Kowidowa wojna psychologiczno-(dez)informacyjna…

Pamiętam, jak na początku fałszywej pandemii pojawiło się setki publikacji po polsku, niemiecku, angielsku i zapewne w innych językach, jakoby domniemane infekcje i zgony spowodowane świrusem w rzeczywistości wywoływane były siecią 5G. Autorzy negowali wprawdzie pandemię świrusa, twierdząc, że nie ma pandemii, ale wierzyli w oficjalne dane o infekcjach i zgonach, przypisując je promieniowaniu 5G. W ten sposób niestety wzmagali strach przed rzekomymi zachorowaniami i zgonami wywoływanymi czy to rzekomo przez świrusa, czy też rzekomo przez 5G. Przylgnęło do nich – i chyba słusznie – przezwisko foliarze. Rzecz w tym, że nie było ani pandemii, ani infekcji (poza zwykłą grypą sezonową), ani zwiększonej liczby zgonów. Były tylko lipne testy PCR, absolutnie nie nadające się do diagnostyki, którymi nie można stwierdzić zaistnienia infekcji. Ale dlatego właśnie te testy były stosowane, gdyż dawały możliwość dowolnego żonglowania rzekomymi liczbami infekcji i zgonów.

Inną puszczoną w obieg bzdurą była ta o rzekomej możliwości przenoszenia infekcji wirusowych, także świrusem za pomocą srajtfonów/szajsfonów czy poczty elektronicznej. Głosiła to m.in. niepoważna „sygnalistka” Ewa Pawela na agenturalnej „Niezależnej”. Szkoda, że ten jej bełkot został już w międzyczasie skasowany:

https://bialczynski.pl/2020/02/13/ntv-koronawirus-w-mailu-czy-smartfonie-ewa-pawela/

Te i im podobne dezinformacyjne bzdury i wymysły celowo były puszczane w obieg przez agenturę wpływu, a ich zadaniem było wywołanie jak największego poczucia zagrożenia. Miały wspomagać i wzmacniać siany przez łże-media i marionetki polityczne strach przed rzekomą „pandemią”, przez co zastraszone społeczeństwa byłyby uległe i poddwały się totalitarnym zakazom i nakazom.

Nie będę się rozwodził nad tym, czy covid-19 istnieje czy nie. Jedni wirusolodzy twierdzą, że tak, inni, że nie został w pełni wyizolowany. Ale nawet jeśli został faktycznie sztucznie inżynieryjnie stworzony w banksterskim laboratorium w Wuhanie, okazał się bublem – nie był ani odrobinę groźniejszy i bardziej zjadliwy od znanych medycynie od dziesięcioleci koronawirusów. Jedynie lipne testy PCR przydały mu grozy i zaraźliwości. Podobnie jest z rzekomymi groźnymi nowymi mutacjami czy wariantami – przedstawiane są jako groźne, by utrzymywać pułap jak najwyższego strachu i poczucia zagrożenia.

Niemniej twórcy fałszywej pandemii mają poważny problem – nie wszyscy ludzie dali się zastraszyć fikcyjną pandemią. Nie wszyscy poddają się bez oporu totalitarnym zarządzeniom. Narasta zwłaszcza opór przeciwko ludobójczym szprycom, rzekomo mającym chronić przed świrusem, w rzeczywistości będącym narzędziem depopulacyjnym. Wzrasta też powoli liczba ludzi, którzy przestają wierzyć w groźną pandemię. Sami widzą, że dookoła nich ludzie nie padają jak muchy od świrusa czy jego rzekomych nowych groźnych wariantów. Przy czym najczęściej antykowidianie są równocześnie zdecydowanymi przeciwnikami depopulacyjnych szpryc. Są ludźmi, których nie udało się zastraszyć, lub którzy po początkowej panice uwolnili się od strachu. Nimi nie da się dowolnie manipulować. I przynajmniej w sprawie szpryc są gotowi stawiać opór, choćby tylko bierny, polegający na odmowie dania się zaszprycować. Jak wpędzić więc tych ludzi w stan przerażenia, strachu i jak odebrać im chęć stawiania oporu przed szprycami? Dobrym rozwiązaniem byłoby puszczenie w obieg np. „informacji”, że odmowa przyjęcia szpryc i tak przed szprycami nikogo nie uratuje, gdyż zaszprycowani zarażają groźną kolczatką (białkiem kolca) niezaszprycowanych.

I jak za działaniem czarodziejskiej różdżki takie informacje pojawiły się. Pochodzą zresztą z ważnych i poważnych „źródeł” – a to od usraelskich „uczonych” z  Massachusetts Institute of Technology:

https://wawel.neon24.pl/post/162517,uczeni-z-mit-zaszczepieni-zarazaja-toksycznym-bialkiem-kolca

A to z Johns Hopkins Universit, naczelnego usraelskiego, banksterskiego urzędu straszenia gojów fikcyjną „pandemią” i (być może) fikcyjnym świerusem covid-19.
https://piotrbein.net/2021/05/06/szczepionki-samopropagujace-nadszedl-genocyd-skryty-jako-covid-19/


Tu jeszcze dodam, że informacje o zaraźliwości kolczatki słyszałem i z ust lekarzy na różnych kanałach yt. Czy można tym informacjom jednak wierzyć i brać je na serio?

Osobiście uważam, że informacje te są grubo przesadzane. Nie przypuszczam, by banksterzy puścili w obieg szpryce tak groźne, gdyż  i ich owa zaraźliwa kolczatka mogłaby dopaść. Wszak nie żyją oni na innej, odizolowanej od Ziemi planecie. Badania nad depopulacyjnymi szprycami prowadzone były zresztą w tajnych laboratoriach już od dawna i wielokrotnie były testowane na zwierzętach. I dopiero gdy były gotowe, gwarantowały ubój określonej liczby gojów, ale dla wybrańców i pewnej ilości gojów – przyszłego ludzkiego bydła roboczego – nie stanowiły niebezpieczeństwa, podjęto decyzję o wdrożeniu dużo wcześniej zaplanowanej operacji pt. groźna pandemia koronawirusa. Po czym dla picu odczekano pół roku, w czasie którego niby trwały gorączkowe prace nad szprycami , po czym wyciągnięto je z rękawa.

Puszczenie w środowiska antyszprycowe i antykowidowe informacji, jakoby szpryce były niezwykle zaraźliwe, byłoby dla banksterów i usłużnych im marionetek politycznych korzystne z różnych powodów:

– U mniej odpornych psychicznie antyszprycowników może taka informacja wywołać poczucie osaczenia, bezradności i bezsilności. Po co stawiać opór, skora ta szpryca przez zaszprycowanych i tak mnie dopadnie. Ludzie mogą na to reagować różnie – sami np. zabarykadują się w domach, by kolczatka ich nie dopadła. Inni popadną w depresje kończące się niejednokrotnie samobójstwem.

– Nieuchronnie na długo pogłębi się rozbicie społeczeństw na dwa wrogie sobie obozy. Dotychczas kowidianie ogłupiani propagandą groźnej pandemii, postrzegali antykowidian i antyszprycowników jako niebezpiecznych wrogów, od których można się zarazić świrusem – wszak ani namordników nie noszą, nie dezynfekują rąk 100 razy dziennie i z uporem maniaka nie dają się zaszprycować. Po informacjach o zaraźliwości zaszprycowanych antyszprycownicy mogą zacząć w ten sam sposób postrzegać i traktować zaszprycowanych, widząc w nich zagrożenie dla własnego zdrowia i życia: będą ich omijać szerokim łukiem, nawet członków rodziny. Bardziej przestraszeni pozamykają się rzeczywiście w domach, no bo na ulicach, w sklepach i gdzie tylko przewalają się hordy zaszprycowanych. Wszak obecnie w Polsce czy Dojczlandii co trzeci dostał już dwie dawki ludobójczych szpryc, a chyba już co drugi jedną.

– Podczas wielu antytotalitarnych demonstracji w różnych krajach protestowano przeciwko narzucaniu przez marionetki polityczne segregacji sanitarnej, polegającej na uprzywilejowaniu zaszprycowanych. Pod wpływem informacji o zaraźliwości kolczatki może w środowiskach antyszprycowych pojawić się spontaniczna, oddolna „segregacja sanitarna”, polegająca na izolowaniu się od zaszprycowanych. W ten sposób powstanie ogromna przepaść idąca w poprzek społeczeństw, dzieląca je na zaszprycowanych i niezaszprycowanych. Obie te frakcje będą wrogo patrzeć na siebie nawzajem. I zamiast walczyć ze wspólnym wrogiem, będą zwalczać się nawzajem przy jazgocie łże-mediów.

Nadal jednak pozostaje pytanie, czy kolczatka jest naprawdę zaraźliwa, a jeśli tak – jak bardzo –  i czy może być roznoszona przez zaszprycowanych.

Otóż nie jestem lekarzem, ale mimo to mogę sobie na to pytanie odpowiedzieć kierując się po prostu rozsądkiem. Nie wykluczam więc, że kolczatka może być rozsiewana przez zaszprycowanych, o czym mówią niezależni lekarze, niemniej nie jest to aż takie groźne, zwłaszcza dla osób zdrowych, które nigdy np. nie zapadają na grypopodobne infekcje.

I tu pozwolę sobie na dygresję. Powszechnie niemal wirusy uważane są za chorobotwórcze. A przecież nie posiadają one genu wywołującego u ludzi katar, kaszel czy gorączkę. U ludzi z silnym układem odpornościowym obojętnie jakie wirusy osadzające się na błonie śluzowej nie wywołują żadnych objawów, gdyż natychmiast zostają przez system odpornościowy unieszkodliwione i zlikwidowane. Nawet w czasach największych epidemii czarnej ospy czy dżumy zdarzali się ludzie mający na co dzień kontakt z chorymi i z wirusami, którzy wcale nie chorowali. Mieli po prostu silny układ odpornościowy likwidujący wirusy natychmiast. Chorowali ci, którzy mieli słabszy układ odpornościowy, a umierali ci z najsłabszym. Obecnie także są ludzie nigdy nie chorujący na np. sezonowe grypy, mimo iż mają kontakt z chorymi i z wirusami. Chorują ci, co mają słabszą odporność. Jedni chorują lekko (katar i kaszel), inni ciężej, lądując z wysoką gorączką w łóżkach. Najsłabsi zaś umierają. Ale symptomy jak katar, kaszel czy gorączka nie są wywoływane przez wirusy, a są po prostu reakcją obronną osłabionego organizmu, który nie zlikwidował wirusów „na wejściu”. Zresztą katar mogą wywołać u alergików absolutnie nieszkodliwe pyłki kwiatowe, które trudno jest nazwać chorobotwórczymi. A jednak u ludzi z kompletnie zdezelowanym i przewrażliwionym systemem odpornościowym absolutnie nieszkodliwe pyłki kwiatowe wywołują stan alarmowy – ostry katar.

Biorąc więc na zdrowy rozum, z kolczatkami rozsiewanymi przez zaszprycowanych będzie dokładnie tak samo jak z wirusami – osoby z silnym układem odpornościowym unicestwią kolczatkę, gdy tylko wyląduje na błonie śluzowej. Organizm potraktują ją jak wszystkie inne obce mikroby. U słabszych kolczatki wywołają katar i kaszel. U jeszcze słabszych może dojść do wysokiej gorączki, ale ostatecznie i u nich kolczatka zostanie wybita. Tylko u najsłabszych kolczatka przeniknie do organizmu, zacznie się namnażać i siać zniszczenie, przy okazji zarażając kolejne słabe oferty.

Zastanawia mnie w tej sprawie jedna rzecz – otóż o zaraźliwości i szkodliwości kolczatki milczą – jak mi się wydaje – oficjalne łże media. Wprawdzie nie oglądam tv i nie czytam zeitungów, ale gdyby w newsach podawano i na czołówkach gazet pisano o tym, zapewne wieści takie dotarłyby do mnie od przerażonych kowidian, a takich znam wielu. A tymczasem nie słyszałem o tym nic. Jesto to zresztą zrozumiałe – takie newsy byłyby antyreklamą dla nachalnej proszprycowej propagandy. Natomiast newsy o zaraźliwych, szkodliwych kolczatkach docierają, jak widać, głównie do środowisk antyszprycowych. Wygląda to wręcz tak, że zarówno uniwersytet Hopkinsa, jak i MIT produkują te informacje z przeznaczeniem ich dla przeciwników szprycowania ludzi ludobójczym preparatem, tak jakby chciały wśród nich wywołać panikę, strach i poczucie bezradności. No bo co nam da opieranie się, jeśli te szpryce i tak od zaszprycowanych i nas dosięgną?

Czyżby w wojnie psychologiczno-dezinformacyjnej o to właśnie okupantowi świata chodziło?

Osobiście nie zamierzam zmieniać swojego postępowania wobec zastraszonych osób, które dały się zaszprycować. Mam takich sporo wśród znajomych, a nawet w dalszej rodzinie. Odwiedza nas np. często moja kuzynka, która dała się zaszprycować. Od zawsze witaliśmy się serdecznie. I tak robimy nadal –  była ona u nas kilka dni temu i na przywitanie i pożegnanie jak zawsze serdecznie ją wyściskałem. Nie dam się zastraszyć ani fałszywą pandemią, ani groźną kolczatką. Nie zamierzam żyć w strachu, w izolacji od znajomych i bliskich.

Wolę odejść z podniesioną głową, niż żyć w strachu…

opolczyk