usłyszysz opowieść o naszych przodkach
którzy żyli tu przed wiekami
.
Wprawdzie nie ma już drzew w cieniu których
oni żyli ale w sokach nasyconych ich krwią
przelaną przez wyznawców hebrajskiego boga
wiedzę tamte drzewa przekazały
nasionom kolejnych pokoleń drzew
i stąd ta pamięć przetrwała w drzewach do dzisiaj
a ci którzy potrafią słuchać
usłyszeć mogą w szumie liści
prastarą opowieść o naszych przodkach.
.

.
Oni jeszcze wiedzieli, że są dziećmi Mokoszy – Matki Ziemi
.

.
i Swarożyca – boskiego Słońca
I choć ich życie bywało znojne
nie brakło w nim trudu
pracy i niebezpieczeństw
mimo to pełne było radości
.
Było afirmacją życia
.
Słowianie kochali życie
czcili Przyrodę i Matkę Ziemię
Czcili życiodajne Słońce i przeróżne Siły Natury
żyli na łonie Przyrody w pełnej z nią harmonii
wiedzieli że są jej częścią
respektowali jej prawa
I nigdy nie przyszło im do głowy aby ją ujarzmiać
I nad nią panować
.
Nie znali też ucisku ani wyzysku
niewolnictwa ani poddaństwa
nie było wśród rzeszy biedaków i żebraków
obok garstki bogaczy
nie znali kasty panów i możnowładców
ani kapłanów na których trzeba pracować
nie znali chciwości, nieuczciwości ani złodziejstwa
.
Nie było u nich więzień lochów
katów tortur ani fanatyzmu religijnego
Nikt nikogo nie zmuszał do wiary w obcych bogów
.
Nawet śmierci nie bali się nasi przodkowie
wiedząc że jest przejściem do Nawii
gdzie znajdą się w gronie
odeszłych wcześniej przodków i bliskich
wolnych od cielesnych i ziemskich trosk
pod opieką Welesa Nyji i Żmija
strzegącego bram Nawii
.
Zdarzało się że obce ludy maszerowały
przez ich ziemie ale szły dalej
życie w gęstych borach pooranych bagniskami
nie pociągało ich
zdarzało się też że obcy próbowali ich podbić i zniewolić
ale dzielnie bronili się w leśnych gęstwinach
przepędzając każdego agresora
sami trwali z uporem na ziemich
których częścią się czuli
tu spoczywały prochy i kości ich przodków
to nie ziemie na których żyli
należały do nich
to oni należeli do nich
wrośli w nie i je kochali
I trwali na nich setki pokoleń
przez długie długie tysiąclecia
.
Nie chcieli, nie wyobrażali sobie
innego życia innych ziem
innych zwyczajów
ani innych bogów
choć nie zawsze wisiało nad nimi
błękitne niebo – dziedzina Swaroga
.
Nie raz srożył się nad ich ziemiami Perun
uderzając piorunami gdzie popadło
ale jego gniew szybko mijał
także gniewne Pochwist i Chały
przynoszące wichury szarpiące drzewami
i grad niszczący pola zawsze szybko cichły
a i wylewające się szeroko na pola
rzeki przepełnione deszczami
zesłanymi przez Perperunę
wracały do swych koryt
.
Wiedzieli, że po każdej burzy
przychodzi pogoda
po najdłuższej nawet grudniowej  nocy
wschodzi Słońce
a po mroźnej zimie następuje ciepła
pachnąca świeżą zielenią wiosna
.
Cykle Przyrody, krótsze lub dłuższe
znane im były od tysiącleci
były czymś normalnym i naturalnym
przez co do nich przywykli
.
Aż nagle nadciągnęła na ich ziemie
nienaturalna katastrofa
gorsza od najsroższych burz
sztormów gradobicia i powodzi
razem wziętych
a co najgorsze nie była jak burza
która im gwałtowniejsza
tym szybciej się kończy
.
Ta katastrofa łamała cykliczne prawa Przyrody
nie miała końca
.
Ich świat zawalił się, gdy jeden z Piastów
ściągnął z obcych krajów
zrodzoną nad Jordanem
hebrajską religię i hebrajskich bożków
.
.
Nad słowiańską ziemią
rozciągnął się ponury półmrok
mściwości i fanatyzmu
z odcieniem czerwieni
pochodzącym z przelewanej
słowiańskiej krwi…
.
Kapłani w czerni wycinali święte drzewa
i całe święte gaje
stawiając na ich miejscu bożnice
nadjordańskich bałwanów
urągające słowiańskim bogom
karami torturami i terrorem
zmuszali naszych przodków
do żebrania na kolanach o miłosierdzie
u niemiłosiernych bożków znad Jordanu
narzucali im posty
zmuszali do umartwiania się
hebrajskim bożkom ku upodobaniu
straszyli ich piekłem i kupczyli zbawieniem
w żydowskim niebie
narzucili im daniny podatki
wywłaszczyli z ziemi
uczynili poddanymi a nawet niewolnikami
.
I co najgorsze – ten kataklizm nie ustępował
jak gwałtowna burza
grudniowa noc czy nawet długa i mroźna zima
.
Nie raz nasi przodkowie zrywali się
do walki w obronie starych bogów
i swej wolności
.
Gdyby wróg nadszedł z zewnątrz
pokonali by go
jak to robili nie raz wcześniej
ale wobec renegatów
usadowionych wśród nich
wspieranych najemnikami i żołdakami
byli bezsilni
.
Wielokrotnie w tamtych czasach
ziemia Słowian
spływała krwią jej obrońców
podczas ich walk o prawo
do własnej kultury tożsamości
i prawa do własnych bogów
spływała też krwią
po stłumionych buntach
gdy czarny kler
mścił się za nie na ludności
.
Po okresie bezowocnych zrywów
nasi przodkowie zmienili taktykę
.
Po cichu gdy złe czarne oko
ich nie widziało
nadal czcili starych bogów
i odprawiali stare obrzędy
i to przez wiele, wiele kolejnych wieków [1]
.
Mieli też dużo szczęścia
bo choć czarni kapłani początkowo
wściekle zwalczali wszystkie
słowiańskie obrzędy i zwyczaje
szybko zrozumieli że ich nie wyplenią
.
Nie pomagały zakazy kary lochy tortury
wybijanie zębów obcinanie rąk i języków
ani wydłubywanie oczu
lud z uporem trwał
przy starych zwyczajach i obrzędach
.
A że nadjordańskie gusła same w sobie
były ponure i cierpiętnicze
aby uczynić je atrakcyjniejszymi
dla trwającego w uporze ludu
czarni kapłani hebrajskich bałwanów
przywłaszczyli sobie wiele słowiańskich
pogańskich świąt obrzędów i zwyczajów
udając że są ich własne
.
Lud przez wieki pokpiwał z nich
bo gdy czarni kapłani myśleli
że lud świętuje hebrajskie boże narodzenie
on nadal świętował Szczodre Gody
i Jare Gody a nie wielkanoc
Kupalnockę a nie noc świątojańską
i Dziady a nie wszystkich świętych
jawnie przy tym odprawiając
prastare zwyczaje i obrzędy
przywłaszczone przez czarny kler
.
Kataklizm w postaci rzymskiej szubienicy
czczonej przez mściwych fanatyków
narzucony brutalną siłą i przemocą
trwa nadal na słowiańskiej ziemi
choć na naszych oczach słabnie
.
I choć po wielu wielu wiekach
panoszenia się rzymskiej szubienicy
ostatecznie wielu potomków Słowian
niestety zapomniało o własnych korzeniach
o własnej tożsamości i rodzimych bogach
i stało się gorliwymi wyznawcami
hebrajskich bałwanów i rzymskiej szubienicy
nigdy, ani przez chwilę nie brakło
między Odrą a Bugiem
nad Wartą i Wisłą
ludzi pamiętających prastare czasy
i prastarych bogów sprzed czarnego kataklizmu
.
I właśnie obecnie
na naszych oczach
z dnia na dzień przybywa tych którzy odrzucają
nadjordańską sztuczną tożsamość
nie chcą hebrajskich bałwanów i ponurych guseł
.
Przybywa tych którym otwierają się oczy
i którzy powracają do tożsamości słowiańskiej
.
Na naszych oczach dobiega ponura noc jahwizmu
i panowanie na naszej ziemi
mściwej, zbrodniczej fanatycznej
rzymskiej szubienicy
.
.
To wszystko można usłyszeć w szumie liści
siedząc przy ognisku w pobliżu starych drzew
.
Trzeba tylko mieć otwartego Ducha
zerwanego z kajdan ślepej wiary
.
.
opolczyk
.
Przypis 1
.
Adam Czarnocki, piszący pod pseudonimem Zorian Dołęga-Chodakowski jeszcze w XIX wieku znalazł na polskiej (a także ruskiej i czeskiej) wsi nadal żywą prastarą kulturę i wiarę/wiedzę Słowian. o czym tak pisał w jego dziele pt. „O Sławiańszczyźnie przed chrześcijaństwem”:
.
„Trzeba pójść i zniżyć się pod strzechę wieśniaka w różnych odległych stronach, trzeba śpieszyć na jego uczty, zabawy i różne przygody. Tam, w dymie wznoszącym się nad głowami, snują się jeszcze stare obrzędy, nucą się dawne śpiewy i wśród pląsów prostoty odzywają się imiona Bogów zapomnianych.”
.
.
.

Medialne i społeczne „trzęsienie ziemi” w związku z filmem „Kler”…

.

 

Mało jakie wydarzenie w ostatnich latach wywołało tak rozognioną dyskusję na temat kk i jego funkcjonariuszy jak film Wojtka Smarzowskiego pt. „Kler”. Chyba tylko medialna wrzawa dotycząca przekrętów i skandali towarzyszących działalności kościelnej tzw. „komisji majątkowej” mogła się z obecną wrzawą medialną równać. I to choć film Kler był filmem fabularnym, w całości zmyślonym (autentyczne były w nim tylko fragmenty zeznań ofiar księży pedofili, tyle, że odgrywane przez aktorów). Fala pochwał filmu zderzyła się z katolicką falą (a raczej z tsunami) oburzenia. „Kler” w jawny sposób był filmowym złamaniem tabu i obrazobórczym podniesieniem ręki na „święte krowy”. Widzów polskich wszak przyzwyczajano w różnych serialach telewizyjnych do pozytywnych postaci przedstawicieli kleru, z „ojcem Mateuszem” na czele. A tu nagle ci sami widzowie, choć tym razem w salach kinowych, skonfrontowani zostaIi z postaciami księży będącymi przeciwieństwem serialowych „dobrych duszpasterzy”. I choć wprawdzie media, także głównego ścieku, a przede wszystkim internet informowały o różnych skandalach w związku z funkcjonariuszami kk, ale informacje te ginęły w natłoku innych informacji (i dezinformacji). Natomiast widzowie w kinach przez ponad 2 godziny, odcięci od „szumu”, a raczej ryku informacyjnego, oglądali mroczne strony kościelnych funkcjonariuszy. Znaczenie filmu przeogromnie większe jest niż szmiry teatralnej pt. „Klątwa” (była to rzeczywiście szmira nie zasługująca na miano teatralnej „sztuki”), ze względu na zasięg oddziaływania. „Klątwę” pokazano w jednym teatrze. „Kler” leci w setkach kin całej Polski.
Co się tyczy jego fabuły – i cóż z tego, że nie każdy funkcjonariusz kk jest pedofilem, a w przypadku gwałcenia chłopców także zboczeńcem (w katolickiej terminologii – sodomitą), czy pijakiem mającym kochankę/utrzymankę. I nie każdy bierze udział w przekupstwach i zakulisowych aferach finansowych (jak podczas tzw. „kościelnej komisji majątkowej”). Niemniej wśród funkcjonariuszy kk występują od wieków różne patologie – właśnie także pijaństwo, utrzymywanie kochanek/nałożnic, parcie na kasę, przekupstwa itp. A nie tylko pedofilia i pederastia. I wszystkie te patologie są przez kk starannie zamiatane pod dywan. Film „Kler”, choć bazuje na fikcyjnych postaciach, wszystkie je równocześnie, jakby skupione w soczewce, ukazał widzom. I u niejednego widza fikcyjne postacie z filmu skojarzyły się z niejednym autentycznym kościelnym „duszpastarzem”.
.
Wściekła reakcja środowisk katolackich na film nikogo nie zaskoczyła. Można się jej było spodziewać. Nawoływania do bojkotu filmu były jednym z jej przejawów
.
.
Towarzyszyło jej cenzurowanie przez tv niektórych wypowiedzi Smarzowskiego.
.
Wściekle zaatakowali go i film nawet tacy, co „Kleru” nie oglądali. Szapołowska nie jest tu wyjątkiem:
.
Jedną z oczywistych reakcji na „Kler” było ultra-ekspresowe uchwalenie przez knessejm „Narodowego Dnia Pmięci Duchownych Niezłomnych”. Niejedna ustawa grzęźnie w knessejmowej biurokracji na lata. A tymczasem uchwalenie tego „święta” zajęło knessejmowiczom miesiąc. Grupa PiSraelickich knessejmowiczów zgłosiła projekt tej ustawy 4 września…
.
…czyli już po projekcji filmu na festiwalu w Gdyni i upublicznieniu zwiatuna/zjawki filmu:
.

.
A więc w czasie, gdy trwała już wściekła nagonka na Smarzowskiego i „Kler”. Druk 2831 będący projektem owej ustawy ultra-ekspresowo przebrnął opinie SN (chyba „sądu najwyższego”), PG i ZRP (nie wiem, co oznaczają te skróty), przeboksowany został przez komisję knessejmową i uchwalony 4 października:
.
Tu jeszcze lista głosowania:
.
Jak po niej widać, koło ratunkowe rzucone przez knessejm klerowi w reakcji na „Kler” było nie tylko błyskawiczne, ale i było wspólnym dziełem prawie kompletnego PiSraela (jeden głos wstrzymujący się), ogromnej większość POsraela (rzekomo śmiertelnego wroga PiSraela) i partii żulika Kukiza (rzekomo antysystemowego). „Przeciwko” gremialnie głosowała jedynie marginalna „Niezależna” (ciekawe od kogo niezależna?) Petru, garstka „odszczepieńców” z PO, i przedstawiciele politycznego planktonu knesejmowego (PSL-UED, jeden „niezależny” i trzech „liberalno-społecznych”). Nazwiska ich wszystkich można samemu sprawdzić..
.
Wracając do filmu „Kler” – niestety nie był on w stanie wyraziście unaocznić jeszcze jednej, chyba najważniejszej i najgorszej patologii krystowierstwa – patologii nie tylko kleru, ale i ogłupianych przezeń wyznawców – ślepej, tępej i bezrefleksyjnej wiary w nadjordańskie wymysły, żydowskie „pismo święte” i „nauki kościoła” upstrzone bzdurnymi dogmatami. Jest to patologia intelektualno-duchowa, paraliżująca rozum, inteligencję i krytycyzm ofiar ślepej wiary, przedstawiana zresztą jako jedna z najważniejszych, czy wręcz najważniejsza  „wartość” krystowierstwa:
.
Niemniej film „Kler” był, mimo tego mankamentu, niezwykle ważnym wydarzeniem. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że zmieni on percepcję kleru i kościoła w oczach i umysłach zdecydowanej większości widzów – zwłaszcza niezbyt gorliwych katolików, oraz tzw. „wierzących niepraktykujących”. Oni nie będą już nigdy więcej z cielęcą bezmyślnością łykać propagandowych bzdetów o dobrym dla Polski kościele i zasługach dla niej ze strony bezdusznych „duchownych”.
.
Tu jeszcze pewna uwaga – jedną z najwścieklej atakujących Smarzowskiego „formacją” jest środowisko ultrakatolickie nazywające siebie „prawicą narodową”. Gdy pojawił się film „Wołyń”, to właśnie środowisko wychwalało i wynosiło Smarzowskiego pod niebiosa. Obecnie natomiast, ze względu na „Kler”, wdeptuje go w ziemię, odsądza od czci i najchętniej by go jako renegata wymazało z pamięci i skazało na niebyt.
.
A już najśmieszniejsze w całym tym trzęsieniu ziemi w związku z filmem „Kler” jest to, że najbardziej film rozreklamowała i wywołała ciekawość wielu Polaków właśnie wściekła katolicka nagonka na niego. Gdyby katolactfo film kompletnie zignorowało, przypuszczam, że frekwencja w kinach byłyby dużo niższa. A tak głupota katolactfa, chcącego film „skompromitować” napędziło mu rekordową frekwencję. Nawet najsłynniejsze produkcje „holyłudu” pozostały za filmem Smarzowskiego daleko z tyłu. Co pokazuje, że Polak potrafi
.
Osobiście całego „Kleru” nie obejrzałem jeszcze. Udało mi się do tej pory obejrzeć ściągniętą z sieci piracką kopię trwającą 1 godz. i 40 min. Brakowało w niej prawie 30 minut końcówki. Niemniej to, co widziałem, uważam za b. ważne – ten film faktycznie zmieni obraz kk w oczach milionów widzów.
.
I na tym polega zasługa Wojta Smarzowskiego i wszystkich współtwórców filmu oraz aktorów.
.
Kończąc zamieszczam jeszcze film z konferencji prasowej tuż po emisji filmu na festiwalu w Gdyni. Zwrócić chciałbym uwagę na wypowiedź Wojtka Smarzowskiego (minuta 30: 40-45), który na pytanie, o kim będzie jego nastąpny film powiedział:
.
„Być może następna historia będzie o Słowianach – opowieść o tym, że przed chrztem też byliśmy…”
.

.
W tym miejscu życzę Wojtkowi Smarzowskiemu powodzenia w realizacji tego zamierzenia! Mam przy tym nadzieję, że uda się jemu ukazać w planowanym filmie kilka b. ważnych wątków. A więc:
.
– że przepiękna kultura słowiańska na naszych ziemiach istniała wiele tysiącleci przed państwem Piastów i instalacją przez nich kk nad Wartą, Wisłą i Odrą,
.
– że pod wzglądem struktury społecznej oraz poszanowania wolności i równości, braku wyzysku, ucisku, chciwości i fanatyzmu niebotycznie Słowiańszczyzna górowała nad krystowierstwem,
.
– że ustępowała krystowierstwu jedynie w tym, co stanowiło przez wieki „wartości krześcijańskie” – fanatyzm, mściwość, podstępność, chciwość, zbrodniczość, grabież ziemi oraz ucisk i wyzysk podbitych krzyżem ludów,
.
– że nasi przodkowie wielokrotnie podnosili głowy i buntowali się przeciwko narzucanym im przez renegatów Piastów nadjordańskim wymysłom, choć ostatecznie zostali ujarzmieni, a wszystkie te bunty zostały krwawo stłumione.
.
Jeśli uda się realizacja takiego filmu, będzie to ogromnym wydarzeniem kulturowym.
.
I tego  Wojtkowi Smarzowskiemu i jego współpracownikom życzę…
.
.
opolczyk
.
.

Katolicki szariat czyli o procesie Jerzego Urbana…

.

.

Przyznam się szczerze, że z mieszanymi uczuciami piszę ten tekst. Nie chcę, by uznano mnie za sympatyka J. Urbana i jego NIE. Nie jestem jego sympatykiem i nigdy nim nie byłem. Urban jest mi całkowicie obojętny. Nie mogę jednak przemilczeć żałosnej farsy, jaką wytoczono mu o „obrazę uczuć religijnych” ani absurdalnego wyroku – ma zapłacić 120 tys. zł grzywny.
Wyrok ten odbił się szerokim echem w polskojęzycznych (choć niekoniecznie polskich) mediach. Wystarczy wygooglować Jerzy Urban 120 tys. grzywny by się o tym przekonać:
.
Nawet Sputnik opublikował uwagi Weroniki Książek o tym procesie i wyroku.
.
.
No cóż – zamieszczony przez Urbana w NIE obrazek Joszue/Jezusa w porównaniu do tysięcy rzeczywiście prześmiewczych jakie są w internecie to pikuś.
.
.
.
.
Uznanie przez inkwizytora w todze, że J. Urban obrazić mógł w sumie niewinnym obrazkiem  „uczucia religijne” to absurd.
.
.
.
Zresztą – dlaczego tylko obrażalskiemu katolactfu udaje się ciągać niekatolików po sądach za „obrazę uczuć religijnych”? Im wolno bezkarnie obrażać wszystkich „innowierców”, „bezbożników”, „heretyków” czy pogan. I żaden prokurator czy sąd wtedy palcem nie ruszy. Nie wierzycie?
W roku 2012 podesłano mi filmiki z haniebnego „odpustu” cysterskiego nazwanago szumnie i fałszywie „Festiwalem kultury słowiańskiej i cysterskiej”, który odbył się w Lądzie w roku 2010. Podczas tej żałosnej hucpy w ramach „inscenizacji historycznej” o rzekomym (zdaniem organizatorów) charakterze „edukacyjnym” wywrócone drewniane posągi słowiańskich bogów kopano, okładano szablami i palono, a samych bogów nazywano bożkami. Wysłałem w tej sprawie pismo do prokuratury w Koninie z powiadomieniem o obrazie moich uczuć religijnych.
.
Konińska prokuratura przesłałe je do prokuratury w Słupcy, o czym mnie poinformowała – i na tym aktywność tzw. „organów ścigania” i „wymiaru sprawiedliwości” się skończyła. Prokuratura ze Słupcy nie ruszyła palcem, nawet nie raczyła mi odpisać. Także z organizatorów, poza dr Brzostowieczem, nie odezwał się nikt. I ani jeden odpowiedzialny za tę hanibną hucpę rzekomo edukacyjną nie zdobył się na jedno jedyne słowo – „przepraszam”. Im wolno przecież obrażać uczucia religijne pogan! Ale gdybyśmy my urządzili inscenizację „reakcji pogańskiej” przedstawiającej rąbanie krzyży i palenie kościołów i wrzucili migawki do internetu, to natychmiast mielibyśmy inkwizycję (prokuraturę, policję i sądy) na karku.
.
Ponieważ rysunek Joszue/Jezusa zamieszczony w NIE w żadnym wypadku nie jest obraźliwy, pytaniem jest – za co właściwie skazano J. Urbana? Osobiście dostrzegam trzy uzupełniające się motywy:
.
1) Urbana ukarano za całokształt publicystyki NIE. Od początku tej gazety Urban nie zostawiał suchej nitki na wszystkich kolejnych ekipach rządzących, różnych ważnych instytucjach państwowych oraz na kk. Za obrazę santo subito Wojtyły dostał nawet kilkanaście lat temu wyrok. Ale zbyt dużo zalał sadła za skórę Prawdziwym Polakom, aby o nim zapomnieli. I stąd pod byle pretekstem w niewyobrażalnie naciąganym werdykcie inkwizycji dowalono mu tak wysoką grzywnę  120 tysięcy plus prawie 30 tysięcy kosztów sądowych.
.
2) PiSrael, jak wiemy, od zawsze głosił m.in hasło „dekomunizacji”. A Urban jako były rzecznik prasowy w rządzie gen. Jaruzelskiego był wtedy jednym z najbardziej znienawidzonych przez opozycję przedstawicieli ówczesnych władz (obok Jaruzelskiego, Kiszczaka i chyba Siwaka). Nie raz podczas konferencji prasowych dworował sobie z ówczesnej wierchuszki opozycyjnej . I za to teraz, po prawie 40 latach, nareszcie starszej daty PiSraelici (ówcześni opozycjoniści) mogą mu dokopać. Nasłać na niego „seryjnego samobójcę” nie nada, bo ma właściwe korzenie. Ale walnąć go po kieszeni, aby boleśnie to odczuł – czemu nie… Niech ma za ośmieszanie styropianu…
.
3) Na absurdalnie wysoką grzywnę miała też wpływ rekordowa w dziejach polskiej kinematografii popularność filmu „Kler” i wywołane przezeń medialne i społeczne „trzęsienie ziemi”. Tym wyrokiem inkwizytor w procesie przeciwko Urbanowi pokazać chciał, że nadjordańskie gusła i żydo-biblijne idole propagowane przez kler będą chronione przy pomocy wszelkich środków – także absurdalnie wysokich grzywien. Chodziło o to, aby wszystkim ewentualnym krytykom krystowierstwa i kk pokazać, gdzie przebiega obecnie „czerwona linia”, której oponentom nadjordańskich guseł i kk przekraczać nie nada.
.
W całej tej historii martwi mnie to, że inkwizytor nie tylko tak niewyobrażalnie naciągnął uzasadnienie wyroku, ale „wspaniałomyślnie” trzykrotnie zwiększył wysokość grzywny, jakiej żądał prokurator (40 tys.). Sam prokurator chyba nie był do końca wtajemniczony, o co idzie w tym procesie i dlatego zażądał tak „niskiej” kary pieniężnej. Inkwizytor jednak wiedział, co jest grane i walnął wyrok – 120 tysięcy złotych.
.
I to mnie martwi. Bo i ja mam na karku proces o „obrazę uczuć religijnych” (i dodatkowo o publiczną obrazę sulistrowickiego klechę).
Aż się spociłem, gdy usłyszałem, ile Urbanowi dowalili…
.
Ufff…
.
.
opolczyk
.
.
PS
Akurat dzisiaj miało miejsce szóste już posiedzenie inkwizycji wrocławskiej w mojej sprawie. Rezygnuję z relacjonowania na bieżąco tej farsy. Informację o niej i o wyroku zamieszczę, gdy ten żałosny spektakl dobiegnie końca.
.
.