Szkic o życiu codziennym Słowian…

.
.
Gdy zabierałem się do napisania poniższego szkicu, sprawa wydawała mi się prosta – Słowianie mimo dzielących ich różnic regionalnych byli w sumie ludem podobnym i dlatego możliwe jest opisanie ich codziennego życia na przykładzie wymyślonej, przeciętnej, czy – jakbyśmy to dzisiaj nazwali – „statystycznej” słowiańskiej osady. I zapewne u wszystkich Słowian można znaleźć w ich życiu codziennym podobne elementy – tych samych bogów, takie same święta, obrzędy i wierzenia. Zacznę jednak od występujących u nich różnic. Były wielorakie, zwłaszcza w schyłkowych wiekach wolnej Słowiańszczyzny.
.
I tak np. jeszcze w czasach historycznych były plemiona, u których nie istniała instytucja księcia. Przykładem są plemiona Wieletów, u których do końca, do podbicia ich ziem w drugiej połowie XII wieku nie było księciów. A u ich sąsiadów, Obodrytów, instytucja ta pojawiła się już pod koniec VIII wieku. Pierwszym ich historycznie odnotowanym księciem był Wiczan/Wilczan, zmarły w 795 roku. Dodać tu należy, że u Obodrytów najważniejszą instytucją nadal był wiec, który mógł księcia odwołać i ustanowić innego. Instytucja księcia pojawiła się u Słowian późno i była obcym „importem”.
.
Różna też była u Słowian waleczność, a zwłaszcza skuteczność w walce. Dobrym przykładem na to są zachodnie plemiona, sięgające od Odry do Łaby i Sali. Tam przebiegał wzmiankowany wielokrotnie w frankońskich kronikach (Annales Fuldenses), ustanowiony przez Karola nazwanego „wielkim” jako linia obronna, tzw. Limes Sorabicus czyli granica łużycka, na północy łączący się z limesem Saxoniae, odgradzającymi od państwa Karola ziemie słowiańskie. Na poniższej mapce widać zasięg słowiańskich ziem na zachodzie jeszcze do trzeciej dekady X wieku:
.
.
I wtedy to niemiecki król Heinrich I „Ptasznik” uznał w roku 928 za jeden z priorytetów podporządkowanie Niemcom całego Połabia aż do Odry. Jednym z głównych wykonawców tego podboju był zbój i zbrodniarz Geron, wsławiony otruciem w roku 939 trzydziestu zaproszonych na ucztę wodzów i naczelników serbołużyckich. Podbicie terenów Serbołużyczan, mimo stawianego przez nich oporu i mimo wielu buntów, które wywoływali na już zajętych ich ziemiach, dokonane zostało w ciągu zaledwie 35 lat, w latach 928 – 963. W roku 963 po raz pierwszy też państwo niemieckie na kawałku Odry graniczyło bezpośrednio z państwem piastowskim Mieszka I. W szkołach uczą, że Polska istnieje od 966 roku (dokładniej mówiąc od 14 kwietnia 966). Ale już trzy lata wcześniej graniczyła z cesarstwem niemieckim…
.
O ile podbój Serbołużyc zajął Niemcom zaledwie 35 lat, równe im terytorialnie Północne Połabie atakowane także od 928 roku broniło się ponad dwa wieki. Miały miejsce w tym czasie wzloty i upadki, zwycięstwa i klęski Połabian. Porażką Niemców zakończyła się np. fanatyczna łotrowska krucjata połabska z roku 1147 (https://pl.wikipedia.org/wiki/Krucjata_po%C5%82abska). Dopiero w kilka lat po śmierci Niklota (1160) Północne Połabie stało się niemieckim lennem. Jego synowie Przybysław i Warcisław próbowali jeszcze stawiać opór. Ale gdy Warcisław został przez Niemców pojmany i powieszony w 1164 roku, drugi syn Niklota, Przybysław, stał się gorliwym niemieckim lennikiem. Jedynie prosty lud obodrycki wzniecał jeszcze bunty, ale były one krwawo tłumione, także przez Przybysława.
.
Niklot jak mało który książe, król czy cesarz europejski zasługuje na przydomek „Wielki”. Nie podbijał innych, obcych ludów, jak „wielcy” Aleksander Macedoński, czy frankoński Karol. On bronił wolności własnego kraju i własnego ludu. Nie narzucał też własnym poddanym obcej mściwej religii jak „wielcy” Teodozjusz, czy kijowski Włodzimierz. On bronił wolności sumienia i wyznania dla siebie i obodryckiego ludu. Nawet nasz „wielki” Kazimierz do pięt nie dorastał Niklotowi, choćby przez jego podbój Rusi Halicko-Włodzimierskiej i jej katoliczenie. Historycy przemilczają fakt, że najazdy Kazimierza na Ruś były oficjalnymi kościelnymi krucjatami ogłaszanymi przez papieży („Można także powiedzieć, że Polska spełniła oczekiwania papieskie, nie tylko podbijając Ruś Halicką, lecz szerząc też tam katolicyzm.” https://historia.org.pl/2018/04/12/krucjaty-kazimierza-wielkiego/).
.
Wielkość Niklota uznała wywodząca się od niego, ale totalnie zniemczona już w XIII wieku, dynastia Meklemburska. Podczas przebudowy i remontu siedziby wielkich książąt Meklemburgii w Schwerinie w XIX wieku, nad główną bramę wejściową do ich zamku umieszczono posąg Niklota z włócznią i tarczą, siedzącego na koniu:
.
.
A tu jego posąg w zbliżeniu:
.
.
Polskojęzyczna wiki za założyciela dynastii meklemburskiej uznaje Przybysława (https://pl.wikipedia.org/wiki/W%C5%82adcy_Meklemburgii).
Natomiast niemieckojęzyczna wymienia wszystkich książąt obodryckich od VIII wieku, nawet tych pogańskich, z Niklotem włącznie (https://de.wikipedia.org/wiki/Liste_der_mecklenburgischen_Herz%C3%B6ge_und_Gro%C3%9Fherz%C3%B6ge).
O samym Niklocie polskojęzyczna wiki pisze niewiele (https://pl.wikipedia.org/wiki/Niklot); niemieckojęzyczna wielokrotnie więcej (https://de.wikipedia.org/wiki/Niklot).
Pamięć o tym pogańskim słowiańskim księciu jest, jak widać, znacznie bardziej żywa nad Łabą niż nad Wisłą…
.
Upadek północnego Połabia przypieczętował los Ranów. Rugię najechały hordy wyznawców krzyża pod dowództwem biskupa Absalona w 1168 roku. Arkona padła 12 czerwca. Nad Słowiańszczyzną zapanowała długa, wielowiekowa noc nadjordańskiej religii.
.
Ale i na ziemiach obecnie polskich bitność i waleczność poszczególnych plemion w czasach wczesnopiastowskich była zgoła różna. Były plemiona, które, zagrożone najazdem Polan, praktycznie bez walki dawały sobie narzucić tyranię Piastów. Inne jednak stawiały opór – jak choćby Mazowszanie. A jeszcze bardziej Pomorzanie. Wprawdzie udało się Mieszkowi zbrojnie pokonać Wolinian i opanować ujście Odry, ale dalszy podbój Pomorza szedł opornie i pełna dominacja Mieszka nigdy tam nie zaistniała. A gdy, już za Chrobrego, na zjeździe gnieźnieńskim (1000 rok) utworzono biskupstwo w Kołobrzegu, już po kilku latach, ok. roku 1007 Pomorzanie wypędzili biskupa i drużynę Polan. Przez następne stulecie odpierali wielokrotne najazdy Piastów. Ulegli dopiero najazdowi hord Krzywoustego. Używany przez wielu historyków eufemistyczny zwrot mówiący o „jednoczeniu plemion słowiańskich” przez pierwszych Piastów ukrywa niechlubną prawdę – były to brutalne, siłowe podboje, połączone ze zniewalaniem i narzucaniem słabszym plemionom niechcianej władzy polańskich uzurpatorów.
.
Istniały u Słowian też różnice w – nazwijmy to tak – gospodarce żywnościowej, nawet w łonie tego samego plemienia. Osada położona na otwartej przestrzeni była zazwyczaj typowo rolnicza, a inna, odległa o powiedzmy 10 kilometrów, ale leżąca w lesie na polanie, mogła już być głównie łowiecka. Natomiast u Słowian żyjących nad dużymi rzekami, jeziorami i nad morzem głównym pożywieniem były ryby. A u mieszkających w górach, bo i tacy byli, dominowała hodowla zwierząt i pasterstwo.
.
U schyłku Słowiańszczyzny widoczne były też różnice dotyczące spraw kultu i obrzędów. U niektórych plemion pojawiły się świątynie i towarzyszące im kasty kapłanów. Były to obce „importy” kulturowe. Najbardziej znane świątynie to oczywiście ta z Arkony, zburzona w 1168 roku i ta z Radogoszczy, zburzona w 1125 roku. W tym samym czasie w puszczach Mazowsza świątyń ani kapłanów nie znano, a obrzędy odprawiano po staremu, w świętych gajach, przy świętych źródełkach czy nad świętymi jeziorami. Rolę kapłanów sprawowali po staremu żercy.
.
.
Istniały też u Słowian różnice dotyczące ich ulubionych, czy „naczelnych” bogów. Wszyscy Słowianie, jak wiemy, byli politeistami, ale jedni czczili najbardziej Swarożyca, inni Świętowita, a jeszcze inni Peruna, Swaroga czy Trygława. Nie było więc u Słowian jednego, uznawanego obowiązkowo przez wszystkich, boga najwyższego.
.
Także odzieżą Słowianie różnili się pomiędzy sobą. U ludności rolniczej dominowała odzież płócienna z lnu i konopii. U łowców żyjących w lasach odzież z wyprawionych skór. A u górali odzież wełniana. Choć oczywiście wszystkie te odmiany odzieży znane były u wszystkich Słowian, tyle że występowały w różnych proporcjach.
.
Różnili się też Słowianie dominującym u nich rzemiosłem. Mieszkający nad dużymi akwenami wodnymi wyrabiali głównie łodzie i sprzęt do łowienia ryb, mieszkający w lasach sprzęt łowiecki, a ludy rolnicze sprzęt do uprawy ziemi. Niemniej mimo tych różnic, znacznie więcej było wspólnych cech łączących wszystkich Słowian. O jednej już wspomniałem – wszyscy byli politeistami. Ale łączyło ich znacznie więcej…
.
Najogólniej rzecz biorąc życie Słowian płynęło w rytmie pór roku – zima, wiosna, lato, jesień. Zmieniającym się porom roku towarzyszyły charakterystyczne dla nich główne zajęcia, inne zimą, inne wiosną, latem czy jesienią. Rok dzieliły na cztery równe okresy cztery najważniejsze, święta solarne święta. Słowiański rok zaczynał się podczas zimowego przesilenia Szczodrymi Godami, kiedy to po trzydniowym „staniu” Słońca (w obecnym kalendarzu przypadającym na ok. 22-24 grudnia) boskie Słońce-Swarożyc „odradza” się, pokonuje ciemność i zaczyna z dnia na dzień powoli wznosić się coraz wyżej na nieboskłonie. I choć sroga i luta zima trzyma nadal, dzień staje się powoli coraz dłuższy. Ok. 91 dni później świętowano Jare Gody – wiosenną równonoc – początek wiosny. Po następnych ok. 91 dniach świętowano letnie przesilenie – Kupalnockę – najkrótszą noc i najdłuższy dzień w roku. I wreszcie po następnych ok. 91 dniach, podczas jesiennej równonocy świętowano Plony.
Te cztery święta, obchodzone w równych od siebie odstępach czasu były najważniejszymi czasowymi punktami odniesienia w słowiańskim rytmie rocznym. Obok wymienionych czterech głównych świąt solarnych było u Słowian wiele innych świąt, tyle że ich obchody uzależnione były od faz Księżyca-Miesiąca, zwłaszcza pełni. I tak obchodzono inne święta np. w pierwszą, drugą lub trzecią pełnię po danym święcie solarnym. Sztucznych 12 miesięcy wypełniających cały rok Słowianie nie znali. U nich miesiąc trwał od nowiu do nowiu, ew. od pełni do pełni – ok. 29,5 dnia. Tygodni też Słowianie nie znali (a więc i dni tygodnia). Te cywilizacyjne „wynalazki” przyszły do nich wraz z rzymską szubienicą. Nie było w związku z tym u Słowian i niedzieli – dnia wolnego od pracy. Nie oznacza to jednak, że harowali na okrągło. W ich rocznym kalendarzu był ogrom świąt, a niektóre, jak np. witanie wiosny, trwały tygodniami (https://opolczykpl.wordpress.com/kalendarz-slowian/). Przy czym nawet podczas największych świąt prace, które musiały być wykonane, były wykonywane. Za to nawet bez świąt, przy sprzyjającej pogodzie, po skończonych pracach polowych czy łowach wieczorami „świętowano” przy ognisku, bawiąc się, tańcząc i śpiewając.
.
Panteon Słowian liczył wielu bogów. Różnił się od greckiego czy rzymskiego tym, że nie był hierarchiczny, nie miał boga najwyższego, tyrańsko rządzącego pozostałymi bogami. Niemniej różne plemiona, a nawet pojedyncze osady miały własnych bogów ulubionych, niejako ich patronów.
W najdawniejszych czasach najbardziej czczono u Słowian Mokosz, Matkę Ziemię oraz Swarożyca (wg niektórych Swaroga) – Słońce. Było to zrozumiałe. Matka Ziemia była wszak żywicielką i domem. A bez światła i ciepła Słońca nie byłoby na Ziemi życia. Stąd Mokosz i Swarożyca otaczano taką czcią. Byli u Słowian też bogowie będący personifikacją żywiołów i sił Natury – jak Perun, miotający gromami, czy Strzybóg, ojciec wiatrów. Byli też bogowie od spraw ludzkich, kierujący losami człowieka jak Dadźbóg czy Rod. Nie było natomiast w panteonie słowiańskim bogów mściwych, zawziętych, nieludzkich, wręcz krwiożerczych. Owszem, niekiedy rozzłoszczony Perun miotał gromy, a Pochwist sprowadzał niepogodę i wichury. Ale ich gniew można było uśmierzyć darami czy zaklęciami. Słowiańscy bogowie nie stawiali wyznawcom żadnych żądań, nie narzucali przykazań. Zadawalali się tym, że oddawano im cześć i składano drobne dary i ofiary – trochę napitku i jadła. Byli po prostu swojscy, opiekuńczy. Stąd, przez długie wieki po krystianizacji, Słowianie uparcie przy nich trwali. Nie chcieli obcego boga wymagającego umartwień, postów, każącego żebrać na kolanach o miłosierdzie i przebaczenie.
.
Słowianie całkowicie inaczej, niż my obecnie, postrzegali otaczający ich świat. Pełen był wyższych i niższych istot duchowych – od niższej rangi bóstw po złośliwe demony.
.
Przy pomocy magii, zaklęć, amuletów i talizmanów złośliwe duchy trzymano na odległość, a darami dziękowano dobrym za opiekę i pomoc. Istoty te były wszędzie – w powietrzu, lasach, wodach, nawet w domostwach. Ogromnym mirem i poważaniem cieszyli się u Słowian ci, którzy potrafili złe duchy trzymać na odległość, oraz umieli wyrabiać skuteczne amulety i talizmany (ich skuteczność oceniano po tym, czy osoby je posiadające spotykają rzadziej niż innych nieszczęścia). Tu koniecznie należy zaznaczyć, że w dziedzinie znawczyń magii zdecydowanie górowały u Słowian kobiety – wiedźmy, szamanki, szeptuchy.
.
Magia i wróżby pełniły b. ważną rolę w życiu wszystkich Słowian. Bez dobrej wróżby wiedźm czy kapłanów nie ruszano na wyprawy wojenne. Zaklęciami odpędzano „złe”. Przy pomocy magii także leczono, oczywiście wspomagając leczenie ziołami. Zakochani zabiegali magicznymi praktykami o wzajemność wybrańca. Zabiegi magiczne miały przynosić szczęście indywidualne i zbiorowe, miały chronić i zwiększyć plony, zapewnić zgodne pożycie małżeńskie i zdrowe dzieci. Ale mogły też (tzw. „czarna magia”) zaszkodzić wrogom, sprowadzić na nich nieszczęścia a nawet śmierć.
.
Współczesny przeciętny cywilizowany człowiek zachodu nazwie te wszystkie prastare zabiegi magiczne, zaklęcia i używanie talizmanów z politowaniem przesądami i gusłami. Oficjalna nauka także je tak kwalifikuje. Ale z punktu widzenia parapsychologii/psychotroniki wiele z tych praktyk magicznych było nie tylko czynnościami logicznymi, racjonalnymi, ale mogły być też skutecznymi. Człowiek to nie tylko ileś tam kości, mięśni, płynów ustrojowych i narządów – to przede wszystkim niezależna od ciała świadomość. I choć oficjalna nauka uparcie temu zaprzecza, owa świadomość u osób wyćwiczonych i uzdolnionych może wpływać „zdalnie” na otoczenie. Nasi praprzodkowie o tym wiedzieli. Współczesna cywilizacja z oporami odkrywa to powoli na nowo.
.
Słowianie żyli w niezbyt dużych grodach, osadach czy opolach. Stanowiły one autonomiczne jednostki i w sprawach codziennego życia same o sobie decydowały. Były zazwyczaj obronne, gdyż wielokrotnie na ziemiach słowiańskich pojawiali się obcy. Był okres, że budowano coraz większe takie obronne siedziby, ale w końcu z tego zrezygnowano. W pewnym z wykładów, jaki słuchałem, prelegent mówił, że (co potwierdziły wykopaliska) na terenach południowo-wschodniej Polski po niszczycielskich najazdach Scytów zniknęły duże grody. Budowano ich więcej, ale mniejsze i bardziej rozproszone (dopiero u schyłku Słowiańszczyzny pojawiły się duże grody, wręcz miasta, takie jak kupiecki Wolin, liczący w X wieku ok. 5 tys. mieszkańców. Widać w nim było już daleko posunięte cywilizacyjne zwyrodnienie. Większość mieszkańców była nieproduktywnymi kupcami, handlarzami, zbieraniną z całego ówczesnego świata. Kierowała nimi żądza zysku i wzbogacenia się). Wydaje się, że gród, którego resztki odkopano i zrekonstruowano w Biskupinie należał do grodów większych. Przeciętne osady Słowiańskie liczyły do kilkudziesięciu rodzin. Tyle, że były to rodziny wielopokoleniowe. Gdy w osadzie robiło się ciasno, w niezbyt dalekim sąsiedztwie budowano nową. Wszystkie domostwa w osadach były podobnej wielkości. Nie było w nich ani jednego domostwa wyróżniającego się wielkością i okazałością. Słowianie żyli w systemie egalitarnym.
.
.
Najwyższą władzą w każdej osadzie czy grodzie (także w całym plemieniu) był wiec. Na nim podejmowano najważniejsze decyzje (na wiecach plemiennych poszczególne wspólnoty reprezentowały ich starszyzny). Na codzień osadami kierowała starszyzna. Jej „władza” opierała się nie na sile i przemocy, a na autorytecie i szacunku. Jest oczywiste, że wśród starszyzny trafiały się gbury, mruki i egoiści. Ale tacy nie cieszyli się powszechnym szacunkiem. Zarówno wśród starszyzny jak i na wiecach największy posłuch mieli ludzie zasłużeni dla wspólnoty, kierujący się jej dobrem. Głos jednego takiego człowieka mógł przeważyć zdanie kilku gburów i egoistów. Nie wiem, czy kobiety też uczestniczyły w wiecach lokalnych. Zapewne się im z domostw przysłuchiwały. Ale zapewne szanowane wiedźmy czy otaczane szacunkiem staruszki także mogły zabierać głos. Zresztą bez wróżb i przepowiedni wiedźm wiece nie podejmowały żadnych wiążących decyzji.
.
Pola uprawne otaczające każdą rolniczą osadą były wspólną własnością. Także wspólne były zwierzęta hodowlane. Zbiory dzielono w zależności od liczebnośni każdej rodziny. W pracach polowych na miarę ich możliwości brali udział wszyscy zdolni do pracy. Pomagały też, choć bez przymusu, kilkuletnie nawet dzieci. W ten sposób wdrażano je do uspołecznionego życia – pracy dla wspólnego dobra.
.
Kobiety u Słowian nie były „niewolnicami pańskimi”. Owszem, istniał podział obowiązków i prac na męskie i kobiece. Na łowy np., zwłaszcza na grubego zwierza, kobiet nie brano. Na wyprawy wojenne też nie. Ale już w walkach w obronie własnej osady mogły aktywnie uczestniczyć. Czy miały prawo głosu na wiecu – nie wiem, ale mężczyźni konsultowali podejmowane decyzje z matkami i żonami. A zwłaszcza z wiedźmami. Najważniejszym obowiązkiem kobiet była opieka nad dziećmi. Nawet synowie dopiero po postrzyżynach przechodzi pod władzę ojców. Wcześniej podlegali matkom.
Na pozycję kobiet u Słowian światło rzuca legenda o Wandzie. Choć sama Wanda to postać fikcyjna, ale w legendzie o niej jest ziarnko prawdy. I jest nim właśnie wysoka pozycja jaką miała Wanda w legendzie o niej.
.
Kolejnym ważnym aspektem życia Słowian były różnego rodzaju obrzędy. Jedne były okazjonalne, inne typowo świąteczne, a jeszcze inne codzienne. Do tych ostatnich zaliczyć można np. codzienne napełnianie odrobiną jadła i napitku miseczek przeznaczonych dla duchów opiekuńczych domostwa i dla skrzatów. Okazjonalne obrzędy były b. różnorodne. Np. miały za zadanie uciszenie burz, zakończenie klęsk żywiołowych (powodzi, pożaru lasu). Ale należały do nich też np. nadanie dziecięcego imienia noworodkom, postrzyżyny i zapleciny u siedmioletnich chłopców i dziewczynek, swaćby/śluby czy pogrzeby. Wszystkim tym obrzędom towarzyszyły odpowiednie rytuały. No i były obrzędy typowo świąteczne, jak choćby palenie i/lub topienie Marzanny. No i oczywiście składanie żertwy bogom – czy to u stóp symbolizujących ich posągów, czy w świętych gajach bez żadnych posągów, prosto pod świętymi drzewami.
.
W życiu każdego Słowianina i Słowianki było kilka przełomowych momentów. Pierwszym było nadanie dziecięcego imienia, mającego chronić noworodka przed złymi mocami. Kolejnym było nadanie właściwego imienia podczas zaplecin i postrzyżyn.
.
.
Od tego momentu dziewczęta były przygotowywane do roli przyszłej żony i matki, a chłopcy do roli przyszłego męża i ojca, oraz do funkcji rolnika/rybaka/pasterza oraz łowcy i wojownika. Nie wiem, czy była u Słowian znana męska inicjacja, czyniąca z chłopca mężczyznę. U dziewcząt była to zapewne pierwsza menstruacja, po której dziewczynka z dziecka stawała się kobietą. Choć pełną inicjację stanowiło dla dziewcząt przejście wraz z zaślubionym mężem przez symboliczną bramę podczas obrzędów swaćby. U chłopców inicjacja chyba rozłożona była w czasie. Gdy mieli lat 10-12, zaczęto zabierać ich na polowania, ale tylko jako pomocników w nagonce. Dopiero gdy zmężnieli, mogli z włóczniami brać udział we właściwym polowaniu. Na pewno charakter pełnej inicjacji i to dla obojga młodych, miał obrzęd przejścia przez symboliczną, uplecioną z gałęzi bramę podczas swaćby.
.
.
Ona stawała się pełnoprawną kobietą, on pełnoprawnym mężczyzną – ze wszystkimi prawami i obowiązkami z tym związanymi.
.
Charakterystycznym rysem Słowian była cechująca ich wszystkich afirmacja życia. A nie było ono – codzienne życie – mimo wielu świąt, tańców i śpiewów przy ogniskach, sielanką. Sami z mozołem budowali domy i osady, szyli odzież, wyrabiali wszystkie sprzęty i narzędzia. Dotykały ich klęski żywiołowe, przemarsze i najazdy obcych, zatargi i walki międzyplemienne. Ciężko i z mozołem pracowali na roli, przy połowie ryb i podczas polowań. Głód po niespodziewanych powodziach czy pożarach nie raz zaglądał im w oczy. Ale mimo tych wszystkich trudów i przeciwieństw losu, wszystkie ich święta były radosne, wszystkim towarzyszyły uczty, zabawy, tańce i śpiewy. Nie było u nich ani jednego święta ponurego i żadnych ponurych obrzędów. Nawet pogrzebom towarzyszyła uczta. Także obrzędom Dziadów.
Niewyobrażalnym szokiem kulturowym było dla Słowian (na naszych ziemiach od czasów pierwszych Piastów) narzucanie im kultu ponurego obcego boga, domagającego się postów, pokuty, umartwień i wyrzeczeń, straszącego nieposłusznych karami i wiekuistym potępieniem. Był w oczach Słowian gorszy od najgorszych własnych demonów razem wziętych. Dlatego z takim uporem trwali przy starych, dobrych, swoich bogach, wypędzonych przez obcego demona znad Jordanu.
.
Słowian cechował szacunek wobec Przyrody. Wprawdzie korzystali z jej wytworów, zbierali owoce i zioła, ścinali drzewa na budowę domów, palisad, mebli i narządzi, polowali na zwierzęta, łowili ryby, a także wydzierali Przyrodzie miejsca na osady i na poletka – ale nigdy nie stawiali się ponad nią. Nigdy nie zamierzali nad nią panować. Wiedzieli, bo umieli czytać w Księdze Natury, że są nie panami Przyrody, a jej częścią. I że ich życie od niej zależy. Dlatego brali z niej tylko tyle, ile było dla nich niezbędnie konieczne do przeżycia. To co nastąpiło później, poczynając od czasów piastowskich, a więc bezmyślne wycinanie lasów czy motywowane chciwością i żądzą zysku masowe polowania na zwierzęta, także futerkowe, z których wiele nieomal doszczętnie wytępiono, tylko ze względu na zyski z handlu ich skórami i futrami – taki wandalizm wobec Przyrody w czasach pogańskich był nie do pomyślenia.
.
U wszystkich też Słowian znana była tradycja przekazu ustnego. To dzięki niemu przez tysiąclecia Słowianie pozostawali sobą i trwali we własnej kulturze. Wprawdzie znali pismo runiczne, ale nigdy nie pisali żadnych ksiąg (potrafili za to czytać w najmądrzejszej z ksiąg – Księdze Natury). Runy wykorzystywali do innych celów. Umieszczano je np. na posągach bogów, na talizmanach (wzmacniały ich moc) i na odzieży. Na niej umieszczano runiczne zaklęcia mające chronić noszących odzież od złych mocy i uroków. Przekaz ustny był dwojakiego rodzaju – ogólny dla wszystkich i indywidualny dla wtajemniczonych. Ten pierwszy były to opowieści starszych przy ogniskach, czy podczas świątecznych uczt lub w długie jesienne i zimowe wieczory w domach. Starsi (dziady i baby) przekazywali w tych opowieściach młodszym całą posiadaną wiedzę: o bogach, zaświatach i duchach dobrych i złych, o świętach, obrzędach i ich znaczeniu, o historii rodziny, osady i plemienia, o przeszych wojnach, najazdach, obronie przed najeźdźcami i sposobach walki, o uprawie roli, kiedy jak i dlaczego zasiewać to a nie co innego, o zwierzętach dzikich i domowych, ich zachowaniu i sposobach polowań i hodowli, o odczytywaniu znaków zwiastujących nadciągającą burzę czy suszę, o obowiązkach i prawach każdego członka wspólnoty. A że każdy Słowianin i Słowianka od wczesnego dzieciństwa słyszeli te opowieści wielokrotnie, zapamiętywali je i później przekazywali posiadaną wiedzę kolejnym pokoleniom.
Przekaz indywidualny dotyczył natomiast wiedzy tajemnej, zwłaszcza czarnej magii. Chodziło o to, by wiedzę tę posiadły tylko osoby o wysokiej etyce, gwarantującej, że nie wykorzystają jej na szkodę wspólnoty i współplemieńców, kierując się egoizmem, przerostem ambicji, mściwością, czy osobistymi urazami. Posiadaczkami tajnej wiedzy były przede wszystkim wiedźmy. I to one wyszukiwały w najbliższym otoczeniu młode następczynie, które indywidualnie, krok po kroku wtajemniczały w uprawianie magii. Do naszych czasów ogromna większość tajnej wiedzy zaginęła. I nie ma się czemu dziwić – od pierwszych Piastów zawzięcie tępiono właśnie wiedźmy. A podczas wielowiekowych polowań na czarownice wytępiono je nieomal do reszty. Powie ktoś – w Polsce/Rzeczypospolitej nie było przecież stosów. No cóż – gdyby ich nie było, Sejm nie musiałby w roku 1776 zakazać procesów czarownic i skazywania ich na śmierć (https://pl.wikipedia.org/wiki/Proces_o_czary#Ostatnie_procesy_w_Polsce). Płonęły więc stosy i w Polsce/Rzeczypospolitej, już od średniowiecza, wbrew propagandzie katolików o państwie bez stosów. I to płonęły tysiącami. Szczególne nasilenie tego amoku zaczęło się czasach Zygmunta III Wazy, szwedzkiego „importu”, pupilka jezuitów i papiestwa.
.
Dla nas wyjątkowo szczęśliwym trafem jest fakt, że Słowianie wiedzy nie spisywali w księgach, a przekazywali ją ustnie. To dzięki właśnie ustnej tradycji przetrwała do naszych czasów wiedza o naszych praprzodkach. Gdyby Słowianie pisali księgi, zostałyby one spalone już za pierwszych Piastów, przez co stalibyśmy się ludem bez pamięci. Spalić księgi jest łatwo. Trudniej jest zakazać ludziom w wiejskich chatach opowieści o bogach i przodkach. A już niemożliwe i niewykonalne byłoby dopilnowanie takiego ewentualnego zakazu. Trwał więc ten ustny przekaz u prostego ludu, z pokolenia na pokolenie przez długie wieki, do czasu, aż zainteresowali się nim ludzie jak Zorian Dołęga-Chodakowski, którzy zaczęli go spisywać.
.
„Trzeba pójść i zniżyć się pod strzechę wieśniaka w różnych odległych stronach, trzeba śpieszyć na jego uczty, zabawy i różne przygody. Tam, w dymie wznoszącym się nad głowami, snują się jeszcze stare obrzędy, nucą się dawne śpiewy i wśród pląsów prostoty odzywają się imiona Bogów zapomnianych.”
.
I choć na przestrzeni ponad ośmiu wieków przekaz ustny odkryty przez Zoriana w wiejskich chatach został zapewne nieco zniekształcony, zwłaszcza przez naleciałości przyniesione nad Wisłę znad Jordanu, ale można je wyłapać i usunąć. To co pozostanie – to jest właśnie nasza wiedza o bogach, o życiu, wierzeniach, obrzędach i zwyczajach naszych słowiańskich przodków.
.
Obecnie panuje na Wisłą chciwy kapitalizm i konsumpcjonizm, a w kształtowaniu świadomości i postaw dominują obce, bezmyślne ideologie religijne i świeckie, zwłaszcza katolicyzm i polityczna poprawność. Przywrócenie tradycji pogańskiej naszych przodków, a więc egalitaryzmu, rzeczywistej samorządności, autonomii lokalnych wspólnot, wychowywania dzieci w duchu troski o wspólne dobro, szacunku wobec Przyrody mogłoby uczynić Polskę krajem normalnym.
.
Byłby to naprawdę powrót do normalności.
.
I do naszych rzeczywistych korzeni...
.
.
opolczyk
.
.
PS

.
Znajomy, Mirek, zwrócił mi uwagę na poniższe zdanie:

.
„Byli u Słowian też bogowie będący personifikacją żywiołów i sił Natury – jak Perun, miotający gromami, czy Strzybóg, ojciec wiatrów”
.

Uznał je za niestosowne i niezgodne z prawdą.
No cóż, niestety zbyt „uprościłem” tę sprawę. Faktem jest, że przez tysiąclecia Słowianie byli (nie lubię tego terminu) „animistami” i oddawali cześć boską samym żywiołom i siłom Natury, bez ich wyobrażania sobie w jakikolwiek sposób. Mówiąc po prostu – czcili żywioł czy siłę Natury samą w sobie jako coś boskiego czy może też jako przejaw działania sił boskich. Później jednak, pod wpływem zewnętrznych wzorców, zaczęli wykonywać posągi bogów Natury. Z latopisu np. wiadome jest, że w pogańskim Kijowie były posągi m.in. Peruna i Strzyboga. Posąg Peruna Włodzimierz kijowski, po tym gdy na Krymie się okrzcił, własnoręcznie wrzucił do Dniepru. Pozostałe posągi zniszczono. Jednak robienie posągów np. Peruna to nic innego jak personifikacja siły Natury – pioruna i grzmotu. A i dodatkowo jeszcze jego antropomorfizacja – wszak posąg przedstawiający Peruna miał twarz ludzką.
Tak więc przynajmniej u schyłku wolnej Słowiańszczyzny miało miejsce personifikowanie, a także antropomorfizacja żywiołów i sił Natury.
.
.
.