Opowieść polańska z czasów przedmieszkowych…

.


.

Dawno, dawno temu, na porośniętych prastarą puszczą równinach zamieszkałych przez plemiona Polan i Goplan, niedaleko od ziem Mazowszan, nad małym jeziorkiem zwanym przez miejscowych po prostu świętym, stało odwieczne słowiańskie opole. Zabudowane było w koło, z dużym placem pośrodku, na którym odbywały się opolne wiece i wiele świątecznych obrzędów. W samym środku placu rosła prastara lipa. Domostw było w opolu z całą kopę (60) podwójnym kręgiem otaczających plac. Wszystkie były podobne do siebie, nie było okazalszych od innych. Wcześniej, gdy mieszkańców było mniej, opole miało tylko jeden krąg domostw. Ale mieszkańców przybywało i konieczne okazało się powiększenie opola. Zburzono starą palisadę i zbudowano nową tak, aby zmieścić w opolu drugi krąg domostw. Mijał czas, mieszkańców nadal powoli przybywało i robiło się ciasno w opolu. Należało podjąć decyzję, czy je ponownie powiększyć, czy obok zbudować drugie. Od wieka, od pokoleń, życie mieszkańców płynęło podobnie, spokojnie jak wody rzeczki wpływającej do ich jeziora. W domostwie rodzicieli pospołu z nimi pozostawał najczęściej najstarszy potomek, córa czy syn, zajedno. Po śmierci rodzicieli przejmował dom. Młodsi synowie po ożenku dobudowywali przy domostwie rodzicieli własne, lub gdy miejsca nie było, budowali je gdzie ta jeszcze się zmieściło. Córki wychodziły najczęściej za młódź z sąsiednich opoli i osad. Z dawna wiedziano, że z małżeństw pomiędzy bliskimi swojakami rodzi się niewdałe potomstwo.
Mieszkańcy opola byli głównie rolnikami, uprawiali pola i trzymali zwierzęta hodowlane. Mężczyźni byli także myśliwymi i rybakami. Łowy na dzikiego zwierza były ważne. Nie tylko zdobywano dodatkowe mięso i tłuszcz. Skóry zwierząt szły na silną odzież i obuwie, na uprząż, siodła i miechy kowalskie. Futra zimą zdobyte i do ścielenia posłań służyły, i do przykrycia się nimi do snu, zwłaszcza zimą, no i na ciepłe ubrania zimowe. Rogi i kości służyły do wyrobu różnych narzędzi, a kły i pazury do wyrobu ozdób i talizmanów. Latem wszyscy razem pracowali na polach, sprawiedliwie dzieląc się plonami. Ziemia uprawna i łąki były pospólną własnością. Jesienią i zimą oprócz polowań zajmowali się rzemiosłem, każden podług jego zręczności i zamiłowania. Jedni wyrabiali sprzęty domowe, inni narzędzia i ozdoby, jeszcze inni z gliny wyrabiali naczynia, choć mieszkańcy woleli drewniane misy i talerze, a nawet kubki, bo się nie tłukły. Byli w opolu też kowale wyrabiający dla wszystkich żelazne okucia, groty, sochy, noże i topory. Niewiasty zaś tkały płótna, przędły wełnę szykowały ubrania i zdobiły domostwa. Przez pokolenia mieszkańcy opola sami stanowili o sobie. Na codzień kierowała ich życiem starszyzna, ludzie doświadczeni i obyczaj znający. Ważniejsze decyzje podejmowano na wiecach. Utrzymywano kontakty z wieloma sąsiednimi opolami, choćby po to, aby młódź szukała sobie żon i mężów poza własnym opolem. Często święto Kupały organizowano pospołu z innymi opolami, aby młodzi z różnych opoli poznać się mogli. Rzadko docierali tutaj obcy, chyba że kupcy. Handlować z nimi specjalnie nie musiano, bo miejscowi samowystarczalni byli. Ale i ciekawi byli nowin ze świata szerokiego, a te kupcy opowiadali chętnie. Wojen, najazdów od wieka tu nie znano. Otoczeni prastarą puszczą, przecinaną rzekami i bagnami, bezpieczni byli. Jeśli dochodziło do bitek, to najczęściej pomiędzy młodymi o panny. Palisada wokół opola służyła ochronie przed dzikim zwierzem, nie przed napastnikami.
.
Było akurat święto plonów. Mieszkańcy obeszli już z wieńcami pola uprawne i łąki, złożyli dary i Matce Ziemi w podzięce za plony, i świętemu Swarożycowi w podzięce za ciepło i światło, dzięki którym Matka Ziemia owocuje i żywi jej dzieci. Odprawiono obrzędy przy grobach dziadów, a na koniec zaczęła się uczta i zabawa przy ogniskach nad jeziorem. Na świąteczne tańce przyszli też znajomki i powinowaci z pobliskich opoli. Podczas gdy młódź tańczyła i śpiewała, starsi skupili się wokół akurat przybyłego niespodziewanego gościa. Był to stary, doświadczony życiem, Sławobor. Z niejednego pieca chleb jadał. Bez żony był i bez dziatwy, ale miał znajomków po wielu opolach, grodach i plemionach. Gadano o nim, że nad szeroką Łabą żył w młodości. Pod naporem Franków czy Niemców, gdy ziemie jego ludu podbito, jako młodzik przyszedł do Polan. Ale miejsca nigdzie nie zagrzał. Wędrował, zbierał i roznosił wieści. Często znikał na dłuższy czas. Gadano, że do północnych Połabian przemyka i na wojny na Niemca wespół z nimi chodzi. Nienawidził jak zarazy prącego od zachodu i południa nowego porządku i nowej wiary. I teraz z nagła pojawił się przy ognisku. Poproszono go, aby siadł, dano mu jadła, miodu, piwa. Gdy już się nasycił, na prośby starszyzny rozpoczął opowieść o tym, co widział i słyszał w świecie szerokim. Słuchano go uważnie.

Opowiadał więc, jak to przed wiekiem już Franki czy Frankony Załabie podbili. A teraz część z nich, co się Niemce zwią, Polabie podbija. Boga jakiegoś nowego, hebrajskiego mają. I prą ku Odrze. Ciężko im szło, ale markgraf Gero, zbój jakich mało, 30 wodzów i naczelników łużyckich do siebie na ucztę sprosiwszy wytruł. I ziemie ich podbija, gród po grodzie, opole po opolu. Bronią się Łużyczany i Serby, walczą, bunty robią, ale lud to od wieka spokojny, rolniczy. Nie potrafią Niemca zatrzymać. Tylko patrzeć jak do Odry dojdzie. A gdzie nogę Niemiec postawi, ze Słowian przypisańców i niewolnych robi, słowiańską wiarę niszczy, święte gaje wycina, chramy i posągi bogów pali hebrajskiego boga narzucając w ich miejsce. Obyczaj u Niemca zgoła inny niż u nas. U nas ziemia pospólna jest. U nich albo króla czy grafa podległego królowi, albo kościelna – biskupia lubo klasztorna. W lesie zwierza upolować nie lza, bo las pański albo kościelny. Złapią – oczy wyłupią lub rękę utną. Ryb w rzece łowić nie lza, bo są pańskie lub kościelne. I też oczy za to wyłupią albo rękę utną. Ziemie uprawiać musisz, ale nie twoja jest, a pańska lub kościelna. I danin biorą z plonów ile strzyma. I jeszcze karmić musisz ich posłów, komorników i poborców, konie i wozy do przewozu dawać, naprawiać w grodach częstokoły lub mury, rowy fosami zwane kopać lubo pogłębiać, płacić podymnne i pogłówne, i jeszcze zbiegłych ścigać. I świętopietrze na papieża płacić, co w Romie siedzi i światem rządzić chce. I milczeć jak ci żonę czy córę na rozpustę biorą. Powiesz co – utną łeb i tyla. Albo sprzedadzą w niewolę. Nie ma tam żadnego czestnego prawa ni obyczaju. Wyzysk, przemoc i ucisk – to ich prawo i obyczaj. Dobrze żyje się u nich garstce możnowładców i kapłanon hebrajskiego boga. Reszta na nich pracuje i żyje w biedzie i ucisku, niemalże jako niewolnicy. Biedoty u nich chmara i żebraków, co ni doma nie mają, w łachmanach łażą i żebrać muszą o pajdę chleba czy marny grosz.

Przerwał Sławobor, miodu sią napił, na tańczących przy ogniskach popatrzył, a potem na ciemniejące już niebo. Po chwili opowiadał dalej. Mówił, jako to bronią się przed Niemcem północne Połabiany. Lud to od wieka waleczny, wojenny. Niejeden raniej lec woli, niźli na powróz u Niemca iść. Tam Niemcowi niełacno postawić nogę. Jeszcze niejedno pokolenie minie, nim Niemce ich opór złamią. Ale Niemce nie ustąpią. Podbić nasze ziemie chcą, zagrabić wszystko, a z nas niewolnika zrobić. Po to im hebrajski bóg potrzebny jest. Bo gadają, że jeden on prawdziwy i muszą go wszystkim narzucić.

Znów przerwał swą opowieść Sławobor i z rogu miodu słodkiego, starego, dobrze syconego popił. Słuchająca go starszyzna milczała. Po jakimś czasie mówił dalej, tym razem o Czechach i Morawianach na południu. Wiek temu był tam kneź Mojmir. Zgadał się z Niemcem, hebrajskiego boga i jego kapłanów od Niemca do siebie sprowadził – i niemiecki obyczaj. Wolnych mało co już u Czechów i Morawian zostało, reszta to przypisańcy i niewolni.
Niewiela zim temu była u Czechów knezina, Dobromira. Popaliła kościoły hebrajskiego boga, wypędziła jego kapłanów do Niemców i powróciła do starych bogów. Ale Sasy i Bawary najechali Czechy, pobili ją, a na kneziowym grodzie osadzili powolnego im Wacława. Oddali go pod nadzór niemieckiego króla i niemieckich kapłanów, którzy jak wprzódzi Czechami rządzą, nowego porządku i hebrajskiej wiary strzegąc. W Pradze słowiańskim ludem jako bydłem handlują, w niewolę go sprzedając. Jak świat światem nigdy Słowianie niewolnika nie trzymali. Trafił się jaki jeniec czasu wojny, to za byle okupem do dom go puszczano. A jak nie miał nic, to i bez wykupu odejść mógł. Albo u Słowian zostać jako swój, wolny. Dobre to było, bo obcy to zawżdy świeża krew. A u Czechów po wprowadzeniu hebrajskiego boga ludźmi jako bydłem tarżą. I to swoimi, Słowianami. A jeszcze Czesi, choć Niemcowi podlegli, jako wcześniej Morawiany na ziemie Wiślan, Chrobatów i Ślężan łakomym okiem patrzą.

Ponownie zamilkł Sławobor. Zamyślił się. Ciemno już było, wietrzyk ucichł, od ognisk słychać było śpiewy, klaskanie, dudnienie bębnów, głosy piszczałek i dźwięki gęśli. Sławobor napił się miodu i ciągną dalej swoją opowieść. Teraz mówił o sprawach lepiej wiadomych starszyźnie. Od prawieka już u wszystkich plemion słowiańskich na szlakach kupieckich grody stały. U Polan, Goplan, Mazowszan, Wiślan, Chrobatów, Ślężan i u wszystkich pomniejszych plemion. Wprzódzi przez pokolenia wszystkie grody pospólne były. Nastały jednak czasy, że psować się jął w wielu grodach stary obyczaj. Nie wiada dlaczego. Może nowe porządki z obcymi kupcami przyszły, którzy w większych grodach osiedli. Dość rzec, że jedni nad drugich wynosić się zaczęli. Każdy chciał mieć większe od innych domostwo dworcem czy dworzyszczem zwane. Rozdwojenie powstało. Już nie chcieli grodowi pospólnie żyć, a każdy tylko dla swojego rodu. I tylko o swój ród zabiegali, co by ważniejszy był i bogatszy od innych. Biedniejszych z grodów do podgrodzi wygoniono, bo w grodach tylko kilka dworców zmieścić się mogło. Ziemi też już pospołu nie dzierżyli, a podzielili ją. I jeden drugiemu ziemię wydzierał, coby więcej mieć. W ostatku każdym grodem jeden albo kilka rodów rządziło. Ziemia wokół grodu była już ich, a nie pospólna. Grody wadziły się między sobą. Każden ważniejszy chciał być i innymi grodami rządzić. Kneziów sobie stanowiły. Często co gród to własnego knezia miał. Chocia byli i knezie, co kilka grodów dzierżyli. I tak się te knezie i grody między sobą wadziły i nadal wadzą. Aliści opola i osady, i grody pospólne, bez rodów, a jest ich wiela więcej, po dawnemu żyją, władzy kneziów i grodów nie uznając. Same o sobie stanowią. Rody i knezie zbrojnych pachołków trzymają i daniny od wolnych osad, opoli i pospólnych grodów żądają. By mieć za co jeszcze większe dworce budować i więcej zbrojnych pachołków utrzymać. Zdarza się, że jakaś tam mała osada daniny płaci, ale większe opola i pospólne grody zbrojnych pachołków wysłanych po daniny nie raz poszarpały i precz pognały. Aliści u Wiślan i Ślężan od czasu, jak Morawce ich ziemie najeżdżali i hebrajskiego boga ze sobą wlekli, więcej jest osad i opoli daniny płacących. I tam, jak u Niemca, są już przypisańcy i niewolni. Dzieje się źle u Wiślan i Ślężan, bo choć po odejściu Morawców starych bogów przywrócili, ale starego obyczaju już nie.

I znów zamilkł Sławobor i zamyślił się. Po czym rozejrzał się dookoła, uśmiechnął się nawet widząc młódź tańczącą przy ogniskach, ale zaraz twarz mu spochmurniała i dalej ciągnął swoją opowieść. Od wiosny obszedł szmat ziemi Polan i Goplan. Grodów rodowych jest już wiela tu, ale na każdy przypada z pół kopy albo i więcej osad, opoli i grodów pospólnych, gdzie stary obyczaj panuje i wszyscy pospólnie żyją. Tylko u Giecza dzieją się rzeczy złe. Stała tam od wieka osada. Aż kiedyś przyszli obcy, co z ich ziem od ucisku do Polan uciekli. Waregi czy Wikingi to byli, z Dunii czy skądyś tam, nie wiada. Pobudowali obok własną osadę i czas jaki wedle naszego obyczaju żyli. Ale gdy od kupców usłyszeli, co dzieje się u Niemca, u Czechów, w Romie i innych krajach, gdzie hebrajski bóg panuje, porzucili nasz obyczaj. Wybrali sobie wodza, którego reszta jak psy słuchała. Lestek go wołali. Pobudowali gród warowny i Gieczem go nazwali. Wygląda jako zbójeckie gniazdo. Wysoki wał z palisadami, wieżyce przy bramie, zbrojne pachoły, najczęściej obce, na wałach za palisadami ukryte. I lochy na jeńców pod dworzyszczem z basztą są. Miast rolę uprawiać mieczy, toporów, kolczug i oszczepów żelaznych nakuli lubo za futra kupili. Nazwali siebie ze słowiańska Piastami. Od starej osady, co ich gościnnie przyjęła, siłą daniny ściągać zaczęli i nowych pachołków zbrojnych najmować. Potem na inne osady i opola swoich zbrojnych zbójów nasyłali, by daniny brać. Wiela razy okoliczne opola skrzykiwały się i zbrojnie na Giecz szły. Ale nie poradzili. Tyla, że zawsze trupy pod wałami ostawały. Piasty zaś na te opola, co opór stawiały, swych zbójów słali. Ale nie na wszystkie naraz, a zawsze tylko na jedno. I jak dobyli opole, to tęższym mężom oczy wydzierali dla postrachu, z każdej rodziny zakładnika brali do siebie do lochu, nad opolem starostę swego stanowili, a mieszkańców przypisańcami lub niewolnymi robili. Tylko w osadach i opolach, które ze strachu bez oporu daniny płaciły, mieszkańcy wolnymi ostali. Ale i tak daniny i inne powinności Piastom dawać musieli. Tera rządzi Piastami już inny, Siemomysłem się po słowiańsku nazwał, chocia przybłędą jest. Gdy miał już tyla zbrojnych pachołków, że w Gieczu za ciasno im było, najechał Gniezno, spalili je, mieszkańcom odbudować kazał, ale silniej warowne. I tam Piasty przenieśli z Giecza swoją główną siedzibę. Z pobitych mieszkańców Gniezna co tęższym chwatom wybór dali – albo niewolnymi zostaną i na Piasta pracować będą, tylko za jadło, albo jako wolni do drużyny zbrojnych pachołów przystaną, Piast im płacić będzie i jeszcze udział w łupach dostaną. I niejeden na to przystał, bo kto chce być niewolnym. Reszta przypisańcami i niewolnymi ostała. Kto mógł, uciekał  w puszczę. Ale większość została. Bo i groby dziadów porzucić ciężko, czy starych rodzicieli samych ostawić lubo na tułaczkę skazać, albo z małymi dziećmi lub brzemiennymi kobietami po lasach się tułać. Zaciskali więc zęby i na Piastów jako niewolni pracowali. Gdy Gniezno już nowe i obwarowane Piasty obsiedli, na Poznań napadli i zrobili co w Gnieźnie – spalili, mieszkańcom na nowo silniej warowne budować kazali i tych, co nie chcieli niewolnymi ostać, na zbrojnych pachołków wzięli. Rok w rok następne osady, opola i grody podbijają, a zbrojnych pachołków to już na wiele setni liczą. Inne grody rodowe i ich knezie zmawiali się na Piastów, ale że zawżdy zwaśnieni między sobą byli, nic z tego nie wyszło. Zdarzało się za to, że ten czy inny ród sam do Piastów szedł, służby im ofiarując i z ramienia Piasta dalej swój gród dzierżą, tyla, że starszy rodu czy nawet były grodowy kneź piastowym żupanem tera jest. I tak przybywa Piastom grodów, zbrojnych pachołków i poddanych. Na koniec Siemomysła na wiecu kneziem obwołali. Bo wiece Piasty zwołują, ale nimi trzęsą. No i piastowskie sługi chcieli, by kneziem obwołać  Siemomysła. Tumult się zrobił, bo większość zwołanych na wiec, z wolnych opoli, przez Piastów jeszcze nie podbitych, tego zbója na knezia nie chciała. Nikogo na knezia nie chcieli. Mówili, że sami sobie po opolach władają i knezia, który tylko danin wygląda i wolę swą narzucać chce, nie potrzebują. Po czym rozjechali się, każdy do siebie. Ale ci co zostali i Piastom przychylni byli, obwołali Siemomysła kneziem. I dalej podbija on grody u Polan i Goplan. Tyla, że sam na obce grody już nie chodzi. Synów ma. Oni tera zbrojnych pachołków na grody prowadzą. Zwłaszcza najstarszy, Mieszkiem zwany, co po ojcu władzę przejmie, chciwy i podstępny jest. I mściwy. I panowania żądny. Niedługo tu Piasty dojść mogą, bo gdzie puszcze wielkie, to przesieki przez nie ich przypisańcy i niewolni rąbią, aby drużyna zbójów kneziowych na koniach łacniej coraz większy kraj zagarniała. Naszych starych bogów Piasty nadal jeszcze szanowują, ale jak długo, nie wiada. Skoro niszczą prastary obyczaj, to i prastarą wiarę zniszczyć mogą. I naszych bogów odrzucić.

Skończył swoją opowieść Sławobor a reszta milczała w zadumie. Dopiero po dłuższej chwili ozwał się ponownie w te słowa:

– Starym już, ale przy ognisku jeszcze zatańczę i pośpiewam z młodymi. Nie wiem, wiela mi jeszcze czasu ostało, ale wiem, że ubywa mi sił, i że ubywa też u nas ziem, gdzie jeszcze stary obyczaj szanowany jest i stare prawa rządzą. U wielu Słowian już nie święci się Plonów, chyba że w ukryciu, aby hebrajskie kapłany i niemieckie żupany nie widzieli. Tu u was ciągle jeszcze słowiańska swoboda jest i chcę z niej korzystać.

Skończył i bez ociągania się poszedł ku ognisku, dołączył do młodych i razem z nimi tańczył i śpiewał pieśni ku czci Mokoszy i Swarożyca. Gdy się zmęczył, odchodził na bok, popijał miodu czy piwa, palił jakieś zioła, po czym, gdy odsapnął, wracał do tańczących. Rzadko widywano go tak wesołym i rozbawionym. I on zapomniał w tańcu, że jego rodzinne strony w środku geronowej marchii już są i niemiecka mowa tam panuje. I hebrajski bóg. Zapomniał, że i tu już wkrótce pojawić się mogą zbóje od Piasta, by stare prawa i stare obyczaje burzyć. Chciał zakosztować ich jeszcze raz do syta, do głębi serca i ducha. Tańczył więc, śpiewał, w przerwach popijał i podjadał, a i zioła dziwne, od wiedźmy otrzymane, palił. I lekko zrobiło mu się na sercu. Ten taniec przy ogniu to było życie, jakie kochał, o jakie od dziesiątek lat z Niemcem walczył – beztroskie tańce i śpiewy, trzaskanie ognia, iskry idące w górę, szum rosnącego opodal świętego gaju, szum wiatru, krzyki nocnych ptaków. I wolni swojacy słowiańską mową mówiący dookoła. I tańczył tak aż do zapamiętania. Ducha miał rozradowanego, jak za najwcześniejszej młodości, gdy Plony świętował nad daleką Łabą. Nie widział już tańczących obok siebie, oczy mgłą mu zaszły, słyszał tylko miarowe bicie bębnów, gęśle i piszczałki, i klaskanie tańczących. Stracił poczucie czasu i miejsca. Nie wiedział już, gdzie jest. Nagle w mgle przed jego oczami ujrzał kilka postaci. Gdy podeszły bliżej, rozpoznał rodzicieli, ojca i macierz. Obok nich szła jego żona i dzieci, syn i córka. I jeszcze obie siostry. Tak! To byli oni, jego rodzina, której nie widział od dziesiątek lat. Wirowało mu w głowie i myśli pozbierać nie mógł. Skąd oni się tu wzięli? Wydawało mu się przecież, że oni już dawno odeszli do dziadów, zabici nad Łabą przez Niemca. A oni jako żywi tańczą z nim przy ognisku, śmieją się do niego, kiwają mu rękami, pozdrawiają go. Ah, jak przepiękne jest życie, gdy z najbliższymi, z tymi, których miłujesz, możesz pospołu tańczyć przy świętym ogniu. Tańczył więc do zapamiętania się, do utraty tchu. A duchy jego zmarłych rodzicieli, żony i dzieci, i sióstr, tańczyły tej nocy razem z nim. Gdy nad ranem upadł bez zmysłów, ze zmęczenia, odniesiono go do jednej z opolnych chat.

.

Epilog

Nazajutrz Sławobor pożegnał gościnnych gospodarzy, opuścił przyjazne opole i zniknął w kniei. W pamięci miał jeszcze wczorajszy upojny wieczór. Ze wzruszenia łzy zabłysły w jego oczach. Ale wiedział, że tu już nie wróci. Stary już był, sterany. Zadość miał już tułaczki. Nie chciał kolejny raz uciekać jeszcze dalej na wschód przed naciągającym za sprawą Piastów nowym złym porządkiem. Ze sobą miał silny cisowy łuk, strzały i torbę z nasączonymi smołą szmatami podartymi na pasy. Pod pazuchą poprawił krótki mieczyk. Wiele dni przedzierał się lasami na Giecz. Gdy dotarł, ukrył się w pobliskim lesie i czekał pierwszego mglistego poranka. I gdy nadszedł, owinął strzały smolnymi szmatami, skrzesał ogień, zapalił od niego małe łuczywo i cicho podkradł się pod sam gród – pierwsze zbójeckie gniazdo Piastów na polańskiej ziemi. Bramy strzegły dwie wysokie drewniane baszty. Straże były na nich, ale rozespane, jako to o świcie. Sławobor wbił łuczywo w ziemię, zapalił od niego pierwszą strzałę i wypuścił ją w basztę, po czym raz za razem wypuścił wszystkie pozostałe strzały, niosące ze sobą ogień. Straże usłyszały wprawdzie jakieś stuki i odgłosy, ale przez gęstą mgłę nie zauważyły płonących strzał, Dopiero gdy drewniane belki zaczęły się palić i mocno kopcić, poczuły dym i uderzyły na alarm. Kilku strażników z mieczami u pasów i łukami w rękach wypadło przed bramę, inni pędzili po wodę do gaszenia baszt. Ale belki baszt, suche w środku, paliły się coraz mocniej. Radowało się serce Sławobora, gdy patrzył jak płoną, choć wiedział, że Piastów to nie powstrzyma. Ale niech wiedzą, że są tu przybłędami.
Tymczasem strażnicy przed bramą wypatrzyli Sławobora. Stał wyprostowany, nie uciekał. W ręku dzierżył krótki mieczyk. Podeszli bliżej. On nawet nie drgnął. Strażnicy widząc jego odwagę nie mieli ochoty ryzykować oberwania mieczem. Wszyscy jak na komendę wypuścili w stronę stojącego strzały. Sławobor zachwiał się i z pięcioma strzałami w piersiach upadł na plecy. Strażnicy ostrożnie zbliżyli się do niego. Stary już nie żył. Ze zdziwieniem piastowe zbóje zauważyli, że miał na ustach uśmiech a nie strach. Nie wiedzieli, że ginąc w pamięci miał ostatni taniec z rodziną przy ognisku.
.
Odszedł do ojców i do rodziny tako, jako chciał – jako wolny Słowianin.
.
.
opolczyk

.

.

.

.

Reklamy

Farsa procesowa przełożona na 1 marca…

Info.

Otrzymałem wiadomość, że proces został przełożony na 1-go marca godz 12:00. W związku z tym usunąłem „Ostatnie słowo oskarżonego”, które powróci na blog 1-go marca o godz. 12:00.

opolczyk

PS
Z relacji naocznego obserwatowa, p. Henryka S dowiedziałem się co następuje: na rozprawę stawiła się jedynie p. mecenas reprezentująca siedmiu oskarżycieli/denuncjatorów ze Staszakiem na czele. Nie stawił się ani jeden z dwunastu świadków, w tym ani jeden z siedmiu oskarżycieli/denuncjatorów mających zeznawać także w charakterze świadka. Rozprawa trwała 10 minut. Sędzina ogłosiła przeniesienie rozprawy na 1 marca pod pretekstem, jakoby nie otrzymała potwierdzenia prawidłowego doręczenie oskarżonemu (mnie) wezwania na proces. Jest to oczywiście bzdura, gdyż wezwanie na rozprawę otrzymałem priorytetem i podpisałem na poczcie otrzymanie przesyłki. Pretekst, jakikolwiek,  musiała sędzina zmyślić, gdyż jak mogła prowadzić rozprawę, na którą nie zgłosił się ani jeden świadek.
A swoją drogą – zastanawia mnie, dlaczego ani jeden z siedmiu oskarżycieli/denuncjatorów nie pojawił się na rozprawie? Wygląda na to, że i im ten proces nie za bardzo smakuje.

Zniknął posąg Świętowita na Babiej Górze…

.

.

Nie wiadomo kiedy dokładnie, ale całkiem niedawno zniknął z Babiej Góry w pobliżu Choroszczy posąg Świętowita. Stał tam od 1998 roku.

Informują o tym m.in. Współczesnapl, Twoja, Onet i gadzinówka GW:

.
.

Dobrze że o tym piszą, nazywają niestety błędnie Świętowita Światowidem. I nazywają go niektóre z tych me(n)diów bożkiem. Tylko chamstwo może tak obraźliwie wyrażać się o elemencie naszej prastarej kultury. Bożków niech szukają…nad Jordanem. A dla Onetu rodzimowiercy są „tak zwanymi..”. Eh, jak dali się zgnoić tak zwani dziennikarze. Gnidy…
.
Usunięcia posągu domagał się krystowierczy turbokatol, radny miejski w Choroszczy Jan Czarniecki.

Posąg stał na szczęście na terenie prywatnym i własnością gminy nie był. Nie mogła więc gmina posągu usunąć. A mimo to tyle z niego pozostało.
.
.
Akurat ten posąg, mimo że był atrakcją turystyczną i „gwoździem programu” na szlaku rowerowym noszącym jego imię, od kiedy go postawiono, był znienawidzony przez krystowierców. Wielokrotnie był obiektem ataków wandali. Wywracano go, podcięto mu głowę…
.
.
Osmalano…
.
.
Być może rozłupanie pionowe głowy posągu to też robota wandali.
.
.
W grudniu 2017 posąg Świętowita stał jeszcze na swoim miejscu i dlatego turbokatol Czarniecki domagał się jego usunięcia.
.
Rodzimowiercy opiekujący się posągiem już zapowiedzieli protesty jak i ewentualne wykonanie repliki posągu. W pełni popieram ich protest.
.
A katolom mówię – łapska precz od posągów naszych bogów! Tu jest słowiańska ziemia i posągi słowiańskich bogów są tu jak najbardziej u siebie. Wasze symbole i wasze rzymskie szubienice pasują natomiast tylko nad Jordanem i na Synaju.
.
Wynocha!!!
.
Kończąc, zastanawiam się jedynie, czy dwie sprawy – mój proces, który zaczyna się już za niespełna 10 godzin, 10 stycznia 2018 i zniknięcie posągu Świętowita na Babiej Górze krótko przed nim nie są ze sobą powiązane. Wszak praprzyczyną mojego procesu było „zniknięcie” posągu Świętowita na Ślęży.
.
.
opolczyk
.
.
.
.

Opowieść Łysogórska…

.

.

 

Było to w czasach, gdy na Morawach panował renegat Słowiańszczyzny, Rościsław Mojmirowic. Jak jego poprzednik tępił świętą wiarę praojców i umacniał panowanie krzyża. Skłócony z wschodniofrankijskim królem Ludwikiem II Niemieckim, wypędził Rościsław z Moraw łaciński kler przybyły od Niemców i ściągnął z Konstantynopola podstępnych krzewicieli nadjordańskich guseł odprysku bizantyjskiego, Metodego i Cyryla. Ci dwaj wpadli na iście podstępny pomysł – aby przyciągać Słowian do nadjordańskich guseł wymyślili słowiański alfabet, przetłumaczyli żydowską biblię na język słowiański i gusła ku czci nadjordańskich bałwanów odprawiali w mowie słowiańskiej. Przez co nadjordańskie gusła i nadjordańskie bałwany miały sprawiać wrażenie obrzędów i bogów słowiańskich, swojskich. Gdy w roku 864 Ludwik Niemiecki najechał Morawy, Metody i Cyryl ucieki na północ do kraju Wiślan, zresztą za poradą Rościsława. Miał on nadzieję, że ci dwaj „nawrócą” Wiślan i przekonają ich do oddania się pod jego władzę.
Obaj podstępni misjonarze dotarli nad Wisłę i zatrzymali się w grodzie wawelskim. Tam usłyszeli o powszechnie znanej i szanowanej świętej pogańskiej górze zwanej Łysą Górą lub Łyśćcem, na której znajdował się pogański chram. Postanowili udać się tam, aby w tym powszechnie szanowanym pogańskim sanktuarium zasiać nadjordańską nową wiarę.
.
Nasza opowieść zaczyna się właśnie w momencie, gdy Metody i Cyryl dotarli do opola u podnóża świętej dla pogan Łysej Góry. Zbliżało się święto Kupały. Mieszkańcy opola zbudowanego w kształcie kolistego grodu, otoczonego rowem i wałem ziemnym z podwójną palisadą pracowali na łąkach i polach otaczających opole. Gdy zauważyli nadciągających obcych, najstarszy wiekiem Dobrosław wyszedł im naprzeciw i powitał ich zawołaniem – goście w dom, bogi w dom. Przez bramę w wale wprowadził gości do wnętrza opola. Oni rozejrzeli się ciekawie i zauważyli, że wszystkie domostwa, a było ich ze trzydzieści, były podobnej wielkości i żadne nie wyróżniało się okazałością. Widząc to przybysze wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenie – poznali, że są u Słowian, do których obce nowinki, w tym dominacja jednych nad drugimi, jeszcze nie dotarły.
.
Dobrosław zaprosił gości do swego domostwa, ale oni poprosili, by usadził ich w podcieniu, gdzie wiał przyjemny lekki wietrzyk. Nakarmiono i napojono ich. Nasyceni goście zaczęli po posiłku wypytawać o sprawy miejscowe. Dobrosław opowiedział, jak tu żyją i że w pobliżu jeszcze trzy podobne opola są, a wszyscy ze wszystkimi rodziną się czują lub powinowatymi. Na koniec zaprosił ich do wspólnej wyprawy na Łysą Górę, gdzie akurat udać się mieli wszyscy mieszkańcy pobliskich opoli. Goście zgodzili się, gdyż paliła ich ciekawość pogańskiego chramu, znanego wszystkim Wiślanom i Chrobatom, a nawet dalszym plemionom.
.
Wyruszono w drogę, gwarząc przy tym. Mieszkańcy opoli, choć wielu obcych już widywali, ciekawi byli przybyszów ubranych w dziwaczne suknie jak niewiasty. Często ciągnęli tędy na północ po jantar kupcy z dalekiego Bizancjum, Italii a nawet Arabii, którzy przynosili wieści o tym, co słychać w świecie szerokim. Stąd i mieszkańcy opoli pod Łyścicem świadomi byli spraw światowych. Wiedzieli, że w Konstantynopolu rządzi cesarz, że w Romie urzęduje papież, że wadzą się ze sobą, choć głoszą tę samą nową wiarę, która podbija coraz więcej ludów, także tych mówiących słowem. Goście szybko zrozumieli, że towarzyszącym im miejscowym, choć najchętniej doma siedzą, nieobce jest to, co dzieje się w innych krajach.
Wreszcie dotarli na szczyt. Widok chramu zaskoczył obcych. Był to raczej duży dwuspadowy dach z desek, bez ścian, na słupach jeno oparty. Pod dachem stały posągi przedstwiające różnych bogów, a nad chramem potężne konary rozpościerał prastary dąb.
– U nas, skąd pochodzimy, ku chwale naszego boga stawiane są ogromne kamienne chramy cerkwiami lub kościołami zwane – powiedział starszy z przybyłych.
– Są one domami bożymi – dodał młodszy.
Na to odparła stara mądra Grzymisława, wiedźma:
– U nas też niektórzy używają kamienia do budowy domów czy murów wokół opoli. Ale dom z drewna cieplejszy jest zimą, chłodniejszy latem, a i pachnie w nim przyjemniej niż w kamiennym. Dlatego chętniej używamy do budowy dewno niż kamienie. Mur kamienny, nawet na trzy łokcie gruby, taran pokruszy. A wał ziemi, na dole na dwadzieścia łokci szeroki taranem nie przebijesz. No i uszkodzoną drewnianą palisadę łatwiej naprawić niż pokruszony kamieny mur. A bogom naszym chwałę głoszą góry, rzeki, jeziora, chmury i wiatr, błyskawice i deszcze pojące pola, łąki i lasy. Dom naszych bogów jest w Prawi, ale i na całej Matce Ziemi mieszkać mogą – w świętych jeziorach, drzewach, na świętych górach. Oni nie chcieliby mieszkać w sztucznych kamiennych domach, wznoszonych nie ku ich chwale, a ku chwale kapłanów i władców kamienne chramy budujących.
.
W międzyczasie, gdy obcym odpowiadała mądra wiedźma, żercy złożyli przed posągami przedstawiającymi bogów dary – jadło i miód. Miodem polali też pień świętego dębu, osłaniającego konarami chram. Zaraz też niedaleko chramu rozpalono ognisko, wokół którego opasując je wieloma kręgami, zgromadzili się wszyscy przybyli pod chram mieszkańcy opoli, nawet białki z małymi dziećmi. Po krótkiej grzecznościowej wymianie zdań poproszono gości o wieści ze świata.
.
Starszy, nazywany przez młodszego Metodym, krótko opowiedział, że pochodzą z państwa bizantyjskiego i że chcą Słowian nawracać na jedyną prawdziwą wiarę w jedynego prawdziwego boga. Po nim głos zabrał drugi gość, młodszy brat Metodego, Cyryl, który długo i szegółowo opowiadał o nowej wierze, o świętej księdze z kraju Izrelitów, w której wszystko spisano, a więc o bogu Izraela, raju, potopie, wieży Babel, Abrahamie, narodzie wybranym, niewoli egipskiej, Mojżeszu, podboju Kanaanu, prorokach i o galilejskim nauczycielu, którego nazywał zbawicielem i bogiem. Wyciągnął nawet zza pazuchy zwoje pergaminów i czytał na głos księgi, które zwał starym i nowym testamentem, a które sam przetłumaczył na słowiańską mowę. Gdy skończył, nastała cisza, tylko ogień trzaskał wesoło, słychać było szum drzew i śpiewy ptaków. Po dłuższej chwili milczenia pierwsza odezwała się stara Dobrochna, szeptucha i wróżycha, matka Dobrosława.

– Złe to bogi i zła wiara, o których prawiliście. Mówicie, że wyznajecie jednego prawdziwego boga. A prawicie o ojcu i synie. Ojciec i syn zaś to dwie oddzielne osoby, a więc nie mogą być jednym bogiem. To, że macie dwóch bogów, nam by nie przeszkadzało. U nas każde plemię ma wielu bogów. Ale tych dwóch waszych, nowych, złych, nie potrzebujemy. Mówiliście, że bóg Izraela jest sprawiedliwy i miłosierny i że wybrał sobie synów Abrahama na naród wybrany, a potem pomagał im mordować ludy Kanaanu. To jaka to sprawiedliwość i miłosierdzie? U nas ani jeden bóg nie każe nam mordować obcych ludów by przywłaszczyć sobie ich ziemię. I ani jeden nie straszy nas piekłem, karami i gniewem. I nie wytopił ani jeden nasz bóg prawie wszystkich ludzi i zwierząt, poza jedną rodziną. Nasi bogowie są dobrzy. Waszych złych nie chcemy.
.
Dobrochna umilkła, a po chwili milczenia odezwał się jeden z żerców – Lubomir.
.
– Nie pojmuję waszej wiary i waszych bogów – tego Jahwe czy Jehowę, jak go tam zwał, i jego syna Joszue. U nas każde plemię ma wielu bogów, ale żaden nie jest zazdrosny o innych. A Jahwe jest zazdrosny i nie pozwala innych bogów czcić. Zresztą jest dla nas bogiem obcym, a sam zabronił czcić obcych bogów, przeto jako obcego odrzucamy go. Dziwi mnie też to, co mówiłeś gościu o dekalogu, o przykazaniach bożych. Albo te wasze bogi  głupie są, albo dom Izraela jest głupi. Nam nasi bogowie nie dają przykazań. Dają nam oczy, uszy i rozum. I bez przykazań wiemy, że mamy czcić bogów i przodków, którzy odeszli do Nawi, szanować rodzicieli, żyć czestnie, opiekować się słabszymi, chorymi, starcami i sierotami i dbać o pospólne dobro. Każden z nas to wie i przykazań nam nie trzeba.
Nam nie trzeba nakazywać czcić naszych bogów, bo ich czcimy od wieka. Nie trzeba nam nakazywać świętowania dni świętych. U nas nawet chorzy zrywają się z łoża, aby w święto choć posiedzieć przy świętym ognisku. I nie trzeba nam przykazania, aby czcić ojca i matkę. Robimy to od wieka z własnego rozumu. Zły to lud, któremu tak naturalne sprawy należy nakazywać. Nie potrzebujemy też przykazania nie kradnij. U nas nie zamykamy domów. Drzwi są zawsze otwarte i nigdy nic nie ginie. Ta wasza wiara i wasze przykazania dobre są dla ludzi złych i dla złodziei, a nie dla nas.

Umilkł Lubomir, a po chwili milczenia odezwała się stara i pomarszczona wróżycha Wojsława.
– Nam bogowie dali rozum. I nim się kierujemy. Czcimy Matką Ziemię, bo nas żywi i jest naszym domem. Czcimy Słońce, bo nas ogrzewa i daje nam światło. Nawet drzewa i trawa to wiedzą. I gdy Swarożyc-Słońce wiosną wznosi się wyżej na niebie – kwitną. A gdy jest nisko nad Ziemią, śpią w zimowym śnie. Wasze przykazania są dziwne, wasze bogi złe i mściwe. Każą ogniem, siarką, potopem, plagami i dopustami. Nawet ten drugi bóg z Galilei, syn tego pierwszego – niby miłosierny, ale w jego naukach, które czytaliście, straszył piekłem i ogniem nieugaszonym. I nakazywał wyłupywać sobie oczy i obcinać ręce, aby nie trafić w ogień nieugaszony. U nas ani jeden bóg tego nie wymaga i ogniem nieugaszonym nie straszy. Nie chcemy takiego nielitościwego boga. I jeszcze mówił, że aby być jego uczniem trzeba nienawidzieć ojca, matkę, żonę, dzieci i rodzeństwo. Nie dla nas taka nauka.
.
Po Wojsławie odezwał się stary mądry Wojmir.
– Czytaliście z pergaminów bracia o kazaniu na górze wygłoszonym przez waszego boga-syna. Obiecywał on królestwo niebieskie uciśnionym i pozbawionym ziemi. U nas ziemia jest pospólną własnością, nie ma u nas uciskanych. Sami możecie to sprawdzić. Razem pracujemy, razem świętujemy. I tych obietnic z waszych pergaminów nie potrzebujemy. Idźcie z nimi tam, gdzie panuje ucisk, niewolnictwo i niesprawiedliwść. A od kupców wiemy, że niewolników i uciskanych oraz żebraków pełno jest tam, gdzie panuje krzyż. Idźcie do Bizancjum, Italii, Niemiec i do Franków i tam głoście królestwo niebieskie dla uciskanych i wyzyskiwanych, Bo tam są właśnie uciskani i wyzyskiwani. U nas ich nie znajdziecie. I aż mnie dziwi, że w krajach, w których od wieka panuje krzyż i wyznawana jest wasza wiara, tyle jest niesprawiedliwości, wyzysku i ucisku, choć głosicie, że wasze bogi miłosierne są i sprawiedliwe, i że nakazują czynić sprawiedliwość. Wiemy jako jest na Morawach i jako raniej bywało. Wprzódy żyli tam wolni Słowianie, ziemia była ich pospólną własnością, mogli polować we wszystkich lasach i łowić ryby we wszystkich wodach. Nie było u nich możnowładców i poddanych. A teraz ziemia albo knieziowa albo biskupia. Za polowanie w lesie ręce ludziom ucinają. Za łowienie ryb takoż. Tyle dała im nowa wiara i nowy porządek. I dlatego nie chcemy ani waszych bogów, ani waszego porządku.
.
Przybysze po tych wystąpieniach, choć już niepewnymi głosami, raz jeszcze przekonywać próbowali miejscowych do nowej wiary. Młodszy ponownie wyciągnął pergaminy chcąc z nich czytać. Przerwał mu czytanie stary szaman i wróż Gościsław.
– Mówicie bracia, że to pismo święte. A ja wam mówię, że święty jest nasz ogień, a nie te pergaminy. I nasi bogowie mądrzejsi są od waszych. – Mówiąc to wstał, wziął do rąk gruby drąg i wygrzebał z ogniska dużo żarzącego się popiołu rozsypując go na trawie na szerokość kilku łokci. Stał chwilę, szepcząc jakieś zaklęcia, po czym zdjął skórznie i bosymi stopami wszedł na żarzący się popiół. Stał chwilę spokojnie, na jego twarzy nie było znać bólu. Na koniec kilka razy przeszedł po rozpalonym popiele od jednego do drugiego końca, po czym zszedł na trawę, wytarł o nią sadzę osadzoną na stopach i pokazał je przybyszom. Nie było na nich najmniejszych śladów oparzeń.
– Czy wasza wiara jest taka silna, a wasi bogowie tacy dobrzy, że uchronią wasze stopy od oparzeń na gorącym popiele – zapytał wyzywająco obcych? Oni spojrzeli po sobie i zrozumieli, że nie mogą odmówić próby ognia. Młodszy, Cyryl, siląc się na spokój, zdjął zniszczone sandały i podszedł do żaru. Ale ledwo zbliżył stopę do niego syknął, podskoczył i cofnął nogę. Starszy nawet nie próbował podejść do żaru. Podszedł za to do nich Gościsław i wyciągając rękę wskazał na pergaminy. Cyryl niepewnie mu je podał. Gościsław rozwinął je, przyglądał się dziwnym znakom, z których wiele przypominało słowiańskie runy, po czym mruknął pod nosem:
– Zobaczymy co mocniejsze – wasze święte pismo czy nasz ogień – i cisnął pergaminy w żarzący się popiół. Natychniast zaczęły się one skręcać i czernieć, po czym  pojawiły się na nich małe niebieskawe języczki ognia. Ale ognia było mało, a za to dużo gęstego i śmierdzącego dymu.
– Tyle warte jest wasze pismo święte – nic tylko śmierdzący dym.
Tymi słowami rozmowę z obcymi zakończył Gościsław. Oni zaś, mimo że całkiem stracili twarz, nadal nie chcieli ustąpić. Chwycili się ostatniego sposobu, jaki im został – zapowiedzieli miejscowym, że jeśli od nich nie przyjmą nowej wiary po dobroci, to przyjdą inni i narzucą im nową wiarę siłą, ogniem i mieczem. Na ten szantaż odpowiedziało im wiele głosów:
– Nie boimy się. Nie przestraszycie nas. Na siłę odpowiemy siłą. A nawet jeśli zmoże nas wróg, dobrowolnie naszych bogów nie odstąpimy i waszych nie przyjmiemy.
.
Obcy zrozumieli, że ich misja nawrócenia miejscowych na ich wiarę jest przegrana. Polityczna ich misja też nie powiodła się, gdyż było dla nich oczywiste, że miejscowi nie poddadzą się pod władzę morawskiego Rościsława. Chcieli jednak jeszcze przynajmniej zwerbować trochę wojowników na wojnę Morawian z niemieckim Ludwikiem. I dlatego starszy z nich, Metody, zapytał, czy mężowie z opoli pod Łysą Górą nie mieliby ochoty na wyprawę wojenną na Morawach. – Zdobęciecie łupy i sławę – zachęcał ich.
Na to odezwała się sędziwa Miłosława:
– Nie pozwolimy, aby nasze syny ginęły w obcych wojnach.
Zdziwiony tymi słowami z ust niewiasty Metody zapytał, czy tu, pod Łysą Górą baby rządzą.
– Baby tu nie rządzą – odrzekła staruszka – ale ich słowo też się liczy. Pamiętam, jak byłam młodsza, na Morawach rządził kneź Mojmir i ciągle wojował, a to z obcymi, a to ze swoimi. Przybyli razu jednego od niego posłańce kusząc naszych chłopów do udziału w ich wojnie. A chłopy jak to chłopy – szybko zwołali wiec i wszyscy chcieli na wojnę iść. Ale ostatecznej decyzji, jak to u nas w zwyczaju, od razu nie podjęli. Rozeszli się do domów, aby ugwarzyć wyprawę wojenną z białkami, żonami. A one, jak to białki, w krzyk – i nie chciały mężów na wojnę puścić. Nie wiada, czy głupie chłopy, chcące bitki, żonom by ustąpili. Ale gdy o wojnie usłyszały ich matki, zaczęły prać chłopów po łbach. A u nas macież jest święta, szanować ją należy i uderzyć nie można. Najwięcej oberwał od macieży, wybrany już na wiecu wojewodą i wodzem wyprawy, Wojsław. Uciekł z chałupy na podworzec, ale macież biegła za nim nie przestając prać go po łbie. Dopiero jak na wał uciekł i przeskoczył częstokół, przestała. Zaraz potem chłopy zwołali ponownie wiec i wyprawę wojenną odwołali. I my, matki, naszym synom, jako wtedy, tako i dzisiaj, nie zezwolim na waszą wojnę iść.
.
Obcy zrozumieli, że niczego już nie osiągną. Razem z miejscowymi wrócili do opola bo akurat zapadał już wieczór. Noc spędzili u Dobrosława. Rankiem poprosił on gości, aby zostali jeszcze i wzięli udział w obchodach ku czci Kupały, którego święto wypadało właśnie tej nocy. Oni jednak odmówili. Powiedzieli, że nie mogą brać udziału w obrzędach ku czci pogańskich bałwanów. Na te obraźliwe słowa Dobrosław zerwał się mówiąc ostro:
– U nas od wieka obyczaj nakazuje przyjmować gości jak bogów. Prawo gościnności jest święte. Ale goście nie mogą naszych bogów obrażać. Robiąc to tracą prawo do gościny. Ale nie wypędzę was, jadło i napitek dostaniecie, możecie nadal siedzieć pod moim dachem, ale rozmawiać z wami nikt już nie będzie.
Po tych słowach wespół z żoną i dziećmi zastawili stół potrawami dla gości, sami zaś opuścili domostwo i poszli na łąkę, nad rzeczką, gdzie rósł święty gaj. Trwały tam już przygotowania do święta. Obcy zostali sami w izbie i spojrzeli na siebie.
– Nic tu po nas – powiedział Metody.
– Ano nic – przytaknął Cyryl. Po czym ze stołu zabrali trochę jadła na drogę, opuścili dom i opole i ruszyli drogą na południe, na Morawy. Nikt z mieszkańców opola ich nie żegnał, nikt nie życzył dobrej drogi. Wieść o obraźliwym nazwaniu ich bogów już się bowiem rozniosła.
Do oddalających się Metodego i Cyryla dochodziły jedynie głosy radosnych przyśpiewek i śmiechów znad rzeki.

– Zaiste bracie – ozwał się Metody – bez miecza i siły nie nawróci się tych pogan. Kochają życie, tańce, śpiewy, uczty, uciechy i swawolę. Nie chcą pościć, umartwiać się, ukorzyć przed prawdziwym bogiem, nie chcą dać sobie posypać głowy popiołem i na kolanach błagać naszego Pana o miłosierdzie i zbawienie. Tylko siłą i mieczem można przygiąć ich karki przed świętym krzyżem.


.
.
opolczyk

.

.

.

.

Opowieść o trzech mędrcach idących za gwiazdą…

.

.

Dawno dawno temu, pewien mędrzec na Wschodzie o imieniu Ali zauważył na niebie jasną gwiazdę. Było ją widać nawet w dzień. A ponieważ był mędrcem – magiem, alchemikiem i astrologiem, pomyślał, że być może oznacza to narodziny kogoś ważnego i wielkiego. Natychmiast powiadomił dwóch innych mędrców, nadwornych astrologów z sąsiednich królestw, Omara i Ibrahima o swoim odkryciu i zaproponował im wspólne poszukiwanie nowonarodzonego VIP-a. Tamci zgodzili się ochoczo. Mędrcy za pośrednictwem gońców uzgodnili miejsce spotkania w znanej im oazie i każdy z nich wyruszył z okazałym orszakiem dworzan, służby, pachołków i zbrojnych knechtów. Ci byli potrzebni, gdyż VIP-owi mędrcy wieźli bogate dary – mirrę, kadzidło i złoto. Gdy trzy orszaki spotkały się w oznaczonej oazie na pustyni arabskiej, mędrcy odbyli naradę.

.

– Myślę, że gwiazda oznacza narodziny kogoś wielkiego – zagaił naradę Ali. – Niestety, choć przeszukałem wszystkie księgi, nie znalazłem w nich żadnej wzmianki o VIP-ie, którego ta gwiazda być może zwiastuje, ani o miejscu jego narodzin. Tak więc nie wiem jak go znaleźć. Z tym mogą być problemy. Myślę, że powinniśmy wędrować w kierunku, który gwiazda wskazuje. Innej rozsądniejszej możliwości nie widzę. Moglibyśmy wprawdzie z tej oazy wyruszyć po spirali zataczając coraz większe koła i w końcu byśmy dotarli na właściwe miejsce. Ale jeśli VIP urodził się bardzo daleko, to nim krążąc po spirali tam dojdziemy on może być już daleko, w innym miejscu. Jeśli zaś pójdziemy za gwiazdą, może w którejś z mijanych oaz odnajdziemy go.

Omar i Ibrahim mieli wątpliwości. Pierwszy z nich rzekł:
– W wielu księgach czytałem o pojawiających się jasnych gwiazdach. Jedni mędrcy uważają, że zapowiadają narodziny kogoś wielkiego, inni, że wojny i nieszczęścia, a jeszcze inni, że to  dobry omen, oznaka pomyślności dana z nieba.
– A ja wyczytałem, że niektórzy mędrcy, choć jest ich niewielu, uważają, że jasna gwiazda niczego nie zwiastuje poza własną śmiercią. Rozbłyskuje, świeci jasno kilka miesięcy, po czym gaśnie całkowicie, tak jakby umarła – dorzucił Ibrahim.
Ali wysłuchał tych wątpliwości, ale nie przekonały go. Był pewien, że gwiazda oznacza narodziny jakiegoś VIP-a, i że idąc w jej kierunku można go odnaleźć. Ostatecznie ulegając mu Omar oraz Ibrahim zgodzili się, że takiej ewentualności nie można wykluczyć i postanowili ruszyć za gwiazdą.

.

I jak postanowili, tak zrobili. Akurat gdy skończyli naradę, gwiazda wisiała tuż nad horyzontem zachodniego nieba. Ruszyli więc na zachód, ale po chwili przerwali wędrówkę, gdyż gwiazda znikła za widnokręgiem. Po dziesięciu godzinach pojawiła się ponownie, ale na wschodzie. Ruszyli więc na wschód. Wędrowali w tym kierunku do czasu, aż gwiazda zawisła pionowo nad nimi. Wtedy urządzili postój. Gdy gwiazda ponownie przesunęła się na niebie i wskazywać zaczęła kierunek zachodni – ruszyli za nią. Gdy gwiazda skryła się za horyzontem, przerwali podróż. Następnego dnia, gdy pojawiła się na wschodzie, ruszyli na wschód; gdy zawisła nad nimi, urządzili postój, a gdy pochyliła się ku zachodowi, ruszyli w tym kierunku, wędrując dokąd było ją widać. Już po dwóch dniach zauważyli, że postoje, gdy gwiazda znika za horyzontem i jej nie widać, lub gdy wisi nad nimi w południe, wypadały w tych samych miejscach. Część służby nie zwijała więc obozów i pozostawała w nich czekając na kolejne przybycie orszaku poszukiwaczy VIP-a. A orszak popędzał wielbłądy tam i nazad, każdorazowo w każdej mijanej oazie wypytując, czy ktoś się tu w międzyczasie nie narodził.
.

I tak mijały tygodnie. Za każdym razem, gdy gwiazda pojawiła się na wschodzie, orszak wędrował na wschód. Gdy wisiała w zenicie nieba, robili postój w pierwszym obozie. Potem ruszali za gwiazdą w kierunku na zachód i gdy znikała ona za widnokręgiem, akurat docierali do drugiego obozu. Wielokrotnie odbywali narady – co począć, gdyż takie działanie nie prowadziło do niczego. Wędrówkę po spirali odrzucali jednak, gdyż już zbyt wiele czasu już zmitrężyli na popędzanie wielbłądów tam i nazad.

.
– A może w końcu na naszej drodze w jednej z oaz pojawi się ów VIP i jego rodzice – nieśmiało zastanawiali się? I z pojawieniem się gwiazdy na wschodzie ruszali ponownie w drogę, choć z coraz mniejszym zapałem. W końcu gwiazda zaczęła blednąć, a im skończyły się wszystkie zapasy i pieniądze zabrane na wyprawę. Musieli więc za złoto zabrane ze sobą jako dar dla VIP-a kupować w oazach żywność. Gdy i ono się skończyło, zmuszeni byli sprzedać kolejne dary – najpierw kadzidło, na koniec mirrę. Wreszcie nadszedł taki moment, że nie mieli już żadnych zapasów, pieniędzy i nic więcej do sprzedania. Na ich szczęście blednąca już wcześniej gwiazda całkiem zniknęła. Oni zaś stali gdzieś na pustyni na wydeptanym przez nich szlaku i nie wiedzieli co robić dalej.
.

– Tylko głupiec mógł wpaść na taki pomysł, aby chodzić tam i spowrotem za gwiazdą – rozłoszczony na siebie samego i kolegów mędrców astrologów zagaił wreszcie Ibrahim.

– Masz rację szlachetny Ibrahimie – przytaknął pomysłodawca wyprawy, Ali. – Wyszliśmy na głupców.

– Nie mówcie o tym tak głośno – rzekł przygaszony Omar. – Jak ja się w pałacu pokażę? Przecież wszyscy będą się ze mnie naśmiewać.
.

I rzeczywiście – jeszcze długo na Wschodzie śmiano się w pałacach i przy ogniskach w oazach z trzech głupców podróżujących miesiącami tam i nazad za gwiazdą. Ale jak to w życiu bywa, po wielu wielu latach powoli zaczęto o nich zapominać. I całkiem by zapomniano, gdyby wieść o ich nieudanej wyprawie nie dotarła do ucha Mojżesza ben Israela. A właśnie otrzymał on od faryzeusza Saula/Szwała/Pawła polecenie spisania księgi o Joszue. Polecenie było jednoznaczne – nie ważne są fakty, ważne aby Joszue wyszedł na VIP-a. I wplótł Mojżesz ben Israel, kryptonim Mateusz, do jego jewangelii, zmieniając nieco szczegóły, wyprawę trzech głupców za gwiazdą. Wiele wieków później Alego, Omara i Ibrahima przekrzczono na Kacpra, Melchiora i Baltazara oraz podniesiono ich do rangi królów.
.
I stąd krystowiercy świętują święto Trzech Króli. O czym pisałem 2 lata temu:
.
.
opolczyk
.
.
.
.

Do czego służy w Polsce okupantowi żydo-katolicyzm…

.

.

Gdy my ctimy Pana
pri Vianocnym stole,
Farizej rabuje
nasich otcov role…
.
.
Wielokrotnie już turbokatoliccy fundamentaliści pomawiali mnie, że muszę być Żydem, gdyż tak zwalczam katolicyzm. A nikt, ich zdaniem, poza Żydami, tak katolicyzmu nie zwalcza. A więc muszę być Żydem. Ci ślepcy nie zauważają jednej podstawowej rzeczy – demaskuję oszustwo żydo-katolicyzmu nie jako konkurenta judaizmu do miana „narodu wybranego” (katolicy uważają siebie za „nowy naród wybrany”), a za jego żydogenność. Sam judaizm jako rasistowską ideologię narodu rzekomo wybranego, wyssaną zresztą z palca, też demaskuję. Tak więc demaskuję katolicyzm z pozycji dokładnie odwrotnej, niż by to robili Żydzi, gdyby katolicyzm rzeczywiście zwalczali. Owszem, są żydowscy propagandyści oskarżający katolików i sam kk o „antysemityzm”, przypominając np. wypędzanie Żydów z różnych katolickich krajów, próby ich „nawracania” pod przymusem, czy pogromy (faktyczne czy tylko wymyślone). Niestety o własnym, jeszcze ostrzejszym anty-goizmie, o pogardzie wobec gojów, jaka cechowała i często nadal cechuje ortodoksyjnych żydów/Żydów ci łowcy „antysemitów” nie wspominają. I nigdy nie odpowiadają na pytanie – dlaczego we wszystkich epokach i we wszystkich krajach, gdzie Żydzi się osiedlali, byli, mówiąc delikatnie, nielubiani. Jakie ich cechy i jakie ich działania wywoływały do nich tak powszechną niechęć?
.
Ale wracam do tematu, bo miało być o katolicyzmie…
.
Czy Żydzi rzeczywiście, jak uważają różni nawiedzeni turbokatolicy, tak zwalczają katolicyzm? Otóż nie znam ani jednego katolickiego kraju siłowo okupowanego czy bombardowanego przez NATO pod wodzą Pentagonu, bądź niszczonego przez bojówki zbrojone przez CIA i jej przybudówki, tak jak bombardowano lub okupowano Serbię czy kraje muzułmańskie, takie jak Afganistan, Irak, Libię, czy Syrię. Od 2001 roku to właśnie kraje muzułmańskie są gorliwie niszczone przez USrAel uważający się za żandarma światowego, wspierany przez bandyckie NATO, służące jak USrAel interesom żydo-banksterów i Izraela. W tych agresjach i okupacjach biorą udzial także katolicy, a nawet katoliccy kapelani wspierający „morale” katolickich najemników okupujących kraje islamu w ramach bandyckich wojen NATO.
http://niedziela.pl/artykul/57118/nd/Kapelan-na-wojnie
https://ordynariat.wp.mil.pl/pl/articleswiadomosci-pazdziernik-2017-r-f/2017-10-15q-afganistan-kurs-przedmazenski-dla-zonierzy-vi-zmiany-polskiego-kontyngentu-wojskowego-rsm/
.
A w czyim interesie katoliccy żołnierze byli m.in. w Iraku mówi katolicka ikona PiSraela:
.

.
Tak więc oceniając sprawę z tego punktu widzenia należy stwierdzić, że to nie przede wszystkim katolicyzm jest zwalczany przez Żydów, a islam – i to rękami m.in katolików. Co więcej – gdyby katolicyzm był rzeczywiście tak zwalczany przez Żydów, to prominentny żydowski lobbysta Daniels (ma fotki z Kalksteinem, Dódą Obłudą, apostołem Morawieckim, rebe Rydzykiem i pomniejszymi PiSraelitami – katolikami) nie składałby katolikom życzeń świątecznych na pejsbuku. A to zrobił:
.

**Polski na dole**

I wanted to take this opportunity to wish all our younger brothers in faith, my Christian friends around the world a very merry Christmas and especially my Christian friends in Poland a “Wesołych Świąt”

This is a wonderful time of the year when people come together and celebrate faith, family, community and life and I hope you all have a meaningful and good time.

If any of my friends find themselves alone during this time, feel free to reach out to me for a chat, there is no better time to make use of your Jewish friends!

Merry Christmas!

************************************************

Chciałem skorzystać z okazji i życzyć wszystkim młodszym braciom w wierze, moim Chrześcijańskim przyjaciołom z całego świata, wesołych świąt Bożego Narodzenia, szczegòlne życzenia przesyłam dla moich chrześcijańskich przyjaciół w Polsce „Wesołych Świąt”!

To wspaniała pora roku, kiedy ludzie spotykają się i świętują wiarę, rodzinę, społeczność i życie i mam nadzieję, że wszyscy macie pełen znaczenia, dobry czas.

Jeśli którykolwiek z moich znajomych czuje sie w tym czasie samotny, nie krępuj się, aby skontaktować się ze mną na czacie, nie ma lepszego czasu na „wykorzystanie” swoich żydowskich przyjaciół!

Wesołych Świąt!
https://web.facebook.com/jonny.daniels
.
Nazwał przy tym katolików – hehehe – młodszymi braćmi w wierze, choć dla ortodoksyjnych judaistów katolicy to bałwochwalcy i bluźniercy a nie bracia w wierze. Bo czynią obrazy i rzeźby i im się kłaniają – co zakazane jest przez dekalog (a co skasowali z niego katolicy):
https://pl.wikipedia.org/wiki/Dekalog#Tekst_biblijny_i_spos%C3%B3b_podzia%C5%82u
.
Ponadto złamali starotestamentowy monoteizm i do jedynego (wyssanego z palca) „boga” Izraela – Jahwe – dorobili „boga” nr 2 – Joszue – i „boga” nr 3  – enigmatycznego tzw. „Ducha św.”, wymyślając tzw. „Trójcę świętą”. Czczą więc trzech „bogów” nazywając ich „Bogiem w  Trójcy Jedynym” czy „Bogiem w Trzech Osobach”, choć wg dekalogu żydowski „bóg” (Jahwe)  jest jeden, w jednej osobie, a nie w trzech. I stąd dla judaistów oddawanie boskiej czci Joszue i tzw. „Duchowi św.” to po prostu bluźnierstwo. Tak więc dla ortodoksyjnych judaistów katolicy nie mogą być młodszymi braćmi w wierze, gdyż w świetle biblijnego dekalogu są bałwochwalcami i bluźniercami. No i samozwańcami, gdyż bezprawnie i samozwańczo uważają się za „nowy naród wybrany”, choć wg. tzw. „Starego testamentu” jest tylko jeden „naród wybrany” i są nimi Izraelici, żydzi/Żydzi – a nie katolicy czy inni krystowiercy.
.
No i w tym miejscu nasuwa się pytanie – dlaczego Daniels tak kokietuje katolików? Odnoszę wręcz wrażenie, że zależy mu na tym, aby Polacy byli katolikami i świętowali żydogenne „Boże narodzenie”. I aby czuli się „młodszymi braćmi w (żydowskiej, tyle że zmutowanej) wierze”. O tym że krystowierstwo, w tym i katolicyzm, były Żydom niezwykle przydatne obszernie pisał biograf Rothschildów Ravage (tłumaczenie Wojciecha Włazińskiego):
.
„(…)Wy nawet nie zaczęliście oceniać głębi naszej winy.  Jesteśmy intruzami. Jesteśmy burzycielami. Jesteśmy wywrotowcami. Opanowaliśmy wasz naturalny świat, wasze ideały, wasze cele i spowodowaliśmy w tym spustoszenie. Byliśmy u źródła nie tylko Wielkiej Wojny (I W.S. przyp.WW) ale u źródła prawie wszystkich waszych wojen. Nie tylko rewolucji rosyjskiej ale prawie każdej z głównych rewolucji w waszej historii. Wnieśliśmy niezgodę,  zamieszanie i frustracje w wasze personalne i publiczne życie. W dalszym ciągu to czynimy. Nikt nie jest w stanie powiedzieć jak jeszcze długo będziemy to czynić.

Popatrzcie trochę wstecz i zobaczcie co się stało. 19 setek lat temu byliście niewinna bezproblemowa rasą. Modliliście się do niezliczonej ilości bogów i bogiń, (…) rozważaliście misterium życia i stworzyliście podstawy naturalnej nauki i filozofii. Wasza była szlachetna, zmysłowa kultura nie naszpikowana socjalna świadomością i bez żadnego sentymentalnego kwestionowania i różnicowania ludzkiej wartości. Któż wie do jakiego wielkiego i wspaniałego osiągnięcia moglibyście dojść jeśli pozostawilibyśmy was samym sobie.

Lecz nie zostawiliśmy was w spokoju. My wzięliśmy was w ręce i ściągnęliśmy z was piękna i wspaniała tkankę którą stworzyliście i zmieniliśmy cały kierunek waszej historii. Podbiliśmy was jak zadne z waszych imperiów nie było w stanie podporządkować sobie Afryki lub Azji. Zrobiliśmy to bez pocisków, bez krwi, bez wrzawy, bez jakiejkolwiek siły. Zrobiliśmy to wyłącznie dzięki potędze naszego ducha, idei i przy pomocy propagandy.

Zrobiliśmy z was ochoczych, nieświadomych nosicieli naszej misji dla całego świata, całego dzikiego świata i do niezliczonych jeszcze nie narodzonych przyszłych pokoleń. Niezupełnie rozumiejąc co my wam czynimy, staliście się powszechnymi agentami naszej rasowej tradycji, niosąc nasza ewangelie do niezbadanych jeszcze zakątków ziemi. Nasze plemienne prawa dały wam podstawy do wszystkich waszych świętych konstytucji i systemu prawnemu. Nasze legendy i ludowe opowiadania są świętą tradycją, kołysanką dla waszych dzieci. Nasi poeci wypełnili wasze hymny i modlitewniki. Nasza narodowa historia stała się niezbędna częścią nauk dla waszych pastorów, księży i naukowców. Nasi królowie, nasi mężowie stanu, nasi prorocy, nasi rycerze są waszymi bohaterami. Nasz starożytny mały kraj jest wasza Ziemia Świętą. Nasza naturalna literatura jest wasza Świętą Biblią. To co nasi ludzie myśleli i nauczali stało się nierozerwalną kanwą wplecioną w każde wasze przemówienie i tradycje tak ze nikt nie może być nazwanym wykształconym jeśli nie zna naszej rasowej spuścizny.

Żydowscy rzemieślnicy, żydowscy rybacy są waszymi nauczycielami i waszymi świętymi z niezliczonymi wyrzeźbionymi postaciami  w niezliczonych katedrach wzniesionych dla ich pamięci. Żydowska panna jest waszym ideałem macierzyństwa i kobiecości. Żydowski zbuntowany prorok jest centralna figura w waszych religijnych modlitwach. My zlikwidowaliśmy waszych idoli, odstawiliśmy wasza rasowa spuściznę i zastąpiliśmy ja naszym bogiem i naszymi tradycjami. Żaden podbój w historii nie może by nawet porównywalnym z  tym czystym i sprawnym opanowaniem was!

Jak to uczyniliśmy? Nieomal przez przypadek. Prawie dwa tysiące lat temu daleko w Palestynie nasza religia zaczęła popadać w rozkład i materializm. Handlarze zawładnęli Świątynią. Zdegenerowani, samolubni kapłani skorumpowali naszych ludzi i obrastali w majątek. Potem wyłonił się młody patriota-idealista, który obiegał teren nawołując do odnowienia wiary. Nie miał on zamiaru ustanowienia nowego kościoła. Tak jak inni prorocy przed nim, jedynym jego celem było oczyścić i  rewitalizować starą wiarę. Zaatakował kapłanów i wyrzucił handlarzy z świątyni. To spowodowało konflikt z panującymi stosunkami i jego filarami, które podtrzymywały ten stan. Władze rzymskie, które okupowały państwo, obawiając się rewolucyjnej agitacji jako politycznej akcji zamierzającej do pozbycia się ich, zaaresztowały go, przeprowadziły sąd i skazały go na śmierć przez ukrzyżowanie, co było normalna forma egzekucji w tych czasach.  Zwolennicy Jezusa z Nazaretu, głównie niewolnicy i biedni robotnicy w swoim smutku i zawiedzeniu, odwrócili się od świata i stworzyli braterstwo biernych pacyfistów. Dzielili pamięć swojego ukrzyżowanego lidera i żyjąc w komunie. Byli oni po prostu nowa sekta w Judei, bez siły i przyszłości, nie pierwszą i nie ostatnią.

Dopiero po zniszczeniu Jerozolimy przez Rzymian ta nowa sekta stała się widoczna. Patriotyczny Żyd imieniem Paul lub Saul zrodził ideę powalenia rzymskich mocy przez zniszczenie dotychczasowych morale rzymskich żołnierzy przez doktrynę miłości i nie stawiania oporu, która to głosiła mała sekta żydowskich chrześcijan. Stał się on apostołem Gentiles ( Gentile – nie obraźliwa nazwa nie-Żydów w przeciwieństwie do „goim”. przyp.- ww.) który to dotychczas był jednym z najbardziej aktywnych i prześladowanym członkiem grupy. Wykonał swoja prace tak dobrze, ze w ciągu 4 wieków wielkie imperium, które podporządkowało sobie Palestynę razem z połową świata, stało się ruiną i prawo które wyszło z Syjonu stało się oficjalną religią Rzymu.
To był początek naszej dominacji w świecie,  tylko początek.(…)
Koniec  jest jeszcze bardzo daleko. W dalszym ciągu panujemy nad wami. (…)

Czy można się dziwić że jesteście oburzeni?  Położyliśmy zaporę na wasz postęp. Narzuciliśmy wam obce księgi i obca religię której nie możecie przełknąć i strawić, które są w poprzek waszemu duchowi, które trzymają was w wiecznym chorym wahaniu i których wasz brak ducha nie potrafi odrzucić lub przyjąć w pełni.  W pełni oczywiście wy nigdy nie przyjęliście naszego chrześcijaństwa. W waszych sercach jesteście dalej poganami. W dalszym ciągu lubicie wojny i rzeźbione sceny wojenne. Widzicie chwałę w ludzkiej nagości i jesteście dalej dumni z niej..

Wasza socjalna świadomość, mimo całej demokracji i wszystkich waszych socjalnych rewolucji jest w dalszym ciągu żenująco niedoskonała. My jedynie podzieliliśmy wasza dusze, poplątaliśmy wasze impulsy i sparaliżowaliśmy wasze pragnienia. W środku bitwy jesteście zobowiązani klęknąć przed tym, który nakazał wam nadstawić drugi policzek i który powiedział „Nie opieraj się złu” i „Niech będą błogosławieni czyniący pokój.”

W waszym pragnieniu zysków, nagle stajecie się zaniepokojeni przypomnieniem sobie niedzielnej szkoły i nauki nie zwracania uwagi na doczesność przyszłych dni. W waszych przemysłowych zmaganiach w których moglibyście zmiażdżyć strajk bez skrupułów  przypomina się wam nagle, że biedni są błogosławieni i że ludzie są bliźnimi w  Braterstwie Boga. Kiedy już prawie macie poddać się pokusie wasz żydowski  trening kładzie odstraszającą rękę na waszym ramieniu i odsuwa filiżankę z gorącym płynem od waszych ust.

Wy Chrześcijanie nigdy nie staliście się schrystianizowani. W tym względzie zawiedliśmy was. Zepsuliśmy jednak wam na zawsze przyjemność poganizmu.(…)
https://opolczykpl.wordpress.com/2012/05/10/chrzescijanstwo-widziane-oczami-biografa-rothschildow/
.
W tym miejscu nadmienię jeszcze, że Właziński, który, choć Ravage przetłumaczył, nadal pozostał tępogłowym katolikiem. Do niego nie dotarło to, że krystowierstwo jest żydowskim oszustwem. Do tego stopnia ta nadjordańska dżuma zaślepia krystowierców.
.
I tu mamy pierwszy przykład tego – do czego służy w Polsce okupantowi żydo-katolicyzm. Po prostu Polaków ogłupia i zaślepia. Ale nie tylko. Przemex w komentarzu posumował to tak:
.
„Do wielu rzeczy, ale najważniejszą jest utrzymywanie społeczeństwa w stanie akceptacji nędzy w której żyje, nie tylko materialnej czy duchowej, ale też intelektualnej.
Dla okupanta religia, która czyni z ludzi niewolników, żyjących na klęczkach i zadowolonych ze swego marnego, robaczywego życia, jest czymś wymarzonym.”
https://opolczykpl.wordpress.com/slowianski-zew/comment-page-3/#comment-86652
.
Przemex ma naturalnie rację, ale są i inne jeszcze powody zapędzania przez okupanta Polaków do żydo-katolicyzmu. Bo tak się składa, że obok pokornych niewolników, żyjących na kolanach, są wśród katolików i katolicy walczący. Np. gorliwie katoliccy katodebilni tzw. „nacjonaliści”. Ciągle i nieustannie walczący na kolejnych fałszywych barykadach obrony wiary, kościoła itp. Ostatnio taką lokalną fałszywą barykadą w Bydgoszczy była zadyma z udziałem żydo-katolickich fundamentalistów, „nacjonalistów”, o duszpastucha Kneblowskiego:
Pisał o tym turbokatolicki wojujący Xportal:
.
„Polska: ks.Kneblewski proboszczem roku w Bydgoszczy

Ksiądz Roman Adam Kneblewski, proboszcz parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa, wygrał plebiscyt „Proboszcz roku”, który został zorganizowany przez „Express Bydgoski”. Zgromadził w nim 4234 głosy.

Ks. Kneblewski jest zagorzałym konserwatystą oraz zwolennikiem idei nacjonalizmu, przedsoborowej dyscypliny w Kościele i dawnej łacińskiej liturgii. Jednocześnie jest bardzo krytyczny wobec poprawności politycznej oraz relatywizmu moralnego, czemu daje wyraz w swoich kazaniach oraz filmikach publikowanych na serwisie YouTube.

Przez swoje poglądy ks. prałat Kneblewski stał się ofiarą nagonki rozwrzeszczanych środowisk lewacko-liberalnych, z których prym wiodła Gazeta Wyborcza oraz tzw. Ośrodek Monitorowania Zachowań Ksenofobicznych i Rasistowskich, którego lider Rafał Gaweł jest znanym oszustem finansowym. W samej Bydgoszczy doszło do wystawienia „sztuki” w rzekomo polskim teatrze, szkalującej postać ks. prałata. Przedstawienie jednak spotkało się z odpowiedzią środowisk nacjonalistycznych, w tym Organizacji Falanga i redakcji Xportal.pl.”

http://xportal.pl/?p=32369
.
Mniej zorientowanym przypominam, że Kneblowski z prawdziwie żydo-katolicką furią atakuje odradzające się w Polsce pogaństwo i kulturę Słowian
.

.
Oraz że wybielał zbrodniczy zakon krzyżacki, przedstawiając go jako naszych braci dobrych katolików:
.

.

.
O tym, że krzyżacy wielokrotnie napadali na państwo Piastów, jeszcze w czasach rozbicia dzielnicowego, później na Królestwo Polskie, że mordowali, gwałcili, rabowali, palili i krok po kroku zajmowali kolejne polskie tereny, i że do spółki z Luksemburczykami planowali likwidację i rozbiór Królestwa Polskiego – o tym załgany prałat naturalnie nie wspomniał ani słowem. A durni „nacjonaliści” wojują w jego obronie twierdząc, że Kneblowski m.in. jest „zwolennikiem idei nacjonalizmu”. I tu zapytam – jakiego nacjonalizmu jest zwolennikiem Kneblowski? Czci wszak żydowskich idoli i żydowską biblię, chce nawet gusła do nich odprawiać po łacinie; „ziemię świętą” ma w Izraelu, nad Jordanem, stolicę w Watykanie. Czyli jego „nacjonalizm” nie ma w sobie absolutnie nic polskiego – jest żydogenno-łaciński, jest co najwyżej nacjonalizmem nowego narodu wybranego. Ale nie polskiego. A ci durnie uważający się za patriotów go bronią.
.
No i właśnie – po co okupantowi jest potrzebny żydo katolicyzm? Ano – i do zżydzenia kultury i mentalności owieczek, i do ogłupiania ich nim, i do zniewalania nim, i do zaciągania ich na fałszywe barykady. Aby zajęci byli obroną wiary i nie mieli czasu na nic innego. I wtedy można ich wywłaszczać, ograbiać i narzucać im kroczek po kroczku coraz bardziej totalitarne zakazy i nakazy.
.
Pięknie, krótko i zwięźle ujął istotę krystowierstwa Igor Drac z Bratysławy w krótkim wierszyku napisanym kilka miesięcy po bombardowaniu Serbii w roku 1999:
.
Gdy my ctimy Pana
pri Vianocnym stole,
Farizej rabuje
nasich otcov role…
.
Treść wiersza po polsku :
.
Gdy my czcimy Pana
przy Wielkanocnym stole,
Faryzeusz rabuje
naszych ojców role (ziemie)…
.
Faryzeusz w tym wierszu na naturalnie żydo-banksterzy, którym służą NATO, USrAel, jewrounia, media i marionetki polityczne. I na tym krystowierstwo właśnie polega – „starsi bracia w wierze” podrzucili gojom żydowskich idoli – „Panów”„boga” Jahwe i „boga” Joszue. Goje ich czczą, świętują, bronią wiary, kościoła, wartości krystowierczych, a farizej odbiera im ziemię ojców i całe majątki narodowe. Tragedia polega na tym, że dla turbo-krystowierców ta żydogenna wiara i żydowscy idole ważniejsi są niż ziemia ich ojców. Zostaną ostatecznie na bosaka, w połatanych szmatach, ale dalej będą trzymać krzyże w łapach i śpiewać:
.
My chcemy Boga,
my poddani,
on naszym Królem
on nasz Pan.

.
I tego żydowskiego wyssanego z palca „Boga”, „Pana”  Żyd im zostawi. Ale tylko jego. Resztę odbierze. Polak będzie mieszkał, pracował, kupował i leczył się u Farizeja. Nawet będzie chowany u niego, bo cmetarze okupant też sprywatyzuje. I niestety, póki co, większość Polaków na nic innego nie zasługuje. Tyle, że to nie dotrze do turbokatolików, katodebili, a nawet jeśli dotrze, to dla nich żydowskie gusła znad Jordanu, rzymska szubienica i żydowski „Pan” i tak nadal będą ważniejsze niż Polska. Bo ich mentalność jest taka: Polska niech ginie, ważne aby ich ukochana żydogenna wiara przetrwała…
.
.
opolczyk
.
.
.
.