Moje refleksje co do postępowania karnego przeciwko Andrzejowi Szubertowi…

.

Tablica przy Domu Turysty PTTK na Ślęży 

.

 

 

„Zemsta jest moja”

To są słowa ze świętej księgi Żydów i Chrześcijan, które pobożny (natchniony) Izraelita wkłada w usta swojemu Bogu (por. księga Powtórzonego Prawa 32,35) i to jego chce modlący się widzieć jako jedynego, prawdziwego mściciela, który odpłaca za poniesioną udrękę.

Gdy ta zemsta w czasie oczekiwanym przez człowieka nie nadchodzi, to sam człowiek często zajmuje miejsce Boga, wkracza na drogę krucjaty-zemsty, by sam, według swojej miary, dopiąć swego, wybielić plamy na swoim urażonym honorze.

Nie inaczej dzieje się w pewnej ślężańskiej wiosce, której miejscowy proboszcz, prałat i doktor teologii, pozywa pod sąd Andrzeja Szuberta, stawiając go tamże  jako oskarżonego za obrazę uczuć religijnych i obrazę świętego miejsca. Andrzej Szubert, który się ujął żarliwie w piśmie słowiańskiej sprawy jest wzywany do sądu jako oskarżony z artykułu 196 i 257 k.k.

Sobótczańska świta asystująca obrażonemu w uczuciach religijnych proboszczowi stawiła się w kohorcie trzech (to nie błąd w piśmie, powtarzam raz jeszcze: trzech) adwokatów, aby dokonać pomsty za te doznane obrazy.

Aby zemsta mogła się dziać w sposób doskonalszy, tzn.  że nie będzie nawet słychać płaczu i łechtania bitego i kopanego, obrona wspomnianego prałata usiłowała wpłynąć na sąd, aby nadać sprawie charakter niejawności.

Ku roztropności pani sędzi, wniosek został oddalony, i piszący te słowa mógł być, jako osoba publiczna świadkiem tej bardzo smutnej tragedii.

Patrząc na obraz posuniętego w latach starca, który staje na wokandzie sądowej, aby swoimi zeznaniami (w dużej mierze naciąganymi i zmyślanymi) jako świadek (i osoba rzekomo poszkodowana) obciążyć rodowitego opolanina, mieszkającego od wielu lat w Nimeczech, to może nasunąć się na myśl niejednemu historia dwóch starych zgredów, którzy próbowali przed sądem zaskarżyć młodą, niewinną Zuzannę, ponieważ ta nie chciała ulec ich żądzom.

Mądry sędzia przejrzał jednak przewrotność starców, jak nam o tym opowiada 13 rozdział księgi Daniela, wyprowadził ich na manowce, a w efekcie, kazał ściąć obu, za składanie fałszywych zeznań.

Czyż nie jest to przewrotność, dla człowieka w takim jak duchowny katolicki zawodzie, niektórzy twierdzą że powołaniu, w dodatku jako osoba w regionie rzekomo zasłużona, prałat i doktor teologii, duchowy przedstawiciel wspólnoty religijnej głoszącej miłość i przebaczenie, dochodzić w sądzie zadośćuczynienia za obrazę uczyć religijnych i za obrazę miejsca świętego?

Historia tradycji europejskiej jest pełna niechlubnych wyroków, których motywem przewodnim oskarżenia była obraza, poczynając od Sokratesa, przez Jezusa, Giordano Bruno, i dziś dochodząc może do Andrzeja Szuberta.

Sędziowie stali niejednokrotnie pod wpływem elit społeczeństwa, musieli się im ugiąć, aby ku ich zadowoleniu wydać niesprawiedliwy wyrok, który miał być wyrokiem dla przykładu.

Symboliczne są tu wręcz słowa Poncjusza Piłata, na którego nalega tłum, aby wydał Jezusa na ukrzyżowanie, i ten broni swojej osoby, swojej wewnętrznej prawdy: „Ja nie znajduję w nim żadnej winy”.

Za co tak właściwie oskarżony jest Andrzej Szubert, gdy obraził rzekomo uczucia religijne ww. prałata i doktora teologii, duchowego przywódcę ślężańskiej wspólnoty miłości i przebaczenia?

Andrzej nazwał go ‘żydłakiem”, w zeznaniu na sali sądowej dodał oskarżający świadek także, że „żydowską świnią”, co nie jest zgodne z prawdą. Ale dajmy na to, że jest.

Kto chce zrozumieć chrześcijaństwo jako religię, albo jako podstawy swojej identyczności religijnej, to nie ma dla niego innej drogi, jak powrót do swoich korzeni. To brzmi prawie trywialnie, ale chrześcijaństwo ma bardzo niechlubny, trwający prawie 2000 lat stosunek do tego co żydowskie, do judaizmu. Przez 2000 lat było jak dziecko, które wyrzekało się swojej matki.

Dopiero Sobór Watykański II w sposób bardziej istotny przełamał to tysiącletnie zlodowacenie. Jednak wychowana na przedsoborowej teologii cała gwardia duchownych tylko z wielką trudnością potrafiła w praktyce przejść do postawy dialogu i szacunku do innych religii. Inne religie dla nich, one po to wciąż tu były, aby je nawracać. Ci, którzy w liturgii Wielkiego Piątku modlili się o nawrócenie Żydów, którzy zabili Boga, nie mogli tak z dnia na dzień, przejść do zaakceptowania, że jest wiele dróg prowadzących do Boga, który jest w centrum jak słońce pośród promieni, i droga chrześcijańska jest jednym z nich. A cóż dopiero uznać siebie jako dziecko innej religii?

Kto chce zrozumieć dogłębnie Dobra Nowinę Jezusa, studiuje język hebrajski, jedzie np. na École Biblique do Jerozolimy, tam zajmuje się archeologią, geografią i kulturą tych miejsc, aby poznać bliżej, jak i czym oddychał ten Jezus.

Od dziesiątek lat na fakultetach teologicznych w Europie Zachodniej w ramach przygotowania do pracy jako duszpasterz istnieje w programie studiów minimalne wymaganie, przynajmniej dwa semestry studium judaistyki. Do tego należy studium literatury rabinistycznej, kultury i historii żydowskiej. Dopiero wtedy, gdy zrozumiemy, że socjologicznie rzecz biorąc, chrześcijaństwo zrodziło się jako żydowska sekta, i później ewoluowało do rozmiarów religii światowej, że i nie sposób dziś mówić o nim w taki sposób, ale gdy tak zrozumiemy jego korzenie, zbliżamy się do jego esencji.

Jeszcze pierwsi Apostołowie, jak o tym mówią dzieje Apostolskie, uważają się za Żydów w wierze, idą do świątyni na modlitwy żydowskie.

W tym kontekście staje się absolutnie niezrozumiale, by ktoś, kto autentycznie zrozumiał swoją chrześcijańską tożsamość, mógł czuć się obrażony, nazwany „Żydłakiem”.

Czyż nie jest tu być może stare, przedsoborowe, antysemickie nastawienie katolików, duchownych, aby chrześcijaństwa w żadnym wypadku nie kojarzyć z żydostwem, bo żydzi to wszak zamordowali Boga (jak głoszono z ambon przez stulecia).

To przecież duchowni katoliccy byli wielkimi pomagierami we wszelkiego rodzaju żydowskich pogromach, wspierali wygnania Żydów, poczynając od Hiszpanii.

Kto kocha swoje korzenie, czyli także ojczyznę Jezusa, jego kraj i kulturę, temu, wydaje mi się, nie może być w żadnym wypadku obrazą uczuć religijnych, jeśli zostanie nazwany „Żydłakiem”.

Ale czyż te media, które są patronami medialnymi odbudowy kościoła na Ślęzy,

https://www.sleza.info/

nie były już konfrontowane w polskich i zagranicznych mediach mainstreamowych z zarzutami antysemityzmu? Tak, były, nawet wszystkie.

W 2016 roku kościół w Polsce obchodził rzekomą rocznicę 1050 lat Chrztu Polski. Obserwując te różnego rodzaju triumfalne obchody, wyciągam jeden podstawowy wniosek: Kościół (katolicki) w Polsce nie nauczył się jeszcze szacunku i prawdziwej postawy dialogu, dla ludzi idących innymi drogami do Boga.

Kościół mający na swoich głównych sztandarach hasła miłości i przebaczenia, zna je tylko teoretycznie i praktykuje bardzo wyrywkowo.

Po górze Ślęzy wędrują agnostycy, humaniści, ateiści, buddyści, mahometanie, Słowianie, i kto tylko chce. Ale wg sulistrowickiego prałata i doktora teologii ta góra ma być katolicka.

Czyż państwo z PTTK, którzy zamieszczali na schronisku im. Romana Zmorskiego pamiątkową tablicę w 1971 roku, która tak chlubnie i z honorem nazywa tę górę, i rozpoczyna dedykację słowami ”Na słowiańskiej góry szczycie…” byli ignorantami historii tych ziem, ateistami, ludźmi walczącymi z kościołem, chcieli kogoś obrazić? Wątpię. Ta góra jest słowiańska, i to są najpiękniejsze słowa, jakie znaleźli u wieszczów tej góry.

Tak, ‘na słowiańskiej góry szczycie” (nie na katolickiej, i nie na chrześcijańskiej góry szczycie)

pod jasną nadziei gwiazdą

zapisuję wróżby słowa

wróci –

– wróci w stare gniazdo

stare prawo, stara mowa

i natchnione Słowian życie”

Tak, przeminie hokus-pokus, przeminą gusła, „i wróci w stare gniazdo stare prawo, stara mowa i natchnione Słowian życie”.

Będąc świadkiem publicznym tego żałosnego wydarzenia w sądzie, przeszła mi przez głowę ta myśl, gdy oskarżający świadek-prałat, wielokrotnie powtarzał, ta góra jest świętą, chrześcijańską górą.

Gdy zbliżała się 500 rocznica kolonizacji Ameryki Południowej, kościół pod wodzą Jana Pawła II odważył się na milowy krok. Kościół zdecydował się na akt przeprosin i prośbę o wybaczenie u rodzimych ludów Ameryki Południowej, za okrucieństwa wyrządzone tym mieszkańcom pod hasłem chrystianizacji.

Czyż inaczej było na tych ziemiach? Nie.

Chrystianizacja ziem słowiańskich to setki tysięcy wymordowanych dzieci, kobiet, mężczyzn i starców. To zburzone pomniki słowiańskiej kultury. Wszak już to Bolesław Chrobry, pod naciskiem duchownych chrześcijańskich wydał rozkaz niszczenia słowiańskich źródeł, miejsc  kultu i pomników. Od tamtych czasów historie piszą zwycięzcy. Ta historia jest wybielana, ale chrystianizacja tych ziem była wielkim okrucieństwem w stosunku do setek tysięcy mieszkańców.

Tak, podczas obchodów 1050 rocznicy chrztu Polski ŻADNEMU z dostojników kościoła polskiego nie pojawiło się chociażby na krawędzi warg: „Prosimy o wybaczenie za to, co wyrządziliśmy mieszkańcom tych ziem przed tysiącem lat, przychodząc tu z nową religią jako goście”.

Kościół katolicki głosi przebaczenie i podaje je bliźniemu, ale na długim kiju, mocno ten kij trzymając w ręku.

Jak wspomniałem już kiedyś wcześniej, oskarżenie Andrzeja Szuberta nie jest tylko prywatnym oskarżeniem przez jakiegoś tam prałata. Bez przyzwolenia i wsparcia przez biskupa wrocławskiego, taki proces nie zostałby wszczęty.

List skierowany jesienią 2013 do papieża i biskupa wrocławskiego, po usunięciu Światowida ze schroniska (na którym widnieją te słowa: „Na słowiańskiej góry szczycie…”) wywołał jednak spore perypetie. Nie obyło się bez wizyty oficjeli watykańskich. Niemiła sprawa.

Oni odjechali, a Bóg we Wrocławiu rzekł: „Zemsta jest moja – Tym procesem pokażemy, że Polska jest katolicka i z nami możecie rozmawiać tylko na kolanach”.

Oni jednak tego nie wiedzą i tego nie widzą, że ‘na słowiańskiej góry szczycie” powiewa inny wiatr, i wraca stare gniazdo, stare prawo, stara mowa i natchnione Słowian życie’, bo ani procesami sądowymi, ani ogniem, ani mieczem tego powstrzymać się nie da.

Tak, …na słowiańskiej góry szczycie…

 

Jacek M Kwiatkowski

Sulistrowice, 5.03.2018

————————————————————————————————

 

W zasadzie mógłbym procesowe refleksje Jacka pozostawić bez komentarza. Dorzucę jednak garść własnych uwag.

Z Jackiem znam się z internetu. W różnych sprawach inaczej widzimy Rzeczywistość, świat, politykę i sprawy religijne. Ale nigdy żaden z nas nie zmuszał drugiego do przyjęcia jego własnego spojrzenia na sporne rzeczy. Oboje szanujemy prawo drugiego do własnego zdania.

Ma rację Jacek przypominając nienawiść katolików do wyznawców wszystkich innych religii, widoczną na przestrzeni dwóch tysiącleci, w tym nienawiść do wyznawców judaizmu. To jest fakt oczywisty. Nie powinniśmy przy tym zapominać, z jaką pogardą wyznawcy judaizmu traktowali „nieczystych” gojów, także krystowierców. Pod względem nieskrywanej nienawiści i pogardy do wszystkich innych, katolicyzm i całe zresztą krystowierstwo przez wieki było wierną kopią judaizmu. Nietolerancja, nienawiść i pogarda wobec pogan, „innowierców” i „niewierzących” jest najbardziej charakterystyczną wspólną cechą wszystkich religii abrahamowych – judaizmu, krystowierstwa i mahometanizmu (choć islam przez wieki był znacznie bardziej tolerancyjny wobec judaizmu i krystowierstwa, niż one wobec niego).

Ma też rację Jacek pisząc o tym, że wielu krystowierców wypiera się żydowskich korzeni ich religii. A przecież ich „Stary testament” to żydowska biblia Tanach. Ich „Bóg-Ojciec” to żydowski Jahwe. Autorami „Starego” i „Nowego testamentu” byli Żydzi. „Apostołowie” byli Żydami. „Matka boska” była Żydówką. Jej syn – „zbawiciel” – był Żydem. A tymczasem wielu krystowierców zaprzecza żydowskości ich religii. Są tacy, którzy twierdzą, że jest ona „fundamentem” polskości.

Jest u Jacka takie stwierdzenie : „…dla ludzi idących innymi drogami do Boga”. Jak wiemy idea boga, do którego należy zdążać znana jest w większości religii. W niektórych, w tym we wszystkich religiach abrahamowych bóg jest osobowy, wyobrażany jest jako osoba. U krystowierców nawet konkretna osoba – Joszue – został deifikowany na drugą osobę boską. Zgodnie z moją wiedzą nie istnieje „osobowy Bóg”, który stworzył człowieka po to, aby człowiek mu służył, w niego wierzył, słuchał jego przykazań i szedł do niego. To są wymysły żydowskich oszustów, autorów biblii, którzy takiego „boga” potrzebowali tylko po to, aby wymusić posłuszeństwo u wierzących. I takiego wymyślonego „boga” przejęło krystowierstwo. Nie po to istnieje człowiek, aby iść jakąś tam drogą „do Boga”.  Nie ma takiego „Boga”, nie ma „zbawienia”, które można osiągnąć ślepym posłuszeństwem wymysłom kleru.

Nie będę się w tej sprawie rozpisywał, powiem tylko tyle, że jednym z głównych aspektów ludzkiej egzystencji jest ewolucja świadomości i jej wznoszenie się „ku górze”, ku czemuś, co nazywane bywa „oświeceniem”. Niestety cywilizacja i religie spowodowały ogromny regres świadomości ludzkiej. Zamiast oświecać  zniewalają świadomość człowieka kajdanymi dogmatów i przymusem ślepej wiary w cudze, najczęściej kompletnie bzdurne religijne wymysły.

Jacek M Kwiatkowski słusznie zarzuca kościołowi, że świętując 1050 rocznicę fikcyjnego „krztu Polski” nie przeprosił Polaków za zbrodnie, jakie towarzyszyły przymusowej i siłowej „krystnianizacji” państwa Piastów. Nie do końca jest tak, że przed tysiącem lat funkcjonariusze kk przyszli tu jako „goście”. Owszem – pierwsi Piastowie sami ich ściągali i pomagali im siłą narzucać nadjordańskie gusła mieszkańcom. Ale po największym buncie pogańskim, który wybuchł w roku 1038 po śmierci Bolesława II, wymazanego z historii wolą biskupów, katolicyzm narzucony został mieszkańcom brutalną siłą. Kazimierz, były mnich, rychezowy pomiot, wkraczał do kraju nie z gałązką oliwną w ręce, a na czele 500 ciężkozbrojnych niemieckich najemników, którzy dobijali ostatnie ogniska pogańskiego oporu. W czasie owego buntu nie ostał się w kraju ani jeden kościół i ani jeden przedstawiciel kleru – mieszkańcy państwa piastowskiego nie chcieli ni kapłanów hebrajskiego boga, ni jego kościołów. Ile ofiar przyniosły wszystkie bunty pogańskie, ilu mieszkańców oddało życie w walce przeciwko znienawidzonemu, chciwemu, mściwemu katolicyzmowi, ilu po stłumieniu buntów eksterminowano, torturowano, okaleczono – tego nikt nie zliczy. A funkcjonariusze kk udają, że tego nie było, że rzymską szubienicę nasi przodkowie przyjęli z radością i z dnia na dzień stali się gorliwymi wyznawcami nadjordańskich idoli.

Przeproście wreszcie katoliccy kapłani nas za zbrodnie waszych poprzedników popełnione na naszych przodkach.

I jeszcze jedna uwaga – nie ma drugiej religii na świecie, u której rozdźwięk między głoszonymi hasłami i ideologią a praktyką byłby tak duży jak u krystowierców.

Głosili i głoszą miłość bliźniego, nadstawianie drugiego policzka, odpuszczanie win – a droga „krystianizacji” usłana była dziesiątkami, jeśli nie setkami milionów trupów. I przez długie wieki w cieniu rzymskiej szubienicy panował terror, ucisk, wyzysk, prześladowania i zamordyzm.

Głosili pokorę, a papieży noszono w lektyce, biskupów całowano w rękę, nazawając ich świątobliwościami i eminencjami.

Głosili potrzebę wyrzeczenia się bogactw (prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne niźli bogaty wejdzie do królestwa niebieskiego) a żyli w przepychu, w pałacach, kupcząc za złoto „odpustami”, „relikwiami” i „zbawieniem” i żerując na uciskanym ludzie.

Głosili, że zabiegać należy o „królestwo niebieskie” i „zbawienie”, a zabiegali o potęgę, władzę i bogactwa.

Głosili że ich bóg, w rzeczywistości dwaj” bogowie” – Jahwe i Joszue – są nieskończenie miłosierni. A w ich „piśmie świętym” aż roi się od kar bożych, dopustów i straszenia ogniem piekielnym, nawet ze strony Joszue („A tam będzie płacz i zgrzytanie zębów”). Nawet tylko zwyczajnie miłosierny bóg nie byłby taki mściwy i nielitościwy jak owi „nieskończenie miłosierni”, niemiłosiernie karzący i straszący wyznawców na kartach żydo-biblii. Nie dziwię się, że po lekturze „Objawienia” (Apokalipsy) ludzie, którzy w te brednie uwierzyli, żyją w psychozie strachu przed Armagedonem – i właśnie Apokalipsą – zaplanowaną i przygotowaną przez „nieskończenie miłosiernych” Jahwe i Joszue.

Co najśmieszniejsze – wyznawców do tego stopnia ogłupiono nadjordańskimi wymysłami, że gdy nawet czytają w ichnim „piśmie świętym” zapowiedzi kar i apokalipsy biblijnych mściwych i niemiłosiernych żydowskich „bogów” Jahwe i Joszue, nadal nazywają ich nieskończenie miłosiernymi.
A to pokazuje, jak nieskończona jest głupota, ślepota i ignorancja wyznawców żydowskiej biblii i żydowskich „bogów”.
.
.
opolczyk

.

Reklamy