Opowieść Czeska o stodorańskiej Drogomirze…

.

Drogomira wypędzająca z Czech niemiecki, katolicki kler – autor ryciny nieznany

.

– Precz! Wynoś się! Wynocha z mojej  komnaty, Pragi i Czech! – Głosem pełnym pogardy, z płomieniem w oczach i falującą od wzburzenia piersią, wskazując Friedrichowi palcem drzwi komnaty wyrzuciła kneźna Drogomira niemieckiego zwierzchniego kapłana. Za drzwi a także i z kraju.
Niemiec zaszokowany i ogłupiały potraktowaniem go jak byle pachołka bez słowa opuścił komnatę. Wzburzony był ogromnie, ale nie brał na poważnie faktu wypędzenia go z kraju.
– Uspokoi się ta pogańska suka, to zaraz gońców przyśle, abym ostał – myślał. – Przecież nie odważy się zadrzeć z niemieckim kościołem, z potężnym arcybiskupem Moguncji Herigerem, z królem Heinrichem i niemieckimi grafami.
A opuszczając jej dwór mruknął do siebie pod nosem:
– Całe szczęście, że nie wpuściła do siebie całego mojego orszaku, choć mnie to wprzódy zeźliło.
Nadal sapał z ogromnego wzburzenia, ale był rad, że takie niewyobrażalne upokorzenie spotkało go bez świadków, a zwłaszcza bez jego podkomendnych:
– Ci by dopiero mieli uciechę i za plecami do końca życia śmialiby się ze mnie – wrzał z oburzenia.
Friedrich widząc swój orszak przed dworem kneźny bez słowa skinął nań, by szedł za nim i ruszył do swojej siedziby na drugim końcu praskiego grodu. Ludzie z orszaku zauważyli jego wzburzenie i szli w milczeniu nie chcąc ściągnąć na siebie gniewu kościelnego dostojnika. Nie był biskupem diecezjalnym, gdyż w Pradze nie było wtedy jeszcze biskupstwa. Wcześniejsze biskupstwo morawsko-panońskie założone przez wielkomorawskiego Rościsława, którego pierwszym biskupem był bizantyjski Metody upadło po tym, gdy jego następcę, Niemca Wichinga, Świętopełk wypędził z kraju. Kler łaciński pochodzący z Niemiec, pozostały w Czechach po upadku państwa wielkomorawskiego podlegał pod arcybiskupstwo Moguncji. I on, Friedrich, jako biskup misyjny reprezentował tu arcybiskupa mogunckiego Herigera, kierując czeskim kościołem.
Dotychczas od czasu Borzywoja, przymuszonego do krztu przez morawskiego Świętopełka, nie było dla niemieckich kapłanów problemów na czeskim dworze, choć lud już parokrotnie kilku z nich i ich pachołów pobił, a nawet niekiedy ubił. Władzę po Borzywoju przejął jego starszy syn Spitygniew, który kazał pobudować kilka kościełów w Pradze i innych większych grodach. Gdy zmarł, zastąpił go na praskim kneziowym tronie młodszy brat Wratislaw, który już wcześniej, za radą żyjącego wtedy jeszcze ojca, szukał żony u słowiańskich sąsiadów na Połabiu. Odmówiono mu jednak jej u Łużyczan i Serbów, bo był okrzczony. Dopiero u Stodoran w ich głównym grodzie Brennie dopisało mu szczęście. Przypadkiem ujrzała go Dobromira, córka stodorańskiego knezia Mściwoja. Spodobał się jej ten wysoki i przyjemny w obejściu Czech. Sama poprosiła ojca, by ją za niego wydał. Mściwoj byłby popierał to małżeństwo, gdyż sojusz z Czechami mógł być mu przydatny. Zrażało go jednak to, że zalotnik był wyznawcą obcego hebrajskiego boga.
– A może uda mi się go od niego odwieść, gdy jego żoną zostanę – kusiła ojca Drogomira. I ten na koniec uległ.
Wratislaw pokochał Drogomirę, ale nie miał po ślubie z nią łatwego życia z powodu matki Ludmiły. Obie białki nienawidziły się z całego serca. Ludmiła, pozostając po wpływem swej niemieckiej matki, była naprawdę czy na pokaz gorliwą wyznawczynią obcego boga i gorliwie wspierała niemieckich kapłanów, a taże niemieckie wpływy w Czechach. Drogomira natomiast nienawidziła i Niemców, i głoszonego przez nich boga, a tym bardziej niemieckich kapłanów. Przyzwyczajona jeszcze w Brennie do codziennego bliskiego kontaktu z ludnością podgrodowych osad i tu, w Pradze, odwiedzała osady wokół stolicy i nawiazywała znajomości z ich mieszkańcami. Ci zaś szybko polubili, a nawet pokochali ją i zabierali ze sobą do ukrytych w lasach pogańskich uroczysk, których niemiecki kler jeszcze nie wytropił i nie zniszczył. I tam razem z nimi brała udział w  pogańskich obrzędach czcąc słowiańskich bogów. Wratislaw wiedział o tym, ale kochając żonę nie zabraniał jej ani kontaktów z prostym ludem, ani udziału w pogańskich obrządach. Za to jego matka synową wyklinała dzień w dzień i na każdym kroku. Między niewiastami doszły jeszcze spory o wychowywanie synów Wratislawa i Drogomiry. Teściowa zrobić z nich chciała wyznawców krysta, zaś synowa uczyła ich miłości do słowiańskich bogów. W końcu pod wpływem Ludmiły został starszy z nich, Wacław, młodszy zaś Bolesław pozostał pod wpływem pogańskiej matki.
Gdy w walce z Węgrami zginął w lutym 921 roku kneź Wratislaw, a synowie jego byli jeszcze nieletni, doszło do otwartego starcia Ludmiły z Dobromirą. Wcześniej kneź łagodził je, lub wręcz do nich nie dopuszczał. Teraz nikt nie stanął pomiędzy nimi. Teściowa domagała się przejęcia regencji po zmarłym synu, bojąc się, że jej pogańska synowa może doprowadzić do upadku czeskiego kościeła. Ale życzliwa, a nawet uległa dla prostego ludu Drogomira, wobec teściowej okazała się harda i nieustępliwa:
– Jam jest żoną poległego knezia i matką jego następcy. I ja będę w jego imieniu rządy sprawować. A wam radzę wynieść się z Pragi. Sama wiecie, że za waszą miłość do niemieckich kapłanów nikto was tu, poza nimi, nie kocha i nie chce.
Wiedziała o tym naturalnie i Ludmiła. Od zawsze okazywała szacunek a nawet uniżoność wobec niemieckich kapłanów, co ich rozzuchwalało i przez co z pychą i pogardą patrzyli na Czechów. A ci darzyli ich wzajemnie pogardą wymieszaną z nienawiścią. Jedynie ze względu na knezia nie okazywali tych uczuć Niemcom jawnie. Zmieniło się to momentalnie po jego śmierci.
Gdy zaś lud dowiedział się, że regentką w imieniu nieletniego Wacława jest jego ukochana Drogomira, jawnie zaczął po osadach, a nawet na podgrodziu i w samym grodzie praskim odprawiać pogańskie obrzędy. Kościeły opustoszały, bo ludności nikt do nich nie zaganiał. A gdy nawet raz próbowały robić to kościelne pachoły, to ich obito i wyśmiano. Ponadto, gdy podczas jednej z rozmów z kneźną starszyzna z podgrodowych osad zapytała ją, czy nadal mają na kościeł daniny dawać, Drogomira powiedziała im wprost:
– Jeśli przyjdą do was po daniny kościelne pachoły, wypędźcie ich. I rzeknijcie, że jak oni i ich kapłany żreć chcą, to niech sami na siebie zapracują.
Friedrich, biskup misyjny, wielokrotnie po śmierci Wratislawa próbował dotrzeć do Dobromiry ze skargą. Wcześniej nigdy i ani razu nie odmówiono mu stanięcia przed kneziem. Teraz ani razu ze skargą przed oblicze kneźny nie dotarł. Dworska służba po prostu lekceważąco zbywała go z niczym:
– Kneźna nie ma czasu – słyszał zazwyczaj odpowiedź kogoś z dwordkich. Albo – Kneźna jest zajęta, akurat przyjmuje gości i was nie przyjmie. Przyjdźcie innym razem.
W końcu Friedrich zmuszony był przychodzić prawie co dzień, gdyż prawie co dzień dochodziło do zatargów jego pachołów i kapłanów z ludem, a nawet z wojami ze straży. Ale nadal nie dopuszczano go do kneźny. Jednego dnia, gdy udało mu się przedrzeć do obszernej sieni przed jej komnatą, powstrzymał go komornik i kilku dworskich służebnych:
– Kneźna zajęta jest, gości ma i was nie przyjmie – usłyszał.
W tej chwili drzwi jej komnaty otwarły się i wyszło z niej z pół tuzina mieszkańców podgrodzia. Friedrich wskazał na nich i rozłoszczony zawołał:
– Dla tych prostaków ma kneźna czas, a dla mnie nie?
– Dla nich ma czas, bo to Czesi – z nieukrywanym szyderstwem odparł mu komornik. – A dla was, Niemca, czasu nie ma.
– Ni ochoty z Niemcem gadać nie ma nasza pani – dorzucił jeden z dworskich.
Nagle z komnaty dobiegł głos kneźny wzywającej komornika. Po chwili wyszedł do sieni i oznajmił Friedrichowi:
– Przyjdźcie jutro. Właśnie rzekła mi miłościwa kneźna, że jutro was przyjmie.
Następnego dnia niemiecki kapłan przyszedł więc na czele okazałego orszaku ponownie. Ale na każdym kroku spotykały go upokorzenia. Orszaku nie wpuszczono do dworu i musiał czekać na podworcu. Jemu samemu kazano czekać w sieni. Na wizytę u kneźny czekało więcej ludzi, najczęściej prostego stanu. Wzywano ich jednego za drugim lub po kilku na raz, a on, dostojnik kościelny, siedzieś musiał i czekać na własną kolej. Wreszcie gniew wezbrał w nim tak, że po wyjściu kolejnego gościa bez pytania i bez zaproszenia wdarł się do komnaty kneźny. Nie zdążył jednak nawet otworzyć ust gdy ona wskazując palcem drzwi wyrzuciła go:
– Precz! Wynoś się! Wynocha z mojej  komnaty, Pragi i Czech!
I teraz wściekły i upokorzony wracał na czele orszaku do swej siedziby. Ledwo opuścili dwór, gdy wyjechała z niego duża grupa wojów. Większość pomknęła ku bramie grodu i rozjechała się na wszystkie strony. Kilku innych wyprzedziło jego orszak jadąc w tę stronę grodu, w którą i on zmierzał. Gdy wreszcie zbliżył się do swej rezydencju, ujrzał przed nią konie jezdnych, którzy ich  wcześniej wyprzedzili i spory tłum mieszkańców wybuchających co chwilę śmiechem. A gdy przepchnął się przez tłum, zobaczył swą służbę i pachołów kościelnych szykujących dwa wozy do wyjazdu.
– Co robicie? Kto wam kazał wozy do drogi szykować? I gdzie chcecie jechać – wzburzony samowolą służby krzyknął na nią Friedrich.
Na to odpowiedział mu dziesiętnik dowodzący wojami:
– Z rozkazu kneźny szykują się do odjazdu. Razem z wami – w głosie Czecha słychać było i szyderstwo, i nienawiść, i radość, że może Niemców wypędzić. – Przecież wam samym kneźna nakazała opuszczenie Pragi i Czech. Zapomnieliście już? Zabrać możecie tylko to, co na grzbiecie macie, co potrzebujecie w drodze i  jadło, by do Niemiec wam starczyło. I wasze kościelne szmaty i księgi. Kosztowności żadnych brać wam nie lza, bo wszystko to nam wydarte zostało. Ten łańcuch też zostawcie – tu wojak wskazał na złoty łańcuch, jaki Frierdich dla podkreślenia swego dostojeństwa założył na wizytę u kneźny.
Słowa dziesiętnika podziałały na Niemca jak uderzenie obuchem. Pociemniało mu w oczach i zachwiał się. Ale po chwili wściekłość przemogła słabość i przerywany wściekłym głosem wychrapał:
– Co.. co… ty mnie… jak psa… jakiego… wyganiasz? Jak śmiesz… jak…?
– Jeśli do nocy grodu nie opuścisz – wojak przeszedł też na ty – kneźna kazała cię ubić. Więc nie jąkaj się tylko zbieraj. I łańcuch oddaj – mówiąc to dziesiętnik uchwycił za łańcuch  i tak nim szarpnął, że go rozerwał, a Niemiec od szarpnięcia stracił równowagę i upadł w błoto. Wywołało to salwę śmiechu mieszkańców, którzy do niemieckich kapłanów za ich pychę i chciwość nie żywili ani odrobiny przyjaznych uczuć. Widząc brudnego od błota głównego kapłana ludzie grudki mokrej ziemi miotali zaczęli na pozostałych kościelnych. Tymczasem upokorzony Friedrich poderwał się i ruszył do swej siedziby. Kilku pachołom i służebnym zabrać na wozy kazał namioty i szaty na drogę. Sam zaś powyciągał ze skrytek w swej komnacie kilka dużych sakiewek ze złotem i ukrył je w zanadrzu. Ale gdy wyszedł, dziesiętnik Hlawa kazał złapać go za ręce dwóm wojom.
– Dziwnieś przytył, choć obiaduś nie żarł. Pokaż, co tam masz pod sukienką – i obmacywać zaczął brzuch Friedricha. Wyczuł sakiewki i rozkazał wojom przeszukać Niemca dokładnie i odebrać mu złoto. Ten ryczał jak zarzynany wół, gdy zdarto z niego wierzchnie szaty i odebrano mu wszystkie sakiewki.
– Teraz może wasza dostojność odjeżdżać – z szyderstwem w głosie nisko dla prześmiechu skłonił się Hlawa stojącemu tylko w gaciach i koszuli Niemcowi. Ten już odziewał się spiesznie i krzyknął na służbę:
– Wierzchowce sprowadzić ze stajen.
– Jeno po dwa konie na wóz wziąć możecie. A kto na wóz się nie zmieści, na nogach pójdzie – twardo postanowił dziesiętnik, a po chwili dorzucił – wszak konie też nasze.
Friedrich miał w głowie zamęt. Momentami wydawało mu się, że to co się dzieje jest tylko koszmarem nocnym. Ale, poniważ go potrącano, wiedział, że nie śpi. Przestał już protestować i stawiać opór, widząc, że odpowiedzią są tylko kolejne kpiny i szyderstwa. Wgramolił się więc na jeden z wozów, pozwolił usiąć na nich pozostałym kapłanom, po czym wydał rozkaz, by woźnice ruszyli ku najbliższej bramie. Za wozami podreptała służba i pachoły. Odchodzących odprowadzały szydercze okrzyki i śmiech.
Ledwo orszak niemieckich kościelnych ruszył, mieszkańcy rzucili się ku siedzibie Friedricha. Ale natychmiast powstrzymał ich groźny krzyk Hlawy:
– Stać, żadnej grabieży, bo łby polecą. Wszystko co cenne na dwór kneźny pomożecie nam zanieść. Ona podzieli to potrzebującym. A samo dworzyszcze kapłanów przyda się na coś innego. Niczego tu nie burzyć ni podpalać nie lza.
Mieszkańcy stanęli natychmiast. Skoro taka jest wola Drogomiry, którą kochali, zrobią co im Hlawa przykazał. I już po nie długim czasie duży tłum szedł w stronę dworu, niosąc co cennego znaleziono u niemieckiech kapłanów. Złożono to w jednej z dworskich komór. Gdy wreszcie tłum opuścił już dwór, Hlawa głośno powiedział:
– Zezwoliła za to kneźna… – tu zawiesił na chwilę głos, by ciekawość rozbudzić większą –  by kościeły na grodzie zburzyć.
Odpowiedział mu nieopisany wrzask radości, po którym ludzie rozbiegali się do domów po młoty, łomy i co tam jeszcze do burzenia przydatne być mogło.
W Pradze były w tym czasie trzy kościeły – jeden na podgrodziu i dwa w grodzie. Jeden z nich był z mocnego kamienia. Pozostałe z drewna. Na pierwszy ogień poszły właśnie one. Setki ludzi rąbało ławy, ołtarze, obrazy i figury, oddrzwia i ściany. Nie minęła godzina, a z kościełów pozostała dwie kupy porąbanych belek i sprzętów. Podpalono je i ludność tańczyła jak szalona wokół ognisk pożerających znienawidzone szczątki kościełów hebrajskiego boga. Płomienie biły wysoko, ale po godzinie pozostały już tylko dwie kupy gorącego popiołu. I wtedy, gdy trzask płomieni nie głuszył innych dźwięków, przy obu pogorzeliskach dosłyszano miarowy łomot, jakby ktoś w skałę bił.
– Kamienny kościeł walą – krzyknęło kilka głosów i tłumy ruszyły w tamtą stronę. I rzeczywiście – wokół kamiennego kościeła był już tłum, ale niesporo mu szło. Mur kościeła był silny, gruby, z wielkich kamieni wapnem powiązonych i do teraz zniszczono tylko całe wnętrze podpalając w nim drewniane sprzęty i ołtarz, przez co przez wybite błony w oknach i wyłamane drzwi kłęby dymu wydobywały się na zewnątrz. Kamienne ściany jednak, mimo, że walono w nie nawet dużymi belkami trzymanymi przez kilku chłopa, nadal były nienaruszone. Nagle pod kościeł przypędził na koniu setnik Bohus.
– Ostawcie ludzie mury do jutra. Właśnie tarany sposobim. Jutro z rana przyjdźcie na widowisko: będziem kościeł taranami burzyć, jak jaki wrogi gród.
Ludzie, zmęczeni już waleniem w mury młotami i belkami rozeszli się. Ale nazajutrz z rana tłumnie ściągnęłi pod osmolony dymem kamienny szkielet kościeła. Długo nie czekali, gdy ujrzeli pchane przez wojów cztery ogromne wojenne tarany. Wszystkie miały duże dwuspadowe dachy z grubych tramów chroniące obsługę taranów od spadających kamieni. Mieszkańcy pobiegli ku wojom i wielu z nich przyłączyło się do nich, by razem pchać pod kościeł burzące machiny. Po chwili ustawiono je z czterech stron kościeła i zaczęto walić ogromnymi tramami okutymi z przodu żelazem w jego mury. Dobre pół godziny trwało, nim w murach pokazały się pierwsze szczeliny i pęknięcia. A potem poszło już szybko. We wszystkich ścianach wybito po kilka ogromnych wyrw i w końcu mury nie mogły utrzymać już ciężkiego dachu, przez co cały gmach zawalił się. Szybko dokończono burzenie resztek ścian bocznych i wtedy mieszkańcy skoczyli z młotami, aby porozbijać kamienie na miazgę. Zatrzymał ich setnik:
– Ludzie, ostawcie te kamienie. Przydadzą się na wałach, gdy Niemce przyjdą gród dobywać. Bo sami wiecie, że ujmą się za ich kapłanami. Lepiej pomóżcie nosić je pod mury, by pod ręką były. Ludzie skoczyli ochoczo i na długich drewnianych nosidłach do wieczora roznieśli kamienie pozostałe z kościeła pod mury, by móc je miotać na oblegających.
Gdy burzono kamienny kościeł, praski gród opuszczała z licznym orszakiem teściowa kneźny, Ludomiła. Udała się do niezbyt odległego grodu w Tetinie. Z niecierpliwością czekała na niemiecki najazd, wiedząc, że do niego dojdzie. Tu jednak spotkało ją rozczarowanie. Wybrany królem państwa wschodniofrankijskiego czyli niemieckiego w 919 roku Heinrich der Vogeler („ptasznik”) miał zbyt wiele problemów u siebie. Nie uznawali jego władzy Szwabi, Bawarzy, a z zachodnio-frankońskim państwem walczył o Lotaryngię. Tak więc na odsiecz całą potęgą niemiecką liczyć na razie nie mogła.Tymczasem orszak Friedricha posuwał się ku granicy z Bawarami. Ale wlókł się powoli, jako że właśnie wiosna szła, roztopione śniegi drogi uczyniły grzązkimi, a wezbrane rzeki nieraz zmuszały ich do czekania po dwie niedziele, nim brody stały się przejezdne. Pierwszą noc spędzić chcieli w małej przydrożnej osadzie. Ale choć mieszkańcy przyjęli ich pod dachy i nakarmili, taką niechęć Niemcom okazywali, że Friedrich rozkazał obóz rozbić opodal osady. Postawiono namioty i kilka szałasów i w nich legli do snu. Do końca podróży przez Czechy nocowali w ten właśnie sposób.
Gdy zbliżali się następnego dnia do grodu Kladno, zauważyli podobny, choć mniejszy orszak akurat wyjeżdżający z bramy. Okazało się, że to wypędzeni z niego niemieccy kapłani, którym Reinhard przewodził. Friedrichowi przypomniał się duży oddział czeskich wojów, który opuścił dwór kneźny tuż po nim i za bramą rozjechał się na wszystkie strony – wieźli jak widać rozkazy kneźny do wszystkich grodów, w których Niemce urzędy kościelne pełnili, by ich wypędzić.
Orszaki połączyły się a Reinhard przysiadł na wozie obok Friedricha. Rozmawiali po cichu. Snuli plany powrotu z ogromnym wojskiem i zemstą, jaką za ich upokorzenie wywrą na Czechach, a zwłaszcza na Drogomirze. Ale cierpliwość ich wystawiona była na ciężką próbę. Wiosenne roztopy tak opóźniały podróż, że dopiero po dwóch miesiącach dotarli do Bawarów. Na ich szczęście zrobiła się już sucha i ciepła wiosna i drogi stały się przejezdne. Szybko więc dotarli do Regensburga, gdzie rezydował Arnulf, herzog i król bawarski. Ku ich zaskoczeniu odmówił im natychmiastowej interwencji  u Czechów. Wiódł akurat spór z Heinrichem, królem niemieckim i nie mógł zostawić swego państwa bez wojsk. Na jego dworze spotkał Friedrich posłańców od czeskiej Ludmiły, teściowej Dobromiły, która także żądała odsieczy. Jej Arnulf też odmówił. Friedrich wysłał więc gońców do arcybiskupa Moguncji Herigera i dopiero u niego znalazł zrozumienie. Heriger zorganizował z pomocą kościelnych dostojników kilkutysięczne wojsko pieszych i jezdnych, które natychmiast pośpiesznym marszem ruszyło do Bawarii. Arnulf zezwolił kościelnym siłom na przemarsz przez jego państwo i wojsko doszedłszy do Regensburga ruszyło bez odpoczynku prosto na wschód ku czeskiej granicy. Dowodził nim sufragan Herigera, biskup Hildebert. Przyłączył się do niego jako doradca i przewodnik Friedrich.
Czesi, zorientowawszy się, że siły niemieckie niezbyt wielkie są, przygotowali grody, zwłaszcza Pragę do obrony, a dwa hufce wyszły naprzeciw wroga z zadaniem psucia mu dróg i niepokojenia go. Opóźniły one faktycznie marsz kościelnych wojsk, które dopiero w połowie lipca dotarły pod Pragę i rozpoczęły oblężenie. Pierwszy szturm został krwawo odparty. Podczas niego przydatna okazała się przezorność setnika Bohusa, który po zburzeniu kamiennego kościeła nakazał ogromne kamienie poukładać pod wałami. Dziesiątki drabin przystawianych do wałów połamały spuszczane na nie te właśnie kamienie. Setki niemieckich wojów legło od nich. Już po odpartym szturnie dziesiętnik Hlawa, widząc z daleka wśród niemieckich szeregów Friedricha głośno zawołał do niego:
– Dzięki kapłanie, żeśta nam kamienny kościeł pobudowali. Nie wiem czy odparlibyśmy szturm bez tych kamieni, z których był zrobiony. Możecie je pozbierać i pobudować nowy. Ale u was.
Gdy Hlawa skończył, po stronie czeskiej rozległy się głośne śmiechy, a po niemieckiej przekleństwa i złożeczenia.
Niemcy zaniechali szturmów widząc, że tak grodu nie wezmą, a jeno wojów wygubią. Natomiast zaczęli bezustanny ostrzał grodu przy pomocy machin miotających głazy i płonące belki. Ale mieszkańcy przygotowani byli na to i gasili wszystkie pożary oraz zasypywali belkami, ziemią i kamieniami wszystkie dziury na szczycie wału poczynione miotającymi machinami wroga. Wreszcie po kilku bezowocnych tygodniach ostrzału grodu biskup Hilderbert rozkazał budowę wielkiej wieży oblężniczej. Budowano ją po zachodniej stronie Pragi, gdzie dostęp do grodu był najłatwiejszy, poza zasięgiem grodowych machin. Wysoka była na osiemdziesiąt łokci, z grubych bierwion, na okrągłych balach. Znacznie przewyższała wał obronny. Na górnym pomoście było miejsca na pół setni łuczników, ukrytych za drewnianym rusztowaniem. Mieli wybić wszystkich obrońców na wale. Nieżej na wysokości pięćdziesięciu łokci był opuszczany pomost, po którym wedrzeć miała się na szczyt wału setnia ukrytych w wieży wojów. Ściany wieży obwieszono mokrymi skórami, aby obrońcy nie mogli jej podpalić. Wreszcie wieża była gotowa. Pół setni njsilniejszych knechtów ukrytych na najniższym poziomie z wysiłkiem pchać jęło ją ku wałom. Obrońcy razili wieżę głazami, ale potężne bierwiona nie dały się połamać, a płonące belki odbijały się od mokrych skór nie mogąc jej podpalić. Wieża była coraz bliżej. Na szczęście, choć wielkie głazy nie połamały wieży, oderwały kilka wiszących z przodu źle umocowanych mokrych skór, odsłaniając gołe bierwiona. Natychnmiast poleciały w nie setki płonących strzał z grotami owiniętymi smolnymi szmatami. Po chwili bierwiona już płonęły a Niemcy nie mogli ognia ugasić. W panice uciekli z płonącej wieży łucznicy i woje mający wedrzeć się po pomoście na wał. Wieża płonęła coraz mocniej, a w końcu ogień objął ją całą. Ogromna chmura ciemnego dymu szła od mokrych szmat. Po dziesięciu minutach wieża zawaliła się, a po godzinie już tylko czarny dym szedł od kupy popiołu i skwierczących skór.
Rozwścieczony i zawiedziony Hildebert jeszcze raz poderwał wojsko do szturmu. Ale Czesi, podniesieni na duchu dotychczasową obroną i spaleniem wieży i ten szturm krwawo odparli. Następnego dnia Niemcy odstąpili od oblężenia Pragi. Ale nie ruszyli do dom, a pociągnęli pod Tetin, w którym przebywała sprzyjająca im Ludmiła. Arcybiskup Heriger nakazał bowiem sprowadzenie jej do Niemiec, aby była pod ręką, gdy Niemce ponownie przejmą kontrolę nad Czechami. Dwa dni później Niemcy rozpoczęli oblężenie Tetina. Był to o wiele mniejszy i słabiej warowny gród, przez co Hilderbert miał nadzieję go zdobyć. Drugiego dnia oblężenia o mało  faktycznie go nie zdobyto. Na szczęście żupan Ccibor, w ostatniej chwili rzucił rezerwę pięćdziesięciu wojów do wschodniej bramy, gdzie Niemcy wdarli się już do środka. Wybito ich, a resztę szturmujących odepchnięto od wału. Tego samego dnia, gdy Niemce o mało grodu nie wzięli, a było to 15 września 921 roku, służebne zabiły Ludmiłę. W całym grodzie nie znosił jej nikt. Tolerowano ją tylko ze względu na to, że była matką zmarłego knezia Wratislawa. Wszyscy wiedzieli, że słała gońców do Niemców z prośbą o odsiecz. I gdy ci otoczyli Tetin, nawet jej służba okazywała jej nienawiść i pogardę. Podczas szturmu przerażone nim służebne Ludmiły, wiedząc, że to ona słała po Niemców i bojąc się, że po zdobyciu grodu zgwałcone zostaną przez niemieckich knechtów, postanowiły się zemścić. Wpadły do jej komnaty, zerwały z ramin Ludmiły dużą chustę, jaką miała na sobie zarzuconą, owinęły ją wokół szyi i ciągnąc za dwa końce udusiły kochającą Niemców zdrajczynię. Jeszcze tego dnia jej truchło wrzucono do doła wykopanego pod obronnym wałem.
Tymczasem po nieudanym szturmie wojska niemieckie zostały zaatakowane same przez czeskie hufce, wysłane przez Dobromirę. I ona domyślała się, że Niemcy chcą zabrać do siebie jej teściową, aby w wypadku podbicia Czech wspierała, jak wcześniej, niemiecką dominację. Po kilku dniach odpierania ataków na swoj oblężniczy obóz Hildebert kazał odtrąbić odwrót. Czas był ku temu, gdyż zbliżała się jesień, podczas której przemarsz wojsk, ze wzglądu na rozmokłe drogi i wezbrane rzeki, stawał się mordęgą. Wojska czeskie szarpały Niemców aż do granicy. Ledwo połowa kościelnych wojsk arcybiskupa Herigera powróciła do dom.
Czesi radośnie świętowali zwycięstwo. Potem po staremu odprawiali odwieczne obrzędy jesiennych Dziadów i zimowe Gody. Cieszyli się z powrotu prastarej tradycji. Ale wiedzieli też, że Niemcy przyjdą ponownie i szykowali się na kolejny najazd. A ten ruszył już następnego roku.
Arnulf Bawarski, który nim dowodził, zawarł w międzyczasie układ z niemieckim Heinrichem. Uznał jego zwierzchność, ale zachował pełną suwereną władzę nad Bawarią, łącznie z prawem bicia monet i wyznaczaniem bawarskich biskupów. Heinrich z jego strony za te ustępstwa wobec Arnulfa zażądał jedynie, aby ten najechał i podbił Czechy, na co Arnulf zgodził się bez wahania mając nadzieję narzucenia im zależności od siebie.
Tak więc w roku 922 ruszył kolejny najazd na Czechy. Wojska, jakie prowadził Arnulf były ponad dwukrotnie liczniejsze niż zeszłoroczne siły kościelne, przez co Bawarczyk liczył na sukces. Odrzucił nawet propozycję wsparcia go wojskami arcybiskupa mogunckiego nie chcąc dzielić się z nikim sukcesem, łupami i wpływami. Ale od samego początku wyprawa jego stała pod złą gwiazdą. Dobrosława wysłała naprzeciwko Niemców silne hufce w celu utrudniania agresorowi marszu. Bitew mieli unikać, gdyż mniej ich było, ale do ataków z zasadzki wystarczasjąco wielu. Nadto ojciec Dobromiry podesłał na pomoc tysiąc zaprawionych w leśnych walkach stodorańskich wojów. Niełatwą więc miał Arnulf drogę pod Pragę. Jego wojsko ni jednej nocy nie przespało spokojnie. A ustawiane po drodze zasadzki i zawalone drogi opóźniały przemarsz.  W końcu jednak Niemcy doszli pod Pragę i otoczyli ją szczelnym koliskiem. Ale oblężenie szło im niełacno. Za każdym razem, gdy do szturmu ruszali, od tyłu atakowani byli przez Czechów i Stodoran. A gdy przeciw nim się zwracali, z grodu wybiegli łucznicy i razili ich w plecy. Nie udalo się grodu podpalić ani wałów przełamać. W końcu Arnulf wieże oblężnicze budować nakazał. Ale i to szło opornie. Bo gdy drwale do lasu szli drzewa rąbać, atakowały ich tysiące czeskich i stodorańskich wojów. W końcu do osłony drwali do trzech tysięcy niemieckich knechtów słano do lasów, w których dzień w dzień trwały bitwy. Górowali w nich Słowianie, poukrywani za zasiekami z drzew, szerząc z łuków zniszczenie w niemieckich szeregach. Mimo dużych strat udało się w końcu Niemcom zrąbać i dociągnąć do własnego obozu wystarczającą ilość drzew na kilka oblężniczych wież. Ale ledwo rozpoczęli ich budowę Słowianie w nocy zaatakowali niemiecki obóz ze wszystkich stron wszystkimi wojskami podzielonymi na kilka hufców. Także z grodu wyszło kilkuset wojów atakując zaskoczonych i zdezorientowanych Niemców od tyłu. Tysięczny hufiec straży pilnującej budowanych wież także został zaatakowany. Ale gdy zajęty był walką, korzystając z ciemności kilku czeskich wojów podkradło się bokiem do ogromnego stosu zrąbanych na wieże drzew, polało je smołą i  podpaliło. Po chwili ogromny płomień buchał w górę oświetlając pole bitwy. Niemcy rzucili się do gaszenia, ale było już za późno. Gdy tylko słowiańskie hufce zobaczyły wielki ogień, wycofały się do lasów. Ich atak miał tylko odwrócić uwagę Niemców i umożliwić podpalenie belek do budowy wież.
Arnulf był wściekły. Dotychczas najwięcej wojsk stracił w leśnych bitwach podczas rąbania drzew na wieże. I wszystkie te ofiary poszły teraz na marne. Oblężenie Pragi ciągnęło się już bezowocnie ponad miesiąc, a on dzień w dzież ponosił straty w ludziach. Teraz żałował, że odrzucił pomoc arcybiskupa Herigera. Zwołał naradę i zapytał pomniejszych dowódców, jak oni sprawę widzą. Wiedział że wojsko niezadowolone jest z przeciągającego się oblężenia i z ponoszonych strat. Nie chciał jednak bez zaciągnięcia rady wydać rozkazu do odwrotu, aby odwrót nie uchodził za jego tchórzostwo.
– Woje znużeni są – ozwał się graf Bruno, zastępca Arnulfa. – Tysięcznicy mówili mi, że wszyscy przeklinają już to oblężenie i chcą do dom wracać. Gdyby nie czeskie wojska po lasach stojące, niejeden by już zbiegł. Takim wojskiem Pragi nie dobędziem.
Arnulf rozejrzał się po innych dowódcach, ale wszyscy spuszczali jeno głowy i nikt więcej nie chciał zabierać głosu. Ale po ich twarzach mógł odczytać, że myślą to samo. Zwrócił się więc do Brunona:
– Co radzicie więc grafie? Mamy dalej oblegać czy wracać?
– Myślę wasza dostojność, że wracać nam należy. Musimy większe siły zebrać by uderzyć ponownie.
– Wydajcie zatem w moim imieniu rozkaz do zwijania obozu. Jutro rano ruszamy do dom.
Gdy Niemcy odeszli, w Pradze długo świętowano kolejne odparcie najazdu. Niemców nie ścigały nawet hufce ukryte po lasach. Wszyscy chcieli brać udział w powszechnej radości z kolejnego sukcesu. Także stodorańscy wojownicy świętowali zwycięstwo z Czechami i dopiero po tygodniu ruszyli do siebie. I choć wiedzieli Czesi, że Niemcy znów przyjdą, i że kiedyś ich pewnie pobiją, cieszyli się z kolejnego roku wolności, bez Niemców i ich kapłanów.
Całe następne dwa lata przeszły u Czechów spokojnie, bez niemieckich najazdów. Arnulf sam nie chciał już na Czechy uderzać, a Heinrich akurat z zachodniofrankijskimi królami walczył o Lotaryngię. Ale gdy w 925 roku lotaryński Giselbert uznał jego zwierzchność, mógł wreszcie ruszyć na Czechy. Wiedząc jednak o dwóch chybionych najazdach, ten przygotował znacznie bardziej starannie. Swoje wojsko podzielił na dwie części. Jedna z nich uderzyła na Stodoran, aby uniemożliwić im wspieranie Czechów. Drugą dowodził sam. Do udziału w wyprawie wezwał też Arnulfa oraz dostojników kościelnych. Sam moguncki arcybiskup dał pod jego komendę sześć tysięcy zbrojnych knechtów. A i Bawarczyk zgromadził więcej wojsk, niż w jego poprzedniej nieudanej wyprawie. Do Czech wkroczyli dwoma kolumnami, aby i Czesi musieli podzielić swe siły. Jedną wiódł Heirich, drugą Arnulf. Unikali przedzierania się lasami. Woleli nadłożyć drogi, byle ominąć leśne zasadzki
Tym razem Czesi zrozumieli, że to nie przelewki. Niemcy przedstawiali ogromną siłę. Prawie bez strat doszli pod Pragę. I choć broniła się dzielnie, po miesiącu została zdobyta. Zadecydowała ogromna przewaga liczebna Niemców, którzy atakowali gród bez przerwy, nie dając wypocząć obrońcom. Sami posyłali do kolejnego szturmu ledwo trzecią część wojsk, pozwalając reszcie wypoczywać. Obrońcy grodu zaś walczyli ciągle, bez chwili spoczynku. Ale dopiero gdy oblegający zbudowali kilka oblężniczych wież i z nich ostrzeliwać jęli wały, obrona załamała się i Niemcy wtargnęli do grodu.
W momencie gdy agresor pojawił się na wałach, do kneźny dowodzącej przy głównej bramie obroną przypadł Hlawa wołając:
– Kneźno, musisz uciekać, bo Niemcy nie darują ci upokorzenia, jakie im zgotowałaś.
– Nigdzie nie będę uciekać, legnę tu, z wami.
– Nie możesz lec, oni zresztą będą chcieli ciebie najpierw upokorzyć, a dopiero potem ubiją.
– Niech ubiją, nie dbam o to, uciekać nie będę.
Hlawa widząc, że ukochanej przez lud kneźny nie przekona, nakazał podległym mu wojom ułapić ją i na rękach ponieść do tajnego przekopu. Szarpała się i krzyczała by ją puścili, ale wszyscy niosący ją woje chcieli kneźnę uratować. Pobiegli z nią do dworu i dobrze zamaskowanym wejściem zeszli do tajnego przekopu. Wiódł dobry kilometr za gród, a drugie wyjście ukryte było w kępie drzew zarośniętej chaszczami. Tam odczekali aż zapadła noc, przekradli się do pobliskiego boru i ruszyli nim ku Stodoranom. Szli lasami od jednej leśnej osady do następnej. Osadnicy wszędzie witali Dobromirę z ogromną czcią, a gdy ruszała w dalszą drogę, żegnali ją ze łzami. Gdy szli przez Łużyce, wszędzie witano kneźnę z szacunkiem i podziwem. Po kilku tygodniach dotarli do Stodoran. W Brennie kneźnę powiatały złe wieści. Wprawdzie niemiecki napad odparto, ale podczas walk legli jej ojciec i obaj bracia. Po śmierci jej ojca kneziem został obwołany jej stryjeczny brat Tęgomir, który na szczęście doznał tylko kilka lżejszych ran. Przyjął on uciekinierkę z należnym jej podziwem.
Drogomira nigdy już do Pragi nie wróciła. Do śmierci w roku 936 cieszyła się u Stodoran ogromnym szacunkiem jako ta, która odparła dwa niemieckie najazdy na Czechy.
.

Drogomira/Drahomira z synami na fresku. Na uwagę zasłujuje przedstawienie starszego Wacława jako modlącego się świętego z aureolą wokół głowy i młodszego Bolesława, wyciągającego z pochwy miecz, którym rzekomo zabił brata
Epilog
Po zdobyciu Pragi i podboju całych Czech Heinrich osadził na kneziowym tronie powolnego Niemcom i ich kapłanom starszego syna Drogomiry, Wacława. Nienawidzili go Czesi nazywając pogardliwie niemiecką kukłą. Dziesięć lat później kilku wojów czeskich ubiło go. Tron po nim przejął jego młodszy brat Bolesław. Pierwszą rzeczą jaką zrobił po przejęciu władzy była odmowa płacenia Niemcom trybutu. W Niemczech rządził w tym czasie Otto I nazwany wielkim, który w 962 roku ukoronowany został w Rzymie jako pierwszy niemiecki cesarz. Na kościół jednak, wzorem matki, ręki Bolesław nie podniósł, wiedząc, że tego Niemcy mu nie darują. Niemniej przez piętnaście lat Czechy były nieustannie najeżdżane przez wojska Ottona I, chcącego zmusić Bolesława do uznania niemieckiego zwierzchnictwa. Dopiero w 950 roku pokonany Bolesław uległ i uznał się lennikiem cesarskim, choć trybutu nadal nie chciał płacić. Jego córka Dobrawa była żoną polańskiego Mieszka I.
W katolickiej czeskiej załganej hagiografii teściową Drogomiry, zdrajczynię Ludmiłę, gorliwie wysługującą się Niemcom a zwłaszcza niemieckim kapłanom, wykreowano na męczennicę i świętą. To samo zrobiono z niemiecką kukłą, zdrajcą Wacławem, gorliwie jak jego babka służącego Niemcom i niemieckim kapłanom hebrajskiego boga. Winę za śmierć Ludmiły kłamliwie zwalono na pogańską Drogomirę. Podobnie winę za śmierć Wacława zwalono na Bolesława, wychowanego przez pogańską matkę. Był to świadomy zabieg propagandowy, mający pokazć, jacy źli są ci wstrętni poganie, dla których zamordowanie teściowej czy brata to coś normalnego. Tymczasem Ludmiłę i Wacława ogromna większość Czechów za ich wysługiwanie się Niemcom i kościołowi zdominowanemu przez nich po prostu nienawidziła. I to inni Czesi, a nie Dobromira czy Bolesław, zabili znienawidzonych renegatów. Wykorzystał to kościół, kanonizował zdrajców ogłaszając ich męczennikami za wiarę i patronami Czech. W przypadku Wacława wymyślono nawet bzdurę, jakoby zabity został w kościele, co miało pokazać „bezbożność” jego zabójcy. Tego czeskiego renegata czci także kościół katolicki w Polsce za sprawą innego renegata – biskupa Oleśnickiego:
„Święty Wacław został ustanowiony w 1436 jednym z czterech głównych patronów Królestwa Polskiego przez biskupa krakowskiego kard. Zbigniewa Oleśnickiego[6].
Współcześnie jest patronem Czech i Pragi. W Polsce wiele starych kościołów ma za patrona tego świętego, m.in. krakowska Katedra Wawelska (śś. Stanisława i Wacława), kościół św. Wacława w Radomiu czy też warszawska parafia św. Wacława na Pradze-Południe.”
https://pl.wikipedia.org/wiki/Wac%C5%82aw_I_%C5%9Awi%C4%99ty#Patronat
.
Podobne fałszowanie historii przez propagandę katolicką nie było niczym niezwykłym. Zabitego na rozkaz Bolesława III („szczodrego”) zdrajcę biskupa Stanisława także wykreowano na męczennika, świętego i co gorsza – na „patrona Polski”. Zdrajca został więc patronem państwa, którego władcę zdradził, z prozaicznych zresztą przyczyn – nie został mianowany arcybiskupem gnieźnieńskim, o co zabiegał, a jego krakowską diecezję król radykalnie zmiejszył zakładając z jej części nową – płocką. Przez co biskup zaczął spiskować przeciwko królowi wspólnie z młodszym bratem królewskim Hermanem i Sieciechem, późniejszym wszechwładnym palatynem.
Dzięki zabiegom kleru i wymyślonym „cudom” 200 lat po śmierci zdrajcę kanonizowano i ogłoszono patronem Polski.
Do XIX wieku kościół zabraniał opublikowania fragmentu kroniki Galla Anonima dotyczącego biskupa Stanisława. I dopiero gdy w czasie zaborów pozbawiony był wpływów politycznych Czartoryscy wydali ją w oryginalnym brzmieniu. Oto ów fragment  w przekładzie na język polski:
.
Jak zaś król Bolesław z Polski został wyrzucony, dużo byłoby o tym do opowiadania, lecz to powiedzieć wolno, że nie powinien był pomazaniec na pomazańcu jakiegokolwiek grzechu cieleśnie mścić. To bowiem wiele mu zaszkodziło, gdy przeciw grzechowi grzech zastosował, gdy za zdradę wydał biskupa na obcięcie członków. My jednak ani biskupa zdrajcę uniewinniajmy, ani brzydką zemstę królewską pochwalajmy, lecz ostawmy tę sprawę
.
Gall nie mógł wiele o tym pisać, będąc nadwornym kronikarzem Bolesława „krzywoustego”, gdyż ten doszedł do władzy właśnie dzięki udanemu spiskowi przeciwko królowi Bolesławowi III. Legalnym następcą króla był bowiem Mieszko Bolesławowic, który został zamordowany po powrocie z wygnania, na którym zmarł jego królewski ojciec. „Krzywousty” był synem Hermana, młodszego brata Bolesława III i do władzy doszedł jedynie dzięki udanemu spiskowi, w którym jego ojciec także brał udział. To sprawiało, że Anonim tak zdawkowo potraktował sprawę sporu Bolesława III z biskupem Stanisławem. Niemniej tego ostatniego nazwał zdrajcą. I wokół tego zdrajcy kościół wymyślił aureolę z ewidentnych kłamstw. Np. kolportował wymysły, jakoby Stanisława zabił własnioręcznie na stopniach ołtarza Bolesław III. Nawet Matejko, autor wielu arcyszkodliwych filokatolickich obrazów tę katolicką bzdurę uwiecznił na płótnie.
.

.
W rzeczywistości król skazał biskupa podczas procesu w zwyczajowym miejscu, gdzie odprawiał sądy, na pagórku przy kościele św. Michała” na Wawelu. Wyrok – obcięcie wszystkich członków wykonał na miejscu królewski kat. Była to zwyczajowa kara za zdradę praktykowana wówczas w całej krześcijańskiej Europie – w Niemczech, Włoszech, Francji, Polsce, Czechach, na Rusi i Węgrzech. Jedynym ewenementem na owe czasy był status ofiary, której wymierzono karę – ofiara była biskupem, a dostojników kościelnych na ciele wtedy nie karano.
W przeszłości podejmowane były próby likwidacji kultu tego zdrajcy.
„W 1920 r. pierwszy rząd polski po odzyskaniu niepodległości i po uchwaleniu tego przez sejm zwrócił się do Rzymu z żądaniem o anulowanie w dniu 8 maja święta Stanisława Szczepanowskiego, skreślenia go z kalendarza z listy świętych i o zaprzestanie głoszenia jego kultu, podając oczywiście stosowne motywy. Papież bez żadnego oporu na to przystał”
http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,69

Ale wtedy kardynał Sapiecha, związany z Narodową (w rzeczywistości katolicką) Demokracją Dmowskiego ruszył do kontrataku i rozdmuchał kult zdrajcy do niewyobrażalnych rozmiarów. Czcili go też  Wojtyła, Wyszyński i Glemp. Do dzisiaj jest czczony i nadal jest katolickim patronem Polski. Ale nie ma się czemu dziwić – kościół od zawsze kazał czcić tych, którzy gotowi byli zdradzić swoich rodaków i swój kraj, służąc jego interesom. Tych zaś, którzy bronili ich krajów przed zbrodniczym kościołem, przedstawiano jako barbarzyńców, lub wymazywano ich z historii – jak to zrobiono z Bolesławem II Pogańskim. Kościół katolicki w Czechach zapewne chętnie wymazałby z historii Drogomirę. Była jednak matką kanonizowanego zdrajcy Wacława, przez co z historii jej nie wymazano, a jednie przypisano jej dokonanie mordu na kanonizowanej renegatce Ludmile, patronce Czech, które zdradziła.

.

Tym bardziej więc Drogomira zasługuje na pamięć i cześć, którą jej oddaję.
.

opolczyk

.

.

Reklamy