Czciciel Joszue Dariusz Wołosiuk o „religii” Słowian…

 

Wymysłów w kontekście Słowiańszczyzny nie toleruję…
Na neonie 24 Zbigniew Jacniacki zamieścił tekst Dariusza Wołosika o „religii” Słowian pt: „Słowianie byli religijni „inaczej” ?”
https://zbigniew1108.neon24.pl/post/163982,slowianie-byli-religijni-inaczej

Niestety nie zgadzam się z opinią Zbigniewa Janickiego odnośnie tego tekstu: „Argumentacja autora poniższego tekstu jest, moim zdaniem, logiczna. Wiele wieków czcimy „tradycje”. Czas się im przyjrzeć.”

Tekst zawiera kilka co najmniej kardynalnych błędów i dezinformacji, choć kilka myśli autora wydają się, a nawet są w sumie przynajmniej ogólnie słuszne. Niemniej błędne wymysły i dezinformacje przeważają.

Dariusz Wołosik ma rację pisząc, że u Słowian długo (od siebie dodam – całe tysiąclecia) nie istniała instytucja kapłanów, nie było świątyń, ba – nawet nie były znane posągi bogów. Miejsca kultu, miejsca święte, były na wolnym powietrzu, w świętych gajach, na świętych wzgórzach, nad świętymi jeziorami czy przy świętych źródłach. Niekiedy otaczano święte miejsca kamiennymi kręgami, by podkreślić ich wyjątkowość. I to były jedyne ich „ozdoby”. Instytucja kapłanów i świątynie pojawiły się u Słowian b. późno na pograniczu Słowiańszczyzny ze światem krystowierczym. Były to, o czym wielokrotnie w przeszłości pisałem, obce naleciałości. Bogowie Słowian nie potrzebowali przez tysiąclecia ani kapłanów, ani świątyń. A nawet posągów.

Tu krótka dygresja – jakkolwiek posągi bogów przez tysiąclecia były u Słowian nieznane, dzisiaj w ruchu pogańskim, rodzimowierczym spełniają ważną rolę – w kraju pokrytym krystowierczymi krzyżami-rzymskimi szubienicami przypominają, że Polska to kraj słowiański i że przed nadjordańską zarazą i nadjordańskimi idolami nasi praprzodkowie mieli własne wierzenia, własnych bogów i własną kulturę. Są znakiem i symbolem identyfikacyjnym tych Polaków, którzy powrócili do słowiańskiej, pogańskiej kultury i tradycji. I stąd i ja mam w mieszkaniu własny posąg Świętowita:

 

Mój nowy posąg Świętowita…

Ale myli się autor pisząc, że w wierzeniach pierwotnych istniały tylko afirmacje, natomiast nie było w nich oddawania czci bogom, Siłom Natury czy Siłom Wyższym. I Indianie wielkich prerii oddawali cześć bezosobowej Sile Twórczej. Lakoci nazywali ją Wakan Tanka (https://pl.wikipedia.org/wiki/Wakan_Tanka), którą to krystowiercy przerobili na „Wielkiego Ducha” – odpowiednika ich fikcyjnego osobowego boga. I dzicy Indianie czcili Naturę, Przyrodę i Matkę Ziemię. Czcili nawet zabijane bizony, przepraszając ich duchy za to, że musieli je zabić i dziękując im, że dzięki nim unikną głodu. Wszak cześć można oddawać w różny sposób, bez klęczenia przed zbitymi deskami i bez bicia się w piersi i powtarzania „panie zmiłuj się nad nami”. I zapomina autor, że pogański szaman (faktycznie „psycholog, lekarz, egzorcysta, duchowy przewodnik”) w wypadku ciężkiej choroby czy klęski żywiołowej wzywał życzliwe ludziom Wyższe Siły na pomoc, a siły „złe”, wywołujące choroby czy klęski żywiołowe różnymi ofiarami próbował udobruchać. Wszak u wszystkich pierwotnych ludów obok świata materialnego istniał i świat niematerialny, pełen wyższych i niższych istot duchowych, z których wiele było groźnych, złośliwych, i które należało amuletami i zaklęciami trzymać w ryzach, a w razie konieczności łagodzić ich gniew ofiarami.
Wszystkie ludy pierwotne oddawały cześć Wyższym Siłom, choć nie potrzebowały do tego kapłanów i świątyń. I wszystkie w razie konieczności składały jakieś tam ofiary przyjaznym Duchom w podzięce, a złym, by je udobruchać.

Ma też, tym razem całkowicie rację autor, Dariusz Wołosiak, pisząc, że wszystkie ludy pierwotne, także Słowianie, utożsamiali się z otaczającym ich światem i  uważali siebie za jego część. Tak było faktycznie – Słowianie przez tysiąclecia uważali siebie za część otaczającej ich Przyrody. Nigdy nie przyszłoby im nawet do głów, by nad nią panować. Brali z niej tylko tyle, by przeżyć i nie próbowali jej sobie podporządkować. Taki stosunek ludzi do Przyrody, do otaczającego świata zmienił się wraz z pojawieniem się cywilizacji, jeszcze w czasach pogańskich. Ludzi żyjących w warunkach cywilizacji cechowała postępująca schizofreniczność – nadal oficjalnie czcili Matkę Ziemię, ale zaczęli Ziemię patroszyć i podporządkowywać sobie. Pojawiły się kopalnie miedzi, ołowiu, srebra, złota, cyny, soli. Pojawiły się kamieniołomy, niszczące niejedną z gór – kamienie szły na budowę świątyń, pałaców i murów obronnych. Osuszano trzęsawiska by powiększać areał ziem uprawnych, a gdzie wody było za mało, budowano kanały czy akwedukty. Człowiek zaczął w warunkach cywilizacyjnych podporządkowywać sobie otoczenie i coraz bardziej ingerował w Przyrodę. Najgorszy przykład ludzkiej żądzy panowania nad Ziemią, nad Przyrodą, znajdziemy jednak w hebrajskiej biblii – „Starym testamencie” krystowierców. To tam Jahwe nakazuje czynić Ziemię sobie poddaną i panować nad zwierzętami. To właśnie hebrajska biblia oderwała całkowicie człowieka od otaczającej go Przyrody i postawiła go nad nią. To judaistyczno-krystowiercze przekonanie, że człowiek ma panować nad Przyrodą i czynić Ziemię sobie poddaną bardzo mocno wżarło się w mentalność człowieka zachodu, przez wieki żyjącego w świecie zdominowanym przez judeogenne krystowierstwo. I trwa to przekonanie niestety u ogromnej rzeszy ludzi do dzisiaj.

Niestety autor popełnił wiele błędów a nawet dopuścił się bzdurnych dezinformacji.

Pierwszym jego podstawowym błędem jest nazywanie wierzeń pierwotnych, naturalnych „religiami”. Termin religia wywodzi się z łacińskiego religare i oznacza „re” – ponowne, powtórne, oraz „ligare” – połączenie się – w domyśle – z bogiem. Według wszystkich religii „objawionych” (zmyślonych), nim one powstały, ludzie – poganie-goje-bezbożnicy – zapomnieli o „jedynym bogu”, ale na szczęście pojawiali się zsyłani przez niego prorocy, mesjasze i zbawiciele – twórcy religii – którzy „nauczali” ludzi, jak ponownie połączyć się z bogiem. Termin religia odnosić się powinien tylko do tych sztucznych, wymyślonych przez ludzi bajek o wymyślonym bogu, nigdy natomiast nie do wierzeń pierwotnych, naturalnych. One nie są  „re” – ponownym, powtórnym  „ligare” – połączeniem się – w domyśle – z bogiem. Są pierwotną więzią z Całością – naturalnie także z tą niematerialną, duchową.

Niewyobrażalnie bzdurną dezinformacją autora jest to zdanie: „Zaprawdę czasami przestaję się dziwić, że entuzjastów Słowian nazywają pogardliwie „turbosłowianami”.”

Termin turbosłowianie odnosi się tylko i wyłącznie do wyznawców fikcyjnej „Wielkiej Lechii”. Nazywani są oni też turbolechitami, a ja nazywam ich turbolechickimi świrami. Bo są świrami. No i ci turbosłowianie, turbolechici nie mają nic, ale to absolutnie nic wspólnego z ruchem rodzimowierczym, pogańskim i z sympatykami kultury słowiańskiej. Niejeden z nich jest nawet krystowiercą, który obok wiary w żydowskiego „zbawiciela” wierzy i w „Wielką Lechię”. Są też turbolechici wychwalający żydogenne krystowierstwo Cyryla i Metodego nazywając je „słowiańskim”. Klasycznym przykładem turbosłowiaństwa a raczej turbolechityzmu są poniższe kolportowane bzdury Bieszka:
https://tajnearchiwumwatykanskie.wordpress.com/2016/04/22/poczet-krolow-lechii-kosciol-w-polsce-od-1050-lat-ukrywa-przed-polakami-ze-jestesmy-starozytnym-antycznym-wielkim-imperium/

Z kulturą Słowian te turbolechickie brednie nie mają nic, ale to nic wspólnego. Za tę bzdurną dezinformację otrzymuje ode mnie Dariusz Wołosiuk lufę na szynach z wykrzyknikiem: =2!

Ale to jeszcze nie koniec – jeszcze większą, piramidalną wręcz bzdurą i dezinformacją jest to, co napisał Wołosiuk o idolu krystowierców, rzekomym „zbawicielu”, „odkupicielu”, „mesjaszu”, „chrystusie” Joszue-Jezusie:

„Jakkolwiek wyda się to niektórym przedziwne to chrześcijaństwo było tak wielka rewelacją w początkach swego istnienia wśród „szalejących” religii suplikacyjnych gdyż Chrystus nauczał właśnie afirmacji i na pierwszym miejscu stawiał człowieka.”

Ciekawi mnie, czego trzeba się naćpać, by coś takiego wymyślić. Może by mi Wołosiuk podrzucił działkę jego prochów? Też bym chciał mieć taki odlot.
W tym jednym zdaniu upakował Wołosiuk wielopiętrowo kilka bzdur i dezinformacji. Pomijam już to, że nieudolnego reformatora judaizmu, Joszue, nazwa „Chrystusem”. Na chrystusa dla gojów wykreowali go Szaweł-Paweł i jego klika ewangelistów.  Powtarzanie przez autora jak papuga za krystowierczą propagandą  terminu „Chrystus” jest dowodem na jego kompletną bezmyślność.

W początkach swego istnienia krystowierstwo było odłamem judaizmu – wszak Joszue nie założył nowej religii, a jedynie próbował zreformować judaizm, a zwłaszcza próbował złagodzić surowe przepisy dotyczące m.in. szabatu  i tzw. „zanieczyszczeń”, przez co wielokrotnie popadał w konflikty z faryzeuszami i „uczonymi w piśmie”. Niemniej był gorliwym wyznawcą Jahwe, jego świątynię w Jerozolimie, do której pielgrzymował z Galilei, nazwał „domem mojego ojca”, cytował „proroków”, w synagodze czytał ich „proroctwa”. I zaznaczał, że nie przyszedł zmieniać prawa (mojżeszowego) i proroków, a je wypełnić: „Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić” (Mt 5, 17).
Jednym słowem – Joszue był wyznawcą judaizmu – religii jak najbardziej suplikacyjnej. Zresztą jego „modlitwa pańska”, której nauczył garstkę wałęsających się z nim jego wyznawców jest tego kapitalnym dowodem: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje; przyjdź królestwo Twoje; bądź wola Twoja, jako w niebie tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. I nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego.” Jest to klasyczna modlitwa suplikacyjna. Po śmierci idola (zmartwychwstanie jego jest wymysłem) mała jego sekta nadal była odłamem judaizmu. Dopiero za sprawą Szawła-Pawła, który udał „nawrócenie” się i po przystąpieniu do sekty przeforsował przyjmowanie do niej gojów bez konieczności obrzezania się, zrodziło się z niej krystowierstwo jako oddzielna religia. Było i nadal jest odrębnym konarem wyrastającym z pnia judaizmu i do dzisiaj jest w nim zakorzenione – czci tego samego hebrajskiego Jahwe, a hebrajska biblia Tanach jest jego „Starym testamentem”. I tak jak judaizm od samego początku krystowierstwo było religią „objawioną” – czytaj – wymyśloną, no i religią jak judaizm suplikacyjną. Modlitwy do Jahwe i Joszue, a później do Miriam i świętych, były najważniejszym z obrzędów.
Tu jeszcze nadmienię, że najbardziej pokrętną sztuczką Joszue (lub ewangelistów) było przerobienie mściwego, podstępnego, okrutnego i złośliwego Jahwe na „dobrego ojca w niebiesiech” . Trzeba było być naprawdę wielkim kuglarzem, żeby tej sztuczki dokonać.

Dalej – na pierwszym miejscu stawiał Joszue swojego rzekomego ojca Jahwe, „zbawienie” („królestwo niebieskie”) a zaraz za tym siebie. Przykłady – cytaty z żydo-biblijnych ewangelii:

„Nie każdy, który Mi mówi: „Panie, Panie!”, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie.” Mt 7, 21
„Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto słucha słowa mego i wierzy w Tego, który Mnie posłał, ma życie wieczne.” J 5, 24
„To bowiem jest wolą Ojca mego, aby każdy, kto widzi Syna i wierzy w Niego, miał życie wieczne.” J 6, 40

Człowiek jako człowiek, jako istota ludzka, miał dla Joszue drugorzędne znaczenie – w jego naukach miał być ślepo posłuszny jemu i miał ślepo wierzyć w niego i jego fikcyjnego ojca. Za nieposłuszeństwo i niewiarę była jedna kara – piekło. A tam zgodnie z jego słowami będzie płacz i zgrzytanie zębów”. W człowieku liczyły się u Jeszue jedynie ślepa wiara i ślepe posłuszeństwo. Traktował ludzi po prostu instrumentalnie. Widać to zresztą po tym, jak potraktował własną matkę i braci:
„Gdy jeszcze przemawiał do tłumów, oto Jego Matka i bracia stanęli na dworze i chcieli z Nim mówić. Ktoś rzekł do Niego: «Oto Twoja Matka i Twoi bracia stoją na dworze i chcą mówić z Tobą». Lecz On odpowiedział temu, który Mu to oznajmił: «Któż jest moją matką i którzy są moimi braćmi?» I wyciągnąwszy rękę ku swoim uczniom, rzekł: «Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten Mi jest bratem, siostrą i matką.”
Mt 12, 46-50

Gardził ponadto gojami. Gdy przyszła do niego Kananejka prosić o zdrowie dla córki, nie chciał z nią rozmawiać, a gdy nie ustępowała, przyrównał gojów do psów
„Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela… Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom i rzucać psom.”
(Mt 15,24-26).

No i Joszue wcale nie uczył afirmacji. No chyba, że te jego „nauki” nazwiemy afirmacjami:

„Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką,synową z teściową; i będą nieprzyjaciółmi człowieka jego domownicy.
(Mt 10, 34-36)

„Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem.”
(Łk 14,26)

„Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła. I jeśli prawa twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało iść do piekła.”
Mt 5, 29-30

Niech się Dariusz Wołosiuk wypcha z takimi „afirmacjami”. Wolę po tysiąckroć Mokosz, Swarożyca, Swaroga, Świętowita, Peruna i pozostałych słowiańskich bogów. Ani jeden z nich nie straszył piekłem i ani jeden z nich nie nawoływał do samookaleczeń. Byli dobrzy, swojscy, przyjaźni ludziom. To dzięki nim kultura słowiańska była afirmacją życia, wolną od strachu przed „wiekuistym potępieniem” i „piekłem”, gdzie „będzie płacz i zgrzytanie zębów”. To dzięki nim i ku ich czci wszystkim obrzędom słowiańskim towarzyszyły tańce, śpiewy, zabawy, uczty. Ani jeden ze słowiańskich bogów nie wymagał cierpiętnictwa, pokutnictwa, kajania się, żebrania na kolanach o miłosierdzie i zbawienie. Najwyższy czas wyprosić ponurych żydowskich bożków i idoli z naszej ziemi. Niech wracają do siebie – nad Jordan. U nas niech powróci słowiańska, pogańska afirmacja życia. I cześć oddawana naszym bogom i przodkom. I szacunek wobec Przyrody, której jesteśmy częścią.

Sława naszym słowiańskim bogom!

opolczyk