1 września – rocznica wybuchu II wojny światowej…

Johna Ratcliffe’a, celebryty z CIA, efektowne show w Moskwie…

.

.

Nie milkną spekulacje, dywagacje, przypuszczenia i domniemania – po co w tajnej misji John Ratcliffe przyleciał na kilka godzin z – według usraelskich łże-mediów  – top sekret misją do Moskwy. Była tak utajniona, że nie wiedziała o niej nawet „Komisja Europejska”, jak donosi (nie znoszę donosicieli) Rzeczpospolita: Tajna podróż szefa CIA do Moskwy. Nietypowa misja bez wiedzy UE

Wizyta szefa CIA w Moskwie miała być utrzymana w tajemnicy. Teraz okazuje się, że o podróży Johna Ratcliffe’a nie wiedziała nawet Komisja Europejska. Waszyngton nie ujawnia szczegółów misji. Rzeczniczka Komisji Europejskiej Paula Pinho powiedziała w czwartek dziennikarzom, że dyrektor CIA John Ratcliffe nie poinformował UE o swojej podróży do Rosji z początku tego tygodnia.

Do Rzeczy pisze: Tajna wizyta szefa CIA w Moskwie. Miał naciskać na Rosję

Dyrektor CIA John Ratcliffe, podczas tajnej wizyty w Moskwie, miał naciskał na Rosję, aby nie utrzymywała stosunków gospodarczych ani w zakresie bezpieczeństwa z Iranem..WP wiadomości donosi: Tajna wizyta szefa CIA w Moskwie. „WSJ” ujawnił cel misji
Nieoczekiwana, kilkugodzinna wizyta dyrektora CIA Johna Ratcliffe’a w Moskwie mogła być sygnałem ostrzegawczym dla Rosji w sprawie możliwych prowokacji wobec NATO lub mobilizacji – napisał „Wall Street Journal”. Według danych z otwartych źródeł jego samolot wyleciał z Rosji po ok. czterech godzinach.

Kompletnym odlotowcem okazał się Jakub Mielnik z Wprost. Bredził co następuje: Za kulisami tajnej wizyty szefa CIA w Rosji. „Putin znalazł się pod ścianą”

Niespodziewana wizyta szefa CIA w Moskwie pokazuje, że Trump w końcu wysłał do Rosji człowieka rozumiejącego, z kim mamy do czynienia na Kremlu. Warto też zwrócić uwagę na fakt, że Amerykanie muszą poprosić Kijów o przerwę w nękaniu Rosji, żeby umyślny Białego Domu mógł bezpiecznie wylądować i wystartować z Moskwy. Reszta, przynajmniej na razie, to tylko medialna histeria..”

Pod ścianą” znajduje się usrael – przerżnął z kretesem w Zatoce Perskiej z Iranem, przegrywa wraz z całym NATO na UPAinie z Rosją, przegrywa gospodarczo i finansowo z Chinami, nawet Kanada mu bryka i nakłada cła odwetowe. Ciekawi mnie, jakie prochy bierze Jakub Mielnik. Po koksie takich odlotów by nie miał. Mógłby podrzucić mi jedną działkę – też bym chciał tak odlecieć.

Gdyby wizyta miała być rzeczywiście tajna, nikt by o niej nie wiedział. Zresztą wystarczyłoby szefowi CIA zatelefonować do szefa FSB, powiedzieć mu, co ma do powiedzenia i wtedy za Chiny nikt by o tej rozmowie nie wiedział. Mógłby też przylecieć po cichu do Moskwy nieoznakowanym, wyglądającym na pasażerski, samolotem CIA (a takich samolotów ma CIA więcej) i spotkać się z szefem FSB po cichu na lotnisku, lub zwykłym samochodem podjechać do siedziby rosyjskiego wywiadu. Gdyby zresztą usraelowi zależało na wywarciu nacisku na Rosję, Trampek w jego mediach socjalnych by napisał i powtórzył to przed kamerami (a ten błazen lubi takie spektakle), że ostrzega Rosję przed tym i tamtym i żąda od niej tego i tamtego. Rubio mógłby wzmocnić nacisk i zatelefonować do Siergieja Ławrowa z tym samym ultimatum, po czym powtórzyć je na konferencji prasowej. A jednak usrael wybrał „tajną” misję szefa CIA, przy czym owa tajność była zwykłą farsą i demonstracją siły. Dlaczego?

Do „tajnej” misji wybrano duży i rozpoznawalny na całym świecie usraelski wojskowy samolot transportowy C 17:

.

 

Można nim przewozić prezydenckie limuzyny, jeśli akurat aktualny lokator Białego Domu leci gdzieś za granicę:

.

.

Można nim transportować czołgi:

.

 

Spadochroniarzy do kolejnej agresji na nieposłuszne państwo:

.

.

Albo wywieźć afgańskich kolaborantów bojących się zemsty talibów:

.

.

I taki to samolot do „tajnej” misji wybrała CIA. Na dodatek wylądował on na cywilnym lotnisku Wnukowo, gdzie przewalają się dziesiątki tysięcy pasażerów dziennie, co już wzbudzić musiało zainteresowanie i „tajną” misję zdradziło. Transportowiec po wylądowaniu opuścił tylną klapę, na płytę lotniska wyjechała kolumna kilku samochodów i pod eskortą policji pomknęła ulicami Moskwy. Naturalnie tajnie, by nikt jej nie widział. Na kanale Welt widać ją w relacji z Moskwy (min 1:42):

I taka to była owa „tajna” misja szefa CIA w Moskwie. A przecież CIA potrafi faktycznie przeprowadzać tajne misje i operacje, pucze, zamachy stanu, przewroty, kolorowe rewolucje i operacje fałszywych flag, o których (nie o wszystkich) dowiaduje się opinia publiczna dopiero po dziesięcioleciach – po odtajnieniu tajnych wcześniej dokumentów. A tu przeprowadziła CIA „tajną” misję tak, aby natychmiast zauważył ją cały świat.

Myślę, że była to rozpaczliwa próba prezentacji siły i potęgi usraela: patrzcie – jacy jesteśmy potężni – szef CIA leci potężnym wojskowym samolotem mogącym transportować czołgi i spadochroniarzy. Nie podskakujcie więc i słuchajcie, co mamy wam do powiedzenia.

Rzecz jednak jest w tym, że silny, który wie, że jest silny, i który wie, że wszyscy inni też wiedzą, że jest on silny, nie musi tego ostentacyjnie pokazywać. Nie musi prężyć muskułów. To tylko słabeusz pręży muskuły, by sprawić wrażenie silnego. I takie wrażenie miał wywołać  Ratcliffe w Moskwie. Czy cel osiągnął? Pewnie nie taki jaki chciał. Ledwo odleciał z Moskwy, gdy junta kijowska poinformowała: Niechlubny rekord w Kijowie. Aż 13 alarmów w ciągu jednej doby
Ukraińskie władze poinformowały, że w czwartek Kijów doświadczył najintensywniejszego dnia pod względem liczby alarmów przeciwlotniczych od początku pełnoskalowej inwazji Rosji w lutym 2022 r. Syreny ostrzegawcze rozbrzmiewały w stolicy Ukrainy aż 13 razy w ciągu jednej doby, skazując mieszkańców na życie w ukryciu przez niemal 15 godzin.

Myślę, że była to odpowiedź Rosji na „tajną” misję szefa CIA w Moskwie. Odpowiedź naturalnie jak najbardziej słuszna, jednoznaczna i zrozumiała nawet dla tępaków w Białym Domu i Pentagonie. I w  Langley:

.

.

opolczyk

.

.

Czy projekt UPAina, czyli neobanderowska Ukraina dobiega końca?…

.

.

Gdzieś słyszałem, że zapytano rabina żyjącego na Ukrainie, dlaczego żydowska społeczność Ukrainy nie uczy się języka ukraińskiego. Odpowiedział: a po co? Niedługo będzie tu tylko język rosyjski albo hebrajski, a oba znamy. Myślę, że mogą być oba języki – Rosja odzyska historyczne tereny Hetmanatu i Noworosji, a więc całą obecną wschodnią Ukrainę i całe wybrzeże Morza Czarnego i przywróci tam zakazany przez kijowską juntę język rosyjski. A resztę Ukrainy, choć nie pokrywa się z niegdysiejszym państwem chazarskim, zaleją uchodźcy z Izraela. Wszak i ten projekt – kolonia syjonistyczna w Palestynie – powoli się wali. Izrael swą ludobójczą polityką wobec Palestyńczyków wzbudził i wzmocnił nienawiść do siebie prawie całego świata muzułmańskiego, a jego główny patron i sponsor traci w rejonie Bliskiego Wschodu wpływy militarne, gospodarcze i finansowe, co źle wróży syjonistycznej kolonii. Przyszłość jej na terenie Palestyny stoi pod znakiem zapytania. A że większość Izraelczyków ma korzenie chazarskie i jest emocjonalnie związana z Europą Wschodnią (Polska, Ukraina, Białoruś i Rosja), nie można więc wykluczyć masowego exodusu z Izraela na nie zniszczoną wojną zachodnią resztkę Ukrainy, na której gospodarczy prym wiodą już oligarchowie z żydowskimi korzeniami.

UPAina, czyli neobanderowska Ukraina, była projektem zachodnich elit finansowych. Po drugiej wojnie wielu zbrodniarzy banderowskich schroniło się na zachodzie. Trzymano ich tam i hołubiono, czekając na upadek ZSRR. Po ogłoszeniu suwerenności Ukrainy, od początku trwał tam eksport ideologii neobanderowskiej z zachodu, a Ukrainę szykowano do roli zachodniego taranu, mającego powalić znienawidzoną Rosję. Po jej upadku planowano poszatkowanie jej ziem na wiele kawałków i osadzenie w nich na „tronach” swoich wasali. Pomarańczowa rewolucja była pierwszą przymiarką, ale neobanderyzm nie był wtedy jeszcze wystarczająco silny. Powtórką, tym razem udaną, był kijowski majdan 10 lat później. Stratedzy zachodu (głównie w usraelu) wierzyli, że neobanderowskiej juncie uda się sprowokować Rosję do interwencji w obronie rosyjskiej ludności, mordowanej w Donbasie przez neobanderowskie watahy. I wtedy uzbrojona przez NATO UPAina pokona militarnie Rosję, a sankcje gospodarcze i finansowe, nałożone pod pretekstem reakcji na „pełnoskalową” agresję Rosji na biedną i niewinną Ukrainę, zniszczą Rosję gospodarczo, doprowadzą do upadku prezydenta Putina, poszatkowania upadłej Rosji na kawałki i przejęcia nad nimi – i nad jej bogactwami naturalnymi – pełnej kontroli. A przy okazji na lądowej granicy Rosji z Chinami (ponad cztery tysiące kilometrów) usrael mógłby pobudować bazy militarne, osaczając Chiny i od strony lądu. No i Sewastopol stałby się bazą morską usraela, kontrolującą całe Morze Czarne.

Plany były ambitne. Zbyt ambitne. Ostatnio Ukraina obchodziła 35-lecie „niepodległości”. Przypominały mi te obchody urodziny obchodzone przez umierającego pacjenta w hospicjum. Sytuacja militarna, gospodarcza i finansowa kijowskiej junty jest katastrofalna. Wprawdzie niewielka ilość dronów ukraińskich dolatuje do celów w głębi Rosji, ale szkody przez nie wywoływane są niewspółmiernie mniejsze, niż szkody wyrządzane przez rosyjskie rakiety, drony i bomby szybujące. Ataki rosyjskie na wszystkie porty ukraińskie, także te u ujścia Dunaju, praktycznie odcięły Ukrainę od handlu morskiego. Niszczone są zakłady militarne, także te, będące własnością zachodnich koncernów. Niszczone są magazyny, stacje paliw, lokomotywy, a ostatnio przejścia graniczne z Mołdawią. Kijowski ćpun jeszcze gwałtowniej upomina się o pieniądze i o sprzęt militarny u zachodnich sponsorów, a protesty przeciwko niemu za zdymisjonowanie ministra obrony trwają nadal. No i uaktywniło się ponownie NABU, czyli antykorupcyjna prokuratura kontrolowana przez zachód, która ujawniła kolejną aferę korupcyjną w najbliższym otoczeniu ćpuna: 19 sierpnia Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy (NABU) poinformowało o specjalnej operacji „Forrest Gump” wymierzonej w organizację przestępczą działającą pod kierownictwem deputowanych do Rady Najwyższej oraz urzędników Biura Prezydenta Ukrainy (BP). Jest to metoda nacisku na ćpuna, gdy zaczyna za bardzo brykać i nie chce słuchać sponsorów. Ci wprawdzie chcą nadal mieć ćpuna na czele kijowskiej junty, gdyż duża część pomocy finansowej dla UPAiny w formie łapówek ląduje w ich kieszeniach, ale chcą mieć na niego wpływ. Samowoli nie będą tolerować. Militarnie nie są już w stanie junty wspierać, bo nie mają czym. Tak więc sytuacja junty staje się coraz gorsza. Pomysł 40-dniowych dronowo-rakietowych ataków na Rosję, by zmusić ją do pertraktacji pokojowych, okazał się bramką samobójczą. Jeśli ukraińskie ataki ataki na Rosję przyrównamy do użądleń przez komary, bolesne ale niegroźne, to ataki rosyjskie na UPAinę są ukąszeniami przez jadowite węże, zatruwające ukąszonego. Nie dziwią więc naciski na Rosję, by podjęła z kijowską juntą pertraktacje. Ostatnio w tym celu poleciał do Moskwy, po prośbie, szef dyplomacji Watykanu, arcybiskup Paul Richard Gallagher. Pewnie dużo mówił o chrześcijańskiej miłości bliźniego i przykazaniu „nie zabijaj”. Powinien to samo powiedzieć kijowskiej juncie. W tym samym prawie czasie w Moskwie pojawił się szef CIA, John Ratcliffe (o tym za chwilę) – i nie była to przypadkowa zbieżność terminów pielgrzymek do Moskwy sekretarza stanu Watykanu i szefa CIA. Poprzednio, ówczesny szef CIA, William Burns, gościł w Moskwie w listopadzie 2021. I tak się przypadkowo złożyło, że także w listopadzie 2021 gościł w Moskwie ówczesny i obecny szef dyplomacji Watykanu, arcybiskup Paul Richard Gallagher. Czyli była to i nadal jest pełna synchronizacja ofensywy dyplomatycznej Stolicy Apostolskiej i najbardziej zbrodniczej agencji wywiadowczej na świecie, odpowiedzialnej za setki puczy, zamachów stanu, operacji fałszywych flag, kolorowych rewolucji i milionów ofiar. Ta współpraca ma zresztą długą, półwieczną już tradycję, z polskim wątkiem (Karol Wojtyła jako papież) o czym niedawno pisałem:

Jesienią 1978 roku arcybiskup Poggi doprowadził do podpisania tajnego porozumienia Sodalitium Pianum z CIA. Efektem było rozpoczęcie wspólnej operacji wywiadowczej o kryptonimie „Otwarta księga”…

Sekrety Watykanu: Jak papież-Polak Jan Paweł II zaprzągł polskich księży do współpracy z CIA przeciw PRL

O celach wizyty szefa CIA w Moskwie krążą jedynie plotki, spekulacje i bzdurne opowieści o tym, że prezydent Putin odwołał wszystkie zaplanowane terminy, by spotkać się z usraelskim szefem szpiegów i zawodowych morderców. A Gallagher rozmawiał tylko z szefem FSB. O czym? I tu krążą przeróżne spekulacje. Rzekomo miał ostrzec Rosję przed zgubnymi dla niej planami ataku na europejskie państwa NATO. Usrael jednak nie stanie w ich obronie z różnych względów. Nie ma czym ich bronić, bo wystrzelał się w wojnie z Iranem. A ponadto, jako że europejscy wasale NATO nie chcieli pomóc usraelowi w wojnie z Iranem, to niech same bronią się przed Rosją. Gallagher, tak myślę, chciał z Rosją zrobić typowo trampkowy deal, geszeft, interes: my przestaniemy wspierać juntę kijowską danymi wywiadowczymi, wy przestańcie wspierać, zwłaszcza gospodarczo, Iran.

Usrael ogłosił wszak kolejną, tym razem gospodarczą, krucjatę przeciwko Iranowi, gospodarczy D-Day. Epicka furia furiata spaliła na panewce. Furiat ogłosił więc Cieśninę Ormuz terytorium usraela – ale w tym przypadku jest jak w porzekadle: złapał kozak tatarzyna a tatarzyn za łeb (kozaka) trzyma.

.

.

Jest to jedyne „terytorium” usraela, na którym nie ma on nic do powiedzenia. Warunki tam dyktuje Iran i grozi odwetem – zniszczeniem wszelkich instalacji naftowych i przemysłowych w regionie, będących własnością koncernów usraela. Zduszenie gospodarcze Iranu w sytuacji, gdy zarówno Chiny jak i Rosja nie mają zamiaru słuchać ostrzeżeń Waszyngtonu o karach na tych, którzy z Teheranem nadal będą utrzymywać stosunki handlowe, jest marzeniem ściętej głowy. Chiny przez Pakistan mają sześć połączeń drogowych i kolejowych z Iranem. A Rosja statkami na Morzu Kaspijskim masowo handluje z Iranem i nie zamierza z tego rezygnować. Wszystko wskazuje na to, że zapowiedziany gospodarczy D-Day zakończy się tak samo jak epicka furia – totalnym blamażem inicjatora.

.A tak , na marginesie, the Lancet niedawno opublikował badanie, z którego wynika, że sankcje ze strony usraela spowodowały 38 milionów zgonów w latach 1971- 2021. Średnia liczba zgonów wahała się od 400 000 do ponad 1 miliona rocznie. Sankcje naturalnie istniały i przed rokiem 1971, i po roku 2021. Liczba ich ofiar to więcej, niż ludność Polski. W tych sankcjach śmiertelną bronią był dolar i jego pozycja jako waluty rozliczeniowej w handlu międzynarodowym. Państwa sankcjonowane odcinano od kontrolowanych przez usrael rozliczeń w dolarach. Obecnie śmiertelna broń – dolar – traci na zanczeniu i coraz więcej państw, z takimi potentatami jak Chiny i Rosja, uwolnione od dyktatu dolara, mogą usraelskie sankcje w pełni ignorować, przez co wcześniejsza potęga usraela jest już tylko iluzją. Zapowiedziany usraelski D-Day jeszcze bardziej i szybciej doprowadzi do upadku dolara i usraelskiej gospodarki. O słabości usraela najlepiej świadczy fakt, że Kanada, która do niedawna były posłusznym wasalem i popychadłem, obecnie na karne cła Trampka odpowiada pięknym za nadobne – cłami odwetowymi. Wali się więc potęga usraela nawet w zachodniej hemisferze.

Kto wie, czy szef CIA nie rozmawiał z szefem FSB i o innych sprawach. Np. o szlaku północnym, który jest cierniem w oku usraela, chcącego kontrolować wszelkie szlaki morskie. W ubiegłym roku był próbny rejs chińskiego kontenerowca trasą północną. Wypadł pozytywnie i obecnie, cytuję: Rosyjski koncern atomowy Rosatom wydał zezwolenia na przepłynięcie siedmiu chińskich statków Północną Drogą Morską. Jeszcze w tym roku jeden z chińskich armatorów planuje uruchomienie regularnych rejsów towarowych tym szlakiem.

Sęk dla usraela jest w tym, że ta trasa jest o 1/3 krótsza niż Kanałem Sueskim, a ponadto ponad połowa jej biegnie wzdłuż wybrzeży Rosji, gdzie usrael nie ma ani jednej bazy militarnej i nie jest w stanie tego szlaku morskiego kontrolować. Rosja z Chinami podważyły w ten sposób jego aspiracje na monopol w kontroli handlu morskiego. Być może i rozmawiali (szef CIA i FSB) o „muzułmańskim NATO” (porozumieniu z Mekki) Saudów, Pakistanu i Turcji. Publicznie pochwalił tę inicjatywę Trampek, ale co miał innego zrobić – była to dobra mina do złej gry. Krążyły pogłoski, że wymierzone jest to porozumienie w Iran, choć i Iran został do tej inicjatywy najprawdopodobniej zaproszony. Mówi się też o Egipcie, który też jest zaproszony i który proponuje utworzenie wspólnych muzułmańskich sił zbrojnych. Ostro zareagował na muzułmańskie NATO Izrael, co jest zrozumiałe. Zapowiadał Turcji, że będzie po Iranie następna w kolejce. Z Iranem nie wyszło, a zastraszana przez syjonistyczną kolonię w Palestynie Turcja znalazła się w muzułmańskim NATO, w którym owa kolonia nie ma ani jednego sojusznika i przyjaciela. Słowa ukraińskiego rabina o języku hebrajskim na Ukrainie nabierają w tym świetle znaczenia. Zrozumiałe są też intencje Saudów. W końcu zrozumieli, ile warte są usraelskie „gwarancje bezpieczeństwa” – mniej niż zero. Nie tylko nie uchroniły Saudów od irańskich rakiet i dronów. Usrael  utracił w regionie kilkanaście całkowicie zniszczonych baz militarnych, piekielnie drogie instalacje radarowe, samoloty, super drogie drony – i twarz! Saudowie szukają więc innych gwarantów ich bezpieczeństwa.

Wali się więc potęga militarna, gospodarcza i finansowa aspiranta na światowego hegemona. Rosja, Chiny i Iran idą ręka w rękę w demontażu jego aspiracji. Projekt hegemonii na Bliskim Wschodzie po klęsce w wojnie z Iranem upadł. Razem z nim upadł syjonistyczny projekt „wielkiego Izraela”, a i ten obecny pewien swej egzystencji nie jest. Projekt neobanderowska UPAina taranem kruszącym mury Kremla też upadł. Taran jest skruszony, a oblegający (kolektywny zachód) mają zamiast zwycięstwa i skarbów Syberii walące się gospodarki, gigantyczne długi – i za sprawą epickiej furii i sankcji na Rosję – kurczące się rezerwy ropy, benzyny i gazu ziemnego, na dodatek wszystko to po wysokich cenach. W zimie czekają kolektywny zachód racjonowanie paliwa, wyłączanie prądu, ciemno i zimno w fabrykach, a może i okresowo i w mieszkaniach.

Polska znalazła się w bardzo niekorzystnej sytuacji. Klęska kijowskiej junty, a także nadciągające za kilka miesięcy mrozy i głód na Ukrainie wywołają kolejny masowy napływ ukraińskich uchodźców, a wśród nich elementu wściekle antypolskiego, neobanderowskiego i kryminalnego. A już teraz Ukry czują się w Polsce jak u siebie. Ultranacjonalistka ukraińska, Panczenko, publicznie mówiła, że Polska jest jej i jej nie odda. A „polski” minister sprawiedliwości i prokurator generalny Żurek powołał specjalne zespoły liczące ponad 100 prokuratorów do ścigania przestępstw „z nienawiści na tle narodowościowym”, w tym czynów i retoryki wymierzonych przeciwko Ukraińcom. Antypolskich ekscesów w wykonaniu ukraińskich nachodźców ścigać naturalnie prokuratura tak gorliwie nie będzie. Polacy będą, a raczej już są, obywatelami drugiej kategorii w swoim (?) kraju.

W czasach Bloku Wschodniego Polska była najważniejszym państwem satelickim, tak militarnie jak i gospodarczo. Obecnie w ramach UE, NATO i całego kolektywnego zachodu, pod wodzą usraela, jest Polska państwem co najwyżej drugorzędnym, daleko za wasalskimi Niemcami, Francją, Anglią, Włochami, Kanadą, Japonią. Jest po prostu drugorzędnym wasalem.

Jeśli przyrównamy kolektywny zachód do tonącego okrętu, to nie zatonie on całkiem, jak Titanic, a osiądzie na mieliźnie. Nad wodę będą wystawały górne pokłady i kominy. Niestety dolne pokłady, dla biedniejszych pasażerów i służby okrętowej znajdą się pod wodą. Polska także, gdyż właśnie jest pokładem dla biednych pasażerów i okrętowej służby. Najwyższy czas, gdyż okręt kolektywnego zachodu już tonie,  spuścić na wodę szalupy ratunkowe i dopłynąć do bezpiecznego brzegu – Rosji, by w oparciu o nią zbudować od nowa polski, solidny okręt, mogący stawić czoło sztormom, a w razie czego schronić się w rosyjskim porcie.

.

opolczyk

.

.

Czym był NSZZ Solidarność (część druga) …

.


.
W lipcu 1980, ze względu na pogłębiający się kryzys zaopatrzenia i narastającą drożyznę, grunt pod pełzający zamach stanu był już gotowy. 1 lipca władze PRL zmuszone były wprowadzić cichą, nie ogłaszaną w mediach, wysoką podwyżkę cen mięsa i wędlin. Sytuacja gospodarcza i finansowa była zła. Większość inwestycji gospodarczych lat 70-tych, które miały przynosić zyski, przynosiły straty w postaci rosnącego zadłużenia na zachodzie. Brakowało pieniędzy na ich spłacanie. Aby odciążyć budżet, wprowadzono cichą podwyżkę cen. Zaowocowało to strajkami. Pierwsze strajki wybuchły 8 lipca na Lubelszczyźnie i objęły w sumie ok. 150 zakładów pracy, a po Lubelszczyźnie rozlewały się powoli po całym kraju. Początkowo to V kolumna w PZPR, wzorem z czerwca 1976, typowała duże zakłady, w których wybuchały strajki. Przyłączały się do strajków, niekiedy spontanicznie, mniejsze zakłady pracy, gdy zauważyły, że strajki nie były tłumione siłą. O to zaś zadbała ta sama żydowska V kolumna w kierownictwie PZPR. Strajki były szybko gaszone, gdyż władze centralne nakazały dyrekcjom spełniać natychmiast roszczenia płacowe strajkujących. Na główne miejsce „strajkowej wojny” V kolumna wytypowała Stocznię Gdańską z przyczyn propagandowo-symbolicznych. Stocznia ta nosiła imię Lenina, ojca rewolucji październikowej, obok Marksa głównej ikony ruchu komunistycznego. A ponadto 80-90 % budowanych w niej statków szło do ZSRR. Strajk w tej właśnie stoczni miał pokazać, że w państwie socjalistycznym, w stoczni imienia Lenina, produkującej głównie na potrzeby ZSRR robotnicy powiedzieli władzy – NIE!

Plan o mało nie powiódł się. Pierwszy komitet strajkowy stoczni, w którym większość robotników nie była sterowana przez opozycyjną V kolumnę, 16 sierpnia dogadał się z dyrekcją i ogłosił koniec strajku. I wtedy włączyła się opozycyjna V kolumna, odrzuciła porozumienie z dyrekcją, szybko dogadała się z V kolumną w innych strajkujących zakładach i tego samego dnia ogłosiła utworzenie międzyzakładowego komitetu strajkowego – z siedzibą w Stoczni Gdańskiej im. Lenina.
17 sierpnia pod bramą stoczni nr 2 odbyła się pierwsza msza święta (sojusz kościoła z żydowską opozycją) i ten dzień uważany jest za początek strajku solidarnościowego – i narodzin NSZZ Solidarność.
.


.
Nowy komitet strajkowy odmawiał rozmów z dyrekcją i z wojewodą gdańskim, który próbował włączyć się do rozmów, domagał się rozmów z rządem. Czyli chodziło o przewrót na skalę ogólnopolską, a nie o sprawę lokalną. 18 sierpnia opracowano listę 21 postulatów, w tym postulatów społecznych i politycznych. Większości nie zrealizowano nigdy, a niektóre są od czasu „transformacji ” bardziej łamane niż w PRL. Tu jeszcze przypomnę, że jednym z postulatów było wprowadzenie kartek na mięso. Nie był to pomysł „złej” komuny a strajkujących.
https://pl.wikipedia.org/wiki/21_postulat%C3%B3w_Mi%C4%99dzyzak%C5%82adowego_Komitetu_Strajkowego
.
20 sierpnia ogłoszony został tzw. Apel 64 – list warszawskich intelektualistów do władz państwowych, domagających się podjęcia przez rząd rozmów ze strajkującymi. List- Apel do gdańskiej stoczni dwa dni później dostarczyło dwóch przedstawicieli żydowskiej opozycyjnej V Kolumny – Mazowiecki i Geremek, późniejsi „doradcy” NSZZ Solidarność. Zajrzałem na listę sygnatariuszy i sprawdziłem kilka pierwszych nazwisk na wiki:
Nina Assorodobraj-Kula – córka inżyniera i nauczyciela Nachmana Nauma Assorodobraja i Rywki z Wierchowskich, będących wyznania mojżeszowego.
Marian Brandys – urodził się w inteligenckiej rodzinie Henryka i Eugenii Landau, pochodzenia żydowskiego zasymilowanej w Polsce. Brandysowie byli właścicielami banku w Łodzi.
Anatol Brzoza – Anatol Izrael Bohdan Brzoza, pierwotnie Eisenberg – był synem żydowskiego kupca Aarona Eisenberga i Wiktorii z Włodawerów.
Nazwisko pierwszego alfabetycznie sygnatariusza, Stefana Amsterdamskiego, figuruje na liście 1700 udających Polaków Żydów, sporządzonej przez spiskowców z MSW w latach 80-tych.
No i Władysław Bartoszewski, także sygnatariusz tego apelu – szpieg izraelski (patrz – część pierwsza). Dalej nie sprawdzałem – bo i po co.
.
V kolumny w obozie władzy i w opozycji naturalnie współpracowały ze sobą. Pod ich naciskiem 21 sierpnia przedstawiciel władz centralnych, Mieczysław Jagielski, przyjechał do Gdańska i przez radio zaproponował rozmowy ze strajkującymi, podzielonymi na branże. Strajkujący odmówili  Aby osłabić Gdańsk, władze rozpoczęły rozmowy ze strajkującymi w Szczecinie. 23 sierpnia Jagielski zaczął rozmowy z Bolkiem. 31 sierpnia Bolek vel Lech Wałęsa podpisał z Mieczysławem Jagielskim porozumienie gdańskie.

.

Oficjalnie nowy związek przyjął nazwę NSZZ Solidarność w dniu 17 września. Ta data też miała swoją symbolikę. O tym, że na wybór nazwy związku, jaką nosiła pierwsza żydowska loża B’nai B’rith na ziemiach polskich, miały obie V kolumny, we władzach i w opozycji, raczej nie mam wątpliwości.
.
Początek solidarnościowej rewolucji bez rewolucji zapowiadał się dosyć sielsko. W zakładach pracy dyrekcje szły najczęściej na rękę powstającym komisjom zakładowym. Atmosferę w Polsce, zwłaszcza w środowiskach niechętnych władzom, systemowi i sojuszowi z ZSRR można śmiało nazwać euforią – robotnicy pokonali władzę, zmusili ją do ustępstw. Na początku Solidarność cieszyła się ogromnym poparciem zdecydowanej większości Polaków – pracowników w przemyśle, inteligencji, uczniów szkolnych, rencistów i emerytów, studentów, którzy założyli własne stowarzyszenie – NZS – współpracujące z Solidarnością, rolników, którzy założyli własną, rolniczą Solidarność. Ale dosyć szybko uciążliwości dnia codziennego zaczęły znów dawać znać o sobie. „Nasz” Związek powstał, świetnie, że jest, że działa, ale towarów w sklepach nie przybyło, a kolejki w sklepach czy przed nimi wydłużyły się jeszcze i były dłuższe niż przed sierpniem. Szybko też zaczął pojawiać się rozdźwięk między liderami Solidarności a dużą, być może przeważającą częścią związkowych „dołów”, który z czasem pogłębiał się i narastał. Wiele komisji zakładowych i wielu członków związku odcinało się od narastającego upolityczniania liderów na szczeblu krajowym i regionalnym. Sam, choć byłem tylko szeregowym członkiem, należałem do radykałów czy – jak to nazywały ówczesne media – „ekstremy”. Parokrotnie próbowałem komisję zakładową nakłonić do pewnych inicjatyw i pomysłów o charakterze politycznym. Komisja zakładowa w komplecie zdecydowanie odrzucała moje pomysły – w politykę niech się bawią KPN-y i KOR-y – my jesteśmy związkiem zawodowym, a nie partią polityczną. Widoczny też był powolny zanik entuzjazmu członków „S” w zakładzie. Na spotkanie założycielskie w zakładowej dużej świetlicy zabrakło miejsca dla wszystkich chętnych. Część stała na dworze przy otwartych oknach. Po roku na zwołane przez komisję zakładową zebranie członków przyszła garstka ludzi. Reszta mówiła – mamy komisję zakładową, niech działa. No i w miarę narastającej spirali strajkowej coraz więcej „dołów” coraz mniej rozumiało cele strajkowych jastrzębi. A ilość strajków, zamiast maleć, rosła. Owszem, niekiedy były prowokowane przez aroganckich przedstawicieli władz czy dyrektorów. Ale były i celowo prowokowane przez liderów „S”, a ponadto były nadmiernie rozdmuchiwane. Niekiedy z błahego w sumie powodu gotowość strajkową ogłaszano w całych województwach. Strajki goniły strajki, okupacyjne, ostrzegawcze, solidarnościowe. Osobiście byłem rzecznikiem nieustępliwości i dążenia  do konfrontacji z władzami. Ale w moim otoczeniu tylko kilku było podobnych mi radykałów. Ogromna większość mówiła: strajki nie poprawią sytuacji gospodarczej i towarów w sklepach od nich nie przybędzie. Trzeba pracować a nie strajkować. Radykalni liderzy Solidarności chyba nawet nie zauważyli tego, ale sami wyalienowali się od szerokich rzesz „dołów” związkowych, które nie chciały eskalacji i konfrontacji z władzami PRL. Chciały spokoju, pracy i towarów w sklepach. W wielu zakładach współpraca dyrekcji z komisjami zakładowymi układała się poprawnie. Już tą drogą można było wiele dla poprawy warunków pracy i życia osiągnąć. Niestety liderzy Związku popychani opozycyjną żydowską V kolumną, chcieli znacznie więcej.

Już po ogłoszeniu stanu wojennego, w obozie internowanych, dowiedziałem się o kilku planach liderów Związku od osoby, która w tych planach uczestniczyła. Dyskutowany był np. projekt wymuszenia na władzach dopuszczenia przedstawicieli Solidarności jako kandydatów w wyborach do Sejmu w roku 1982. W razie odmowy miał zostać ogłoszony strajk powszechny – do skutku, czyli do ustąpienia władz. Taki plan władze musiały uznać za zamach na siebie. Plan ten zrealizowany został częściowo dopiero w czerwcu 1989 w tzw. kontraktowych wyborach do sejmu. Na szczęście nawet na szczytach władz związkowych pomysł ten nie znalazł wtedy, w roku 1981, aprobaty większości. Napisałem na szczęście, gdyż wtedy ZSRR bez wątpienia dokonałby militarnej interwencji (o tym będzie później), choć ilość zwolenników tego pomysłu narastała. Innym pomysłem było przejęcie kierownictwa nad największymi kluczowymi zakładami w Polsce, bez wywożenia dyrektorów na taczkach. Dyrektorzy mieli nadal siedzieć w swoich gabinetach i brać pensję, ale zakładami miały kierować komisje zakładowe – we wszystkim. A więc od kogo, co i za ile będą kupować, komu, co i za ile będą sprzedawać. I co będą produkować. Projekt zakładał odrzucenie planów produkcyjnych Komisji Planowania przy Radzie Ministrów opracowującej plany pięcioletnie. Zakłady miały produkować to, co komisje zakładowe uznają za potrzebne, ważne – i przynoszące zyski. Władze musiały uznać i takie plany za zamach na ich kompetencje gospodarcze. O innym planie wiedziałem już wcześniej – w dużych zakładach, w których udało się zradykalizować dużą część załogi, robotników, zaczęto tworzyć tzw. „straż robotniczą”, uzbrojoną w drewniane pałki (sztyle od łopat czy kilofów) łomy i łańcuchy. To taka właśnie straż robotnicza na „Wujku” zaatakowała ZOMO-wców. W efekcie zginęło dziewięciu górników. Wcześniej długo winą za ich śmierć obarczałem władze z generałem Jaruzelskim na czele. Obecnie obarczam winą radykałów Związku, którzy parli do władzy i chcieli ją zdobyć m.in. rękami członków straż robotniczych.

Wspomniałem o ewentualnej militarnej interwencji radzieckiej. Mam książkę pt: Cztery lata w Białym Domu. Autor – Zbigniew Brzeziński. W aneksach na końcu książki pisał właśnie o tym. Już w listopadzie 1980 raporty CIA ostrzegały o przygotowaniach do zbrojnej interwencji w Polsce. Na początku grudnia 1980 (rok przed stanem wojennym) wzdłuż granicy wschodniej zgromadzono 15 dywizji, mobilizowano następne, stawiano szpitale wojskowe, ściągnięto komandosów. Zablokowany został też na granicy zachodniej „mały ruch graniczny” dla ludności cywilnej, a nad granicę ściągnięto dwie radzieckie dywizje stacjonujące w NRD. Wzdłuż granicy południowej rozlokowano cztery czechosłowackie dywizje. Według raportów CIA z 7 grudnia decyzja o interwencji już zapadła, interwencja ruszy za 48-72 godziny i tylko przygotowania do niej dopinane są na ostatnie guziki. Ostatecznie do interwencji nie doszło. Brzeziński sądził, że strach przed surowymi sankcjami gospodarczymi, jakimi zagroziły Kremlowi Waszyngton i kilku europejskich wasali, ostatecznie powstrzymał interwencję, która już praktycznie się zaczęła, ale w ostatnim momencie została wstrzymana. Brzeziński nie wiedział o tym (CIA też nie), że to polskim władzom „goszczącym” 5 grudnia 1980 na Kremlu (Kania, Pińkowski, Jaruzelski, Olszowski i Barcikowski) udało się przekonać radzieckich, że partia nadal sprawuje pełną kontrolę nad sytuacją, socjalizm zagrożony nie jest, w razie czego władze zastosują odpowiednie środki, by Solidarność sprowadzić do parteru, tak więc bratnia pomoc nie tylko jest niepotrzebna, ale byłaby dla wizerunku socjalizmu na świecie szkodliwa. Niemniej ZSRR był faktycznie gotów do interwencji. Dla Kremla wówczas utrzymanie socjalizmu i rządów PZPR w Polsce w wojnie ideologicznej Wschód-Zachód było sprawą priorytetową.

W innej książce, pt: Stan wojenny DLACZEGO…, generał Wojciech Jaruzelski wielokrotnie wspominał o jego rozmowach, gdy był już premierem, a później I sekretarzem KC PZPR, z radzieckimi, w tym i z samym Breżniewem. Wielokrotnie słyszał od towarzyszy ze Wschodu mniej więcej  takie słowa: jeszcze nie wejdziemy, ale jak się u was pogorszy – wejdziemy. A pogarszało się cały czas. Narastała ilość strajków, rosły aspiracje radykałów na szczytach Związku, nasilało się ich parcie ku konfrontacji z władzami. Trudno było przewidzieć, kiedy starcy na Kremlu dojdą do przekonania, że władze w Polsce same sobie z narastającą solidarnościową kontrrewolucją nie poradzą, i że trzeba będzie przyjść im, nawet wbrew ich woli, z bratnią pomocą. Kto wie, a ja nie mam wątpliwości, że tak było – że generał Jaruzelski, wprowadzając stan wojenny i rozbijając rozbijackie kierownictwo Solidarności, uchronił Polskę przed czymś znacznie gorszym niż stan wojenny.

Demaskowanie solidarnościowych mitów…

Jeden z mitów dotyczących 13 grudnia głosił, że generał Jaruzelski wydał wojnę narodowi. A on jedynie rozpędził podejrzane bractwo na szczytach Solidarności, które już wtedy chciało osiągnąć to, co osiągnęło po roku 1989 – likwidację systemu, wyrwanie Polski z Bloku Wschodniego i wydanie jej w łapska zachodu. Władze w grudniu 81 jedynie zawiesiły Solidarność i przez szereg miesięcy jej przedstawiciele pertraktowali z internowanym Bolkiem. Solidarność miała zostać odwieszona, ale pod kilkoma warunkami: usunięcie z niej radykałów chcących konfrontacji z władzami, odcięcie się od „doradców” (żydowskiej opozycyjnej V kolumny) i powrót Solidarności do roli związku zawodowego, oznaczające rezygnację z parcia do władzy. Bolek z uporem propozycje władz odrzucał, przez co, po miesiącach bezowocnych pertraktacji, władze w październiku 1982 Solidarność zdelegalizowały.

Mit głoszący, że cały naród stał za Solidarnością i ubolewał po jej delegalizacji.

Już przed 13 grudnia szerokie rzesze dołów związkowych odcinały się od strajkowego szaleństwa i parcia liderów Związku do konfrontacji z władzami. Stan wojenny był i owszem dla wszystkich szokiem, ale gdy szok minął, miliony związkowców uznały, że nie było innego wyjścia, by powstrzymać strajkowe szaleństwo i parcie do konfrontacji z władzami. Po wyjściu z obozu rozmawiałem z wieloma kolegami i znajomymi. Tylko garstka, kilku, było radykałami jak ja. W ogromnej większości słyszałem – chcieliście za wiele, po co były te strajki. Szkoda, że nie mamy już naszego związku, ale to przez was został zdelegalizowany.
Także ilość osób aktywnie uczestniczących w opozycji pokazuje, że nie cały naród stał za Solidarnością. Trudno jest policzyć, ilu ludzi w skali całego kraju brało udział w działalności podziemnej, zagrożonej więzieniem, ale nie było ich więcej niż – nie wiem – 20 – 30 tysięcy. Były i formy oporu, a przynajmniej okazywania solidarności z Solidarnością, nie zagrożone represjami. W Kluczborku np. już po ogłoszeniu stanu wojennego, każdego 13, miesiąc w miesiąc, była w kościele parafialnym msza w intencji ojczyzny. Symboliczną była właśnie data – 13 każdego miesiąca. Na te msze przychodziło przeciętnie 40-50 osób. A pamiętam manifestację 3 maja 1981, zakończoną mszą polową pod tym samym kościołem. Udział brało wtedy jakieś 4-5 tysięcy ludzi. Na msze co trzynastego po stanie wojennym przychodził jeden procent z nich. A gdy podsunąłem pomysł, by po każdej mszy za ojczyznę pod pomnikiem Mickiewicza składać biało-czerwone kwiaty w kształcie litery V, przyłączyło się ledwo kilkanaście osób. Choć i za te demonstracje nikogo przez kilka lat nie zamknięto. A jednak chętnych do pokazywania poparcia dla zdelegalizowanej Solidarności za wielu nie było. Po ponownym zalegalizowaniu Solidarności w roku 1989 przystąpiło do niej o 8 milionów ludzi mniej, niż w latach 1980-81. To pokazuje, że ogromna większość straciła do niej zaufanie i nie chciała „powtórki z rozrywki”.

Tu pozwolę sobie na pewną anegdotyczną uwagę. Comiesięczne raporty SB o demonstracjach pod pomnikiem Mickiewicza kończyły się zwyczajowo mniej więcej tak: spod pomnika do mieszkania matki Szuberta udali się – i tu były wymieniane nazwiska. Mieszkanie matki było przy Placu Niepodległości, na którym, na ulicznej wysepce, stał wtedy ten pomnik:

.

Z okien pokoju stołowego u matki było go widać. Każdorazowo po demonstracji zapraszałem najważniejszych działaczy Solidarności do jej mieszkania „na kawę”, ot tak, na towarzyską pogawędkę. Były to naturalnie spotkania całkowicie prywatne i towarzyskie, bez kontekstu konspiracyjnego, a mimo to SB traktowała je jako przejaw działalności antypaństwowej i antysocjalistycznej, warte odnotowania w raportach. Nie groziły za coś takiego naturalnie żadne sankcje czy nieprzyjemności. Był to po prostu przejaw czujności SB, wszędzie węszącej spiski. Dzisiaj tego już nie potępiam. Wtedy trwała faktycznie wojna ideologiczna i gospodarcza Zachodu ze Wschodem. SB wiedziała o tym i musiała być czujna.

Dużym szokiem dla mnie było, gdy po wyjściu z obozu na wolność stwierdziłem, że kawiarnie są pełne, ludzie popijają kawę, piwo, lemoniady, śmieją się, opowiadają kawały i dowcipy, nikt nie wspomina o Solidarności, nie ubolewa, że jej nie ma. Czułem się jak ktoś przeniesiony z innej epoki. Ale tak było – ogromna większość Polaków szybko pogodziła się z nową rzeczywistością i za strajkami i konfrontacją z władzami nie tęskniła.

Kolejny mit – Jaruzelski wprowadził stan wojenny, by pozbyć się elity związkowej, umożliwiając jej wyjazd za granicę, bez prawa powrotu.

Owszem, władze umożliwiły wyjazd na zachód chętnym, ale nikogo do tego nie zmuszały. W sumie, według danych IPN, internowano w stanie wojennym w sumie 9 736 osób. Odliczmy Gierka, Jaroszewicza i 30 innych ludzi z najwyższych władz, także internowanych, oraz ok. 500 internowanych kryminalistów (władze chciały mieć z nimi spokój w stanie wojennym) i zostaje  internowanych ok. 9200 opozycjonistów. Z wyjazdu za granicę skorzystało ok. 2200, czyli niecała 1/4. Gdyby władze chciały się pozbyć wszystkich, zapewne wykorzystano by SB do wywierania silnych nacisków. A tego nie było. Nie znam ani jednego wypadku, by SB wywierała jakąkolwiek presję na internowanych, by wyjeżdżali. Znam kilka za to przypadków, że to rodziny (głównie żony) naciskały na internowanych mężów, by skorzystali z okazji i całą rodziną wyjechali do kapitalistycznego raju. Niektórzy wyjeżdżający, naturalnie na ochotnika, starali się przedstawić wyjazd jako „deportację”. Podam dwa przypadki:

– W Nysie siedział ze mną w jednej celi Bogdan Ż ze Stoczni Gdańskiej. Jako jej delegat przyjechał do Prudnika, gdzie miało być 13 grudnia poświęcenie sztandaru Solidarności. W nocy z hotelu zabrała go milicja i wylądował w obozie na Opolszczyźnie (najpierw w Opolu, a potem w Nysie). Zwolniono nas tego samego dnia – 24 lipca. Bogdan Ż wielokrotnie powtarzał, że jego wyjazd to „deportacja”. Ale po paszport poszedł do SB-ków w obozie z własnej woli, na dworzec po wyjściu z więzienia (obóz był w zakładzie karnym) szedł w grupie zwolnionych bez konwoju milicjantów z kałachami w rękach, a jednak powtarzał, że to „deportacja”. Słyszałem go później parokrotnie, jak produkował się na falach „Wolnej Europy”. I tam płakał, że go „deportowano”. Dezerter dorabiał sobie ideologię do własnej dezercji.

– W Kędzierzynie jeden z czołowych działaczy zdecydował się na wyjazd. Po paszport wystąpił sam. Urządził w domu pożegnalną popijawę, na której po pijaku powtarzał: ku…, deportacja, ku…, deportacja. Milicji z karabinami nie było, na dworzec PKP odprowadzili go znajomi, a nie konwojenci, a jednak z uporem twierdził, że była to deportacja. Ja nazywałem te wyjazdy dezercją – wyjeżdżali ludzie wybrani przez innych do pełnienia jakiejś tam funkcji związkowej, wyjeżdżając po prostu zdradzali tych, którzy na nich głosowali.

No i nie były to wyjazdy bez możliwości powrotu. Jeden z kluczborskich internowanych wyjechał w roku 1982 do Niemiec i po roku wrócił. W Opolu też był taki przypadek: Zbyszek S, niezwykle barwna postać środowiska opozycyjnego, literacki pseudonim Tao Szatański, wyemigrował do USA w roku 1983, powrócił do Polski w roku 1985. Miał dosyć kapitalistycznego raju w USA. Tak więc nie były to wyjazdy przymusowe i bez możliwości powrotu. A po „transformacji” wróciło sporo dezerterów. Znałem niejednego osobiście. Szli najczęściej w politykę lub w biznes.

A ja? Wyjechałem na paszport turystyczny 1 grudnia 1987. Miałem najszczerszy zamiar wrócić. Z różnych powodów, już po przyjeździe do Niemiec, podjąłem decyzję o nielegalnym pozostaniu za granicą. Nie byłem funkcyjnym Związku, nikt na mnie nie głosował, nie zawiodłem niczyjego zaufania. A mimo to, gdy w roku 1988 wybuchły dwie fale strajkowe, wiosenna, a potem letnia, czułem się podle, faktycznie jak dezerter: tam ludzie walczą, strajkują, a ja sobie siedzę bezpiecznie w Niemczech. Niewiele brakowało, a wróciłbym do Polski. Ale już pozbyliśmy się tam naszego mieszkania (żona z córką dojechały do mnie trzy miesiące po mnie, w lutym 88, oddając nasze mieszkanie komuś z rodziny).

Kolejny mit – zdrada generała Jaruzelskiego, który rzekomo we wrześniu 1985 uknuł z Rockefellerem podły spisek, oddający Polskę w żydowskie łapska.

Owszem, generał spotkał się z banksterem. Najprawdopodobniej z inspiracji Gorbaczowa, który też zabiegał o zniesienie sankcji nałożonych na ZSRR za stan wojenny w Polsce. A gospodarka radziecka kulała znacznie bardziej niż polska. Wcześniej, latem 85, gdy generał spędzał zwyczajowo wakacje na Krymie. odwiedził go tam Gorbaczow i poinformował o planowanej głasnosti i pieriestrojce. Zalecał też generałowi złagodzenie kursu wobec opozycji.

Wojciech Jaruzelski poleciał do Nowego Jorku przede wszystkim po to, by przełamać izolację międzynarodową, jakiej był poddany od 13 grudnia 1981. Nie odwiedził go, ani nie zaprosił do siebie od tamtej daty ani jeden polityk zachodni. Generał wykorzystał więc kolejne Zgromadzenie Ogólne ONZ, na które Waszyngton nie mógł mu zakazać przybycia do USA, by pokazać się na politycznej arenie najwyższego szczebla – w ONZ. A przy okazji spotkał się z banksterskim „filantropem”. Razem z nim brało udział w tym spotkaniu wiele innych osób, relacje o tym spotkaniu były w gazetach. Nie był to żaden spisek. Pomijając wiele uprzejmości i grzeczności z obu stron, generał wielokrotnie powtarzał, że sankcje gospodarcze i finansowe nie pozwalają na szybkie uporanie się z kryzysem gospodarczym i nalegał, by były łagodzone, a najlepiej zniesione. Bankster nalegał na liberalizację polityki wewnętrznej, zaprzestanie represji wobec opozycji, dopuszczenie jej do sejmu i liberalizację gospodarki poprzez dopuszczenie w niej zagranicznego kapitału i choć w ograniczonym zakresie mechanizmów wolnorynkowych.

Od jesieni 1985 faktycznie nastąpiła liberalizacja. SB złapała akurat wtedy kolportera kluczborskiej „Stobrawki” – miał kilkaset egzemplarzy. Wcześniej groził za coś takiego areszt tymczasowy, a jego nie przymknięto nawet na 48 godzin. Po przesłuchaniu i spisaniu zeznań puszczono go do domu. Na rozprawie z wolnej stopy dostał grzywnę i 30 godzin do odpracowania w czynie społecznym na rzecz PCK. Tak więc liberalizacja miała miejsce, ale nalegał na nią i Gorbaczow, a nie tylko bankster. A ponadto samej władzy zależało na liberalizacji, by uwiarygodnić postępującą normalizację sytuacji w kraju.

Także w gospodarce pojawiły się zmiany. W listopadzie 1985 Zbigniew Messner zastąpił generała na stanowisku Prezesa Rady Ministrów i rozpoczął powolne zmiany w kierunku prywatyzacji i otwarciu na zachodni kapitał. Ale i w tym wypadku nie wiadomo, czy większy wpływ miał bankster, czy Gorbaczow. Zresztą liberalizacja gospodarki mogła faktycznie poprawić zaopatrzenie rynku w towary konsumpcyjne, co mogło poprawić nastroje społeczne. Więc i w tym przypadku zdrady generała może dopatrywać się tylko ktoś, kto z góry jest do niego uprzedzony. Zdecydowanie jednak przeciwstawiał się generał podszeptom z różnych stron o ponownej legalizacji Solidarności. Gdy  pod koniec kwietnia 1988 wybuchła pierwsza fala strajków, domagających się właśnie tego, nakazał spacyfikować je siłowo. A podczas uroczystości święta 1 maja 1988 publicznie stwierdził, że władza będzie bronić socjalizmu tak, jak broni się suwerenności. Generał nadal twardo stał na gruncie ideologii PRL. Latem odwiedził Polskę Gorbaczow. Dupoliz, użyteczny idiota Rosiewicz, merdał przed nim ogonem na Wawelu:

.

W czasie tej wizyty Gorbaczow poufnie poinformował kierownictwo partyjne, że ZSRR rezygnuje z tzw. „doktryny Breżniewa”, która była uzasadnieniem dla interwencji wojskowej w Czechosłowacji w roku 1968. Oznaczało to, że jeśli w Polsce dojdzie do „kontrrewolucji”, generał nie może już liczyć na bratnią pomoc. V kolumna w PZPR poinformowała o tym V kolumnę w opozycji. Krótko po wyjeździe Gorbaczowa doszło do drugiej fali strajków. Początkowo władze próbowały zastraszyć strajkujących wojskiem, ZOMO weszło na teren szeregu strajkujących zakładów, choć bez pałowania, a jedynie w ramach pokazu siły, Urban zaś oświadczył, że władza nie będzie pertraktowała pod strajkowym pistoletem. A jednak coś się zmieniło – Kiszczak w tv 26 sierpnia wyraził zgodę na rozmowy okrągłego stołu z przedstawicielami różnych grup społecznych, a dwa dni później plenum KC PZPR wyraziło zgodę na rozmowy z opozycją. Tu było widać rękę V kolumny we władzach PZPR – i naciski Moskwy. Następnie Kiszczak zatelefonował do Bolka, ten wygasił strajki i zaczęła się Magdalenka – pod patronatem  przedstawicieli kościoła (sojusz kościoła z żydowską opozycją). I to był początek końca PRL.

.

Tu przytoczę jeszcze słowa generała o tamtym okresie:

Do roku 1988-1989 byłem przekonany, żyłem w tym przekonaniu, że w Polsce utrzyma się socjalizm, że będzie zmodernizowany, zmieniony, ulepszony, zdemokratyzowany, dostosowany do nowych czasów. Ja tego układu broniłem. I dopiero gdy zobaczyłem, że obronić się nie da, ustąpiłem.

A tu opinia Albina Siwaka o generale:

Wracając do Jaruzelskiego, to jestem pewien, że on miotał się pomiędzy Moskwą, gdzie przecież zdobył zaufanie, a Zachodem, dla którego trzymał Rakowskiego, a którego zadaniem było utrzymanie łączności i wiarygodności. Potwierdzeniem tego może być fakt, że również w swoim otoczeniu miał dwie grupy, jedną promoskiewską i drugą prozachodnią. W głębi duszy marzył o Polsce lewicowej i socjaldemokratycznej, związanej z Moskwą ze względu na granicę zachodnią. Przy tym pragnął też Polski, w dużym stopniu niepodległej. Często, między wierszami, takie snuł marzenia i myślę, że był czas, że w nie wierzył i liczył, że to on stanie na, czele tych przemian. Te marzenia znajdowały też potwierdzenie w innych źródłach, ale okazało się, że przeszkody okazały się zbyt duże i okazały, się nie do pokonania (…).

I jeszcze taka piosenka:
.
Ciemna noc 13 grudnia
Plaga anarchii osiągnęła szczyt
Nad krajem chmury były coraz większe
Dojrzewał spisek – oto żydowski duch
.
W tę mroźną noc wszystko się urwało
Przecięta została wszelka buntu nić
Aresztowano wszystkich wichrzycieli
Cała semicka klika wpadła w sieć
.
Dziękujemy za wasze oddanie
Dziękujemy że broniliście nas
Dziękujemy wam za postawę
Wielki zryw w pamięci żeby trwał
.
Dziś dziękujemy za to naszym chłopcom
Że wtedy stanęli by bronić naszych chat
Że przed zalewem anarchii i żydostwa
Bronili dzielnie nasz schorowany kraj
.
Dziś dziękujemy za ład i porządek
Za wielką ofiarność w czasie tamtych dni
To stan wojenny przekreślił plagę fałszu
Odkrył przed światem syjonistyczną grę!

.

Na koniec generał Jaruzelski ustąpił. Miał zbyt wielu wrogów: całą opozycję,  „polski” kościół, Watykan, cały zachód, V kolumnę we władzach – a na koniec i Moskwę, która za cenę zniesienia sankcji USA  zdradziła Warszawę. Generał mógł, jak w Rumunii Ceaușescu, walczyć do końca o utrzymanie się przy władzy. Tam zginęło w ciągu 12 dni w grudniu 1898 ponad 1100 osób. W Polsce ofiar mogło być wielokrotnie więcej.

I jeszcze jeden, ostatni już mit, kolportowany nadal przez ludzi, którzy wciąż walczą z komuną, bo i takich don Kichotów nadal nie brakuje. Znam niejednego osobiście (co niektórzy koledzy z obozu internowanych). Twierdzą – i słusznie – że okrągły stół był oszustwem. Twierdzą też – co jest już bzdurą, że dzięki okrągłemu stołowi  komuniści uwłaszczyli się i nadal Polską rządzą. Uwłaszczyła się żydowska V kolumna zarówno z opozycji jak i z obozu władzy. Ci z PZPR nigdy nie byli komunistami – udawali wierność marksizmowi-leninizmowi dokąd było to konieczne, by funkcjonować we władzach. Gdy było już pewne, że PRL upadnie, odrzucili dotychczasową socjalistyczną „mimikrę” i stali się piewcami kapitalizmu, do którego tęsknili od zawsze. Nazywanie ich komunistami i twierdzenie, że komuna rządzi nadal jest po prostu absurdem.

Powyższy wpis wraz z jego pierwszą częścią jest moim osobistym rozliczeniem się z moją własną przeszłością, jako zagorzałego zwolennika Solidarności, wroga systemu i władz PRL. System ten miał wiele wad. Ale miał i zalety. Nigdy wcześniej i nigdy później szary Polak nie posiadał takiego bezpieczeństwa socjalnego jak w PRL. Nikomu, kto chciał pracować, nie groziło bezrobocie. Nikogo nie wyrzucano na ulicę, jeśli nie miał na czynsz. Szpitali nie zamykano a budowano. Dzieci z najbiedniejszych nawet rodzin miały możliwość, jeśli tylko chciały się uczyć, na awans społeczny, ukończenie studiów i zostanie magistrem, inżynierem, lekarzem czy prawnikiem. Miliony dzieci rok w rok na wakacjach jeździły na bezpłatne kolonie letnie.

To już się nie wróci – przynajmniej do czasu, dokąd w Polsce panuje chciwy, złodziejski kapitalizm.

W młodości byłem wrogiem systemu i władz PRL. A dzisiaj tęsknią za tamtą Polską, Ludową…

opolczyk

PS

Komentarze szkalujące generała Wojciecha Jaruzelskiego będą bezwzględnie tępione.

.

.

Wielka parada czy tylko mistyfikacja potęgi militarnej…

.


.
Obejrzałem dzisiaj strasznie przydługawą i nudnawą defiladę w Warszawie z okazji Dnia Wojska Polskiego.
Najpierw o dacie tego święta – rocznicy bitwy pod Warszawą w roku 1920, nazywanej cudem nad Wisłą, choć w przebiegu bitwy prawie żadnego cudu nie było (o jedynym „cudzie” tej bitwy jeszcze wspomnę). Siły były prawie wyrównanie, tyle że polskie wojsko posiadało jeszcze dwie eskadry lotnicze, a Rosjanie nie mieli ani jednego samolotu. Armia rosyjska u schyłku caratu była jedną z najgorzej wyszkolonych i uzbrojonych armii europejskich. W polskim dowództwie byli natomiast dobrze wyszkoleni w armii austriackiej dowódcy. Było w dowództwie też dwóch byłych oficerów armii rosyjskiej (Leonard Skierski i Wacław Iwaszkiewicz), którzy znali metody walki rosyjskich wojsk, ich zalety i słabości. Ponadto w Rosji nadal trwała wojna domowa, wojna z obcą interwencją, tak więc Rosja nie mogła wysłać w odwecie za „wyprawę kijowską” Piłsudskiego liczniejszych wojsk. Kontratak rosyjskich bolszewików był reakcją na szaloną i skończoną kompletnym fiaskiem militarnym i politycznym wojenkę „naczelnego wodza” nazwaną „wyprawą kijowską”.

Tuż przed bitwą warszawską Piłsudski złożył rezygnację z dowództwa na ręce premiera Witosa i udał się, jak głosi fama, do kochanki. Dopiero na wieść o odwrocie bolszewików spod Warszawy błyskawicznie wrócił na front, a po zamachu majowym kazał sobie przypisać zwycięstwo z roku 1920. Tuż po zamachu stanu w maju 1926 nakazał aresztować wielu generałów, w tym faktycznego zwycięzcę bitwy, generała Rozwadowskiego. W więzieniu Rozwadowski zachorował, po roku więzienia został zwolniony, zmarł w październiku 1928. Sanacja nie zezwoliła na sekcję zwłok, co pozwala  przypuszczać, że Rozwadowski nie zmarł z przyczyn naturalnych, a prawdziwą przyczynę zgonu sanacja musiała ukryć.

Jedynym cudem w bitwie warszawskiej było „zaginięcie” 10 tysięcy polskich żołnierzy. Cytuję za wiki: Straty strony polskiej wyniosły: ok. 4,5 tys. zabitych, 22 tys. rannych i 10 tys. zaginionych. Gdzie mogło zaginąć pod Warszawą 10 tysięcy polskich żołnierzy? To nie była bitwa na dzikich polach, daleko od granic Polski, a pod Warszawą. Nie dostali się do niewoli, bo rozbita armia rosyjska uciekała w popłochu, 60 tysięcy rosyjskich żołnierzy dostało się do polskiej niewoli, a 45 tysięcy internowali Niemcy. No więc gdzie zaginęło 10 tysięcy polskich żołnierzy? Dlaczego żaden historyk nie szuka odpowiedzi na to pytanie – na ten faktyczny cud nad Wisłą? Ze zwycięskiej armii polskiej pod Warszawą wyparowało 10 tysięcy żołnierzy.

A może było tak – zmobilizowano przymusowo żydowskich obywateli, ci skorzystali z zamętu bitewnego, nawiali, zmienili nazwiska i adresy i tyle ich widziano. Stąd wiki musi informować, że 10 tysięcy polskich żołnierzy w tej bitwie „zaginęło”.

Są tacy, którzy zaliczają bitwę warszawską do 20 najważniejszych bitew świata. A mnie to dziwi. Armia rosyjska była słabsza od polskiej (mimo „zaginięcia” 10 tys. „naszych” żołnierzy), sromotnie przegrała, a nawet gdyby i rozgoniła polskie wojska pod Warszawą, nie byłby to koniec tej wojny i polskie wojska nadal by z Rosjanami walczyły. Porównując bitwę warszawską z Grunwaldem czy Wiedniem, była to moim zdaniem tylko taka większa potyczka. Ale jak nie ma się pod ręką rzeczywiście wielkiego zwycięstwa, to się je kreuje nazywając zwycięstwo nad słabszym przeciwnikiem cudem nad Wisłą.

Być może tak się robi i po to, by ukryć i zepchnąć w niepamięć los rosyjskich jeńców wojennych, z których w ciągu trzech lat niewoli w polskich obozach zmarło jakieś 16-18 tysięcy. To nie przynosi chluby ani II RP, ani polskiemu orężowi.

Defilada z okazji Dnia Wojska Polskiego była o wiele za długa. Zwłaszcza przemówienia ob. Nawrockiego i ministra obrony Kosiniaka-Kamysza były niepotrzebnie tasiemcowe, pełne patosu, demagogii i ględzenia o niczym, oraz nawoływaniem do patriotyzmu i jedności. Zachwalali nasze bezpieczeństwo dzięki sojuszowi z NATO. Był taki wódz ateński, Fokion, który powtarzał: jeśli nie jesteś najsilniejszym, bądź przyjacielem najsilniejszego. Najsilniejsi nie jesteśmy, więc powinniśmy szukać najsilniejszego przyjaciela. Czy NATO jest najsilniejsze i czy może być gwarantem naszego bezpieczeństwa? Prowadziło niejedną okupację z wykorzystaniem naszych żołnierzy (Afganistan, Irak), nie jest więc sojuszem obronnym a agresywnym, imperialistycznym. Realizuje własne cele, a polskie wojsko po prostu wykorzystuje, by oszczędzać swoich żołdaków. Teraz prowadzi już piąty rok wojnę proxy z Rosją i przegrywa. Filar zaś NATO – usrael – właśnie zebrał solidne baty od Iranu. Czy z przegranymi powinniśmy się wiązać? A ile są warte gwarancje państw jak Anglia i Francja, naszych obecnych sojuszników, przekonaliśmy się w roku 1939. No i czy Niemcy będą gwarantem nienaruszalności granicy na Odrze i Nysie, jak kiedyś takim gwarantem był ZSRR – wątpię.

Jedynie za co mogę pochwalić Kosiniaka-Kamysza, to za pomysł postawienia pomnika generałowi Rozwadowskiemu. Zasłużył na niego o wiele bardziej niż samozwańczy marszałek.

Przemarsz wojsk był przydługawy. Gdyby Rosjanie na Placu Czerwonym maszerowali jak u nas, w szyku czwórkowym, parada w Moskwie trwałaby pół dnia. A trwa krócej:

.

Pokaz sprzętu pancernego wypadł imponująco. Zwłaszcza sojusznicze Abramsy. Widać je było też w Moskwie.

.

Ile wart był prezentowany na  defiladzie sprzęt na rzeczywistym współczesnym polu walki – nie wiem. Ale nie przypuszczam, że byłby rewelacją przeważającą losy wojny. Najlepszy NATO-wski sprzęt na UPAinie nie pomógł kijowskiej juncie. A Rosja i tak walczy „oszczędnie”. Gdyby uderzyła wszystkim co ma w europejskich wasali NATO, zostałaby z nich tylko dymiąca radioaktywna pustynia. Na Polskę wystarczyłyby dwa uzbrojone w głowice atomowe Orieszniki.

.Jeśli nie jesteś najsilniejszy, bądź przyjacielem najsilniejszego. Najwyższy czas przestać być wasalem imperializmu zachodniego i poszukiwać najsilniejszego  przyjaciela i sojusznika, tam gdzie on jest – na Wschodzie.

opolczyk

.

PS
.
Gdyby „zła” komuna nie wybudowała w latach 70-tych Wisłostrady, czecia erpe nie miałaby gdzie prezentować jej „potęgi militarnej”.

.

Czym był NSZZ Solidarność (część pierwsza) …

.


.
Jak co rok, zaczyna się właśnie okres uprawiania państwowego kultu NSZZ Solidarność. Wszak strajk w Stoczni Gdańskiej im. Lenina, rozpoczęty 14 sierpnia 1980, zakończył się właśnie utworzeniem tego Związku. Wprawdzie strajki w wielu zakładach w całej Polsce, wygaszane szybko przyznawanymi podwyżkami płac, trwały już od lipca, przełomem był właśnie strajk w Stoczni Gdańskiej. Nie można jednak zrozumieć czym, z czyjej inicjatywy i w jakim celu powstał NSZZ Solidarność, bez spojrzenia wiele lat wstecz, nim ów Związek powstał.
Niestety, aby szczegółowo opisać wszystkie drogi, kręte ścieżki, wątki i działalność wielu ludzi, organizacji, instytucji i zachodnich tajnych służb, których ostatecznym ukoronowaniem było powstanie NSZZ, wyszłoby kilka grubych tomów. Pójdę więc mocno „na skróty”. Każdy, kto układał puzzle wie, że w wielu wypadkach, gdy mnóstwo puzzli nie jest jeszcze na swoim miejscu, już można rozpoznać, co będzie na kompletnym obrazku:
.


.
Polska Rzeczpospolita Ludowa była członkiem Bloku Wschodniego – Układu Warszawskiego i RWPG (Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej). Blok Wschodni był solą w oku kapitalistycznego zachodu, USA, NATO i poprzedniczki Unii Europejskiej, EWG – czyli Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. Rywalizacja między tymi dwoma blokami przez dziesięciolecia dominowała w polityce światowej. Początkiem upadku Bloku Wschodniego, co retrospektywnie można obecnie stwierdzić, było utworzenie w Polsce NSZZ Solidarność – konia trojańskiego kapitalistycznego zachodu. Przy określeniu kapitalistyczny zachód należy pamiętać, że gdy powstawał NSZZ Solidarność, w zachodniej Europie ok. połowa gospodarki była państwowa lub komunalna, a tylko druga połowa była kapitalistyczna, prywatna. Po upadku Bloku Wschodniego zaczęła się na zachodzie zmasowana prywatyzacja i budowa rzeczywistego kapitalizmu, ze wszystkimi związanymi z tym negatywnymi skutkami społecznymi. Wcześniej, przed upadkiem Bloku Wschodniego, ludności zachodu zafundowano przejściowy okres dobrobytu z powodów propagandowych. Chodziło o wykazanie wyższości kapitalizmu nad socjalizmem. Obecnie wszystkie osiągnięcia socjalne z tamtego okresu są krok po kroku sekowane.
.
Przygotowania gruntu w celu dokonania zamachu stanu w Polsce
.
Pierwszy puzzel
.
Zacytuję tu krótki fragment jednej z książek Albina Siwaka. W druku podano błędną datę 11 czerwca 1978. Chodziło oczywiście o czerwiec 1976 i tzw. „wydarzenia czerwcowe” w roku 1976:
.
Najogólniej rzecz biorąc Żydzi podzielili ludzi sprawujących władzę na swoich i obcych. Postanowiono odsuwać od władzy i z życia społecznego ludzi nieżyczliwych Żydom. Nadal jednak dość chłodno odnosiłem się to tych wiadomości. Poważnie zainteresowałem się sprawą dopiero po otrzymaniu kolejnej informacji mówiącej o nadzwyczajnym posiedzeniu prezydium Centralnego Komitetu Żydów, w dniu 11 czerwca 1978 roku, w którym zasiadały osoby, które jednocześnie pełniły wysokie funkcje w polskim rządzie i w Biurze Politycznym PZPR. Rozpatrywano tam sprawę podwyżek cen na artykuły żywnościowe, w tym mięsne aż o 80%. W czasie obrad tego żydowskiego prezydium padły tam słowa: “Trzeba potrząsnąć drzewem, żeby spadły zepsute owoce”. Tymi “zepsutymi owocami”, które chciano strząsnąć z drzewa mieli być Gierek i Jaroszewicz.
.
Wytypowane zostały zakłady, w których dojdzie do rozruchów, a więc będzie to “Ursus” i radomski “Walter” oraz “Naftoremont”. Oszołomiony tą informacją z początku nie mogłem uwierzyć, że możliwe jest takie manipulowanie załogami robotniczymi. Jednak po dwóch dniach słyszę w Sejmie jak Premier Jaroszewicz mówi: Mięso i jego przetwory zdrożeją o 69%, a drób o 300%, oraz, że towarzysz Pierwszy Sekretarz Edward Gierek popiera te podwyżki.
.
Następnego dnia po wystąpieniu Premiera Jaroszewicza, tj. 25 czerwca dochodzi do fali strajków i protestów w Radomiu, Ursusie i Płocku.
.
Wydaje się, że nie popełnię błędu, gdy stwierdzę, że plan żydowskiej V kolumny we władzach PRL był taki: przekonają Gierka i Jaroszewicza, że ze względu na narastający kryzys ekonomiczny podwyżki żywności, i to wysokie, są konieczne. Naiwnych i łatwowiernych Gierka i Jaroszewicza przekonano. O czym ci dwaj nie wiedzieli, ci sami żydowscy członkowie rządu i PZPR już wytypowali zakłady, w których po ogłoszeniu podwyżek cen dojdzie pod kierownictwem prowokatorów do „spontanicznych” strajków i protestów. Ten zamach stanu, skierowany przeciwko nim, Gierek i Jaroszewicz jednak przetrwali. Następnego – w sierpniu 1980 – już nie.
Albin Siwak był oszołomiony tym i nie mógł uwierzyć, jak łatwo wroga Gierkowi i Jaroszewiczowi żydowska V kolumna we władzach PRL manipulowała polskimi robotnikami. Ale podobnie było i w grudniu 1970, który był zamachem stanu przeciwko Władysławowi Gomułce, jak i w sierpniu 1980 – kolejnym zamachu stanu przeciwko Edwardowi Gierkowi i Piotrowi Jaroszewiczowi. A w marcu 1968 ta sama żydowska V kolumna zmanipulowała studentów w pierwszym nieudanym zamachu stanu przeciwko Władysławowi Gomułce. W tym puzzlu ważna też jest informacja, że przedstawiciele wrogiej PRL żydowskiej V kolumny zajmowali wysokie stanowiska w rządzie i w PZPR i posiadali swoje „pasy transmisyjne” – długie ręce do manipulowania robotnikami. Ale – dodam tu od siebie –  była ta V kolumna i w opozycji. A po czerwcu 1976 mocno się ona uaktywniła. Na fali czerwca 1976 powstał KOR, który rzekomo miał bronić robotników. Wielu jego członków, już po „transformacji”, weszło do elit III RP, czy raczej czeciej erpe. Losem robotników, wywalanych z pracy na ulicę, nie przejmowali się już. Jedynie Kuroń bezrobotnym i bezdomnym fundował „kuroniówkę”, rzadką zupkę:
.


.
Reszta „obrońców” robotników z roku 1976 od roku 1989 miała robotników w nosie.
Z KOR-em wiąże się kolejny puzzel naszej układanki.
.
Albin Siwak wspomniał w jednej z książek o tajnym sprzysiężeniu w MSW, które konspiracyjnie sporządziło listę Żydów udających Polaków. Przytoczę dwa fragmenty, skracając własnymi słowami sprawy mniej ważne:
.
W latach 1980-88 powstał w MSW zespół ludzi do sprawdzenia pochodzenia narodowego około 1700 osób. Ten zespół był oczywiście nielegalny, powołany bez wiedzy i akceptacji ze strony Kiszczaka i Jaruzelskiego. Wybrano i zaprzysiężono grupę ludzi sprawdzonych i wiernych idei, jaka przyświecała inspiratorom tego pomysłu. Przez dwa lata grupa pracowała dobrze i miała już dużą ilość materiału. Sięgano nie o jedną zmianę nazwiska do tyłu, lecz o dwie, gdyż np. wałbrzyski komitet centralny Żydów zalecił dwa razy zmieniać nazwiska. Praca była mozolna i trudna, ale wykonalna. I jak to w życiu bywa, czasami zwykły przypadek może pokrzyżować plany. Praca była prawie na ukończeniu, ale grupa oficerów postanowiła sprawdzić również Jaruzelskiego. Wiadomo przecież, gdzie żyli Jaruzelscy przed wojną i tam też pojechali sprawdzić. Trzech oficerów pokazało oficjalnie proboszczowi swoje legitymacje służbowe i poprosili go o księgi gdzie odnotowano wszystkie chrzty (…).
.
Proboszcz naturalnie udostępnił im księgi parafialne, przyznał się, że współpracuje z SB i poprosił o załatwienie mu rur do budowanego społecznie wodociągu. Oficerowie MSW odesłali go do siedziby KC PZPR w Warszawie, do towarzysza Albina Siwaka. Proboszczowi udało się dostać do siedziby KC PZPR, natknął się przypadkiem na Józefa Czyrka, członka Biura Politycznego i wygadał się o oficerach sprawdzających księgi parafialne w rodzinnej miejscowości generała Jaruzelskiego. Czyrek wszczął alarm, doprowadził do „trzęsienia ziemi” w MSW, przez co spiskowcy zakończyli ich działalność. Ale:
.
Grupa oficerów musiała na tym zakończyć, gdyż Czyrek spowodował trzęsienie ziemi w MSW. Teraz jeden drugiego śledził. Ale duży dokument w formie książeczki zrobili. Było w tym dokumencie 1700 nazwisk z rodowodem dokładnie sprawdzonym.
I tu Żydzi zadziałali bardzo chytrze. Wydali taką samą książeczkę. Taki sam papier i czcionkę. Te same symbole w tytule. Ale zawierał już nie 1700 nazwisk, a 2500. Wsadzili między Żydów – rdzennych Polaków.
.
Pamiętam, jak krążył już dawno temu taki dowcip: oficjalnie w Polsce mieszka około tysiąca Żydów, z czego w samych tylko mediach pracuje ich trzy tysiące. Lista sporządzona przez funkcjonariuszy MSW obejmowała tylko tych najbardziej znanych: byli wśród nich przedstawiciele władz państwowych i partyjnych, wojska, środowisk twórczych, zwłaszcza środowisk literackich (pisarze), przedstawiciele mediów (tv, radio, gazety) i środowisk naukowych i szkół wyższych. No i oczywiście przedstawiciele opozycji, której liderami byli prawie sami Żydzi.
I tu wracam do KOR-u. Wiki podaje nazwiska pierwszych 14 członków założycieli. Jest wśród nich tylko jedna osoba z nazwiskiem łatwo rozpoznawalnym jako żydowskie: Aniela Steinsbergowa. Myślę, że celowo z jej nazwiskiem została dokoptowana do grona założycieli. Miało to sugerować, że owszem, ktoś z pochodzeniem żydowskim jest członkiem założycielem KOR-u, ale reszta to już sami tylko prawdziwi Polacy. Idę jednak o zakład, że proporcja była wręcz odwrotna.
KOR stał się popularny, zdobył wpływy na środowiska robotnicze w dużych zakładach przemysłowych, miał też wielu współpracowników we wszystkich większych ośrodkach w Polsce (Gdańsk, Kraków, Wrocław, Łódź i in.). Także wśród nich nazwiska tylko wyjątkowo brzmią żydowsko (Blumstein), w ogromnej większości brzmią swojsko, czy wręcz czysto polsko. KOR wspierał aktywnie m.in. Seriusz Kowalski. Imię rosyjskie, nazwisko archetypem polskości. A sam Sergiusz Kowalski jest  od roku 2014 prezesem żydowskiej loży B’nai B’rith – Loża Polin (można sprawdzić w wiki). O tej loży jeszcze będzie w dalszej części.
KOR, niezwykle popularny i wpływowy w środowiskach warszawskiej opozycji, był głównym inicjatorem i współorganizatorem utworzonego w roku 1977 Uniwersytetu Latającego, przekształconego rok później w Towarzystwo Kursów Naukowych. Była to kuźnia narybku opozycyjnego, w której nadal indoktrynowano „swoich”, oraz prano mózgi przyjmowanym na kursy Polakom. Nikogo nie powinno dziwić, że jednym z wykładowców był np. Władysław Bartoszewski, znany w środowiskach warszawskiej opozycji. Według AI był etnicznym Polakiem, katolikiem, a pogłoski, że był Żydem to oszczerstwa jego wrogów. Ale w naszej historii, na przestrzeni wieków, niejeden Żyd dla pozoru dokonywać konwersji na katolicyzm. Było to długo dla Żydów korzystne. Tu przypomnę zapis ze Statutu Litewskiego, wprowadzony przez Zygmunta III Wazę w roku 1588: „Jeśliby Żyd który, albo Żydówka do wiary chrześcijańskiej przystąpili, tedy każda osoba i potomstwo ich za szlachcica poczytywani być mają”. Bartoszewski mógł uchodzić za Polaka, gdyż konwersji mógł dokonać jego dziadek, czy pradziadek. Ale jego miłość do żydowskiego żywiołu przeważała u niego nad lojalnością wobec Polski. Są w sieci raporty SB o nim, które są przynajmniej, jak na „etnicznego” Polaka, „dziwne”. Podaję krótkie fragmenty:
.
Posiadamy sprawdzone informacje, że Shavit Eliazer, pracownik izraelskiego MSZ będzie służbowo w ambasadzie Izraela w Warszawie, w dniu 23 XII 1963 roku wszedł w kontakt z Waszym figurantem Władysławem Bartoszewskim i jego przyjaciółką Anielą Mielec. Następnie Bartoszewski wraz z wymienionym Shavitem i II sekretarzem ambasady Baumanem odwiedził w mieszkaniu Shahama II sekretarza ambasady /zajmuje się wywiadem prasowym/, gdzie przebywał około czterech godzin.
(…)
W dniu 31 I 64 r. na odczycie Bartoszewskiego w rezydencji ambasadora Izraela było obecnych około 38 osób
(…)
Ze sprawdzonych informacji wynika, że w latach 1961-67 Wł. Bartoszewski współpracował z wywiadem izraelskim, któremu przekazywał w formie ustnych relacji informacje dot. stosunków politycznych, społecznych i gospodarczych w Polsce. Z uwagi na ówczesną sytuację polityczną oraz trudności w udokumentowaniu jego przestępczej działalności, nie postawiono Wł. Bartoszewskiego w stan oskarżenia. W latach tych dostarczał materiałów natury wywiadowczej także korespondentom prasy zachodniej w Polsce.
https://www.bibula.com/?p=52348
.
Można zapytać,  jak mógł „etniczny” Polak zdradzać własne państwo i to z Izraelem? Tu tylko przypomnę, że po wojnie sześciodniowej (1967) Polska wraz z całym Blokiem Wschodnim zerwała stosunki dyplomatyczne z Izraelem. Jego ambasada w Warszawie została zlikwidowana, a „etniczny” Polak został osierocony – nie mógł już odwiedzać ukochanej ambasady ukochanego Izraela, dla którego biło jego serce. No i nie był on zwykłą opozycyjną płotką. Pełnił 16 lat funkcję sekretarza generalnego PEN Clubu i miał duże „chody” na zachodzie:
.
W 1977 r. przebywał w Stanach Zjednoczonych na zaproszenie Departamentu Stanu. Do USA został zaproszony dzięki poparciu Zbigniewa Brzezińskiego, z którym utrzymuje kontakt od 1960 r., nawiązany podczas pobytu w USA. W rozmowie ze Zb. Brzezińskim przekazał szereg opinii i ocen na temat aktualnej sytuacji polityczno-społecznej w Polsce przed wizytą prezydenta J. Cartera w PRL w grudniu 1977 r.
.
I taki to „etniczny” Polak był liderem PEN Clubu i jednym z wykładowców Towarzystwa Kursów Naukowych. No i znanym aktywistą warszawskiego NSZZ Solidarność.
.

.

Gdyby dobrze pogrzebać w kartotekach SB i w życiorysach elit opozycji, a także liderów NSZZ Solidarność i ich „doradców”, wiele, a dla zbyt wielu zbyt wiele „ciekawych” spraw wyszłoby na światło dzienne.
.
Kolejny puzzel układanki – gospodarka i finanse
.
Przytaczam kolejny krótki fragment z książki Albina Siwaka:
.
“(…) 4 stycznia 1972 roku w Warszawie zebrał się Centralny Komitet Żydów w Polsce. Mam wykaz nazwisk i tematy tam omawiane. Chodzi o to, żeby polską gospodarkę uzależnić od firm i finansjery żydowskiej w taki sposób, by po kilku latach Żydzi mieli decydujący wpływ na to, co się dzieje w Polsce. Wtedy, gdy otrzymałem te materiały nie byłem jeszcze politykiem ogarniającym swą wiedzą tę dziedzinę życia i polityki i dlatego nie zwróciłem większej uwagi na te sprawy. Jeśli poruszano temat Żydów, uważałem, że to Polacy “przeginają” niepotrzebnie temat.
.
Tu przyznam się szczerze, że nie jestem w stanie pojąć, dlaczego Gierek i Jaroszewicz nie przykładali uwagi do tych przytaczanych przez Albina Siwaka dokumentów, dostępnych tylko członkom elit partyjnych, niekiedy tylko członkom Biura Politycznego. Gdyby brali je na poważnie, ile nieszczęść mogłaby Polska uniknąć.
Tu pojawia się jednak pytanie – jak żydowska V kolumna we władzach państwowych chciała polską gospodarkę uzależnić od firm i finansjery żydowskiej? Odpowiedź znajdziemy w książce Rurarza pt: Byłem doradcą Gierka:
.


.
Rurarz, zdrajca (lub członek V kolumny, czyli oszukańczy „Polak”) i dezerter, po ogłoszeniu stanu wojennego, będąc akurat ambasadorem Polski w Japonii, poprosił władze USA o azyl polityczny i osiadł na stałe w Wirginii. W książce opisał, jak różni doradcy podsuwali Gierkowi pomysły na nowe inwestycje, które wszystkie okazywały się chybione i zamiast obiecywanych zysków, przynosiły straty poprzez pogłębianie zadłużenia w „twardej walucie”, jak wówczas nazywano u nas waluty zachodnie. Gierek naturalnie chciał dobrze, wierzył w hasło: Aby Polska rosła w siłę a ludzie żyli dostatniej, chciał zbudować „drugą Polskę”, ale został oszukany przez doradców. Możemy się domyślać, przez których – tych, o których pisał właśnie Albin Siwak, a którzy chcieli Polskę zadłużyć i uzależnić od żydowskiej finansjery. „Doradcy” podsuwali Gierkowi plany inwestycji w oparciu o zachodnie licencje (za które naturalnie trzeba było płacić „twardą walutą”), z dużą ilością zachodnich komponentów (które też trzeba było kupować za „twardą walutę”), obiecując wysokie zyski ze sprzedaży produktów końcowych na zachodzie. Rzeczywistość zweryfikowała owe obietnice. Moce produkcyjne polskich zakładów były w porównaniu do zachodnich dużo mniejsze, polskie komponenty w produktach końcowych miały gorszą jakość, także samo wykonanie (niedbalstwo pracowników) pozostawiało wiele do życzenia. Zyski ze sprzedaży na zachód były ostatecznie mniejsze niż koszta licencji i zachodnich komponetów. Dochodziło do tego, że zachodnie firmy odbierały ze względu na złą jakość produktów końcowych licencję (tak było z Grundigiem, przez co późniejsze magnetofony kasetowe przemianowano z Grundiga na Kasprzaka). Ale za zachodnie komponenty nadal trzeba było płacić „twardą walutą”. Zadłużenie wobec zachodu rosło, aby spłacać odsetki, eksportowano coraz więcej najbardziej chodliwego na zachodzie polskiego towaru – wyrobów mięsnych – co spowodowało zmniejszenie ich podaży w kraju. Grunt do wywołania przez podżegaczy buntu przeciwko władzom PRL był przygotowany.
.
Kolejny puzzel – obóz władzy
.
Na wszystkich szczeblach władz partyjnych, państwowych i administracyjnych, obok ludzi troszczących się o majątek państwowy i rozwój Polski, roiło się od karierowiczów, ludzi niekompetentnych, awansowanych ze względów ideologicznych. Szerzyły się na wszystkich szczeblach kumoterstwo i samowola. Ale – co jest ważne – była jeszcze opisywana przez Albina Siwaka wpływowa żydowska V kolumna, ulokowana nawet w rządzie i we władzach PZPR, nawet w Biurze Politycznym, które było najważniejszym ośrodkiem władzy w ówczesnej Polsce. Trudno jest określić, co przyniosło więcej szkód państwu – niekompetencja polskich karierowiczów czy sabotaż żydowskiej V kolumny. Niemniej jednak ich „połączone siły” sprawiły, że polska gospodarka kulała, co negatywnie wpływało na nastroje społeczne oraz na stosunek do władzy i do systemu politycznego i gospodarczego szerokich rzesz społeczeństwa.
Zarzuca się ówczesnym władzom, że represjonowały opozycję, co zresztą jest prawdą. Ale nie zapominajmy o tym, że trwała wtedy ostra rywalizacja, czy wręcz ideologiczna wojna na śmierć i życie między Wschodem a Zachodem. W USA zapadały za szpiegostwo na rzecz ZSRR nawet wyroki śmierci (małżeństwo Rosenbergów) lub dożywocia bez prawa warunkowego zwolnienia (Robert Hanssen czy Aldrich Ames). A u nas Bartoszewskiego za szpiegowanie na rzecz Izraela nawet nie aresztowano. Władze PRL (ich polska frakcja) miały świadomość tego, że wielu przedstawicieli i aktywistów opozycji utrzymywało kontakty z przedstawicielami zachodnich służb, byli przez nie wspierani, instruowani i często finansowani. W opozycji byli naturalnie też i Polacy, niechętnie czy wręcz wrogo ustosunkowani do władz i systemu politycznego Polski Ludowej. Chyba nie zdawali sobie sprawy z tego, że są nieświadomą agenturą zachodnich służb w wojnie ideologicznej kapitalistycznego Zachodu (który poznaliśmy obecnie na własnej skórze) z socjalistycznym Wschodem. Znam takich, którzy współpracowali z Radiem Wolna Europa. A przecież była to rozgłośnia finansowana przez USA, funkcjonowała pod ścisłym nadzorem CIA i realizowała dywersję ideologiczną wymierzoną w interesy PRL i całego Bloku Wschodniego. Oskarżenia władz PRL pod adresem wielu przedstawicieli opozycji, a później wielu aktywistów Solidarności, że są agenturą zachodu, były w sumie jak najbardziej uzasadnione.
Tu pozwolę sobie na krótką osobistą refleksję. Po tylu latach od tamtych wydarzeń widzę dzisiaj wyraźnie, że i ja byłem wtedy nieświadomym, naiwnym, użytecznym idiotą zachodnich służb. Płatnym ich agentem naturalnie nie byłem. Działałem na szkodę PRL na ochotnika i za darmo, wręcz dopłacałem do tego interesu z własnej kieszeni. Nie zmienia to faktu, że – będąc naiwnym idealistą, chcącym Polski wolnej, suwerennej, demokratycznej i praworządnej – dałem nabrać się na Solidarność i byłem użytecznym idiotą zachodnich służb.
.
Kolejny puzzel – społeczeństwo
.
No cóż, aby opisać zróżnicowanie polskiego społeczeństwa wtedy, w czasach PRL, na przełomie lat 70-tych i 80-tych, konieczny byłby gruby tom. W telegraficznym skrócie należy wspomnieć o szeroko rozpowszechnionej niechęci do Rosji i do utożsamianego z nią ZSRR, co miało w Polsce już (rusofobia) parowiekową „tradycję”. Szerokie rzesze społeczeństwa odnosiło się także do władz i systemu polityczno-gospodarczego PRL niechętnie. Tu było widać krecią robotę opozycji i wspierającego ją  kościoła. Ileż razy sam czytałem o władzy osadzonej na sowieckich bagnetach. To samo dotyczyło systemu polityczno-gospodarczego – uważano go za zły, bo narzucony „ze Wschodu”. Inną cechą u milionów Polaków było jakieś zaślepienie zachodem – wszystko co zachodnie, było lepsze; tam nawet sprzątaczka do pracy jeździła samochodem. No i była tam wolność i demokracja. A u nas tylko siermiężna komuna.
Etos pracy był w PRL zły. Owszem, było wielu Polaków pracujących solidnie, rzetelnie i wydajnie. Ale równie wielu, jeśli nie więcej, specjalnie do pracy nie przykładało się. Państwowe, czyli niczyje, nie moje. Czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy. Bądź dla odmiany czy się leży, czy się stoi, partia płaci, bo się boi. Ileż to razy, już po stanie wojennym słyszałem propagowane w szeregach opozycji hasło: im gorzej tym lepiej. Z takim nastawieniem wielu Polaków trudno było władzy gospodarkę naprawiać i wręcz ratować. Miliony Polaków narzekało na brakoróbstwo, na buble w sklepach. Ale kto był winny brakoróbstwu i bublom? Sami Polacy. Ileż to razy własne niechlujstwo, brakoróbstwo, niegospodarność i nieodpowiedzialność zwalano na władzę – ona była winna wszystkiemu, co złe. Nie mówię – władzy można było wiele rzeczy słusznie zarzucać, ale społeczeństwu też. Bo i ono dołożyło ręki do słabości gospodarczej i niskiego poziomu życia materialnego w PRL. Już w okresie po sierpniu 1980 w rozmowach z rodakami zauważyć można było u wielu ambiwalencję – obawiali się kapitalizmu, a zwłaszcza związanego z tym systemem bezrobocia, a z drugiej strony psioczyli na niski poziom życia w socjalizmie. Odnosiło się wrażenie, że chcieliby pracować jak w socjalizmie, byle jak, nie troszcząc się o jakość pracy, ale żyć chcieli jak w kapitalizmie – na wysokim poziomie, każdy z samochodem,  twardą walutą w portfelu i paszportem w kieszeni.

Szeroko rozpowszechniona w PRL rusofobia i niechęć do systemu oraz władz znane były na zachodzie, zwłaszcza tajnym służbom, na czele z CIA. I to postanowiono wykorzystać z czynną i uczynną pomocą żydowskiej V kolumny we władzach PRL i w opozycji.
.
Przedostatni puzzel – kościół (naturalnie katolicki) i CIA
.
Tu myślę, że wystarczy kilka krótkich cytatów:
.
Sekrety Watykanu: Jak papież-Polak Jan Paweł II zaprzągł polskich księży do współpracy z CIA przeciw PRL
(…)
Tuż po swoim wyborze na Stolicę Piotrową Jan Paweł II zreformował instytucję odpowiedzialną w Watykanie za wywiad i kontrwywiad (uwaga red.: na jej czele stał watykański dyplomata, arcybiskup Luigi Poggi). Tajna służba Stolicy Apostolskiej, współpracując z CIA, odegrała bardzo ważną rolę w zakończeniu zimnej wojny i obaleniu komunizmu.
(…)
Jesienią 1978 roku arcybiskup Poggi doprowadził do podpisania tajnego porozumienia Sodalitium Pianum z CIA. Efektem było rozpoczęcie wspólnej operacji wywiadowczej o kryptonimie „Otwarta księga”. Polegała ona na dostarczaniu do krajów socjalistycznych, na Ukrainę i do republik bałtyckich zakazanej literatury antykomunistycznej oraz przetłumaczonej prasy katolickiej.

Sekrety Watykanu: Jak papież-Polak Jan Paweł II zaprzągł polskich księży do współpracy z CIA przeciw PRL


.


.
Zaiste, symboliczne jest powyższe zdjęcie – sojusz Watykanu z żydowską opozycją. Castel Gandolfo, 10 sierpnia 1989. Sojusznicy, obalacze PRL, dyskutują nad wspólną budową na gruzach Polski Ludowej „społeczeństwa obywatelskiego”.
.
Ostatni puzzel – skąd się wzięła nazwa powstałego związku „Solidarność”
.
Jest taka książka Anny Kargol pt: Zakon Synów Przymierza. Krakowska Loża „Solidarność 1892-1938:
.


.
W książce na stronie 250 autorka pisze o pierwszej na ziemiach polskich, powstałej w Krakowie (wówczas pod zaborem austriackim) żydowskiej loży B’nai B’rith o nazwie „Solidarność”:
.


.
Czy jest to tylko przypadek? Pierwsza żydowska loża na ziemiach polskich nazywała się „Solidarność”. Pierwszy niezależny i samorządny związek zawodowy w Polsce Ludowej nazywał się – jak żydowska loża prawie sto lat wcześniej – „Solidarność”.
.
Na tym kończę przegląd najważniejszych puzzli, które ułożone w jeden spójny obraz pokazują, jak doszło do kryzysu gospodarczego u schyłku rządów Edwarda Gierka (i kto za tym stał), co przyczyniło się do powstania NSZZ Solidarność – konia trojańskiego, wrogiego Polsce Ludowej, kapitalistycznego zachodu.
.
Koniec części pierwszej.
.
opolczyk
.

.