O ludobójstwie Indian na marginesie Dnia Dziękczynienia…

.

Pierwsze Święto Dziękczynienia

.
Piszę ponownie o Indianach  – tym razem w kontekście Dnia Dziękczynienia oraz demagogii i kłamstw katolickiego propagandysty Salwowskiego…
.
O Indianach zamierzałem i tak napisać kolejny tekst – przy okazji uroczyście obchodzonego w usraelu dzisiaj święta o nazwie „Dzień Dziękczynienia”, związanego bezpośrednio z pomocą, jaką protestanckim „pielgrzymom” w Plymouth udzieliło tamtejsze plemię Wampanoagów, ratujących białych przed śmiercią głodową.
.
„Pielgrzymi przybyli na skałę Plymouth 11 grudnia 1620 roku. Po pierwszej ostrej zimie do początku kolejnej jesieni zmarło 46 ze 102 osób zaokrętowanych na „Mayflower”. Ponieważ jednak żniwa 1621 roku były obfite, koloniści postanowili uczcić to wraz z 91 Indianami z plemienia Wampanoagów, którzy wraz z wodzem Massasoitem pomogli im przetrwać pierwszy rok.”
https://pl.wikipedia.org/wiki/Dzie%C5%84_Dzi%C4%99kczynienia
.
W międzyczasie znajomy, Mirek, podesłał mi wyjątkowo załgany artykuł Mirosława Salwowskiego:
http://salwowski.net/2016/03/19/czy-w-ameryce-polnocnej-doszlo-do-ludobojstwa-indian/
.
Autor kiedyś publicznie zdefiniował siebie jako Żyda (duchowego):
https://www.fronda.pl/blogi/miroslaw-salwowski/ja-tez-jestem-zydem-duchowym,38593.html
.

A jako że ludobójstwo Indian, Dzień Dziękczynienia i artykuł Salwowskiego wzajemnie się uzupełniają, poruszę wszystkie te sprawy w poniższym wpisie.
Do święta „Dziękczynienia” jeszcze powrócę. Tymczasem zobaczmy, co ma do powiedzenia o ludobójstwie Indian w Ameryce Północnej katolicki duchowy Żyd – Salwowski.
Zapewne, chwalebne jest z jego strony to, że próbuje bronić „heretyckich” protestantów. Choć wie i o tym, że ich zbrodnie i dokonane przez nich ludobójstwo Indian idzie na konto całego chrześcijaństwa. Tak wię myślę, że chyba tylko z tego powodu broni ich. Tyle że robi to w sposób wyjątkowo załgany. Już sam tytuł („Czy w Ameryce Północnej doszło do ludobójstwa Indian?”) jest ewidentną manipulacją, odwraca bowiem uwagę od faktu, że ludobójstwo Indian miało miejsce na terenie obu Ameryk, także południowej. Tego jednak katolicy z uporem maniaka wypierają się. I jeśli są w ogóle gotowi dyskutować o ludobójstwie Indian, to tylko w kontekście Ameryki Północnej. Gdy spojrzymy jednak na współczesną definicję ludobójstwa, a następnie krytycznie/obiektywnie zbadamy postępowanie białych w obu Amarykach, jasne będzie, że miało ono miejsce w nich obu:
.
„Ludobójstwo – zbrodnia przeciwko ludzkości[1], obejmująca celowe wyniszczanie całych lub części narodów, grup etnicznych, religijnych lub rasowych, zarówno poprzez fizyczne zabójstwa członków grupy, jak i wstrzymanie urodzeń w obrębie grupy, stworzenie warunków życia obliczonych na fizyczne wyniszczenie, czy przymusowe odbieranie dzieci.”
https://pl.wikipedia.org/wiki/Ludob%C3%B3jstwo
.
Zdemaskowanie wszystkich kłamstw i demagogicznych wykrętów Salwowskiego wymagałoby napisania nieomal całej książki. Tu powiem tyle – nie ma u niego ani jednego zdania zawierającego niepodważalną prawdę. Cały jego artykuł to kłamstwa, demagogia, relatywizacja poczynań białych, podwójne standardy i erystyczne wykręty mające udowodnić postawione przez niego założenie – nie było ludobójstwa Indian w Ameryce Północnej.
Skupię się na kilku głównych jego kłamstwach i demagogicznych zakłamanych przeinaczeniach.
.
A więc…
.
Ludobójstwo Indian miało jak najbardziej miejsce nie tylko w Ameryce Północnej, ale i w Ameryce Południowej. Salwowski pisał:
.
„A jak wytłumaczyć fakt, iż na terenach Ameryki Łacińskiej znajduje się dziś o wiele więcej ludności pochodzenia indiańskiego niż w USA? Przyczyny tego są dwie. Dzisiejsza Ameryka Łacińska była pierwotnie o wiele gęściej zaludniona przez Indian niż teren Stanów Zjednoczonych. Szacuje się, iż kraje współczesnej Ameryki Południowej i Środkowej przed europejską kolonizacją zasiedlało aż 42 miliony Indian. Po drugie: katolicy w odróżnieniu od protestantów znacznie chętniej mieszali się z tubylczą ludnością wchodząc z nią w nie-małżeńskie lub małżeńskie związki. Działo się tak przez całe wieki. Stąd dziś znaczna część ludności Ameryki Łacińskiej ma w swych żyłach niemało domieszki indiańskiej krwi.”
.
Faktycznie w niektórych krajach Ameryki Łacińskiej przeżyło wielu Indian (pisałem o tym ostatnio: https://opolczykpl.wordpress.com/2019/11/20/katolicka-prawda-inaczej-o-indianach-i-czarnych-niewolnikach/). Ale dotyczy to przede wszystkim krajów leżących w Andach. Tam Indianie uciekali przed białymi katolickimi ludobójcami w wysokie partie gór (Boliwia, Peru, Ekwador), niedostępne dla białych. W przypadkach kilku innych krajów sporo Indian przeżyło zarówno w górach jak i w gęstych tropikalnych lasach deszczowych (Meksyk a zwłaszcza Gwatemala: https://pl.wikipedia.org/wiki/Gwatemala#Geografia). Ale są w Ameryce Łacińskiej kraje prawie bez Indian: Brazylia (0,4%), Salwador (1,0%), Paragwaj (1,4%), Wenezuela (1,8%) czy Argentyna (2,2%). Jeszcze gorzej wygląda to na Karaibach. W Haiti, kolonializowanej przez hiszpańskich katolików,  Indian nie ma praktycznie w ogóle:
.
„Większość obecnych Haitańczyków jest czarnoskóra (około 95%). Reszta to przede wszystkim Mulaci i biali (około 5%)[8].”
https://pl.wikipedia.org/wiki/Haiti#Demografia
.
Nieco inaczej, ale też bez Indian jest w Dominikanie – biali stanowią tam 16% mieszkańców, czarni 11%, 73 % to mulaci. Indian jest tam zero%.
Tu jako ciekawostkę podam, że u Dominikanek, bazując na badaniach mitochondrialnego DNA (przekazywanego wyłącznie w linii kobiecej – z matek na córki) dominują kobiety pochodzenia afrykańskiego, murzyńskiego (potomkini niewolniczek) stanowiące 70 % kobiet. 15 % to kobiety wywodzące się od Europejek i Azjatek. Ostatnie 15 % to potomkinie Indianek. Jak widać, niewielka stosunkowo liczba  Indianek przetrwała w Dominikanie. Ale Indian, mężczyzn, tam nie ma. Ich wybito już w XVI wieku niewolniczą pracą lub mordując stawiających opór. Nawet na Kubie nie ma pełnokrwistych Indian, choć metysów (potomków białych i Indian jest tam sporo: 26,6 %). A tymczasem katolicy gadają, że w Ameryce Łacińskiej było dla Indian dobrze pod rządami katolickich konkwistadorów. Jednakże oczywiste fakty podane powyżej temu zaprzeczają. Inaczej też wyglądało „mieszanie” się katolików z Indianami. Ci ostatni od początku traktowani byli z pogardą jako poganie, nie biali i dzicy. Ale z powodu braku białych kobiet długo Indianki, zwłaszcza młode, wykorzystywane były jako seksualne niewolnice i nałożnice katolickich najeźdźców, także zakonników i „duchownych”. Niejeden z nich posiadał cały indiański harem – inną Indiankę miał na każdy dzień tygodnia i inną na każde święto. Pomijam przy tym masowe gwałty dokonywane na Indiankach. Niemniej o ile czerwonych mężczyzn eksterminowano masowo, niewolniczą pracą lub podczas rzezi, kobiety jako narzędzia do zaspokajania seksualnych chuci częściej przeżywały. Ich potomstwo naturalnie też. Nie powiem – zdarzały się zapewne przypadki prawdziwych miłości białych do Indianek. Ale były to do czasu oficjalnego nadania niedobitkom Indian (w XX wieku) praw obywatelskich raczej wyjątki. Ogromna większość metysów w krajach Ameryki Łacińskiej to potomkowie Indianek gwałconych lub będących seksualnymi niewolnicami katolickich lubieżców.
Metysów kolonizatorzy traktowali z mniejszą pogardą, niż pełnokrwistych Indian, ze względu na domieszkę u nich „białej krwi”. Ale i tak w ich oczach byli dużo gorsi od „białych”. Potrzebni byli jednak jako „łącznik” między białymi a Indianami. I to wśród nich najszybciej następowało to, co biali nazywali „chrystianizacją” Indian. To właśnie „nawróceni” metysi często byli katolickimi – że tak powiem – szabas-gojami, „misjonarzami”, mającymi pomagać „nawracać” pełnokrwistych, czerwonych, przyrodnich braci. Metysi z ich strony wiedząc, że ze względu na domieszkę czerwonej krwi są i tak „gorszymi” niż biali, rozdzierani międy kulturą rodzimą, „czerwoną”,  a tą narzucaną przez białych, by poprawić swoją pozycję społeczną chętnie przyjmowali białe wzorce, białą (anty)kulturę i wiarę białych, by jeszcze bardziej wznieść się nad czerwonych pełnokrwistych pogan. Nie potępiam ich za to, choć byli po prostu narzędziem białych służącym przyspieszonemu podbojowi Ameryki.
Prawdą jest też, że wśród katolików już w XVI wieku zdarzali się tacy, którzy bronili „nawróconych” Indian przed eksterminacją i przed pracą niewolniczą. Choć i oni uznawali za legalne grabież indiańskich ziem. W ich przekonaniu ziemie te były własnością Hiszpanii, lub w przypadku Brazylii własnością Portugalii. Ich obrona „nawracanych” Indian w mniejszym lub większym stopniu wypływała z chęci uwiarygodniania głoszonej propagandy, jakoby podbój Ameryki miał przede wszystkim na celu „nawrócenie” Indian na „prawdziwą wiarę”. I aby ten pretekst grabieży indiańskich ziem zachował pozory prawdy, zabiegano o pewną ilość „nawróconych” Indian. Natomiast tymi, którzy „nawrócić” się nie chcieli, nawet owi „humanitarni” nawracacze nie zaprzątali sobie głów – niech zdychają z wycieńczenia na plantacjach, niech giną w pacyfikacjach pogańskich wsi, bądź płoną na stosach. Taki stosunek do Indian mieli też wspomniani przez Salwowskiego purytanie (o tym będzie później) – nawracanie Indian było dla nich figowym listkiem mającym przysłonić brutalną grabież ich ziem.
.
Tu pozwolę sobie na pewną dygresję – otóż dostrzegam dużo analogii w kolonizacji obu Ameryk z podbojem przez katolickie Niemcy Połabia. Jego południową część (na czele z Serbołużycami) Niemcy podbili w sumie szybko – na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Wspominałem o tym tu:
https://opolczykpl.wordpress.com/2019/10/21/szkic-o-zyciu-codziennym-slowian/
.
Natomiast podbój Północnego Połabia kosztował Niemców o wiele więcej wysiłku, wojen i strat, no i trwał o dwa wieki dłużej. Podobnie było z obiema Amerykami: południową oraz część północnej (Karaiby, Meksyk i całą środkową Amerykę) nieomal w całości podbili katolicy b. szybko. Choć i tu były wyjątki. Do dzisiaj w niedostępnych ostępach Amazonii żyją ostatnie wolne plemiona Indian, a Mapucze na 300 lat powstrzymali hiszpańską konkwistę i podbici zostali dopiero przez republikańskie Chile w XIX wieku. Pisałem o tym tu:
https://opolczykpl.wordpress.com/2012/09/01/mapucze-w-kleszczach-zachodniej-antycywilizacji-2/
.
Niemniej na ogół podbój południowej Ameryki przypominał podbój południowego Połabia – nastąpił szybko i oczywiście niezwykle brutalnie. Natomiast część Indian północnej Ameryki, jak Północni Połabianie, stawiali hordom białych najeźdźców znacznie większy opór i znacznie dłużej bronili ich wolności, kultury, tożsamości i ziem.
Bo i o tym nie możemy zapominać – Indianie nie bronili tylko swoich ziem – walczyli też o swoją wolność, kulturę – w tym zwłaszcza własne wierzenia – i tożsamość. I o to samo walczyli Połabianie.
I jeszcze jedno podobieństwo czy wręcz analogia między Amerykami a Połabiem nasuwa mi się w tym miejscu – największe obecnie na świecie zagęszczenie słowiańskiej haplogrupy R1 a występuje na terenie Serbołużyc, czyli na południowym Połabiu. Analogicznie – najwięcej Indian  (z wyjątkiem arcykatolickiej Brazylii i oczyszczonych z nich Karaibów) żyje w kilku krajach Ameryki Południowej. Natomiast na terenach Północnego Połabia odsetek haplogrupy słowiańskiej jest mniejszy, gdyż  znacznie więcej stawiających opór Słowian tam wymordowano. I to samo miało miejsce na terenie usa i Kanady.
Zapewne m.in. i te analogie sprawiają, że tym bardziej uważam Indian, ale zwłaszcza tych wojowniczych z Ameryki Północnej za naszych braci – stawiali taki sam opór białym chrześcijańskim Europejczykom, jak Północni Połabianie katolickim Niemcom.
.
Ale wracam do Salwowskiego…
.
Pisze on:
.
„Pierwszą rzezią na terenie dzisiejszych USA był mord dokonany przez Indian w 1622 roku, z plemienia Powhatan na 347 mężczyznach, niewiastach i dzieciach zamieszkałych w Jamestown.”
.
Jest to jednak kłamstwo i na dodatek wielopiętrowe.
.
– Po pierwsze – pomija on milczeniem przyczyny ataku Indian na osady kolonizatorów założone wbrew ich woli na ich ziemiach wokół fortu Jamestown.
– Po drugie – nazwywa rzezią i mordem atak Indian na obronne najczęściej osady i farmy (obronne ze względu na poprzednią wojnę białych z Powatanami), rozrzucone wokół fortu Jamestown i zamieszkałe przez uzbrojonych po zęby kolonizatorów . Nie podaje przy tym ilości ofiar po stronie Indian.
Tu przyznam, że nigdzie nie znalazłem ilości ofiar po stronie Indian podczas ich desperackiego ataku na Jamestown. Ale czemu się dziwić? Biali nie lubili chwalić się ilością zabitych przez nich „czerwonych psów”. Tylko własne straty nagłaśniali.
– Po trzecie – nie była to pierwsza masakra na terenie dzisiejszych usa. Tu przypomnę inną, dokonaną na Indianach na terenie obecnej Alabamy w roku 1540, tyle że przez Hiszpanów. Nie ma o niej absolutnie żadnej wzmianki w polskiej wiki, ale jest w niemieckiej:
.
„Hinter den Palisaden hatten sich Frauen, Kinder und eine große Streitmacht – nach Angaben der Spanier – von ca. 2.000 bis 2.500 Kriegern verschanzt. In der anschließenden Schlacht – die über den ganzen Tag andauerte – wurden 22 Spanier getötet und 148 verwundet, die Indianer allerdings hatten zwischen 2000 und bis zu 2500 Tote zu beklagen (hierunter auch Tuscaloosa).”
[Za palisadą ukrył się obok kobiet i dzieci duży oddział wojskowy – według danych Hiszpanów – 2000 do 2500 wojowników. Podczas bitwy trwającej cały dzień zginęło 22 Hiszpanów a 148 odniosło rany, natomiast straty wśród Indian wyniosły od 2000 do 2500 zabitych, (wśród nich był Tuscaloosa) – wódz Indian – przypis  i tłumaczenie moje.]

https://de.wikipedia.org/wiki/Schlacht_von_Mauvilla
.
To co Hiszpanie zrobili z Indianami w Mauvilli było rzeczywistą masakrą: armatami rozbili palisadę, po czym strzelali do Indian jak do kaczek. I przy okazji tej wręcz rzezi, a nie tylko masakry, widzimy hipokryzę białych – masakrę, wręcz rzeć dokonaną na Indianach w Mauvilli nazywa niemiecka wiki „bitwą”, choć była to rzeczywiście masakra. Za to bitwę w okolicach Jamestown nazywa (podobnie jak polska wiki i Salwowski) masakrą:
https://de.wikipedia.org/wiki/Jamestown-Massaker
.
Tu jeszcze nadmienię, że dowódcą hiszpańskich ludobójców z 1540 roku był wyjątkowy katolicki zbrodniarz, Hernando de Soto. Na poniższej mapce widać przypuszczalny szlak jego podboju, pełnego mordów, gwałtów, niszczenia całych osad i osiedli indiańskich(linia czerwona zakończona śmiercią tego zbrodniarza):
.


https://de.wikipedia.org/wiki/Hernando_de_Soto
.
Nawet dużo krótszy jego biogam w polskiej wiki pokazuje, jaką był kanalią i zbrodniarzem:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Hernando_de_Soto
.
Jednak nie on był pierwszym kolonializatorem na obecnych terenach usa, mordującym Indian. Jeszcze przed nim szerzył tam śmierć jego krajan, zbrodniczy konkwistator Pánfilo de Narváez.
https://pl.wikipedia.org/wiki/P%C3%A1nfilo_de_Narv%C3%A1ez
.
Zamieszczam przypuszczalny szlak jego łupieżczego szlaku:
.

.
A jeszcze później, bo w roku 1570  w pobliżu późniejszego angielskiego Jamestown Hiszpanie ponowoli próbę kolonializacji późniejszej Wirginii. Była to tzw. „misja Ajacan”:
https://de.wikipedia.org/wiki/Jamestown_(Virginia)#Don_Luis_und_die_Ajac%C3%A1n_Mission_1570
.
Jezuici, przy pomocy uprowadzonego w roku 1561 syna indiańskiego wodza Powatanów, nazwanego przez Hiszpanów don Luis, pragnęli pod pozorem misjonowania ponowić próbę kolonializacji. Jednakże uprowadzony Indianin zbiegł, stanął po stronie swoich i doprowadził do zabicia najeźdźców ich własnymi siekierami. Rok później Hiszpanie przeprowadzili akcję odwetową i zabili ponad dwudziestu Indian – powiesili ich na masztach swoich statków.
Jest oczywiste, że wszystkie ludy/plemiona wybrzeży Atlantyku i Zatoki Meksykańskiej wiedziały o tych próbach podboju i pamiętały o nich. Pamiętali o nich także Powatanowie, gdy Anglicy przypłynęli do ich wybrzeży i zaczęli ich ziemie kolonializować.
.
Tu uwaga ogólna – gdy do kolonialnego wyścigu z opóźnieniem o prawie wiek ruszyła Anglia, cała Ameryka Południowa oraz południowa część Ameryki Północnej były już skolonializowaneprzez katolickie Hiszpanię i Portugalię. Dlatego Anglicy wybrali na ich przyszłe kolonie ziemie na wybrzeżach Atlantyku, na których nie udało się wcześniej Hiszpanom założyć trwałej kolonii. Pierwszą trwałą angielską kolonią w Ameryce Północnej była właśnie ta w Jamestown, założona w roku 1607. Wcześniejsze próby utworzenia angielskich kolonii, m.in. na wyspie Roanoke, kończyły się totalnym fiaskiem:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Roanoke_(kolonia)
.
Przy czym już od początku kolonizatorzy z Jamestown oszukiwali i okłamywali Indian. Po przybiciu do wyspy na rzece, którą nazwali James River twierdzili, że chcą tylko dokonać wymiany handlowej z Indianami, przez co zostali przyjęci przyjaźnie. Indianie początkowo dostarczali owym „kupcom” żywności, ale szybko zorientowali się, że biali ich oszukali. Otóż błyskawicznie zbudowali oni obronny fort na wyspie i zamiast się wynieść po „wymianie handlowej”, ściągali kolejnych kolonizatorów. Doszło do pierwszych walk i pierwszej nierozstrzygniętej wojny. W zimie 1609/1610 z powodu głodu i mrozów Jamestown prawie się wyludnił  – z 214 kolonistów przeżyło tylko 60. I gdy zamierzali porzucić kolonię i wrócić do Anglii – przypłynął tam nowy gubretnator – Thomas de la Warr (czerwiec 1610) z prowiantem i nowymi kolonizatorami oraz żołnierzami. Już sam fakt, że Anglia przysłała gubernatora świadczy o tym, że od początku Jamestown planowany był jako kolonia. Nowy gubernator natychmiast podjął działania wojenne przeciwko Indianom rozkazując stosować wobec nich taktykę spalonej ziemi. Biali najeźdźcy napadali na indiańskie osady paląc je. Z Indian, kto nie uciekł, ginął. Niszczono pola uprawne Indian (tak, tak – nawet w Ameryce Północnej Indianie uprawiali ziemię) oraz rabowano ich zapasy żywności. A gdy w ręce białych (już po śmierci gubernatora de la Warra) wpadł indiański wódz Powatan, został po prostu zamordowany (1618 r.). A na „oczyszczanych” z Indian terenach powstawały dookoła Jamestown kolejne farmy i małe osady (zazwyczaj liczące po kilka rodzin) – w sumie ponad 70. Ze względu na toczoną wojnę z Indianami wszystkie były obronne, a mieszkańcy ich uzbrojeni byli po zęby.
Widząc, że są spychani z ich ziem, zdesperowani Indianie w roku 1622 znienacka napadli na te farmy i osady. Ilu ich zginęło podczas ataku na białych – nie wiemy. Biali policzyli tylko własne ofiary – 347. A desperacki atak Indian na grabieżców ich ziem nazwali masakrą…
.
… co wykorzystywano później, wielokrotnie zresztą, jako pretekst do jeszcze gwałtowniejszej eksterminacji Indian.
Natomiast nie ma w wiki ani polskiej, ani niemieckiej oddzielnego wpisu o rzeczywistej masakrze, wręcz ludobójstwie, dokonanym krótko później przez angielskich purytanów na Pekotach. Polska wiki w ogólnikowym wpisie o tym plemieniu nawet nie pisze, jaką zginęli śmiercią podając zdawkowo:
.
„Podczas wojny z Pekotami żołnierze spalili doszczętnie Fort Mystic – wioskę Wielkiego Sachema Pekotów – Sassacusa, masakrując jednocześnie wszystkich mieszkańców – być może nawet 500 osób, w większości kobiet i dzieci. Nieliczni, którzy przeżyli masakrę zostali sprzedani jako niewolnicy, a ci którzy mieli więcej szczęścia schronili się w innych plemionach.”
https://pl.wikipedia.org/wiki/Pekoci
.
Niemiecka wiki przynajmniej podaje, że część z nich spłonęła żywcem w podpalonej przez purytanów osadzie:
.
„500 bis 600 Bewohner verbrannten bei lebendigem Leib oder sie wurden abgeschlachtet”
(„500 do 600 mieszkańców spłonęło żywcem lub zostało zamordowanych” – tłumaczenie moje.)
https://de.wikipedia.org/wiki/Pequot#Pequot-Krieg
.
Cytuje też niemiecka wiki wypowiedzi angielskich purytanów radujących się z tak wspaniałego  „zwycięstwa” i dziękujących za nie żydowskiemu bogu Jahwe.
Jeden z tych cytatów oraz jeszcze inny znaleźć można tu (wytłuszczenia moje):
.
„Rok 1637. Zabity został kapitan angielskiego statku. Podejrzewano o to Indian z plemienia Pequot, (zamieszkującego tereny, na które ostrzyli sobie apetyt Anglicy). Wchodząc w przymierze z wrogim Pequotom plemieniem Narragansett, koloniści wysłali przeciw nim ekspedycję karną z instrukcjami, by zabić wszystkich mężczyzn, spalić osadę i zniszczyć pola uprawne.
Indianie uciekli z wioski, którą Anglicy następnie spalili.
Wkrótce Pequotowie zaatakowali fort Saybrook, zabijając 9 kolonistów. Na odwet nie trzeba było długo czekać. Anglicy zmobilizowali jeszcze mocniejszy oddział (wraz z Narragansettami) i 5 czerwca 1637 roku dokonali jednej z największych masakr w dziejach angielsko-indiańskich konfliktów. Okrążyli najpierw dużą warowną osadę Pequotów i podpalili ją. Ponad pół tysiąca Indian spłonęło, a tych, którzy chcieli uciec przed płomieniami, wyłapano i wymordowano. Okrucieństwo kolonistów wzbudziło zdumienie nawet wśród członków sprzymierzonego plemienia Narragansett, którzy uważali, że nie powinno się zabijać wroga w tak niehonorowy sposób. Jeden z dowódców angielskich, kapitan Underhill, tak zanotował:
„Wielu spłonęło w forcie, zarówno mężczyzn, jak i kobit i dzieci. Inni, zmuszeni do jej opuszczenia, wychodzili w pojedynczych grupach po dwudziestu lub trzydziestu, które nasi żołnierze przywitali ostrzami szabli. Padali mężczyźni, kobiety, dzieci: a ci, którym udało się uciec od nas, wpadali w ręce Indian, którzy stali na tyłach za nami. Mówi się, że w forcie było około 400 dusz, a nawet pięciu z nich nie udało się uciec… Można się zapytać, dlaczego byliśmy tak gwałtowni (jak niektórzy mówią). Czy chrześcijanie nie powinni mieć więcej litości i współczucia? Odwołuję was do wojny Dawida… Czasami pismo stwierdza, że kobiety i dzieci muszą zginąć wraz z ich rodzicami… Słowo Boże oświeciło nas wystarczająco w kwestii naszego postępowania.”
Profesor Rozbicki pisze: „W Massachusetts purytanie świętowali zwycięstwo, a jeden z ich dowódców wezwał do modłów za ‚wysłanie tego dnia 600 dusz do piekła’. Gubernator Bradford przyznał, że był to wprawdzie ‚straszliwy widok, oglądać ich smażących się w płomieniach oraz strumienie krwi wygaszające ogień’, ale konkludował, iż była to ‚słodka ofiara dla zwycięstwa, za które dziękowaliśmy Bogu.’
https://wizjalokalna.wordpress.com/2013/03/23/cywilizowani-i-dzicy-czyli-o-stosunkach-europejczykow-z-indianami/
.
Ta oczywista i rzeczywista masakra/rzeź/ludobójstwo dokonane na Pekotach nie doczekało się oddzielnego wpisu w polskiej czy niemieckiej  wiki. Biali nawet nie zadbali o to, aby policzyć ilość ofiar ich zbrodni. Bo kogo interesowało, ile czerwonych psów zginęło wtedy? Tylko swoje ofiary skrupulatnie liczyli co do sztuki, nawet jeśli padali zabijani w słusznej z punktu widzenia Indian wojnie mającej na celu odzyskanie zrabowanych przez białych ziem.
.
Tu pozwolę sobie na pewną dygresję: w cytowanej powyżej wypowiedzi jednego z purytańskich dowódców, kapitana Underhilla, mowa jest o żydowskim królu Dawidzie (moi stali czytelnicy wiedzą, że to postać fikcyjna: https://opolczykpl.wordpress.com/2013/12/29/biblia-zydowska-ksiega-zbrodni-wyssana-z-palca/):
.
„Można się zapytać, dlaczego byliśmy tak gwałtowni (jak niektórzy mówią). Czy chrześcijanie nie powinni mieć więcej litości i współczucia? Odwołuję was do wojny Dawida… Czasami pismo stwierdza, że kobiety i dzieci muszą zginąć wraz z ich rodzicami… Słowo Boże oświeciło nas wystarczająco w kwestii naszego postępowania.”
.
Każdy kto zna „pismo” – hebrajską biblię Tanach, czyli chrześcijański „Stary Testament” – wie, ile masowych rzezi dokonali na jego kartach Izraelici na kobietach i dzieciach, zwłaszcza podczas biblijnego podboju Kanaanu:
.
Ale co ma do spalenia kilkuset Indian biblijny Dawid?
Już wyjaśniam!
Otóż w „Drugiej księdze Samuela” w opisach wojen i zbrodni króla Dawida, do lat 60-tych XX wieku we wszystkich chrześcijańskich bibliach można było przeczytać taki oto fragment:
.
Lud też, który był w mieście, wywiódłszy, podał pod piły, i pod brony żelazne, i pod siekiery żelazne, i wegnał je w piec cegielny. A tak uczynił wszystkim miastom synów Ammonowych; i wrócił się Dawid, i wszystek lud jego do Jeruzalem.
2 Sm 12, 31
.
Na początku lat 60-tych XX wieku, pod naciskiem wpływowych środowisk żydowskich, wszystkie wielkie odłamy chrześcijaństwa zamieniły ten fragment na inny, brzmiący obecnie tak:
.
„Ludność zaś, która w nim była, uprowadził i przeznaczył do obsługi pił, kilofów i żelaznych siekier oraz kazał jej przejść do wyrobu cegły. W ten sposób postąpił z wszystkimi miastami ammonickimi. Potem wrócił Dawid z całym wojskiem do Jerozolimy.”
2 Sm 12, 31
.
Jak widzimy – istnieje ogromna różnica między tymi krótkimi fragmentami. Przez prawie dwa tysiące lat w biblii pisało, jak to na rozkaz Dawida podbitych Ammonitów poddano pod piły, brony żelazne i pod siekiery, po czym wegnano ich do pieca, w którym spalono ich żywcem (żywcem, gdyż zgodnie z tekstem do pieca ich wegnano a nie wrzucono do niego ich trupy). Jednak po wojnie, w dobie głoszenia „religii holokaustu”, w czasach, gdy zgodnie z polityczną poprawnością żydzi/Żydzi/Izraelici byli zawsze ofiarami, niegdy zaś sprawcami i gdy zgodnie z propagandą to ich podczas wojny palono – nie wypadało, by w biblii był fragment mówiący o tym, jak to oni torturowali i palili żywcem w piecu Ammmonitów. Przez co ten fragment zmieniono na całkiem sympatycznie brzmiący – Ammonitom kazano jedynie obsługiwać piły, kilofy i wypalać cegły. Niemniej wypowiedź kapitana Underhilla w obliczu spalonych żywcem setek Indian, powołującego się na króla Dawida, który na kartach biblii palił w piecu żywcem Ammonitów, nabiera sensu: skoro Dawid z przyzwoleniem i błogosławieństwem biblijnego Jahwe palił wrogów żywcem w piecu, to co zrobili z Indianami purytanie, w pełni zgodne jest z duchem żydo-biblii. To ona uprawomocniała ich zbrodnicze wyczyny.
.

O rzeczywistych planach angielskich kolonizatorów i ich stosunku do Indian najlepiej świadczy jednak przykład losu pięciu plemion, nazwanych Pięcioma Cywilizowanymi Narodami (wytłuszczenia moje):
.
„Plemiona nazwano „cywilizowanymi”, ponieważ – dążąc do pokojowej koegzystencji ze swoimi białymi sąsiadami z Południowego Wschodu – przejęły one wiele europejskich zwyczajów i norm, w tym sposoby gospodarowania (rolnictwo, hodowla, rzemiosło, handel), sprawowania rządów i sądów, szkoły i druk (w tym własne pismo, opracowane przez Sekwoję, religię i obyczaje). Adaptacja ta była tak skuteczna, iż gospodarka indiańskich sąsiadów stała się uciążliwą konkurencją dla rosnącej liczby białych mieszkańców południowego wschodu USA, coraz intensywniej poszukujących nowych terenów pod osadnictwo i rynków zbytu dla swoich produktów.
.
Amerykańska ustawa o przesiedleniu Indian z 1830 roku zmusiła te plemiona (mimo sprzeciwu Sądu Najwyższego USA[potrzebny przypis]) do porzucenia prosperujących osiedli we wschodnich stanach USA i przesiedlenia się na tereny na zachód od rzeki Missisipi, na tzw. Terytorium Indiańskie (obecnie stan Oklahoma). Najbardziej znanym i tragicznym epizodem tego przesiedlenia był tzw. „Szlak Łez Czirokezów”, ciężki marsz niemal całego plemienia z Georgii na Zachód, podczas którego zmarło około 4 tys. (czyli blisko 1/4) jego uczestników. Ponieważ większość Indian była przeciwna przesiedleniom (choć nie wszyscy), nie obyło się bez prób zbrojnego przeciwstawienia się białym najeźdźcom, protestów dyplomatycznych w Waszyngtonie, ucieczek niewielkich grup w bardziej niedostępne tereny i różnych form biernego oporu. Część Indian powróciła też po latach na swoje dawne tereny na Wschodzie.”
https://pl.wikipedia.org/wiki/Pi%C4%99%C4%87_Cywilizowanych_Narod%C3%B3w.
.
Na uwagę zasługuje seria deportacji Indian, nazwana szlakiem łez i śmierci:
.
Szlak Łez, także Droga Łez (ang. Trail of Tears) – trasa przymusowej deportacji Indian mieszkających w południowo-wschodnich stanach Stanów Zjednoczonych na Terytorium Indian w granicach obecnej Oklahomy, mającej miejsce w latach 1831–1838. Nazwa „Szlak Łez” nawiązuje do opisu tragicznej sytuacji wysiedlanych Indian. Wielu rdzennych mieszkańców USA opłaciło wędrówkę cierpieniem, chorobami lub śmiercią. Zginęło między innymi około 4000 z 15 000 wysiedlonych Czirokezów[1][2]
(…)
Czoktawowie zostali podzieleni na trzy grupy i mimo iż intencją rządu było ich dobre traktowanie, aby w ten sposób zachęcić kolejne grupy Indian do przenosin, wiele nieuczciwych agencji podnoszących ceny na towary nawet o 300%, a także wyjątkowo zła pogoda i tragiczna organizacja spowodowały gehennę tego narodu, opisaną przez Thomasa Harkinsa jako „Szlak Łez i Śmierci”[4]. Źródła są niejednoznaczne co do skali procesu i podają, że w latach 1831-1834 deportowano na tereny obecnej Oklahomy 7,5–8 tys. Czoktawów, a około 1 tys. pozostało – często ukrywając się – na terenie Missisipi[7] bądź, co jest bardziej prawdopodobne, 12,5 tys. deportowano, 2,5 tys. zmarło w drodze, a 5–6 tys. pozostało[4]. Indianie, którzy pozostali w Missisipi, stali się celem częstych ataków polegających na „biczowaniu, zakuwaniu w kajdany, wiązaniu oraz nękaniu w inny sposób, aż do doprowadzenia do śmierci najlepszych przedstawicieli”[8].
(…)
W roku 1830, w którym ogłoszono Indian Removal Act, na terenach, które pozostały w rękach Czirokezów, odkryto złoto. W kolejnych latach w Georgii odbyło się 6 loterii, które dzieliły indiańskie ziemie pomiędzy białych. W 1835 roku w stolicy ziem Czirokezów w miejscowości New Echota, leżącej na terenie obecnego stanu Georgia, podstępem spowodowano podpisanie traktatu, który za kwotę 5 mln USD oraz ziemie na terenie obecnej Oklahomy zmuszał Czirokezów do emigracji na zachód od rzeki Missisipi[10]. Mimo licznych protestów (m.in. przez 15 tys. Czirokezów i ich wodza Johna Rossa) w maju 1836 został on ratyfikowany przewagą jednego głosu przez Senat Stanów Zjednoczonych[6]. Od maja do listopada 1838 roku, w grupach po 1000 osób, z pomocą wojska i milicji, wysyłano Indian na zachód. Tragiczne warunki pogodowe, początkowo susza, później olbrzymie opady, wreszcie śniegi i mróz sprawiły, że po drodze zginęło około 4 tys. osób, co stanowiło około jednej piątej populacji Czirokezów (…). „
https://pl.wikipedia.org/wiki/Szlak_%C5%81ez
.
Tu przypomnę definicję ludobójstwa:
.
„Ludobójstwo – zbrodnia przeciwko ludzkości[1], obejmująca celowe wyniszczanie całych lub części narodów, grup etnicznych, religijnych lub rasowych, zarówno poprzez fizyczne zabójstwa członków grupy, jak i wstrzymanie urodzeń w obrębie grupy, stworzenie warunków życia obliczonych na fizyczne wyniszczenie, czy przymusowe odbieranie dzieci.”
.
Czyż przymusowe deportacje w warunkach,  w których Indianie wymierali tysiącami nie nosi znamion ludobójstwa – nie jest ludobójstwem?
Ponadto sprawa przymusowej deportacji „Pięciu Cywilizowanych Narodów” pokazuje, że nie o niesienie Indianom „prawdziwej wiary” i cywilizacji szło w podboju indiańskich ziem, co twierdzi Salwowski:
.
„Oczywiście troską anglosaskich kolonistów i późniejszych władz USA było nawrócenie Indian na wiarę chrześcijańską oraz nauczenie ich europejskiego stylu życia (czytania, pisania, uprawy roli, ubiorów).”
.
Szło właśnie o ziemie – „oczyszczone” z Indian! Oraz naturalnie o złoto na ich ziemiach odkrywane! I dlatego nawet plemiona, które same się „cywilizowały” i „nawracały” wypędzono daleko na nadal jeszcze „dziki i niepodbity” zachód.
.
Salwowski, katolicki duchowy Żyd, przytoczył też w jego artykule wziętą z sufitu przez białego propagandystę liczbę ofiar zabójstw na białych i czerwonych:
.
„Wedle Williama M. Osborna, autora książki pt. „The Wild Frontier: Atrocities during the American-Indian War from Jamestown Colony to Wounded Knee” w latach 1622 – 1890, biali koloniści „w aktach okrucieństwa” zabili 7. 193 osoby, za to z rąk Indian zginęło w ten sposób aż 9.156 ludzi.”
.
Gdyby ta wyliczanka była prawdziwa, obecnie w usa powinno mieszkać wiele milionów Indian. A tymczasem zostało ich 0,9 %. Gdzie podziała się reszta? Zresztą, jak można powoływać się na taką statystykę wiedząc, że biali nie sprawdzili nawet, czy podczas pogromu Pekotów w jednej tylko ich osadzie zginęło ich 400, 500, czy 600? Wspomniał też Salwowski o podpisywanych traktatach:
.
„Wizje ułożenia sobie stosunków z miejscową ludnością były różne. Często wyrażały się one w podpisywaniu traktatów z wodzami poszczególnych plemion w ramach, których ustalono za jaką cenę odstąpią oni część swych ziem kolonistom.”
.
Faktycznie – takich traktatów biali kolonizatorzy, a później władze stanowe lub centralne w Waszyngtonie podpisywały wręcz setkami z różnymi plemionami. Rzecz w tym, że tylko do nielicznych wyjątków należały sytuacje, gdy np. biali kwakrowie starali się podpisywane traktaty respektować. Ogromną większość z nich biali podpisywali, wiedząc, że je złamią. Było to rzucanie piaskiem Indianom w oczy.  Przy czym były wszystkie te „traktaty” po prostu wymuszanien na Indianach uznania przez nich ich ziem, już im zagrabionych, za ziemie białych najeźdźców. Każdy taki traktat streścić dosadnie można mniej więcej tak: my, biali grabieżcy indiańskim ziem, uważamy ziemie dotychczas przez nas zagrabione za nasze i oczekujemy od Indian, że na to się zgadzają. W zamian gwarantujemy im, że wszystkie pozostałe ziemie, na których żyją, należą do nich i nie będziemy ich dalej podbijać. Tyle, że często w czasie, gdy obie strony akurat podpisywały takie traktaty, kolejne kolumny  białych grabieżców ruszały na ziemie przyznane w akurat podpisywanych traktatach Indianom. A gdy ci uważając się za oszukanych występowali zbrojnie przeciwko – jak ich nazywał Salwowski – „pokojowym osadnikom”dawało to pretekst białym oszustom, sygnatariuszom traktatów, do kolejnych akcji pacyfikacji i eksterminacji Indian, kończonych kolejnymi traktatami, które kolejne zagrabione ziemie przyznawały białym.
W sumie przypominało to trochę rozbiory Rzeczypospolitej. Po dokonaniu pierwszego mocarstwa rozbiorowe zmusiły Sejm Rz’plitej do jego zatwierdzenia.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Sejm_Rozbiorowy_(1773%E2%80%931775)
.
Po drugim rozbiorze mocarstwa rozbiorowe zmusiły lokalne sejmy do jego zatwierdzenia:
.
„22 lipca deputacja sejmu grodzieńskiego, obradującego pod lufami armat wojsk rosyjskich podpisała traktat z Rosją, w którym Rzeczpospolita zrzekła się województw: mińskiego, kijowskiego, bracławskiego i podolskiego oraz części wileńskiego, nowogródzkiego, brzeskolitewskiego i wołyńskiego (250 tys. km²). 19 sierpnia traktat ten ratyfikował poseł rosyjski Jakob Sievers.
.
W nocy z 23 na 24 września 1793 roku sejm obradujący w obecności generała rosyjskiego Johanna von Rautenfelda na zamku grodzieńskim, otoczonym przez oddziały wojsk rosyjskich, w milczeniu przeprowadził cesję terytorium Rzeczypospolitej na rzecz Królestwa Prus[2].”
https://pl.wikipedia.org/wiki/II_rozbi%C3%B3r_Polski
.
Po trzecim rozbiorze nie zwoływały już mocarstwa rozbiorowe Sejmu do zatwierdzenia tego rozbioru, wychodząc z założenia, że Rzeczpospolita i tak już nie istnieje, przez co niepotrzebny do jej oficjanego wymazania z mapy jest Sejm nieistniejącego państwa. „Rozbiory” Ameryki Północnej (Kanady i usa) trwały o wiele dłużej i w wielu etapach – ale były w gruncie rzeczy tym samym – Indianom podstępem, oszustwem, siłą i przemocą odbierano ziemię, po czym zmuszano ich do podpisywania traktatów uznających ową grabież za prawomocną. Trwało to dotąd, aż Indianom pozostały tylko „rezerwaty”, ulokowane najczęściej na najgorszych, nieurodzajnych i półpustynnych, a więc dla białych „bezwartościowych” ziemiach.
.

.

.

.

.

.

„W USA istnieje ponad 300 rezerwatów federalnych, co oznacza, że nie każde z ponad 550 uznawanych przez władze federalne plemion ma swój oddzielny rezerwat. Niektóre plemiona mają po kilka rezerwatów, inne nie mają żadnego. Ich rozmieszczenie w kraju, wielkość oraz lokalna struktura własności są bardzo zróżnicowane (często składa się na nie mieszanka ziem federalnych o statusie powierniczym (ang. trust lands), ziem stanowiących własność plemienną oraz działek prywatnych). Ziemiami i dochodami wspólnymi zarządza w imieniu tubylczych plemion Biuro do spraw Indian (związane z tym – stanowiącym rodzaj historycznego reliktu – systemem powierniczym zarzuty o nadużycia i niegospodarność urzędników federalnych oraz korupcję polityków i lobbystów są przedmiotem żmudnych procesów sądowych).
.
Łącznie rezerwaty Indian w USA obejmują 55,7 mln akrów (225 410 km²), co stanowi 2,3% powierzchni Stanów Zjednoczonych (9 629 091 km²). Dwanaście rezerwatów ma powierzchnię większą niż 3 tys. km², a pięć największych – większą niż 5 tys. km². Niektóre z najmniejszych rezerwatów (np. tzw. misje w Kalifornii) obejmują kilka pojedynczych gospodarstw, w wielu stanach nie ma ani jednego rezerwatu federalnego. Osobne kategorie jednostek administracyjno-prawnych tworzą stanowe rezerwaty Indian w niektórych stanach w centrum i na wschodzie USA (nieuznawane przez władze federalne) oraz autonomiczne społeczności tubylców Alaski.”
https://pl.wikipedia.org/wiki/Rezerwat_Indian#Rezerwaty_Indian_w_USA
.
Ponownie wracam do Salwowskiego i prezentuję wyjątkowo załgany fragment jego artykułu:
.
„Innym z wielu przykładów podobnego okrucieństwa ze strony tubylców było postępowanie Siouxów podczas buntu (nazywanego dumnie „powstaniem”), jakie wszczęli w sierpniu 1862 roku, w stanie Minnesota. Owo „powstanie” zaczęło się od podstępnego wymordowania przez Indian pokojowo nastawionych doń osadników, a dalszy jego przebieg polegał na atakowaniu, paleniu, plądrowaniu domów ludzi, którzy nie tylko, że najczęściej nie czynili niczego złego „czerwonoskórym”, to jeszcze nawet nie bronili się w obliczu ich agresji. Szacuje się, że w wyniku tego buntu zamordowanych zostało aż 737 białych osadników (w zdecydowanej większości kobiet i dzieci), zaś ok. 30 do 40 tysięcy z nich musiało uciekać przed pożogą.”
.
Duchowy Żyd, katolik Salwowski wykazał się w tym fragmencie wyjątkową relatywizacją i stronniczością, przy czym pominął najbardziej fundamentalne przyczyny owego Indiańskiego powstania. Nazwał go „buntem”, a termin „powstanie” brał w cudzysłów. No cóż – powstańców styczniowych (z 1863 roku) władze Rosji także nazywały „buntownikami”, a samo powstanie „buntem”. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Najważniejszymi pytaniami w tej kwestii jednak są: co skłoniło Indian do desperackiego powstania i co na ziemiach, przyznanych im przez najwyższe władze usa (kongres i prezydenta), robili biali osadnicy? Tu zacytuję wiki, gdyż jest o wiele bardziej w tej sprawie obiektywna od Salwowskiego:
.
„Powstanie Dakotów (zwane też wojną Santee lub wojną Małego Kruka) miało miejsce w roku 1862 w stanie Minnesota w USA.
(…)
W roku 1851 Dakotowie-Santee zostali zmuszeni do odstąpienia Amerykanom większej części swoich ziem na terytorium dzisiejszej Minnesoty i Iowy (tzw. Mendota/Traverse des Sioux Treaty). W zamian dostali wytyczony rezerwat i obietnicę wypłaty w ratach kwoty 1 665 000 dolarów, a także zapewnienie corocznej pomocy finansowej i dostaw zaopatrzenia. W następnych latach Amerykanie starali się wpoić Indianom zasady życia farmerskiego. Najważniejszą postacią Santee był wódz Mały Kruk (Ta-oya-te-duta), będący jednym z uczestników traktatu z roku 1851. Gdy w roku 1858 Minnesota została włączona do Stanów Zjednoczonych teren rezerwatu został okrojony. Od tej chwili Siuksowie stali się zależni od pieniędzy agencji biura do spraw Indian oraz towarów białych handlarzy.
.
W roku 1861 sytuacja Indian znacznie się pogorszyła. Nędza skłoniła ich do brania żywności na kredyt co powodowało zadłużanie się w licznych placówkach handlowych. W roku 1862 pomoc finansowa rządu ponownie się opóźniła z powodu wybuchu wojny secesyjnej. Na początku sierpnia Indianom udało się wynegocjować wydanie części produktów. Przeważnie jednak napotykali oni na niechęć białych, w tym rządowego agenta Andrew Myricka, który radził nawet Indianom aby „jedli trawę jeśli są głodni”. Co więcej, na terenie rezerwatu pojawiało się coraz więcej nielegalnych białych osadników, na co władze nie reagowały[1].
(…)
W następnych dniach Siuksowie otoczyli i zaatakowali Dolną Agencję Handlową, w której zginęło 20 białych wśród nich Andrew Myrick, któremu po śmierci wypchano usta trawą…”
https://pl.wikipedia.org/wiki/Powstanie_Dakot%C3%B3w_(1862)
.
No i teraz wszystko staje się przejrzyste – Dakotom odebrano większość ich ziem i zapędzono do rezerwatu. W zamian obiecano im pieniądze i dostawy żywności. Pieniędzy nie dostali, zamiast żywności zalecano żreć im trawę, kolejny raz okrojono ich rezerwat, a i tak na jego teren nadal nielegalnie pchali się owi – jak ich nazywa Salwowski – „pokojowi osadnicy”. Którzy m.in. wybijali zwierzynę łowną będącą głównym pożywieniem Indian. W tym samym czasie trwał już też masowy odstrzał bizonów przez białych handlarzy bizonich skór, przez co Dakotowie stali faktycznie przed widmem śmierci głodowej. O czym wiki nie pisze – agenci biura do spraw Indian zawsze zwlekali, często miesiącami, z wypłatą im pieniędzy i dostawami żywności, a jeśli już ją sprowadzali, najczęściej była zepsuta, ale żądano za nią zawyżonych dwuktotnie czy trzykrotnie sum. Indianie nie mieli wyjścia – ich popchnięto do tego powstania celowo – po to, by dokonać kolejnej pacyfikacji i kolejny raz odebrać im ziemie, co zresztą potwierdza wiki:
.
„W wyniku powstania rząd amerykański anulował wszelkie umowy dotyczące rezerwatu Dakotów. Plemiona Siuksów, także te sprzyjające białym wypędzono z Minnesoty.”
.
I o to w tym wszystkim chodziło – niewywiązywaniem się z własnych zobowiązań oraz przyzwalaniem nielegalnym „pokojowym osadnikom” na dalszą ekspansję na ziemie przyznane Indianom sprowokowano ich do walki o przeżycie. Podczas walk wybito setki najdzielniejszych wojowników, a resztę, wygłodzoną i osłabioną, wypędzono jeszcze dalej na zachód. Tak wyglądała „chrystianizacja” Indian Ameryki Północnej i ich „cywilizowanie”. A przecież, mimo trwającej wtedy wojny secesyjnej, wojska usa pełniące straże w fortach na pograniczu indiańskim, były w stanie wypędzać z terenu rezerwatu Dakotów nielegalnych osadników. Tymczasem nie tylko tego nie robiły, ale wręcz zachęcały białych do zakładania kolejnych osad na ziemiach indiańskich, a nawet same zakładały nowe forty wojskowe na terenie przyznanym Indianom – co było jawnym przygotowywaniem się do dalszego podboju indiańskich ziem. Gdyż w rzeczywistości  już wtedy planowano przeprowadzenie szlaku handlowego, a później kolejowego przez terytorium rezerwatu Dakotów z ulokowanymi wzdłuż niego fortami, faktoriami handlowymi i stacjami telegraficznymi włącznie.
.
Jeszcze lepszym przykladem cynicznego postępowania białych władz usa wobec Indian jest historia tzw. „Terytorium Indiańskiego”:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Terytorium_India%C5%84skie
.
Powyższy wpis na wiki jednoznacznie pokazuje zamysły białych:
.
– Na ograniczonym, choć początkowo stosunkowo dużym teytorium, obok żyjących tam od wieków plemion, osadzimy zwaśnione, a nawet wrogie sobie plemiona, wypędzone z ziem już przez nas zagrabionych. Cel – niech walczą ze sobą, niech się nawzajem wybijają. Z niedobitkami poradzimy sobie dużo łatwiej i szybciej.
.
– Pod byle pretekstem będziemy Terytorium Indiańskie dalej okrajać i zmniejszać.
.
– Damy Indianom gwarancję własności tych ziem, ale palcem nie ruszymy, gdy biali kolonizatorzy będą na nie dalej parli. Natomiast nieuniknione wystąpienia Indian przeciwko białym nielegalnym osadnikom będziemy pacyfikować i tradycyjnie wykorzystywać do dalszego odbierania Indianom przyznanych im ziem (tak było właśnie w przypadku powstania Dakotów).
.
Przeprowadzimy masowe wybijanie bizonów, by jak najwięcej Indian wybić głodem, a resztkę uzależnić od rządowych dostaw żywności i pieniędzy.
.
Niedobitki Indian pozostawimy przy życiu (tyle, że na nieużytkach rolnych), by pokazać opinii publicznej, że jesteśmy humanitarni i troszczymy się o nich.
.
I tak to właśnie przeprowadzono. Skutki tej długofalowej operacji widzimy dzisiaj – Indianom pozostało 2,3 % ich wcześniejszych ziem. Najczęściej są to tereny piękne do zwiedzania dla turystów, ale trudne do przeżycia na nich bez pomocy z zewnątrz.

.

 

I tak skolonializowano Amerykę Północną oraz dokonano na Indianach ludobójstwo pod płaszczykiem ich nawracania i cywilizowania.
.
Szczególnym przypadkiem bezwzględności i cynizmu białych był masowy odstrzał bizonów.

.

Preria pokryta kośćmi bizonów

.

Biali „pogromcy” bizonów

.

Operacja ta miała trzy główne cele:
.
– bezpośredni zysk za sprzedane skóry,
– uwolninie prerii, przerabianych na pastwiska dla bydła hodowlanego białych, z wyżerających mu trawę bizonów,
ostateczne rozwiązanie kwestii indiańskiejdla najbardziej wojowniczych plemion wielkich prerii bizony stanowiły podstawę wyżywienia.
.
Operację przeprowadzono tak: najpierw wybito wszystkie bizony na terenach zagrabionych Indianom. Następnie zachęcano wręcz myśliwych do polowania na bizony na terenach indiańskich rezerwatów. Wielką rzeź wielkich stad bizonów przeżyło zaledwie kilkaset sztuk. A wypowiedź generała Sheridana wskazuje, że ostateczne rozwiązanie kwestii indiańskiej było celem najważniejszym:
.
„Kiedy bizonów nie było już na ziemiach państwowych, myśliwi wtargnęli bezprawnie do indiańskich rezerwatów. Wojsko nie tylko, że temu nie przeciwdziałało, lecz wręcz zachęcało myśliwych do procederu. Generał Phil Sheridan, znany weteran wojen z “dzikusami”, powiedział wprost: “Ci ludzie (tj. myśliwi) w ciągu ostatnich  dwóch lat zrobili więcej dla rozwiązania palącej kwestii Indian, niż zrobiła armia przez ostatnie 30 lat (…) Dla dobra pokoju, który mógłby trwać długo, pozwólmy im zabijać, zdzierać skóry i handlować, dopóki wszystkie bizony nie zostaną wytępione”.”
https://wizjalokalna.wordpress.com/2012/08/18/saga-o-bizonie/
.
Powyższy cytat usraelskiego generała nie pozostawia wątpliwości – myśliwi, wybijając bizony w rezerwatach, zrobili w kwestii Indian więcej w dwa lata, niż armia w ciągu lat 30. Było to po prostu ludobójstwo, gdyż w jego definicji czytamy m.in: „stworzenie warunków życia obliczonych na fizyczne wyniszczenie”. I to właśnie spowodowany wybiciem bizonów głód i towarzyszące mu choroby były główną cywilizacyjną metodą fizycznego wyniszczenia Indian wielkich prerii w Ameryce Północnej. Resztki ich stały się całkowicie uzależnione od łaski i niełaski białych. I niech nikt nie twierdzi, że chciano ich w ten sposób tylko zmusić do tego, aby w sposób cywilizowany uprawiali ziemię, czy zajęli się hodowlą krów. Na ziemiach, jakie im pozostawiono, najczęściej nie było możliwe ani jedno, ani drugie.
.


.
Jeszcze raz wracam do artykułu Salwowskiego i kolejnego jego fragmentu, w którym przejawia on moralność Kalego, a poza tym ignorował kilka fundamentalnych spraw. Pisał on tak:
.
„Pomijając jednak nawet fakt odkupywania od tubylców terenów przez kolonistów i rząd, można zadać pytanie: czy rzeczywiście kradzieżą jest zajęcie terenu, do którego prawa rości sobie jakaś społeczność, ale na którym nie ma stałych osad, upraw roli, etc? Z taką bowiem właśnie sytuacją mieli najczęściej do czynienia biali osadnicy. Większość plemion indiańskich prowadziła wszak koczowniczy styl życia, wędrując po wielkich połaciach ziemi, a w związku z tym, nie zakładając na nich stałych osad, nie uprawiając nań roli, itd. Wedle rozumienia tubylców okoliczność ta czyniła ową ziemię przynależną do nich. Jednak tradycyjnie chrześcijańskie i europejskie rozumienie własności ziemi opierało się nie tylko na tym, kto dany teren pierwszy odkrył, ale jej źródło widziało też w fakcie czynienia sobie danych gruntów „poddanymi”, a więc uprawiania ich, doglądania, jednym słowem: wkładania w daną ziemię swej pracy. Uznawanie prawa do własności relatywnie małych grup (bo liczących np. kilka tysięcy osób) do połaci ziemi wielkości np. dzisiejszej Polski, tylko dlatego, że ów teren najpierw został odkryty przez założycieli tej grupy i na nim zwykła owa społeczność wędrować, jest bliskie niedorzeczności i stwarza groźny precedens.”
.
A więc…
.
– Owszem, kolonizatorzy, a później władze usa, „kupowały” od Indian ziemie, ale zawsze stawiali ich w sytuacji przymusowej, „kupując” ziemie już praktycznie zagrabione. Przy czym zazwyczaj ceny oferowane przez nich były śmiesznie małe. A ponadto nie raz zdarzało się, że poza obietnicą zapłaty Indianie nie otrzymywali za ziemie „kupione” przez białych nic. A gdy upominali się o zapłatę, odpowiadano im salwami karabinów.
.
– W pierwszym okresie podboju kolonizatorzy zajmowali tereny na stałe zasiedlone przez Indian. Istniały tam stałe osady i stałe uprawy ziemi. Kłamie więc Salwowski pisząc, że ziemie Indian były bez osad i bez uprawnych pól. Ale najbardziej przywiązani do ich ziem byli Indianie ze względu na groby przodków, na prochy i kości wielu pokoleń praojców tam spoczywających. Barbarzyńscy biali, pozbawieni jakichkolwiek ludzkich uczuć i sentymentów, nawet na to nie zważali – i siłą Indian wypędzali.

Ale to właśnie ze względu na groby, prochy i kości setek pokoleń przodków tam pochowanych ziemie te były w najbardziej oczywisty sposób własnością Indian!
.
– Jeśli idzie zaś o tereny wielkich prerii – wszystkie autochtoniczne tam plemiona (pomijam tu plemiona przymusowo tam deportowane) miały stałe osady zimowe oraz stałe osady letnie. Od wieków żyły one w ustalonym rytmie: jesienią przenosiły się do stałych osad zimowych, które były ulokowane w miejscach osłaniających je od wichur i śniegowych burz. Były to najczęściej obwarowane palisadami skupiska domów różnego typu (wigwamy, hogany, ziemianki z drewnianą nadbudową itp.), dające dobre schronienie przed mrozami. Wiosną przenosiły się do stałych osad letnich (w pobliżu wędrówek bizonów) i mieszkały tam w przenośnych namiotach zwanych tipi lub w przenośnych wigwamach (bo były i takie). Przy czym nawet w najbardziej myśliwskich plemionach kobiety podczas pobytu w letnich obozach uprawiały w pobliżu poletka z kukurydzą i jarzynami, będącymi dodatkami do mięsa bizonów.
.
– Nie jest też prawdą, że grupy Indian, liczące kilka tysięcy osób, rościły sobie prawa do ziem o wielkości Polski. Nim przybyli biali, a wraz z nimi konie, nawet największe indiańskie wioski/osady (liczące niekiedy nawet ponad tysiąc mieszkańców) jako swój teren łowiecki uznawały obszar wielkości co najwyżej średniego polskiego powiatu. Większych terenów, poruszając się pieszo Indianie, nie byli w stanie ani kontrolować, ani bronić. A bizonów było wtedy tyle, że nawet teren małego powiatu wystarczał im, by zgromadzić wystarczające zapasy na zimę. Później, gdy Indianie już mieli konie, sytuacja naturalnie uległa zmianie – mogli kontrolować dużo większe obszary. Ale wobec ciągłego ograniczania ich łowieckich terenów przez napór kolonizatorów, wobec deportowania na nie całych obcych plemion, a zwłaszcza wobec wybijania przez białych ich tradycyjnej zwierzyny łownej, nawet obszar wielkości Polski, przez który przewalały się obce, wygłodzone, wypędzone przez białych plemiona, nie dawał gwarancji na zdobycie wystarczającej ilość pożywienia.
.

– Przede wszystkim jednak ignoruje Salwowski fakt, że nim biali kolonizatorzy zbliżyli się do wielkich prerii, wielokrotnie wcześniej zawierali traktaty z Indianami, w myśl których ziemie przez białych jeszcze nie zagrabione uznawane były za prawnie należące do Indian. I nie ma tu nic do znaczenia, czy Indianie tam uprawiali ziemie czy nie, ani jak duże połacie były wykorzystywane przez małe grupki Indian. Jeśli więc np. kongres w Waszyngtonie uchwalił w 1830 roku ustawę, podpisaną przez prezydenta, mówiącą, że ziemie Terytorium Indiańskiego są ziemiami Indian, stawali się oni prawnym ich właścicielem – także w rozumieniu tradycyjnie chrześcijańskiego i europejskiego prawa własności ziemi. I gdy na tych ziemiach nadal osiedlali się masowo „pokojowi osadnicy„, byli oni w świetle prawa zaborcami – złodziejami indiańskich ziem. I tak mieli prawo traktować ich Indianie. Tu tylko nadmienię, że dla siebie biali wprowadzili prawo mówiące, iż właściciel gruntu, posesji czy farmy ma prawo zastrzelić każdego intruza, który bez jego zgody wtargnie na jego teren, a tym bardziej, gdy odmówi opuszczenia tego terenu na wezwanie właściciela. I dokładnie tak postępowali Indianie z zaborcami ich ziem. Ale gdy ich zabijali, gdyż „pokojowi osadnicy” nie zamierzali ustąpić, spadały na Indian represje ze strony wojskowych oddziałów. Salwowski ignoruje fakt, że samą mocą setek traktatów ziemie zajmowane nadal przez Indian były ich prawną własnością, potwierdzoną tymi właśnie traktatami, łącznie z uchwałami „kongresu” usa. Na jakiej więc podstawie uważa te ziemie za niczyje? I dlaczego nie dostrzega faktu, że „pokojowi osadnicy” łamali traktaty, a nawet uchwały najwyższych instancji ich własnych władz? Byli zaborcami, złodziejami ziemi, a nie „pokojowymi osadnikami”. Jeśli chcieli się pokojowo osiedlać – mieli to robić na ziemiach przywłaszczonych już wcześniej przez białych, a nie na ziemiach należących prawnie do Indian.
.
Pod koniec swojego artykułu Salwowski napisał: „Spory sporami, ale uczciwość musi być „. Pełna zgoda Mirosławie Salwowski. Czekam, kiedy zaczniesz pisać o sprawie ludobójstwa Indian uczciwie!

.
Reasumują – chwalebne jest, o czym wspomniałem już na początku, że katolik, duchowy Żyd Salwowski, broni protestantów przed oskarżeniem ich o ludobójstwo. Niestety robi to w sposób wyjątkowo załgany, stronniczy, relatywizując oczywiste zbrodnie białych oraz uprawiane przez nich bezprawie i rabunek Indianom ziem. Natomiast Indian za to, że bronili ziem, wolności, wiary, kultury i własnej tożsamości potępia. A przecież ich postępowanie w pewnym sensie przypominało postępowanie polskiej katolickiej szlachty w zaborze rosyjskim – bronić się chciała przed rusyfikacją, przed naporem prawosławia towarzyszącego carskim urzędnikom, odzyskać chciała ziemie i wolność. Czy ich także Salwowski potępia za ich walkę o wolność, za zabijanie rosyjskich urzędników i żołnierzy oraz za wywołane przez nich „bunty”?
.

Zamiast bronić protestantów, niech lepiej odpowie Salwowski na pytanie – gdzie podziali się Indianie zamieszkujący Karaiby? I dlaczego w Brazylii i wielu innych krajach katoliclich Ameryki Łacińskiej Indian jest tak mało (od 0,4 do kilku zaledwie procent)? Bo to, że w kilku krajach w wysokich partiach gór i w głębi tropikalnych lasów przeżyło ich sporo, wcale nie świadczy o tym, iż w Ameryce Łacińskiej nie miało miejsce ludobójstwo Indian. Miało! Należy tu wyraźnie przy tym zaznaczyć, że z rąk katolików zginęło znacznie więcej Indian niż z rąk protestantów. A jeszcze więcej ich wyginęło z wycieńczenia na plantacjach. Ci, ukrywający się wysoko w górach i w głębi lasów przeżyli, gdyż byli poza zasięgiem konkwistadorów, łapaczy niewolników, „nawracaczy”, inkwizytorów i wszystkich pozostałych eksterminatorów Indian. Ale miliony, dziesiątki milionów zginęły w rzeziach i na stosach, choć zdecydowanie najwięcej z nich zmarło z wycieńczenia na plantacjach białych panów, na które ich, jako niewolników zapędzono. Ludobójstwo katolickie na Indianach jest znacznie większe, niż to dokonane przez protestantów w Ameryce Północnej.
.
Piszę to, choć wiem, że zarówno Salwowski jak i ogromna większość katolickich propagandystów odrzuci z oburzeniem jakiekolwiek twierdzenia o katolickim ludobójstwie na Indianach. Przecież konkwistadorzy nieśli tylko „prawdziwą wiarę” i „cywilizacyjny postęp”.
.
W tym miejscu zacytuję jeszcze kilka fragmentów ciekawego artykułu z „Polityki”. I nic to, że autor pisał kiedyś w gadzinówce. Z tym co pisze trudno jest się uczciwemu i rozumnemu człowiekowi  nie zgodzić:
.
Indianie, wyrzut sumienia
.
Nie kradnij. Chyba że kradniesz od Indian. Nie zabijaj. Chyba że zabijasz Indian – oto pastisz zasad cywilizacji, która podbiła Amerykę, w ustach jednego z indiańskich liderów. Dwie wydane właśnie książki pozwalają prześledzić, co się w tej kwestii zmieniło.
.
Nieszczęście rdzennych mieszkańców Ameryki, zwanych potocznie Indianami, polegało na tym – jak pisano na początku XX w. – że „stanęli na drodze ekonomicznego rozwoju świata”. Choć od pół wieku – wyznaczanego symboliczną datą buntu 1968 r. – rewizjoniści historii USA piszą o zagładzie Indian dokonanej przez Anglików, europejskich osadników, a potem państwo amerykańskie, wiedza o tej zbrodni założycielskiej Stanów Zjednoczonych nie jest częścią powszechnej świadomości. Nie płynie z niej reparacyjna polityka wobec potomków ocaleńców. Jest nawet gorzej: ludobójstwo, z którego narodził się naród amerykański – jak mówił Martin Luther King – podniesiono do rangi „wzniosłej narodowej krucjaty”.
.
Najmocniejszy głos państwa amerykańskiego o zbrodniach wobec Indian wypowiedział dwie dekady temu nie prezydent, nie żaden minister, lecz urzędnik niskiej rangi – wicesekretarz ds. Indian w Departamencie Zasobów Wewnętrznych. Cytuje go reporter Maciej Jarkowiec w książce „Powrócę jako piorun. Krótka historia Dzikiego Zachodu”: „W czasie ekspansji Stanów Zjednoczonych na zachód Biuro [ds. Indian] brało udział w czystkach etnicznych dokonywanych na indiańskich narodach. Wojna zawsze niesie ze sobą ludzkie tragedie, ale celowe rozsiewanie chorób, wytrzebienie bizonich stad, używanie alkoholu jako narzędzia do wyniszczenia społeczności, a także tchórzliwe mordowanie kobiet i dzieci konstytuują tragedię na tak przerażającą skalę, że nie można brać jej na karb nieuchronnego zderzenia odmiennych modeli cywilizacyjnych”.
.
Reporter przytacza komentarz historyka o podziwie Hitlera dla metod eksterminacji Indian
(…).
.
Historia relacji osadników, a potem państwa USA z rdzennymi mieszkańcami to dzieje zdrad i niedotrzymanych obietnic. Wojny i najazdy, masowe przesiedlenia – „szlaki łez”, w czasie których Indianie umierali tysiącami – dzielenie ziemi, tj. rozbijanie kolektywnej własności, przekupstwa i intrygi, łamanie traktatów i narzucanie podatków, zakaz wnoszenia skarg do sądów i przymusowa asymilacja – oto narzędzia cywilizowania „nieszczęsnej rasy” przez państwo amerykańskie”
.
Czytając podobne artykuły uczciwy i wrażliwy człowiek odczuwa gniew wobec sprawców zbrodni dokonanych na Indianach. To samo czuje czytając wymysły wybielające ludobójstwo na nich dokonane. Niestety koła historii nie odwrócimy, a to co spotkało Indian, pozostanie na zawsze niechlubnym dziedzictwem białej chrześcijańskiej Europy. Niestety też nadal Indianie, choć obecnie powodzi się im lepiej niż w wiekach poprzednich, nie są traktowani w ich krajach jako pełnoprawni obywatele, nawet gdy takie prawa oficjalnie im przyznano. O swoje prawa nadal z uporem walczą. We wszystkich krajach obu Ameryk są traktowani jako obywatele gorszej kategorii, niekiedy nieomal jak podludzie. Chlubnym wyjątkiem była niedawno Boliwia w czasach rządów Evo Moralesa. Niestety i ten krótki okres indiańskiego równouprawnienia dobiegł tam ostatnio końca – potomkowie kolonizatorów wspierani przez usa obalili indiańskiego przywódcę.
Indianie nadal muszą więc walczyć o swoje prawa. A potomkowie kolonizatorów nadal będą zwalczać indiańskie aspiracje. Oni po prostu boją się, że musieliby Indianom zwrócić wszystko, co ich przodkom zrabowano – z ziemią włącznie. I dlatego spychani są Indianie na margines.
.
Jak powyżej wykazałem, ludobójstwo Indian w obu Amerykach nie ulega wątpliwości. W stosunku do usa sprawa ma ten dodatkowy „smaczek”, gdyż państwo to próbuje przedstawiać same siebie jako światowego przywódcę i obrońcę wolności, demokracji i praw człowieka. Tylko – czy państwo zrodzone na założycielskiej zbrodni ludobójstwa i grabieży ziem oraz łamania elementarnych praw ludzkich wobec Indian (a także czarnych niewolników) może być obrońcą wolności, demokracji i praw obywatelskich? Ileż to razy podczas agresji i okupacji na innych kontynentach w ostatnich kilku dziesięcioleciach wojska usa postępowały podobnie jak w XIX wieku wobec eksterminowanych Indian?
.
Kończąc już powrócę do świętowanego dzisiaj w usa, „tradycyjnie” już od prawie 400 lat, w czwarty czwartek listopada, Dnia Dziękczynienia:
Wikipedyczna historyjka o tym święcie przemilcza jeden niezwykle istotny szczegół. Znalazłem na szczęście o nim informację w sieci. Zamieszczam niniejszym cały znaleziony o tym teskt:
.
Święto Dziękczynienia. USA świętuje rzeź na Indianach
.
Dzień Dziękczynienia (Thanksgiving) to święto dość dziwaczne, bo zwykle jak jakiś naród zabiera drugiemu jego kraj, to bez podziękowania. A dzisiejsi mieszkańcy USA dziękują Indianom. Z tej okazji na stół wjeżdża pieczony indyk i placek z dyni, a w radio i telewizji śpiewają wesołe indyki…
.
Indykiem zajada się rodzina prezydencka, bezdomni w schroniskach, kosmonauci na orbicie i żołnierze przebywający na misji wojennej. Małą ciekawostkę stanowi jego nadzienie, które jest pieczone nie razem z indykiem, ale w oddzielnej brytfance. Obżarstwo trwa od czwartku do poniedziałku. A potem zakupowe szaleństwo! Black Friday, czyli Czarny Piątek (od tuszu wypełniającego dawniej księgi handlowe) rozpoczyna się w czwartek o godz. 22.00. Właśnie się zaczął!
.
Największa na świecie parada dziękczynna odbywa się w Nowym Jorku, w domu towarowym Macy’s. Główną atrakcją są 15-metrowe balony w kształcie postaci z i filmów animowanych, około 500 klaunów, przemarsz niezliczonych orkiestr i dziewcząt w miniówach, wymachujących pomponami. Imprezę ogląda na żywo 2,5 miliona gapiów, w telewizji – 65 milionów widzów. Co tak świętują?
.
Thanksgiving obchodzone jest w Stanach Zjednoczonych Ameryki w czwarty czwartek listopada, a w Kanadzie w drugi poniedziałek października – jako pamiątka pierwszego Dziękczynienia w 1621 roku na cześć Indian Wampanoag. Pierwsi kolonizatorzy Nowej Anglii (nazywani przez poprawność Pielgrzymami), zaprosili Indian na dożynkową ucztę, która – jak uczą amerykańskie podręczniki – odbyła się w miłej i poprawnej politycznie atmosferze… mimo, że „czerwonoskórzy” jedli rękoma i bez użycia sztućców, mimo że przybyli ubrani jak dzikusy w skóry zwierząt. Podręczniki milczą jednak o tym, że potem wyrżnęli plemię Wampanoag, a głowę ich wodza Metacometa zatknęli nad bramą fortu Plymouth, gdzie sterczała ponad 20 lat. A zaledwie pół wieku później na Wschodnim Wybrzeżu działały już faktorie, które regularnie wysyłały indiańskich niewolników do Indii Zachodnich i Europy. Tych, którzy stawiali opór bezwzględnie mordowano. Po każdej krwawo przeprowadzonej „pacyfikacji” koloniści urządzali… Święto Dziękczynienia. W 1970, podczas gali z okazji 350. rocznicy tego święta, jeden z potomków Wampanoag, chciał przypomnieć jego pochodzenie. Niestety… zabroniono mu przemawiać. Od tego czasu, w każde Święto Dziękczynienia Indianie z rezerwatów obchodzą Narodowy Dzień Żałoby. Połączmy się z nimi w bólu…
.
W 1970, podczas gali z okazji 350. rocznicy tego święta, jeden z potomków Wampanoag, chciał przypomnieć jego pochodzenie. Niestety… zabroniono mu przemawiać. Od tego czasu, w każde Święto Dziękczynienia Indianie z rezerwatów obchodzą Narodowy Dzień Żałoby. Połączmy się z nimi w bólu…
.
Ja, właściciel i autor blogu polskiego, łączę się z nimi w bólu…
.
I nie pojmuję, jak można świętować coś takiego…
.
A już całkiem na koniec zacytuję, co moja córka, słysząc kiedyś na yt coś o Dniu Dziękczynienia, powiedziała:
.
Jak można świętować grabież ziem i mordowanie Indian?
.
Ale – jak widać  – w usa (w Kanadzie niestety też) można coś takiego świętować. Wystarczy tylko grabież ziem i mordowanie Indian przedstawić jako wzniosłą misję przeprowadzoną przez uparcie prących na zachód przez ocean, rzeki, prerie i góry pokojowych osadników, niosących dzikim Indianom prawdziwą wiarę i europejską cywilizację…

 

opolczyk
.
PS.
.
W powyższym wpisie nie wspomniałem o ostatnim członie wikipedycznej definicji dotyczącej ludobójstwa:
.
Ludobójstwo – zbrodnia przeciwko ludzkości[1], obejmująca celowe wyniszczanie całych lub części narodów, grup etnicznych, religijnych lub rasowych, zarówno poprzez fizyczne zabójstwa członków grupy, jak i wstrzymanie urodzeń w obrębie grupy, stworzenie warunków życia obliczonych na fizyczne wyniszczenie, czy przymusowe odbieranie dzieci.
.
Ta właśnie zbrodnia ludobójstwa (przymusowe odbieranie dzieci) w kontekście Indian udokumentowana jest najpełniej w odniesieniu do Kanady. Podaję zainteresowanym kilka linków (w sieci jest ich znacznie więcej):
.
Ta forma ludobójstwa była prowadzona zarówno przez katolików, jak i protestantów. W niektórych szkołach i internatach chrześcijańskich Ameryki Północnej śmiertelność wśród indiańskich dzieci sięgała 30 %. Te dzieci zaś, które tę kilkuletnią indoktrynacaję i tresurę przeżyły, były zazwyczaj do śmierci psychicznymi i emocjonalnymi kalekami.
Nadmienię w tym miejscu jeszcze –  obecny herszt Watykanu, uważany za „reformatora” w przypadku wielu innych kościelnych problemów, nie zamierza za tę zbrodnię ludobójstwa, dokonaną także przy aktywnym współudziale katolików, przeprosić potomków ich ofiar:
.
Zamieszczam jeszcze dwie fotki pokazujące,  jak przymusowo w Kanadzie i usa „nawracano” i „cywilizowano” indiańskie dzieci:
.
.
.
.
Niemniej ten problem, będący z definicji aspektem ludobójstwa, dokonanego w tym konkretnym przypadku na Indianach, nie dotyczy tylko Ameryki Północnej. W Ameryce Południowej już w XVI wieku przy katolickich kościołach i klasztorach tworzono „ochronki” –  szkoły i „internaty” dla indiańskich dzieci, choć na dużo mniejszą skalę niż te w Kanadzie z XIX wieku. Rzecz jednak w tym, że ogromna większość ich „pensjonariuszy” była po prostu sierotami, których rodzice bądź zmarli  z wycieńczenia na plantacjach, bądź zostali wybici w trakcie ich „nawracania”.
Katolicki kler, idący krok w krok za konkwistadorami, a często przed nimi, z doświadczenia z Europy wiedział, że najłatwiej jest zindoktrynować i ogłupić – czytaj – „nawrócić” – właśnie dzieci. I to był główny powód  zakładania przy „misjach”, kościołach i klasztorach „ochronek” czy przyklasztornych, bądź przykościelnych „internatów” dla indiańskich dzieci. Niemniej wszystkie te niby „humanitarne” działania katolickiego kleru noszą jedno wspólne piętno – były one elementem ludobójstwa Indian, polegającym na przejmowaniu  kontroli nad dziećmi, których rodzice zginęli podczas ich „nawracania” – czy to na plantacjach, czy na stosach.
.
..