Opowiadanie Rusińsko-Nowogrodzkie…

.

Wołchw Oleg

.

Gleb, kneź Nowogrodu, był wściekły. Wypędzony przez ludność umykał ze swej stolicy. Nie towarzyszył mu nikt. Ani jeden woj z drużyny tym razem nie opowiedział się po jego stronie. Parł konia leśną przesieką zwaną wilkiem, którą dla skrócenia drogi przeciągano łodzie z rzeki do rzeki lub do jeziora Ilmen, nad którym leżał Nowogród. Kierował się na południe ku księstwu połockiemu. Po jakimś czasie zmęczony i głodny wjechał w las i na małej polanie rozpalił ognisko, co łatwo mu nie przyszło. Odwykł od tak prostych rzeczy jak niecenie ognia. Gdy już się posilił, zapadł w ponure zamyślenie.

Życie knezia na Rusi nie było łatwe. Jeszcze nim jego pradziad Włodzimierz I okrzcił się w 988 roku, walkę o władzę na Rusi niejeden konkurent przypłacił głową. Sam Włodzimierz miał na sumieniu brata Jaropełka, którego kazał zamordować. A ten nim zginął z rąk siepaczy świętego brata, sam był winien śmierci innego ich brata – Olega. Po śmierci Włodzimierza wybuchła walka o tron między synami Świętopełkiem a Jarosławem. Ten pierwszy dwukrotnie na krótko rządził Kijowem, ale ostatecznie został pokonany przez młodszego Jarosława i prawdopodobnie przez jego ludzi zabity. Na krótko w Kijowie po zwycięstwie nad Jarosławem panował inny jego brat – Mścisław. Dwóch innych braci, kanonizowanych później, Borysa i Gleba zamordowano podczas walk o tron. Ale każdy z pozostałych przy życiu (Włodzimierz I pozostawił dwunastu synów) miał ambicje panowania. Jarosław pousadzał ich na dużych grodach, przysługiwały im tytuły kneziów, ale realnej władzy nie mieli. Przed śmiercią w 1054 roku Jarosław podzielił wielką Ruś pomiędzy pięciu synów, najstarszemu przekazując księstwo kijowskie ustanowione senioralnym. Ale nie wszyscy pogodzili się z wolą Jarosława. Jego następca Izjasław parokrotnie tracił tron. Raz odebrał mu go bratanek Wsiesław, potem młodszy brat, ojciec Gleba, Światosław, a trzeci raz kolejny brat, Wsiewołod. Aspirantami do kneziowych zaszczytów nie tylko w Kijowie, ale we wszystkch pozostałych dzielnicowych księstwach byli ponadto pozostali przy życiu bracia zmarłego Jarosława i wszyscy ich synowie, nawet tych pomordowanych wcześniej braci.
Gleb przypomniał sobie własną karierę kniaziową. Gdy miał piętnaście lat, za sprawą ojca w roku 1064 został kneziem księstwa, a raczej mini-księstewka tmutarakańskiego. Jeszcze tego samego roku wypędził go konkurent, przepędzony z Wołynia brat stryjeczny Rościsław, syn Włodzimierza Jarosławowicza. Z militarną pomocą ojca odzyskał księstwo, ale natychmiast ponownie został przez Rościsława wygnany. I dopiero gdy konkurent został w 1067 roku otruty, Gleb powrócił na kneziowy tron. Ale tego samego roku kijowski kneź Izjasław wysłał go do Nowogrodu, będącego stolicą dużego księstwa dzielnicowego. Nie była to wdzięczna dzielnica, zamieszkała w dużej części przez ludy Bałtów i Ugrofinów. Nie lubili oni zbytnio Rusinów, a z całego serca nienawidzili cerkwi. Panowanie tam nie było łatwe. Ale i tym razem Gleb nie zagrzał tu długo miejsca. W Kijowie władzę przejął Wsiesław i w 1068 roku roku ponownie odesłał go do Tmutarakanu. W następnym roku, po wypędzeniu Wsiesława do Połocka, Izjasław powróciwszy na tron w Kijowie odesłał Gleba na powrót do Nowogrodu. Tam w roku 1069 obronił gród przed najazdem niechętnego mu krewnego, Wsiesława, dopiero co wypędzonego z tronu kijowskiego. W roku 1071 siłowo stłumił pogański bunt, jaki akurat wtedy miał miejsce na Rusi. W Nowogrodzie siedział do roku 1073, kiedy to jego ojciec po siłowym przejęciu władzy w Kijowie dał mu we władanie Księstwo Perejasławskie. Po śmierci ojca w 1077 roku tron w Kijowie zdobył Wsiewołod i ponownie odesłał Gleba do Nowogrodu. I ledwo co przed rokiem tu powrócił, a już wypędziła go miejscowa ludność.

Gleb był przygnębiony – jakby nie dość było na Rusi walk o kneziowe trony z krewnymi – braćmi, kuzynami, bratankami i stryjami, oraz walk z wrogami z zewnątrz, to jeszcze dochodziły bunty ludności. I o co się buntowali – o starych bogów i wołchwów – rusińskich pogańskich szamanów i wróżbitów. Z opowiadań starszych wiedział Gleb, że do pogańskich buntów dochodziło już w przeszłości. Duży rozruch wybuchł na Rusi w Suzdalu w roku 1024, akurat gdy trwała walka o władzę między synami Włodzimierza, Jarosławem i Mścisławem. Oboje musieli tłumić ten rozruch. Jeszcze większy, który sam tłumił, wybuchł w 1071 roku, gdy pierwszy raz kneziował w Nowogrodzie. Rozruch objął wtedy Nowogród, ziemie rostowskie, kijowskie, połockie i białozierskie. Nie wiedział z jakich powodów rozruchy wybuchły w innych dzielnicach i w Kijowie. Wiedział, dlaczego wybuchł w Nowogrodzie. Pamiętał go, jakby było to wczoraj. Zaczęło się od tego, że kilku mieszkających w pobliskich lasach wołchwów w pierwszy dzień wiosny przyszło na gród, by w miejscu gdzie kiedyś był święty gaj, a teraz stała cerkiew, odprawiać prastare pogańskie obrzędy. Mówili, że inaczej lato będzie zimne i złe i małe zbiory jesienią. W poprzednie lata odprawiali te obrzędy poza grodem, ale uznali, że mają większą moc w grodzie na starym świętym miejscu. Tymczasem popi cerkiewni nasłali na wołchwów swoich zbrojnych pachołów, którzy tamtych poturbowali i z grodu wygnali, co z kolei rozłościło mieszkańców, którzy pobili cerkiewnych pachołów i też z grodu ich wyrzucili. Popi narobili na to wrzasku, popędzili do knezia i poprosili go o pomoc. Gleb ruszył do bramy grodu, za którą wyrzucono najpierw wróżów, a potem cerkiewnych pachołów. Zgromadziła się przy niej, w grodzie i na zewnątrz, cała zaalarmowana już krzykami ludność. Gleb nakazał straży wpuścić pokrwawionych pachołów po czym rozkazał ludności wrócić do grodu i iść do cerkwi, by przeprosili hebrajskiego boga za występek przeciwko niemu. Na to jeden z poturbowanych wołchwów, z krwią na twarzy i ubraniu zawołał na ludzi, aby z nim i pozostałymi wołchwami ruszyła pod cerkiew i odprawiła pod ich kierownictwem po staremu obrzędy witania wiosny.
Wołchwy cieszyli się u ludności szacunkiem i poważaniem. Leczyli, wróżyli, kontaktowali się z duchami przodków. Mówiono, że nawet burze gradowe potrafią przeganiać. I rzeczywiście, niejednej burzy gradowej zapobiegli rozganiając zaklęciami groźne chmury.

I stąd na wezwanie wróża cała ludność, nawet ci co byli w grodzie, wybiegli z niego i stanęli za nim, po czym wielką gromadą tłum ruszył ku bramie. Wściekły Gleb, widząc że wszyscy mieszkańcy opowiedzieli się przeciwko niemu po stronie wołchwów, nakazał zamknąć bramę a strażnikom szyć kazał z łuków w zbuntowany tłum. Straża, sama przerażona, zrobiła to, ale biła po nogach, aby ludu jeszcze bardziej nie rozwścieczyć. Rozległy się krzyki ranionych i tłum wycofał się. Wtedy Gleb nakazał całej drużynie poza strażnikami na koń siadać i uderzyć w tłum, rozpędzić go, zabić wołchwów, a prowodyrów, którzy pobili pachołów cerkiewnych wyłapać i stawić przed nim do ukarania. Bramę otwarto więc i kilkuset konnych zaczęło tratować i bić płazem mieczy ludzi. Wyłapywali też tych, którzy pod cerkwią pobili pachołów. Jedynie wołchwów żaden woj nie ważył się zabić. W zamęcie dowódca wojów nakazał im uchodzić do lasu. W końcu tłum rozpędzono a prowodyrów zawleczono do grodu. Ich na placu przed cerkwią nakazał Gleb ukarać krwawą chłostą. W cerkwi tego dnia do obcego  boga modlili się tylko popi, poturbowane pachoły, Gleb i woje, którzy akurat nie mieli straży. Nad rzeką zaś daleko od grodu wołchwy odprawili po dawnemu prastare obrzędy. Ale postanowili nie chronić grodowych ziem tego lata przed gradowymi burzami.

Rozruch jak narazie został stłumiony.

Pomny doświadczeń tego dnia Gleb wywiedziawszy się o najważniejszych pogańskich świętach nakazał w te dni bramy trzymać zamknięte, nie wpuszczać wołchwów do grodu ani nie wypuszczać z niego mieszkańców, by nie odprawiali pogańskich obrzędów poza grodem. Choć i tak wielu przez ukryte przejścia w palisadzie umykało na uroczyska nad rzeką.

Lato było tego roku złe, burze gradowe zniszczyły dużo zbóż. Gleb musiał sprowadzać żywność z odległych grodów. Gdy odwołany został przez ojca do Pierejasławia, odczuł ulgę. Z ciężkim za to sercem wracał po czterech latach do Nowogrodu. Jesień i zima przeszły spokojnie. Z wiosną na Jare Gody bramy kazał trzymać zamknięte, by do rozruchu nie dopuścić. Ale gdy była akurat połowa maja, przybył do niego zadyszany główny pop Aleksjej z towarzyszącym mu dla dodania okazałości i wagi sprawy dużym orszakiem:

– Kneziu, ważną sprawę mam do was. Donieśli mi moi słudzy – mówił szybko zdyszanym głosem – że widzieli w grodzie owych wołchwów, którzy za waszym poprzednim tu panowaniem rozruch wywołali. Namawiają ludzi do buntu przeciwko wam, straszą ich głodem, który przez was nastanie i zwołują ich, by nad rzeką, którą świętą nazywają, pogańskie ich gusła bogu naszemu najwyższemu i jedynemu urągające odprawiać. Każcie ich wyłapać i ukarać.
Gleb aż zaniemówił na tę wiadomość. Rozłościła go zuchwałość wołchwów, którzy ważyli się pokazać na grodzie by ludzi do buntu i do pogańskich obrzędów namawiać. Dopiero po dłuższej chwili odzyskał mowę i rozkazał przywołać dowódcę straży. Gdy ten skłonił się przed nim rzekł:
– Natychmiast zamknąć każ bramy, po czym straż złapać ma wołchwów i przyprowadzić przed moje oblicze.
Nie minęło długo, gdy przywleczono do kneziowego dworu trzech wołchwów. Najstarszy z nich, sędziwy Oleg z długą białą brodą bez strachu patrzył to na Gleba, to na popa Aleksjeja, po czym nie pytany rzekł do knezia:
– Jeszcze tylko kilkanaście razy obaczysz wschodzące nasze święte Słońce na niebie. Swaróg odwrócił się od ciebie. Jeśli oni – tu wskazał na wojów, którzy ich przywlekli – staną po twej stronie, wszyscy zginą.
– Milcz – ryknął przerywając mu rozwścieczony Gleb, po czym zwracając się do dowódcy straży krzyknął – wywlec każ ich na podworzec, dwóch młodszych wychłostasz i wygnasz z grodu, a staremu łeb obetniesz.
I tak się stało – na podworzu kneziowego dworu zabity został z rozkazu Gleba stary wołchw Wasyl.
.
 
Obraz rosyjskiego malarza Ryabuszkina z roku 1898 przedstawiający scenę zabicia na rozkaz Gleba wołchwa w Nowogrodzie. Na obrazie widać nogi zabitego. W dalszym tle z tyłu za kneziem po lewej stronie pokazana jest postać popa z rzymską szubienicą w ręce
.
Po egzekucji, gdy Gleb wrócił do dworu, w grodzie zaczęło wrzeć. Ludność ogromnie szanowała zamordowanego Olega. Dowiedziała się też o jego przedśmiertnej zapowiedzi, że kto stanie po stronie knezia, zginie. Nie minęło długo, gdy cała ludność z zapalonymi pochodniami otoczyła kneziowy dwór domagając się od niego, by opuścił Nowogród. Ten nakazał wojom szyć z łuków do mieszkańców, ale ani jeden rozkazu nie wykonał. Obleciał ich strach przed wróżbą wołchwa. Gleba także obleciał strach, widząc że nikt go nie słucha i natychmiast wysłał na najszybszych koniach gońców do sąsiednich grodów i księstw z żądaniem odsieczy. Czas jednak mijał, a kolejni gońcy powracali bez osieczy. Nikt nie chciał przyjść mu z pomocą. Tymczasem dwór jego dzień i noc otoczony był tłumem, który palił ogniska i bez przerwy domagał się ustąpienia Gleba z Nowogrodu. W końcu lud postawił mu ultimatum – jeśli kneź grodu do końca maja nie opuści, podpalą jego dwór, choćby miała zginąć przy tym połowa z nich. Rozwścieczony, upokorzony i opuszczony przez wszystkich Gleb w końcu nakazał osiodłać sobie konia i samotnie opuścił dwór. Tłum przepuścił go i po chwili kneź wyjechał z grodu ruszając na południe. A teraz siedział na polance leśnej i układał plany ściągniącia odsieczy i dokonania surowej zemsty na mieszkańcach i nieposłusznych wojach.
Gdy się posilił i odpoczął, wyjechał ponownie na leśną przecinkę  i skierował konia w stronę traktu do Połocka. Ale pech nie przestał go prześladować. Akurat jechali przecinką leśną nierusińscy mieszkańcy zwani prze Rusinów Czudami. Znali oni i bardzo szanowali rusińskich wołchwów. Słyszeli o wychłostaniu w Nowogrodzie dwóch młodszych i o zamordowaniu najstarszego z nich Olega na rozkaz Gleba. Gdy ujrzeli sprawcę mordu nagle samego, na leśnej przecince, zawrzał w nich gniew. A że wszyscy zbrojni byli we włócznie, a niektórzy mieli i topory, bez namysłu zaatakowali knezia i natychmiast go ubili. Nawet nie zdążył samemu sięgnąć po oręż. Ubitego przerzucili przez konia i odwieźli pod bramę Nowogrodu.
Było to 30 maja 1078 roku.
Jak przepowiedział mu Oleg, przeżył tylko kilkanaście dni od jego egzekucji. Zginął za własną zbrodnię, mając niespełna 30 lat. Jego zwłoki odwieziono do odległego Czernihowa w dzielnicy kijowskiej, gdzie został pochowany.
.
Epilog
.
Władzę w Nowogrodzie przejął po śmierci Gleba jego stryjeczny brat, Świętopełk Izjasławowicz. Początkowo chciał surowo ukarać winnych śmierci poprzednika. Ale jak mógł ukarać wszystkich mieszkańców grodu, którzy go wypędzili, drużynę, która odmówiła wypełnienia rozkazów i gdzie miał szukać bezpośrednich sprawców jego śmierci wśród tysięcy Czudów? Ostatecznie jedynie wymienił starszyznę drużyny grodowej, mieszkańcom nałożył większe daniny na cerkiew, a wołchwom zabronił pokazywania się na grodzie.
Ludność natomiast na cześć zamordowanego Olega nazwała rzekę przepływającą pod Nowogrodem rzeką Wołchwa. Nazwa ta nieco później zmieniona – Wołchow – uznana została oficjalnie i tak ta rzeka nazywa się do dzisiaj – Wołchow – rzeka Wołchwa.
Na śmierci Wasyla nie zakończyły się problemy kneziów nowogrodzkich i cerkwi z wołchwami. Jeszcze nie raz podnosili głowy skupiając wokół siebie lud. Wreszcie w roku 1227 w czasach panowania knezia Jarosława Wsiewołodowicza czterech z nich spalono w Nowogrodzie żywcem na stosie. Ale lud był już wtedy bardziej zastraszony i sterroryzowany, cerkiew potężniejsza, a i władza kneziów silniejsza. Przez co lud nie zbuntował się już po tej zbrodni, a inni wołchwowie ukryli się głębiej po lasach.
Starych słowiańskich bogów, choć cerkiew niemiłosiernie pamięć o nich tępiła, nigdy na Rusi całkiem nie zapomniano. I dzisiaj są coraz bardziej popularni i czczeni, ku ogromnemu zmartwieniu popów i rosyjskiej cerkwi.
.
opolczyk
.
Reklamy