Z życia dawnych Słowian…

W maju różne grupy rodzimowierców obchodzą w Polsce pogańskie święto nazwane (moim zdaniem błędnie) „Stado”. Obszerne objaśnienie dotyczące tego święta znalazłem na poniższej stronie:
https://www.swietostado.pl/wiedza/

O tym święcie pisze też wiki:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Stado_(%C5%9Bwi%C4%99to)

W tym roku obchodzone jest m.in. w Gaju Mokoszy u stóp pogańskiej Ślęży w dniach 21-23 maja:
https://www.swietostado.pl/

Osobiście cieszy mnie, że grupy rodzimowiercze obchodzą to święto, niemniej mam duże wątpliwości, czy u naszych pogańskich przodków nazywało się rzeczywiście „Stadem” i czy ważnym rekwizytem były miecze-szable.

Nazwa „Stado” po raz pierwszy pojawiła się u katolickiego kaznodziei Łukasza z Wielkiego Koźmina na początku XV wieku i w moim odczuciu miała słowiańskie majowe obrzędy Słowian deprecjonować. Wszak odnosił się on do pogańskich przodków z nieukrywaną pogardą:

“Należałoby zwrócić uwagę na tych, którzy dzisiaj mówią rzeczy bezbożne w tańcach lub gdzie indziej na widowiskach, rozważają w sercu rzeczy nieczyste, wykrzykują i wymieniają imiona bożków, i zastanowić się, czy jest możliwe <ich> nawrócenie do Boga Ojca. Na pewno nie. Albowiem nie wolno dopuszczać do uszu swobodnie tych świąt, które niestety obchodzą wedle tego, co pozostało z obrządków przeklętych pogan, jakimi byli nasi przodkowie, chyba że dla ukarania, tak jak niegdyś podniósł się krzyk mieszkańców Sodomy i Gomory. Albowiem na tym święcie swobodnie stawały się nieprzyzwoite obnażenia i inne obrzydliwości, o których Apostoł powiada, że nie godzi się ich nawet nazywać z powodu Boga Ojca. Takich rzeczy jednak, dzięki temu, że przybyło kaznodziejów, zaprzestaje się, a w wielu miejscach już się zaprzestało […] Nie ma innego imienia pod niebem, w którym możemy zostać zbawieni. Albowiem nie zbawia się człowiek w imię Łado, Jassa, !Quia, Nija, tylko w imię Jezusa Chrystusa […] Nie Łada, nie Jassa, nie Nija, które są skądinąd imionami bożków tu w Polsce czczonych, jak zaświadczają niektóre kroniki samych Polaków…”

“Przypominam sobie, iż w młodości czytałem w pewnej kronice, że były w Polsce bóstwa, skąd też do naszych czasów dociera taki obrzęd, a mianowicie tańce wykonywane przez dziewczęta z mieczami, jak gdyby na ofiarę bożkom pogańskim, a nie Bogu, i przez chłopców uzbrojonych w miecze i kije, które nawzajem sobie rozłupywali…”.
Za: https://www.swietostado.pl/wiedza/

Pogardę tę, jak i nazwę „Stado” rozkolportował także fałszerz histori Długosz:

„W pewnych porach roku na ich cześć ustanawiane były i urządzane igrzyska. W celu ich przeprowadzenia nakazywano zbierać się w miastach tłumom mieszkańców obojga płci ze wsi i osiedli. Odprawiano zaś je przez bezwstydne i lubieżne przyśpiewki i ruchy, przez klaskanie w dłonie i zmysłowe zginanie się oraz inne miłosne pienia, klaskanie i uczynki przy równoczesnym przywoływaniu wspomnianych bogów i bogiń z zachowaniem rytuału. Obrządek tych igrzysk, raczej niektóre jego szczątki [przetrwały] u Polaków aż do naszych czasów, mimo że wyznają oni chrześcijaństwo od pięciuset lat, powtarzane są co roku na Zielone Świątki. Przypominają dawne zabobony pogańskie dorocznymi igrzyskami, zwanymi po polsku „stado”, co tłumaczy się po łacinie grex, kiedy to stada narodu zbierają się na nie i podzieliwszy się na gromady, czyli stadka, w podnieceniu i rozjątrzeniu umysłu odprawiają igrzyska, skłonni do rozpusty, gnuśności i pijatyki.”

Termin stado w odniesieniu do ludzi nie jest określeniem pozytywnym a wręcz przeciwnie, wszak mówi się o bezmyślnym tłumie ludzi, że zachowują się  jak stado baranów czy stado bydła. Także i miecze-szable w czasach pogańskich u Słowian były mało znane. Podstawowym orężem były włócznie, topory, łuki i strzały. No i oczywiście tarcze. Toporem łatwiej było strzaskać tarczę wroga, a włócznie używane były powszechnie w walkach jak i podczas łowów, dzięki czemu Słowianie byli mistrzami w ich władaniu. Zresztą bizantyjscy kronikarze opisując walczących Słowian wspominali właśnie o włóczniach (dzidach), a nie o mieczach czy szablach.:

„Stojąc do walki na ogół pieszo idą na nieprzyjaciela, mają w ręku tarczę i dzidę, pancerza natomiast nigdy nie wdziewają”

„Każdy uzbrojony dwiema niewielkimi włóczniami, niektórzy mają także tarcze, mocne lecz łatwe do przenoszenia. Posługują się także drewnianymi łukami i niewielkimi strzałami, maczanymi w specjalnej dla strzał truciźnie, mocno działającej, jeśli raniony wcześniej nie przyjmie odtrutki, względnie innych środków znanych doświadczonym lekarzom, względnie nie wytnie natychmiast dookoła zranionego miejsca.”

Wątpliwości mam także co do wymienionych przez polskich katolickich „kronikarzy” imion rzekomych bóstw i bogów, ku czci których owe „Stado” miało być odprawiane: Łado, Jassa, Quia, Nija, Lado, Yleli, Yassa, Tya, Alado, Gardzyna, Yesse, Ysaya, Lado, Ylely, Yaya, Tacy (za: https://www.swietostado.pl/wiedza/).


Nie lepiej było z tym u Długosza, który wręcz słowiański panteon uważał za kalkę rzymskiego (i greckiego):

„Wiadomo też o Polakach, że od początku byli bałwochwalcami oraz że wierzyli i czcili mnóstwo bogów i bogiń, mianowicie Jowisza, Marsa, Wenerę, Plutona, Dianę i Cererę, popadłszy w błędy innych narodów i szczepów. Jowisza zaś nazywali w swym języku Jessą, wierząc, że od niego jako najwyższego z bogów przypadały im wszystkie dobra doczesne i wydarzenia zarówno niepomyślne, jak i szczęśliwe. Jemu więc też większą aniżeli innym bóstwom cześć oddawali i częstszymi wielbili ofiarami. Marsa nazywali Ładą. Wyobraźnia poetów uczyniła go wodzem i bogiem wojny. Modlili się do niego o zwycięstwa nad wrogami oraz o odwagę dla siebie, cześć mu oddając bardzo dzikimi obrządkami. Wenerę nazywali Dzidzilią i mieli ją za boginię małżeństwa, więc też upraszali ją o błogosławienie potomstwem i darowanie im obfitości synów i córek. Plutona nazywali Niją, uważając go za boga podziemi i stróża oraz opiekuna dusz, gdy ciała opuszczą. Do niego modlili się o to, aby wprowadzeni byli po śmierci do lepszych siedzib w podziemiach. Bóstwom tym wybudowano w mieście Gnieźnie najważniejszą świątynię, do której pielgrzymowano ze wszystkich stron. Dianie natomiast, uważanej według wierzeń pogańskich za niewiastę i dziewicę zarazem, matrony i dziewice oddawały cześć przez składanie przed jej posągiem wieńców. Rolnicy zaś i prowadzący gospodarkę rolną czcili Cererę, na wyścigi składając jej w ofierze ziarnazbóż. Za bóstwo uważali także „pogodę” i takoż zwali je Pogodą, czyli dawcą dogodnego powietrza. Był też bóg Życia, zwany Żywia. A jako że państwu Lechitów wydarzyło się powstać na obszarze zawierającym rozlegle lasy i gaje, o których starożytni wierzyli, iż zamieszkuje je Diana i że Diana rości sobie władztwo nad nimi, Cerera zaś uważana była za matkę i boginię urodzajów, których dostatku kraj potrzebował, [przeto] te dwie boginie: Diana w ich języku Dziewanną zwana i Cerera zwana Marzanną, cieszyły się szczególnym kultem i szczególnym nabożeństwem.Tym więc bogom i boginiom stawiali Polacy świątynie i posągi, ustanawiali kapłanów i dawali ofiary, wreszcie gaje ogłaszali za święte i w szczególnie uczęszczanych miejscach odbywali obrządki i modlitwy oraz wprowadzali uroczystości z nabożeństwami, na które zbierali się mężczyźni i kobiety wraz z dziećmi.”

Dlaczego nie ma w tych katolickich „kronikach” i „kazaniach” oraz innych zapiskach imion najbardziej czczonych i znanych słowiańskich bogów i bogiń? Gdzie są Swarożyc, Mokosz, Swaróg, Perun, Świętowit czy Weles? Odnoszę wrażenie, że zadaniem owych „kronikarzy” i „kaznodziejów” było zepchnięcie w niepamięć rzeczywistych imion słowiańskich bogów i zastąpienie ich imionami zmyślonymi, wyssanymi z palca, lub zaczerpniętych z ludowych przyśpiewek. To tak, jakby z przyśpiewki sialala, sialala twierdzić, że była ona ku czci bogini Sialala.


Kolejną sprawą jest data tego święta identyfikowana obecnie z krystowierczymi „Zielonymi Świątkami” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Zielone_%C5%9Awi%C4%85tki). Są one wprawdzie świętem „ruchomym” ale nierozerwalnie związanym z tzw. „Wielkanocą” i zawsze obchodzone 50 dni po zmyślonym tzw. „zmartwychwstaniu”.
U Słowian w czasach pogańskich nie było sztywnego kalendarza, w którym każdy dzień roku miał własną stałą nazwę – np. 15 stycznia, 25 maja, czy 13 września. Tylko cztery święta były obchodzone rok w rok w tym samym terminie – były to zimowe i letnie przesilenie oraz wiosenna i jesienna równonoc. Tyle że nie nosiły dat 22 grudnia, 20 marca, 21 czerwca czy 22 września. Sztywnych rocznych dat typowych dla kalendarza juliańskiego (później gregoriańskiego) wtedy u Słowian nie znano. Pozostałe zaś święta obchodzone były zgodnie z fazami Księżyca, np. w pierwszą, drugą lub trzecią pełnię po danym przesileniu lub danej równonocy. Dlaczego więc krystowierczy „kronikarze” i „kaznodzieje” wymyślili, że ów słowiański obrzęd obchodzony był w okolicy „Zielonych Świątek”?


Myślę, że geneza owego święta, błędnie zwanego „Stadem” jest całkiem inna. Maj był u Słowian szczególnym miesiącem – pierwszym po zimie prawdziwie wiosennym i ciepłym. Pilnych prac polowych nie było, gdyż orka i siew dawno były ukończone. Był jednak inny problem – młode rosnące zboże ma kolor soczystej zieleni, przyciągającej wszelką dziką zwierzynę roślinożerną. A wówczas było jej w ogromnych lasach dużo. I z każdej nawet najbardziej rolniczej osady do najbliższego lasu było blisko. Pola musiały być chronione przed roślinożercami (sarny, jelenie, żubry, tury itp). I to było zadaniem młodzieży, która dookoła uprawnych pól paliła ognie i robiła dużo hałasu. Pozostali mieszkańcy osad, opoli i grodów w dzień zajęci byli codziennymi pracami: koniecznymi naprawami domostw i sprzętu domowego, wyrobem nowych sprzętów, narzędzi i oręża, tkaniem płócien, szyciem odzieży, wyrobem obuwia itp. Wieczorem, po skończonych pracach przy ogniskach wokół pól gromadzili się wszyscy mieszkańcy osad. Odprawiano zapewne magiczne obrzędy mające zapewnić obfitość plonów, a ponadto tańczono i śpiewano. Zapewne też, w celu odstraszenia zwierza, toczono pozorne walki, a trzask uderzających o siebie lub o tarcze włóczni i toporów niósł się daleko. Słysząc ten zgiełk zwierz leśny uciekał głęboko w leśne ostępy.

Na pewno kulminacją tych praktycznie codziennych zabaw były obrzędy podczas majowej (i czerwcowej też) pełni Księżyca, która co rok wypadała w innym terminie. Wtedy wyjątkowo uroczyście odprawiano obrzędy ku czci Mokoszy, świętej Matki Ziemi, naszej  Żywicielki, karmiącej także zboża własnymi sokami. I te właśnie obrzędy, wieki później krystowierczy „kronikarze” i „kaznodzieje” nazwali „Stadem”. Nie dziwi też fakt, że wiązali to święto z „Zielonymi Świątkami”. W wieku XV ludność wiejska musiała harować dzień w dzień od świtu do zmierzchu na siebie, panów i kościół. Nie miała więc czasu ani sił na codzienne świętowanie. Jedynie podczas katolickich świąt nie była zapędzana do robót na pańskich czy kościelnych polach. I właśnie tylko wtedy mogła – mimo zakazów  kleru – odprawiać prastare obrzędy ku czci swoim bogom, których imion „kronikarze” nie wymieniali, wymyślając im najczęściej imiona fikcyjne.
I stąd tamte prastare pogańskie obrzędy identyfikowane były i nadal są z krystowierczymi ” Zielonymi Świątkam”, a także dlatego były przez wieki właśnie w okresie „Zielonych Świątek” obchodzone – w inne dni ludność wiejska musiała harować a nie świętować.


Myślę, że nie od rzeczy byłoby obchodzić tamte majowe słowiańskie obrzędy nie razem z krystowierczymi „Zielonymi Świątkami”, a po prostu podczas majowej pełni Księżyca, jak w czasach pogańskich (jeśli wypadną dwie pełnie – na samym początku i na końcu maja, można świętować dwukrotnie). I chyba powinno się zmienić nazwę tego święta, zmyśloną przez krystowierców. Ale to są tylko moje sugestie.

Ważne jest, by obchodzić te pogańskie święta dając wyraz temu, że Polacy to niekoniecznie katolicy. A wręcz przeciwnie – dla niejednego Polaka katolicyzm to zabójca słowiańskiej kultury i duchowości.


opolczyk