Opowiadanie Obodryckie o kneziu przez Niemca „Krutym” nazwanym…

.

.

Niezbyt wiele wiadomo o tym kneziu obodryckim, nie znamy nawet jego imienia. Ale nie jego imię jest istotne, a dokonania. Pisał o nim przede wszystkim niemiecki „kronikarz” Helmold w „Chronica Slavorum”. Nazywał go „Krutym” czyli „okrutnym”, „złym”, „srogim” z oczywistego powodu – „Kruty” przywrócił u Obodrytów pogaństwo całkowicie likwidując i unicestwiając zagnieżdżane tam przy pomocy wcześniejszych renegatów krystowierstwo. Dlatego też Helmold pisał o nim, że jest „Kruty” „podstępnym” – a jakże –  „prześladowcą krześcijan” i „największym wrogiem Sasów”. A on po prostu przywrócił Obodrytom wolność, słowiańską kulturę i słowiańskich bogów.
Pochodził prawdopodobnie z plemienia Wagrów będących częścią Związku Obodryckiego, w skład którego wchodzili obok Obodrytów (Rertegów) Wagrowie, Warnianie i Drzewianie, a okresowo Smolińcy, Morzyczanie, Glinianie i Bytyńcy. Już u Wagrów, nim został przez wiec wybrany kneziem całego Związku Obodryckiego, doprowadził do upadku hebrajskiej wiary i powrotu starych bogów. W tym czasie, z poparciem militarnym i finansowym Sasów i Danii, Związkiem Obodryckim władał renegat Gotschalk, wychowanek klasztoru, pupilek kleru hebrajskiego boga. Po siłowym zdobyciu władzy odnowił upadłe po poprzednim buncie pogańskim biskupstwo w Starimgardzie, z niemiecka Oldenburgiem zwanym i założył dwa nowe – w Raciążu (Ratzeburgu) i Mechlinie (Mecklenburgu). Był pierwszym obodryckim kneziem zakładającym na Północnym Połabiu klasztory. Wykorzystał wojnę domową Związku Wieleckiego w roku 1057 i z pomocą saską i duńską podbił dwa plemiona wieleckie – Czrezpienian i Chyżan. Im również próbował narzucać hebrajskiego boga, ale spotkał się ze zdecydowanym oporem. Wielokrotnie wybuchały przeciwko niemu bunty, ale wspierany przez Danię i Sasów utrzymywał się przy władzy do 1066 roku.
W swoim postępowaniu przypominał pierwszych Piastów, którzy siłowo podbijali sąsiednie plemiona i siłowo narzucali im hebrajskiego boga. Ostatecznie podbici przez niego Glinianie, rozwścieczeni założeniem w ich grodzie klasztoru, zabili Gotschalka, gdy ten z dużą asystą przejechał do Łączyna po odbior daniny. Po jego śmierci pretensję do panowania wysunął jego syn Budiwoj, ale zwołany ogólnoobodrycki wiec wybrał na knezia wiernego słowiańskim bogom Obodrytę, nazwanego przez Helmolda „Krutym”. I ten wypędził gotschalkowy pomiot, mimo że Budiwoja wspierał saski herzog Odrulf. Następnie „Kruty” rozprawił się z nielicznym stronnictwem kościoła hebrajskiego boga dowodzonym przez biskupa Johannesa Szkota i wdowy po Gotschalku. Ją wraz z młodszym synem Heinrichem wypędzono do Danii, a biskupa odwieziono do Retry na egzekucję, na którą za torturowanie i okaleczanie pogańskich Obodrytów skazany został na wiecu.
W całym Związku Obodryckim wyburzono wszystkie kościoły, klasztory i siedziby biskupów, a znienawidzony kler i zakonników hebrajskiego boga ubito lub wypędzono. Pod wodzą „Krutego” Obodryci najechali i podbili dużą część ziem Nordalbingów, podległych dotychczas herzogom saskim, zniszczyli Hamburg i splądrowali tereny Stormarnu.
Budiwoj kilkakrotnie jeszcze, wspierany wojskami saskimi, próbował odzyskać władzę u Obodrytów. Jednak militarne i finansowe wsparcie herzoga saskiego Ordulfa niewiele mu pomogło. Ordulf z powodu wielokrotnych porażek doznawanych w wojnach z Obodrytami w czasach rządów „Krutego” stał się – jak to odnotował Adam z Bremy – „pośmiewiskiem u swoich”. Jego synowi i następcy Magnusowi także niewiele lepiej powodziło się w popieraniu Budiwoja – gdy z pomocą jego knechtów  w roku 1075 Budiwoj zajął wagrejski gród Płonie, otoczony nagłe silną odsieczą pod wodzą „Krutego” skapitulował. Obodrycki kneź, nie chcąc przelewać niepotrzebnie krwi, zezwolił gotschalkowemu synowi odejść z ludźmi i mieniem za Łabę, pod warunkiem ostatecznego zrzeczenia się roszczeń do władzy u Obodrytów. Budiwoj spełnił ten warunek, ale mieszkańcy Płonu, złupieni doszczętnie przez niego, zbrojnie zaatakowali szykującą się do wymarszu kolumnę saskich knechtów pod wodzą gotschalkowica i wybili wszystkich do nogi. Tak zakończył życie syn renegata Gotschalka, renegat Budiwoj, który siłami niemieckimi chciał odzyskać u Obodrytów władzę.
Po śmierci tego zdrajcy w Związku Obodryckim zapanował okres kilkunastu lat spokoju. Cesarstwo pogrążone w wewnętrznym zamęcie nie było zdolne zorganizować wyprawy przeciwko Obodrytom. Próby wypraw wojennych saskich herzogów kończyły się klęskami. Za to sami Obodryci wyprawiali się na saskie ziemie wielokrotnie je pustosząc. Niestety i plemiona Związku Obodryckiego popełniły błąd. Uwolnione spod władzy Gotschalka i kapłanów hebrajskiego boga postanowiły powrócić do plemiennej samodzielności. Wystąpiły ze Związku przyłączeni siłą do niego Czrezpienianie i Chyżanie oraz luźno z nim związani Smolińcy, Morzyczanie, Glinianie i Bytyńcy.
Przez kilkanaście lat spokojnie starym obyczajem płynęło życie tych wszystkich plemion. Na ich ziemiach, jak przed wiekami, czczono starych dobrych słowiańskich bogów, uroczyście odprawiano stare pogańskie obrzędy, a ani jeden symbol hebrajskiej wiary – krzyż/rzymska szubienica – nie szpecił tych ziem. Ale krótki czas pokoju dobiegł w końcu kresu.
Około roku 1090 młodszy syn renegata Gotschalka, Heinrich, po matce Sigridzie Duńczyk królewskiego rodu, wspierany przez duńskiego króla Olafa, najeżdżać zaczął z Danii w morskich łupieżczych wyprawach wybrzeża Wagrów. „Kruty” chcąc odwieść Heinricha od dalszych napadów zaproponował mu oddanie władzy w jego imieniu nad najeżdżanymi przez niego Wagrami z perspektywą objęcia władzy nad całym Związkiem Obodryckim, pod warunkiem, że nie będzie próbował wprowadzać wiary w hebrajskiego boga. Miał w tym własne zamysły – nie miał potomstwa, gdyż syn jego legł w walkach przeciwko Gotschalkowi, sam stary już był i wiedział, że Heinrich z pomocą Duńczyków i Sasów upomni się po jego śmierci o władzę. Chciał odciągnąć tego pół-Słowianina od hebrajskiej wiary. Chciał też uchronić Związek Obodrycki od najazdu duńsko-saskiego w celu osadzenia na kneziowym tronie posłusznego im Heinricha. Spotkali się na pertraktacje w Ljubicy (przemianowanej po niemieckiej kolonizacji na Alt-Lübeck) – około trzydziestoletni Heinrich i ponad dwukrotnie starszy „Kruty”. Ten pierwszy nie ukrywał swej niechęci do wybranego kneziem przez wiec adwersarza:
– Jako wiecie, jestem z dynastii Nakonidów i mnie władza nad Związkiem Obodrytów z przyrodzenia się należy, a nie wam.
– Od Franków i Niemca przyszły rządy dynastyczne. U nas, jako sami wiecie, nim niemiecka moda przyszła, wiece wybierały kneziów, jako i mnie wiec kneziem wybrał. I nie zawsze po sławnym Nakonie Nakonidzi kniaziami byli, gdyż taki Racibor po pogańskim buncie w roku 1018, takoż przez wiec kneziem wybrany, Nakonidą nie był. A lud go kochał i słuchał. Dopiero gdy broniąc państwa przed Duńczykami zginął w 1043 roku, Nakonida renegat Gotschalk, wasz ojciec, doszedł z pomocą obcych do władzy. Nie powołujcie się na dynastię po Nakonie, bo on z obcymi walczył, głównie z Sasami, ale i z Duńczykami, broniąc naszej wolności. Wy z pomocą Duńczyków na własny kraj napadacie, plamiąc pamięć i sprzeniewierzając się postawie Nakona, który broniąc kraju zginął w 966 roku. I hebrajskiego boga nie narzucał on Obodrytom, jako wasz ojciec czynił, przez co go lud władzy i życia pozbawił.
– Nie zapominajcie, że po Nakonie wszyscy Nakonidzi krzeczeni byli, a niejednego z nich lud kochał.
– Byli krzczeni, ale w większości dla pozoru, by Niemcowi pretekst do najazdów odebrać. Mściwoj, jak zapewne wiecie, wspólnie z Wieletami w 983 roku Niemca najechał, Hamburg spalił, biskupstwo Oldenburskie z ziemią zrównał i wszystkich niemieckich osadników za Łabę wygnał. Takoż niemieckich kapłanów. Najważniejsza była dla niego wolność Obodrytów. A nie służba obcym władcom i kapłanom obcego boga. Nie miałbym nic przeciwko temu, abyście poszli w jego ślady. Mścisława też pamiętacie – zamiast służyć Obodrytom, służył obcym, przez co bunt pogański z kraju go wypędził. Zbiegł do Sasów i u nich pomarł w zapomnieniu. Przybygniewa, który z saską pomocą krzyż siłą wprowadzać chciał, takoż lud nienawidził. I byłby go ubił lub wypędził, gdyby nie zabił go rozgniewany saski knecht. Jako widzicie, niejeden Nakonida służył obcym miast Obodrytom i niejeden z nich uciekać musiał albo i ubity został – jak wasz ojciec. A już na koniec pomnijcie o tym, że na słowiańskiej ziemi kneziem ostaje się nie z woli cesarza czy herbajskiego boga, a z woli wiecu. Jeśli to zrozumiecie – i wy kneziem jeszcze ostać możecie. Ale służyć macie Obodrytom, a nie Duńczykom czy Sasom.
Zamilkł po tej przemowie „Krutego” Heinrich, bo i co miał mu odpowiedzieć. Wiedział, że tamten ma poparcie wszystkich Obodrytów, lubiany i szanowany jest przez sąsiednie plemiona okresowo wchodzące do Związku Obodryckiego i że nawet z pomocą duńską i saską przeciwko niemu siłą niewiele zdziała. Zastanawiał się, co by odrzec, gdy jego rozmówca ponownie zabrał głos:
– Mogę wam ofiarować z mojego ramienia rządy u Wagrów. Nienawidzą was za ostatnie najazdy, ale macie szansę odzyskać ich zaufanie. Niemłodym jest i chciałbym władzę w godne ręce przekazać. Jeśli pójdziecie od teraz śladami Nakona i Mściwoja, sam na wiecu władzę zdam i na was zagłosuję. A z moim poparciem wiec was wybierze. Decyzja należy do was – czy nadal chcecie z duńską pomocą wagryjskie ziemie Związku Obodryckiego najeżdżać, czy ziem tych przed obcymi bronić.
Ponownie zapadło dłuższe milczenie. Tymczasem towarzysząca Heinrichowi od początku rozmowy młodziutka dziewczyna, Sławina, przymilnie uśmiechała się do starego knezia. Mówiła wprawdzie z obcym akcentem, ale słowiańską mową. Dolewała też nieustannie staremu miodu, bardziej o niego troszcząc się, niż o Heinricha. Nagle, nim duński pupil odpowiedzieć zdołał kneziowi, rzekła do niego:
– Oddajcie mnie, panie, na służbę u knezia. Przypomina mi mojego dziada, któregom kochała nad życie. Chciałabym jemu służyć.
„Krutego” zaskoczyła prośba dziewczyny, choć bardzo mu przypadła do serca. Po śmierci syna i żony żył samotnie. Nie zwrócił przez to uwagi na to, że Heinrich nie wydawał się prośbą dziewczyny zaskoczony i zwracając się do knezia rzekł:
– Przyjmuję kneziu waszą propozycję. Obiecuję służyć obodryckiemu związkowi. A na ugodę chcę wam oną Sławinę, jeśli zechcecie ją przyjąć, podarować jako służebną.
– Nie w zwyczaju u nas jest dawanie ludzi w podarunku. Każdy człowiek ma prawo do wolności, przez co i niewolnictwo, i poddaństwo u nas nieznane jest. Ale przypadła mi do serca ta dzieweczka. Jeśli jej wola, może u mnie pozostać – jako moja wnuczka. Wy zaś Henryku – Mestwin pierwszy raz wymówił jego imię ze słowiańska a nie po niemiecku – ostaniecie moim namiestnikiem u Waregów.
Po tej rozmowie „Kruty” ze Sławiną podążył do Skwierzyna, gdzie miał swoją główną siedzibę, a Heinrich osiadł jako jego namiestnik nad plemieniem Wagrów w Starigradzie – ich głównym grodzie. Gotschalkowic jednak nie godził się na rolę namiestnika. Mestwinem gardził. Wychowany na duńskim katolickim dworze królewskim w duchu dominacji arystokracji nad ludem, uważał starego knezia za prostaka, a siebie za prawowitego władcę Obodrytów. I to władcę z urodzenia, a nie z woli wiecu. Wiedział jednak, że dokąd Mestwin cieszący się powszechnym szacunkiem żyje, władzy nie zdobędzie. Czekał więc na okazję, aby go zgładzić.
Tymczasem stary kneź, nieświadom zagrożenia, żył w swoim dworcu w Skwierzynie, pod troskliwą opieką Sławiny. Sprawę kierowania państwem praktycznie zdał na namiestników i wiece. Rozmyślał nawet o tym, aby osiąść w małej leśnej osadzie i spokojnie dokonać tam żywota. Ale Obodryci nie zgadzali się na jego odejście prosząc go, by nadal był ich kneziem. Kolejnych kilkanaście lat upłynęło w spokoju, jakiego Obodryci od ponad stu lat nie znali, gdyż ni Sasi, ni Duńczycy nie niepokoili ich granic. Żyli jak ich przodkowie przed wiekami, nim Frankoni zaczęli najeżdżać ich ziemie, niosąc ze sobą obcego, mściwego i okrutnego hebrajskiego boga. Na spokojne rządy Mestwina duży wpływ miał panujący w tym czasie zamęt u Niemców przez cały okres panowania cesarza niemieckiego Heinricha IV. Cesarz prowadzić musiał wiele wojen domowych z przeciwnikami, uwikłany był też w walkę z papiestwem, zmuszony nawet został klątwą do ukorzenia się przed papieżem Grzegorzem VII w Canossie. Granice Obodrytów próbowali niekiedy najeżdżać herzogowie sascy – Ordulf i Magnus – ale zawsze bezskutecznie, gdyż wielkich sił z powodu wojen wewnątrzniemieckich na ziemie Obodrytów zabrać nie mogli. A nawet gdyby wysłali wszystkie saskie siły, Obodryci i ich sojusznicy byli w stanie ich pokonać, gdyż „Kruty”, mimo podeszłego wieku, był znakomitym wodzem.
Okazja przejęcia władzy przez gotschalkowego Heinricha pojawiła się w roku 1105, gdy po wymuszonej abdykacji cesarza Heinricha IV władzę przejął energiczny jego syn Heinrich V. Błyskawicznie uładził sytuację w Niemczech, zwłaszcza z Sasami, popierając ich politykę podboju Północnego Połabia. Teraz Sasi mogli całą potęgą uderzyć na Obordytów. Należało jedynie najpierw rozprawić się z „Krutym”. Gotschalkowic za pieniądze własne, duńskie i saskie czynić ją gwałtowne zaciągi do swojej drużyny. Zaciężnymi był element ścigany przez katów w Niemczech i Danii za rozboje po gościńcach. Nie mieli nic do stracenia, więc chętnie szli służyć Gotschalkowicowi.
Do „Krutego” doszły wieści o gromadzeniu wojsk przez jego namiestnika. Razem z nimi przyszły pogłoski, że szykuje on krucjatę do hebrajskiego kraju, w którym obca mściwa wiara się zrodziła. Nie namyślając się wiele, choć już do osiemdziesięciu lat dochodził, dosiadł konia i z przyboczną drużyną ruszył do Starigradu. Towarzyszyła mu nieodłączna Sławina.
Heinrich przyjął go uniżenie jak nigdy wcześniej, co wzbudziło w Mestwinie podejrzliwość. Usiedli w świetlicy w towarzystwie starszyzny i po posiłku, popijając miód, rozpoczęli rozmowę:
– Po co wam, Henryku takie wojska? Wszak nie słyszałem, aby wrogi ciągnęły na ziemie Wagrów.
– Być może nie wiecie kniaziu, ale gdy u Niemca nastał nowy cesarz, załadził sprawy z Sasami, którzy z jego wsparciem do najazdu na obodrycki związek się gotują. Chciałbym uderzyć na nich, nim wszystkie siły zbiorą. Ale by nie wzbudzać ich podejrzeń gromadzeniem u mnie wojsk, rozpuściłem wieści, że na wyprawę krzyżową do ziemi świętej wyznawców Krysta wojsko zbieram.
– A czemu tylko obcych zaciągacie? Słyszałem, że same to łotry, którzy na szubienicy zawisnąć winni.
– Sami wiecie kneziu, że Sasi wiedzą o tym, jako u nas nie ma ludzi chcących służyć ich bogu. Nie mogłem więc ludzi słowem mówiących zaciągać do wojsk, które niby do hebrajskiej ziemi świętej na wojnę z Saracenami iść mają. Przeto tylko obcych do tego wojska szukam. Chciałem zresztą, nim na Sasów uderzę, gońców słać do was, byście mi słowiańskie hufce użyczyli, abym siły miał wystarczające. Dobrze się stało, żeście sami tu przybyli. Nie muszę przez gońców prosić was o wsparcie.
– A skąd mieliście pieniądz na te zaciągi? Wszak macie już kilka tysięcy tych obwiesiów pod bronią. A to kosztuje.
– Powinniście wiedzieć kneziu, że tych obwiesiów wszędzie poza naszymi granicami kat czeka. Oni wiedzą o tym i dlatego u mnie schronienia przed powrozem szukają. Nie płacę im na razie żadnego żołdu. Dostają jeno żarcie i dach nad głową. Niech będą radzi, że ich łby u mnie bezpieczne są. A po wyprawie z łupów na żołd dla nich grosza aż nadto będzie – Heinrich odpowiedział na to podejrzliwe pytanie bez chwili namysłu już wcześniej wymyślonym kłamstwem. W rzeczywistości płacił najemnikom żołd z pieniędzy jakie otrzymał od Duńczyków i Sasów, a które zobowiązał się oddać, gdy zdobędzie władzę. Nie wiedział też „Kruty”, że Heinrich potajemnie herzogowi Magnusowi już przyrzekł saską zwierzchność na Obodrytami, ogromny trybut i oddanie ziem Nordalbingów zagarniętych przez „Krutego” za militarne wsparcie go przy przejmowaniu władzy u Obodrytów.
Odpowiedź Heinricha uspokoiła staregoo knezia, gdyż miała pozór prawdy. Skierował więc rozmowę na inne tematy. Skarżył się, że w jego wieku inni przypiecka ciepłego nie opuszczają, a on jeszcze dalekie wyjazdy odbywać musi. Skarżył się i na wiece, że jego rezygnacji z funkcji knezia przyjąć nie chcą. Wypytywał też o sprawy miejscowe, które Heinrich obszernie relacjonował. W trakcie całej rozmowy Sławina nieustannie dolewała wszystkim miodu. Rozochoceni „Kruty” i jego towarzysze nie zwrócili uwagi na to, że od pewnego momentu im dolewała miodu z innego dzbanu niż Heinrichowi i jego ludziom. Mocniej im niż gotschalkowym szumiało w głowach i powoli tracili świadomość miejsca i czasu. Nagle na znak dany przez Heinricha stojąca za jego plecami służba rzuciła się na knezia i jego towarzyszy. Ci nawet nie zdążyli za kordy siągnąć. Wszyscy zginęli od pchnięcia nożami w plecy.
Tak zakończył życie wybrany przez wiec kneziem, nieznany z imienia Obodryta, przez „kronikarza” Helmolda „Krutym” nazwany. Blisko czterdzieści lat stał na straży wolności Obodrytów. Zrzucił zależność od obcych, wypędził obcy kler hebrajskiego boga, zburzył jego kościoły, zrąbał wszystkie jego symbole. Na całkowite zapomnienie i wymazanie z historii (jak naszego Bolka II) skazać go niemiecki kler nie mógł, bo zbyt długo kierował Obodrytami i zbyt wiele klęsk zadał saskim herzogom. Jedyne co udało się niemieckim kronikarzom, to skazanie na zapomnienie jego imienia i zastąpienie go nadanym przez Helmolda przydomkiem „Kruty”. Nie było to jego prawdziwe imię – gdyby był faktycznie „okrutny”, „zły”, „srogi” – Obodryci nie wybraliby go kneziem i nie kierowałby Związkiem Obodryckim prawie czterdzieści lat nie wywołując przeciwko sobie buntu. A tego Helmold nie odnotował – co świadczy o pełnym poparciu Obodrytów do owego „bezimiennego” knezia.
.
Epilog.

.

Po zamordowaniu „Krutego” gotschalkowy pomiot – Heinrich – z militarną pomocą saskiego Magnusa i niemieckich dostojników kościelnych oraz własnych zaciężnych wojsko złożonych z szumowin niemieckich i duńskich przejął władzę. Wielokrotnie wybuchały przeciwko niemu bunty, które brutalnie tłumił. Zawiódł początkowo wspierających go niemieckich dostojników kościelnych, gdyż pomny losu swego ojca, choć był wyznawcą hebrajskiego boga, nie narzucał nadjordańskich guseł Obodrytom ani nie zwalczał pogaństwa. Niemniej wzorem ojca renegata podbijał krok po kroku kolejne plemiona połabskie narzucając ich siłą zwierzchność – i ogromne daniny. Ten siłowy podbój wrogich mu plemion krystowiercza propaganda nazwała i nadal nazywa „jednoczeniem” Połabia zamiast  jego zniewalaniem. Dla niej, dla krystowierczej propagandy, nawet brutalny, siłowy podbój, jeśli jest w interesie kościoła i służy szerzeniu nadjordańskich guseł, jest czymś dobrym – jest „jednoczeniem” – a nie agresją, najazdem, podbojem i zniewoleniem.
Pod koniec życia Heinrich, zapewne przekonany, że potrafi już stłumić każdy opór, zdecydował się w uzgodnieniu z arcybiskupem Bremy Adelberonem na ściągnięcie do Obodrytów kanonika, późniejszego biskupa i „świętego”, Vizelina, z zadaniem „misjonowania” wśród Słowian. Wywołało to wściekłość Obodrytów i kolejne bunty. Rok po ściągnięciu „misjonarza Słowian”, Vinzelina, Heinrich został przez zbuntowanych, a podbitych przez niego Glinian, zabity w 1127 roku. Przybył do ich głównego grodu, akurat gdy świętowali Jare Gody i powrót wiosny. Na widok renegata zawrzali gniewem. Gdy on, udając, że ich wzburzenia nie widzi, w asyście licznej drużyny przybocznej zbliżył się do świętujących przy ogniskach, nagle poleciała w jego stronę ulewa strzał. Od czasu przejęcia przez niego władzy Glinianie nawet podczas świąt mieli broń przy sobie. Heinrich zginął na miejscu, a i większość jego drużyny padła od strzał Glinian. Reszta uciekła. Po jego śmierci rozgorzała wojna domowa pomiędzy jego synami. Obaj w niej ponieśli śmierć. Związek Obodrycki po ich śmierci na stałe rozpadł się na dwie części. Ziemiami Wagrów w latach 1129-1131 rządził Duńczyk Kanut Lavard. Po jego śmierci władzę u Wagrów przejął ostatni Nakonida, Przybysław, bratanek zabitego Heinricha gotschalkowica, syn wypędzonego a następnie zabitego renegata Budiwoja. Natomiast tereny właściwych Obodrytów w latach 1031 – 1160 przeszły pod władzę Niklota, ostatniego obodryckiego, pogańskiego knezia. Obronił własne państwo przed fanatyczną krucjatą połabską w roku 1147. I choć nie zdobył pełnej niezależności Obodrytów od Niemców, jaką wywalczył „Kruty”, i on wiernie trwał przy starych bogach, co ostatecznie przesądziło o jego losie – zginął w zasadzce w roku 1160 z rąk najeźdźcy niemieckiego jako ostatni pogański kneź Obodrytów. O nim szerzej będzie w jednej z kolejnych opowieści.

Powrócę jeszcze do knezia „Krutego”. Jak już pisałem, jego imienia nie znamy. Helmold zgodnie z kościelną procedurą „damnatio memoriae” celowo imienia jego nie odnotował, zastąpując je wymyślonym przez niego samego przydomkiem „Kruty”, który miał za zadanie przedstawiać knezia w jak najgorszym świetle – jako „okrutnika”. Pewnymi historycznie faktami są jego zwycięstwa nad saskim pomagierem Budiwoja, herzogiem Ordulfem, o którym Adam z Bremy pisał, że z powodu notorycznych klęsk ponoszonych od Słowian stał się „pośmiewiskiem u swoich”. Nie jest dokładnie znana data śmierci „Krutego” i w różnych opracowaniach wystąpuje w tej kwestii rozrzut wynoszący 15 lat – od 1090 do 1105. Ta ostatnia data – rok 1105 wydaje się jednak najpewniejsza. Bo to dopiero w tym roku, po wymuszonej abdykacji Heinricha IV przez syna związanego z antycesarską opozycją, sytuacja wewnętrzna w Nienczech na tyle uspokoiła się, że możliwe było silne militarne wsparcie saskiego Magnusa udzielone gotschalkowemu synowi. Wcześniejszy zamach na „Krutego” nie miałby sensu, gdyż władzę przejąć mógłby ktoś inny a nie znienawidzony u Obodrytów zamachowiec, wychowany na duńskim dworze. Tak więc można założyć, że „bezimienny” kneź kierował Związkiem Obodryckim blisko 40 lat – od śmierci Gotschalka w 1066 roku do spisku, w którym sam stracił życie w roku 1105. Mało też prawdopodobne jest, że wspominana w „kronikach” Sławina była jego żoną. Już sam fakt, że tuż po zamordowaniu „Krutego” wzięła krześcijański ślub z zabójcą jej domniemanego męża wskazuje, że sama była wyznawczynią krysta, a przynajmniej sympatyczką krystowierstwa. A przecież nie mogła nią być z oczywistego względu – przez ostatnie 40 lat u Obodrytów nie było ani jednego kościoła i ani jednego krystowierczego kapłana który mógłby ją indoktrynować. Nikt nie mógł więc jej zarazić wiarą w krysta. Powie tu ktoś – ale mogła nią zostać przed likwidacją przez „Krutego” kościoła. Zgoda! Mogła! Ale wtedy ani „Kruty” jej, ani ona jego na małżonka by nie chciała. Ponadto gdyby poznała krystowierstwo przed jego likwidacją przez „Krutego”, byłaby wiekiem dużo starsza od Heinricha gotschalkowica, wobec czego trudno przypuścić, że wziąłby on za żoną kobietę starszą od siebie, gdy tyle młódek było dookoła. Wydaje się więc, że najbardziej prawdopodobnym założeniem jest, iż przybyła do Obodrytów razem z Heinrichem, następnie w jakiś sposób dostała się do najbliższego otoczenia „Krutego” – ale z wyznaczoną jej misją – miała w odpowiednim momencie pomóc go zgładzić, za co w nagrodę została żoną zabójcy – samozwańczego nowego knezia. Helmold wymyślił bajkę, że Sławina była żoną „Krutego”, by pokazać, że nawet jego własna żona go nie chciała i pomogła krystowiercy Heinrichowi w jego zabójstwie. Bo taki był zły. A tymczasem pokazał, że krystowiercy nawet przed zabójstwem się nie cofają, byleby zdobyć władzę.

Na koniec zamieszczam jeszcze propagandowy obraz krystowierczy pędzla Christoffera Wilhelma Eckersberga z roku 1812 pt: „Św. Vizelin/Wicelin rozdający żywność potrzebującym”.
.


.
Vizelin to ten ściągnięty rok przed śmiercią Heinricha „misjonarz” Połabia. Załgana krystowiercza propaganda przedstawia go jako miłosiernego i szlachetnego dobroczyńcę. Przypomnę jednak w tym miejscu, co o północnych Połabianach, niechcąco chyba, napisał Helmold: „…nie znaleźć u nich kiedykolwiek żebraka albo kogoś w niedostatku”.
No i właśnie – dokąd północne Połabie, jak i zresztą cała Słowiańszczyzna była pogańska, dotąd u Słowian nie można było znaleźć (…) kiedykolwiek żebraka albo kogoś w niedostatku. Niedostatek, bieda, nędza i rzesze żebraków pojawiły się u Słowian razem z krystowierstwem. Sam kk był nienasyconym pasożytem i ciemiężcą wpędzającym poddanych w nędzę. I wtedy ten i ów duszpastuch rozdawał wpędzonym przez krystowierstwo w nędzę ułamek promila tego, co kk od nich nagrabił. A kościelna propaganda nagłaśnia to jako przykłady wspaniałomyślności i szlachetności przedstawicieli kleru, troszczących się o wygłodniałą biedotę. Tyle, że gdyby wcześniej poddanych w nędzę nie wpędzili, nie musieliby biedocie rozdawać ochłapów. Gdyby nie było krystowierstwa, „misjonarzy” Słowian, kościołów, biskupów i rzymskich szubienic u Słowian, do dzisiaj nie można by było znaleźć u nich kiedykolwiek żebraka albo kogoś w niedostatku.
.
.
opolczyk
.
PS
W ramach przypisów prezentuję garść linków wikipedycznych (nie zawsze do końca załganych).
.
Wielki bezimienny kneź Obodrytów:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Krut
.
Jego zabójca, renegat Henryk/Heinrich
https://pl.wikipedia.org/wiki/Henryk_Gotszalkowic
.
Hipotetyczny założyciel dynastii Nakonidów:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Nakon
.
Arcy-renegat Obodrycki Gotschalk:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Gotszalk
.
Kolejny renegat – gotschalkowic Budiwoj
https://pl.wikipedia.org/wiki/Budiwoj
.
Ostatni Nakonida:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Przybys%C5%82aw_wagryjski
.
„Misjonarz” Połabian Vizelin:
https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%9Awi%C4%99ty_Wicelin
.
Sascy herzogowie – pomagierzy Budiwoja i Heinricha gotschalkowiców:
https://de.wikipedia.org/wiki/Ordulf_(Sachsen)
https://de.wikipedia.org/wiki/Magnus_(Sachsen)
Nieudolny cesarz zmuszony do abdykacji przez syna:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Henryk_IV_Salicki
.
Reklamy