Od kiedy jesteśmy Polakami…

.


.
Tytuł poniższego wpisu zapożyczyłem z artykułu Zawiszy Niebieskiego. W Wolnych Mediach przeszedł bez komentarza:
https://wolnemedia.net/od-kiedy-jestesmy-polakami/
.
Na NEonie24 wywołał wrzaskliwe „mordobicie” (132 komentarze).
https://zawisza.neon24.pl/post/156148,od-kiedy-jestesmy-polakami
.
Dobrze, że autor już na początku zakwestionował choć zbyt delikatnie,kościelną wersję historii:
.
„Opierając się na wiedzy wynoszonej ze szkoły, każdy odruchowo pomyśli o roku 966, ale gdy zaczniemy się głębiej zanurzać w ten temat to okazuje się, że nie jest to takie oczywiste.”
.
Faktycznie kościelna wersja historii, przejęta jak widać przez „oświatę” głosi, że Mieszko I Perfidny ochrzcił się w 966 roku i w tym momencie pojawili się Polacy, którzy od razu stali się gorliwymi katolikami. Ma też rację pisząc „Z pewnością w 966 roku mieszkaniec Śląska, Małopolski czy Mazowsza nie czuł się przynależny do Wielkopolan…”. Powinien jednak rozwinąć ten wątek – rywalizacja Wielkopolan z Wiślanami-Małopolanami, po przeniesieniu stolicy z Poznania do Krakowa trwała jeszcze całe wieki i całe wieki nie czuli się oni jednością. Podbite Mazowsze wykorzystało okres pogańskiego buntu i pod wodzą Masława odzyskało niepodległość. Podbite ponownie przez półniemca Kazimierza, wasala cesarskiego, w 1047 roku wykorzystało następnie rozbicie dzielnicowe, by ponownie uniezależnić się od Wielko- i Małopolski. I dopiero w XVI wieku pod naciskami Korony ostatecznie inkorporowane zostało do niej. A takie Pomorze (poza gdańskim) już w czasach Chrobrego zrzuciło piastowską zależność. Podbite ponownie na krótko przez Krzywoustego, w czasach rozbicia dzielnicowego usamodzielniło się, po czym powoli ulegało germanizacji:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Pomorze_Tylne
.
Do Polski włączone zostało dzięki…Stalinowi w 1945 roku. I choć Pomorzanie z okresu piastowskiego nie chcieli być poddanymi Piastów, były to ziemie słowiańskie, przez co zwrot ich Polsce uznać należy za decyzję słuszną. Ale przykłady Pomorzan i Mazowszan pokazują, że  bardzo długo w państwie Piastów, a nawet w Koronie w czasach Jagiellonów nie u wszystkich dzisiejszych Polaków istniało poczucie wspólnoty narodowej. Niewyobrażalne za to głupstwo strzelił autor pisząc: „Samo określenie Polska powstaje dopiero ok. roku 1000”. Na szczęście dopisał – zgodnie z stanem faktycznym że „Ziemie zaś takie jak Śląsk, Mazowsze traktowane były przez ówczesnych Piastów jako miejsce zbierania danin a nie ziemia rodowa”. Zgoda – ale i tym ziemiom zaborcy piastowscy narzucili prawo książęce, według którego całe te ziemie były ich własnością – niejako ich prywatnym folwarkiem.
.
Ciekawi mnie, gdzie autor wytrzasnął owo „Samo określenie Polska powstaje dopiero ok. roku 1000”. Wszystkie dokumenty piastowskie pisane były łaciną. Władców nazywano w nich najczęściej princeps, dux, duce lub rex Poloniae. Samo państwo Piastów nazywane było Polania, Palania, Polenia, Bulania.
.
Oczywiście, że całkowicie odrzucam wymysły propagandy żydowskiej, jakoby nazwa Polski wywodziła się od żydowskiego określenia Polin. Wywodzi się z całą pewnością od nazwy plemienia Polan. Także od Polan pochodzi termin Polak. Niemniej nadal nie wiemy, kiedy pojawiły się nazwy Polska i Polacy. Stwierdzenie, że ok. roku 1000, jest po prostu niepoważne. Kto wie zresztą, czy nazwy Polska i Polacy nie powstały w sumie dosyć przypadkowo – ktoś kiedyś skrócił sobie po prostu, zapisywany po łacinie tytuł władców – dux czy rex Poloniae – wymawiany po polsku książe czy król Polański  na Król Polski, „połykając” litery –– (Pol-ań-ski). Podobnie później skracano nazwę Rzeczpospolita na Rz’plita. A od tego była już krótka droga do Polaków – poddanych władców Polski. Czy i kiedy to nastąpiło, nadal jednak nie wiemy.
.
Wydaje mi się, że aby znaleźć odpowiedzi na te pytania, konieczne byłoby przebadanie przez grupę badaczy (niekoniecznie historyków) wszystkich pisanych przynajmniej częściowo po polsku dostępnych dokumentów, ksiąg i kronik z okresu XIV, XV i XVI wieku i odnalezienie w nich miejsca, kiedy po raz pierwszy pojawiły się zapisane w języku staropolskim czy protopolskim (obojętnie jak go nazwiemy) nazwy Polska i Polacy a nie łacińskie Poloniae, Polania i inne. Ciekawi mnie też, czy nie znajdą się pisane w języku staropolskim określenia takie jak król Polański czy władca Polan, a jeśli tak – kiedy zastąpione zostały określeniami król Polski czy władca Polaków.
.
Aby ustalić, od kiedy Polacy czują się Polakami należy ustalić, kiedy powstały nazwy Polska i Polacy, a następnie kiedy i które warstwy-grupy mieszkańców państwa piastowskiego (a może dopiero Jagiellońskiego) zaczęły nazywać ich państwo Polską czy Królestwem Polskim a siebie Polakami.
.
Tu muszę przyznać, że jest to rzeczywiście ciekawe pytanie – kiedy, gdzie i u kogo pojawiły się na „naszych” (wziąłem to w cudzysłów, bo już nie są nasze) obecnych ziemiach po raz pierwszy nazwy Polska i Polacy, oraz poczucie polskiej tożsamości. Polskiej – a więc ponad-plemiennej – a nie polańskiej, typowej dla okresu piastowskiego i występującej tylko na ziemiach Polan. Wszak w czasach piastowskich nadal dominowała wśród ludu tożsamość plemienna, a u rycerstwa i możnowładców tożsamość co najwyżej plemienno-regionalna. Ślężanie, Mazowszanie, Pomorzanie, Lędzianie czy Lubuszanie, nawet będąc możnowładcami czy wojami-rycerzami piastowskimi, nadal nie czuli się Polanami, a tym bardziej Polakami. Ta nazwa wtedy jeszcze po prostu nie istniała. Ani świadomość oraz związana z tym tożsamość ogólnopaństwowa czy ogólnonarodowa. Poddani Piastów nigdy nie byli narodem w dzisiejszym tego słowa znaczeniu.
.
Tu jeszcze ciekawostwa historyczna – nazwa Rzeczpospolita, tyle że pisana po łacinie jako respublica pojawiła się po raz pierwszy w piśmiennictwie w roku 1358, w rocie przysięgi wierności złożonej przez Maćka Borkowica Kazimierzowi III (temu od kochanki Esterki).
https://pl.wikipedia.org/wiki/Konfederacja_Ma%C4%87ka_Borkowica
.
Dokument ten ważny jest z kilku względów. Pokazuje, że możnowładcy uważali już wtedy państwo za „rzecz wspólną”. Wprawdzie akceptowali prymat króla, ale nie zamierzali rezygnować z prawa do współdecydowania. Czyli mówiąc inaczej – król miał panować, ale licząc się z ich zdaniem. Natomiast bunt Wielkopolski pokazuje, jak silny istniał wtedy jeszcze antagonizm między Wielkopolską a Małopolską. Małopolanie nie byli przez Wielkopolan postrzegani jako rodacy, a jako konkurenci. Nie istniało więc wtedy jeszcze nawet u możnowładców i rycerstwa poczucie wspólnoty narodowej.
Pojawienie się u możnowładców i rycerstwa poczucia ponadregionalnej wspólnoty państwowej, a wraz z nią narodowej sprawiła chyba dopiero unia polańsko/polsko-litewskia. Ludność Korony (Coronae Regni Poloniae) liczebnie ustępowała ludności ruskiej i litewskiej Wielkiego Księstwa, a możnowładcy i rycerstwo z Korony, mimo wzajemnych dzielnicowych animozji, rywalizowali od teraz z Litwinami i Rusinami o dominację w unii. Musieli jednak występować jako jedna całość, aby nie ulec liczebnej przewadze „obcych”. I przez to wytwarzać się zaczęło u nich poczucie ogólnopolskiej czy ogólnopolańskiej tożsamości, choć regionalne/dzielnicowe animozje trwały nadal. Ale osłabły one wobec rywalizacji o dominację w unii na linii Korona – Wielkie Księstwo i Polacy/Polanie – Litwini i Rusini.

Niemniej ma rację Zawisza Niebieski pisząc: „Tak naprawdę rozumienie narodowości jako przynależności do kraju powstało najpierw wśród szlachty, gdy nabyli wspólne prawa. Wśród chłopstwa to rozumienie powstało znacznie później, co wynikało z przywiązania chłopa do ziemi będącej własnością pana. I stąd się bierze określenie, „jam tutejszy”. Ale odnosi się to tylko do szlachty polskiej. Litewska i ruska, mimo częściowego spolszczenia się, pozostały odrębne aż do rozbiorów. Natomiast jeśli idzie o polskojęzyczne chłopstwo, dopiero w XIX wieku pojawiać zaczęła się u niego świadomość polskiej tożsamości. Gdyż faktycznie, jeszcze na początku XIX wieku uważali się za „tutejszych”, bądź za chłopów tego a tego pana, biskupa czy opata. I dopiero zniesienie pańszczyzny i poddaństwa uczyniło z nich prawnych obywateli. Przestali być cudzą własnością. Dodatkowym czynnikiem wzmacniającym u nich poczucie polskości była zmasowana germanizacja w zaborze pruskim i rusyfikacja w zaborze rosyjskim. Nawet w Galicji wieści o nich wzmacniały u chłopstwa poczucie polskości. Tu nadmienić jednak należy fakt, że władze carskie nie prowadziły zmasowanej rusyfikacji programowo i cały czas. I tak na wniosek polskich arystokratów car pozwolił na utworzenie Królewskiego Uniwersytetu Warszawskiego, na którym wykładano w języku polskim:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Uniwersytet_Warszawski#Kr%C3%B3lewski_Uniwersytet_Warszawski_(1816%E2%80%931831)
.
Zlikwidowano go z powodu powstania listopadowego. 30 lat później kolejny car zaaprobował program reform Aleksandra Wielopolskiego. W szkolnictwie przywrócono język polski, powołano w Warszawie Szkołę Główną oraz zwiększano liczbę szkół elementarnych i średnich. Wielopolski miał nawet prawo wyrzucania z Królestwa Kongresowego nadgorliwych urzędników carskich i zastępowanie ich Polakami. Reformy jego przerwało powstanie styczniowe, którego efektem była kolejna fala zmasowanej rusyfikacji. Odpowiedzialność za to spada na powstańców. Więcej o powstaniu styczniowym można dowiedzieć się tu:
https://myslnarodowa.wordpress.com/2012/08/24/zydzi-powstanie-styczniowe-antypolski-wymiar/
https://myslnarodowa.wordpress.com/2013/01/12/powstanie-styczniowe-1863-chybiony-patriotyzm-spustoszenia-swiadomosci-narodowej-wspolczesnych-polakow/
.
Czy narodowość to wspólna religia, jak rozważa autor? Zależy jaka religia. Taki np. hinduizm w dużym stopniu można nazwać religią narodową Hindusów, choć nie wszyscy mieszkańcy Indii są hinduistami, a i nie wszyscy wyznawcy hinduizmu są Hindusami. Albo taki judaizm – konwertyta na judaizm staje się żydem – wyznawcą judaizmu. Ale nie każdy współczesny Żyd jest równocześnie żydem – wyznawcą judaizmu.
Dominujący nadal (choć na szczęście słabnący) w Polsce katolicyzm – bo to katolicyzm miał na myśli autor – nigdy nie miał charakteru narodowotwórczego ! Nigdy !!! Gdyby tak było, średniowieczna Europa pod wodzą papieży byłaby jednym państwem i jednym narodem – łacinnikami czczącymi galilejskiego idola i żydowską biblię. A tymczasem piewcą i prekursorem pisania tylko po polsku był protestant Mikołaj Rej. Kto nie zna jego słynnej sentencji: A niechay narodowie wżdy postronni znaią, Iż POLACY nie Gesi, iż swoy iezyk maią:
.


.
Językiem gęsim, gęganiem, nazywana była wówczas, zwłaszcza przez protestantów łacina – język urzędowy katolicyzmu. Tak więc nie katolik a protestant był promotorem polszczyzny. Gdyby w Rz’plitej nie pojawili się protestanci – i to w dużej liczbie – to kto wie, czy w piśmiennictwie do końca, do rozbiorów a nawet i dłużej nie królowałoby „gęganie” – czyli łacina. Zresztą – jak można uważać katolicyzm za narodowotwórczy dla Polaków w sytuacji, gdy w 2018 władze Bawarii zarządziły obowiązkowe wieszanie krzyży/rzymskich szubienic we wszystkich bawarskich urzędach, uzasadniając decyzję tym, że krzyż/rzymska szubienica to „symbol tożsamości i dziedzictwa kulturowego Niemiec”. Jak coś, co dla Bawarczyków jest symbolem tożsamości niemieckiej może być równocześnie katolicką tożsamością Polaków? Można więc być Polakiem, choć nie katolikiem. Nawet nazwa jednego ze związków rodzimowierczych – Rodzimy Kościół Polski (ach, jak nie znoszę członu „Kościół”) ma Polskę w nazwie. Religia więc, także katolicyzm, nie był i nadal nie jest czynnikiem narodowotwórczym. Czy był więc nim język, co rozważa autor: Narodowość to wspólny język.
.
I tu pojawiają się wątpliwości – dotyczące nie tylko Polski. Dlaczego np. Austriacy mówiący po niemiecku nie czują się Niemcami. I jak to jest, że Szwajcarami czują się mieszkańcy kantonów niemiecko-, francusko-, włosko- i retroromańsko języcznych. Jeden naród i cztery urzędowe języki. W odniesieniu do Polski wiadome jest, że język polski ewoluował długo. Nieliczne teksty lub ich fragmenty pisane po polsku z XV wieku są niekiedy już częściowo niezrozumiałe.
Gwary ludowe, przetrwałe do dzisiaj pokazują, że wieś przez całe tysiąclecie nie znała i nie używała jednorodnego języka polskiego. Dopiero czasy PRL i wprowadzenie obowiązkowego szkolnictwa powszechnego sprawiły, że wiejskie dzieci w domach mówiące gwarą, w szkołach uczyły się literackiego języka polskiego. Powstanie pisanego języka polskiego znacznie, o długie wieki opóźniła kościelna łacina. W tym wypadku kościół był „hamulcowym” w upowszechnianiu polskiej mowy, a więc i propagowaniu polskości. To dopiero potępiany przez fundamentalistów „tradycyjnego katolicyzmu” II sobór watykański sprawił, że w Polsce język polski stał się kościelnym „językiem liturgicznym”. Przy języku polskim należy też pamiętać o tym, że nie każdy, kto mieszka w Polsce i mówi po polsku, to Polak. Obok Polaków jest w Polsce także dużo Polin-iaków udających Polaków. Najwięcej jest ich w aparacie władzy, mediach, bankowości i wśród bogatych „biznesmenów” – właścicieli dużych firm i supermarketów (banki i handel to ich narodowa „religia”). Po czym ich rozpoznać? Ano po tym, o czyje interesy dbają – o polskie, czy o swoje. Klasycznym przykładem może tu być ikona PiSraela – Kalkstein – ku urąganiu z Polaków pochowany na Wawelu, który w Izraelu, po polsku, pobratymcom także rozumiejącym język polski, choć Polakami nie byli, mówił, że obojętnie kto wygra wybory – i tak dbał będzie o interesy Izraela:
.

.
Tak więc konieczne jest rozróżnianie między Polakami a udających Polaków i mówiącymi po polsku Polin-iakami.
.
Tu jeszcze dygresja „wyborcza” – spory o to, kto byłby lepszym prezydętem Polin – Dóda czy Trzaskowski są bezprzedmiotowe. Prezydęt Polin to funkcja przede wszystkim reprezentacyjna. On nie rządzi jak prezydęci w usraelu czy Francji, gdyż w Polin politykę robi rząd, a raczej żont – a nie prezydęt.  On jest od reprezentacyjnego zapalania świec chanukowych:
.

.

.


.
Jeśli żałować miałbym przegranej Trzaskowskiego, to tylko dlatego, że zabraknie mi go do kolekcji chanukowych prezydętów. A to, czy w rezydencji prezydęta Polin będzie Dudniło, czy Trzaskało przy chanukowych świecach, jest mi kompletnie obojętne
.
Wracam jednak do tematu. Czy – jak rozważa autor „Narodowość to wspólnota prawa”. Takie stawianie sprawy jest naiwne. To co nazywane jest prawem, zawsze było narzędziem elit do trzymania poddanych za pysk. Widać to było zwłaszcza w czasach pańszczyzny, gdy chłopstwo było praktycznie wyjęte spod prawa i nie miało żadnych praw. Obecnie zaś jest niewiele lepiej. Zaznaczyć tu należy, że u podstaw współczesnego prawodawstwa zachodu leży tzw. „prawo rzymskie”. Było ono stanowe i inne dla elit, inne dla plebsu, jeszcze inne dla nie-Rzymian (gdyby reformator judaizmu Joszue był obywatelem rzymskim, nie można by go było ukrzyżować). Niewolnicy zaś byli wyjęci spod prawa i traktowano ich jako „mówiące narzędzia”.
Jak więc wygląda stan „prawa” w Polin obecnie? Polak przyłapany na drobnej kradzieży w sklepie wyląduje przed sądem. Elity udające Polaków, Polin-iacy, ograbili i nadal ograbiają Polaków na biliony. I nic. Nie spotyka ich żadna kara. Albo przykład konkretny – Polaka, Mateusza Piskorskiego, trzymano bezprawnie i bezpodstawnie w więzieniu (areszcie „wydobywczym”) trzy lata. Zwolniono go warunkowo, za kaucją (200 000 zł) oraz z ograniczeniem praw obywatelskich: ma zakaz kontaktowania się z członkami jego partii (Zmiana), którzy jeszcze nie składali zeznań przed dintojrą, odebrano mu paszport, miał zakaz opuszczania Polski, a także podlegał tzw. „dozorowi policyjnemu” (musiał zgłaszać się 3 razy w tygodniu na policję). Taka to była ta jego „wolność”. A tymczasem Polin-iak Mariusz Kamiński, skazany wyrokiem sądu na trzy lata więzienia, natychmiast został ułaskawiony przez Polin-iaka Dódę Obłudę i zamiast w pierdlu wylądował ponownie w rządzie, a raczej żondzie PiSraela jako minister bez teki – specjalista od koordynacji służb. Tu należy dodać, że został skazany za przestępstwa (fałszowanie dokumentów w tzw. „aferze gruntowej”) jakich dopuścił się będąc szefem CBA w czasach pierwszego żondu PiSraela (2005-2007). I jeszcze jedna ciekawostka – Dóda Obłuda ułaskawił go 16 listopada 2015 roku. Tego samego dnia Prawdziwa Polka Szydło powołała go do żondu na ministra bez teki. Szydło zaś, jeśli ktoś już o tym zapomniał, to ta, którą w kuluarach u rebe Rydzyka „bierzmował” żydowski rabin:
.


.
Jak więc widać, inne – surowe – prawo jest w Polin dla Polaków, a inne – łaskawe – dla Polin-iaków. Polacy faktycznie powoli stają się „mówiącymi narzędziami”…
.
Dalej…
.
Na koniec rozważa autor, czy Wspólnota narodowości to poczucie mieszkania we wspólnym kraju”. Ta ewentualność jest możliwa, pod warunkiem, że wszyscy mieszkańcy mają równe prawa. Niemniej i ona nie jest konieczna – poza granicami Polski mieszkają miliony Polaków, niektórzy nawet w kolejnym pokoleniu, którzy nadal za Polaków się uważają. Za to mieszkający w Polin Polin-iacy, choć Polaków udają, nimi nie są. Tak więc i poczucie mieszkania we wspólnym kraju nie jest warunkiem koniecznym do wytworzenia czy utrzymania poczucia wspólnoty narodowej.

.

Na koniec, choć pewnie przez nacjonalistów zostanę okrzyczany renegatem i wdeptany w ziemię powiem tak – nacjonalizmy to w sumie sztuczne twory. Najlepiej widać to na przykładzie usraela. Usraelici sami siebie nazywają buńczucznie „Amerykanami” czy „narodem Amerykańskim”, tak jak by tylko usrael leżał w Ameryce. Kim są więc owi „Amerykanie”, czyli usraelici? A więc są wśród nich potomkowie grabieżców i złodziei indiańskich ziem, potomkowie eksterminatorów Indian. Są wśród nich i potomkowie niewolników afrykańskich. Są potomkowie późniejszej emigracji zarobkowej – rzesz biedoty z Europy, Azji i Ameryki Łacińskiej. Najmniejszy odsetek stanowią prawdziwi i prawowici Amerykanie – Indianie. Jest to więc zbieranina z całego świata, różnych kontynentów, wszystkich odcieni skóry, dziesiątek różnych grup etnicznych, wyznawców prawie wszystkich religii świata, której dano szmatę w paski z gwiazdkami w rogu i hymn, i która ostatecznie w banksterskim tyglu stopiła się w XX wieku w sztuczną „jedność” i uważa się za „amerykański naród”.

Naturalnie, że w państwach narodowych takich jak Polska, Niemcy czy Francja, przy tworzeniu się poczucia wspólnoty narodowej różnorodności etniczne, kulturowe i religijne były znacznie mniejsze niż w usraelu, ale i tu to poczucie jest w sumie dosyć sztucznym i późnym tworem. Nie bez przyczyny wiek XIX uważany jest przez większość historyków za wiek wybujałego nacjonalizmu. Naturalnie nie mam nic przeciwko nacjonalizmowi, a tym bardziej przeciwko polskości. Byłoby jednak dobrze nie stawiać jej na ołtarzach…

.

Pragnąłbym, aby Polska była Polską – krajem rządzonym przez Polaków i dla dobra Polaków, żyjącym w zgodzie ze wszystkimi sąsiadami, a także odległymi od nas państwami, pod warunkiem, że będą Polskę szanować i respektować jako równorzędnego partnera. Na wasalskie wobec kogokolwiek poddanie się nie ma mojej zgody…
.

.

opolczyk

.

.

.