Opowiadanie Połabskie – Grunwald Wieletów – rok 1056

.

.

„Barbarzyńcy, których zwą Lutykami, zadali wielką klęskę chrześcija­nom [Niemcom], z których jedni polegli od miecza, inni w ucieczce potonęli. Między nimi zginął Wilhelm, margrabia Marchii Północnej, w pobliżu grodu, który zwą Przecława, położonego nad brzegiem Łaby w miejscu, gdzie wpada do niej rzeka Hawela (Hobola)…”
[Tłumaczenie z Annales Sax. r. 1056]
.

W namiocie dowódcy niemieckich wojsk, markgrafa Marchii Północnej Wilhelma, zbliżała się wojenna narada. Dotyczyła odwetowej wyprawy przeciwko Lutykom. Drugim dowódcą wyznaczonym przez cesarza Heinricha III był graf Dietrich z Katlenburga.
Cesarza rozwścieczył zeszłoroczny niespodziewany najazd Lutyków. Przeszli Łabę pustosząc zajęte przed wiekiem przez Niemców Załabie, będące obecnie pograniczem Saksonii, po czym idąc na południe złupili pobrzeże Starej Marchii, następnie zawrócili ku wschodowi niszcząc przygraniczny pas Marchii Łużyckiej. Na koniec tak szybko jak natarli, zniknęli w lasach północnego Połabia. Krótko po ich najeździe zebrane naprędce kilkutysięczne wojska saskie wdarły się na Połabie, ale niczego nie uzyskawszy wycofały się za Łabę. Najazd Lutyków był dla cesarza, cesarstwa i wszystkich Niemców ogromnym upokorzeniem. Ponad sto lat wcześniej Wielki Otto po podbiciu obrzeży Lutyków ustanowił dwa nowe biskupstwa w Havelbergu i Braniborze. Sto lat temu zadał im katastrofalną klęskę w bitwie nad Reknicą. Prawie sto lat temu ustanowił Marchię Północną, której obecnie markgrafem jest Wilhelm. Ale panują w niej nadal Lutycy. I nie tylko nie są spychani ku Odrze, ale sami najeżdżają podbite wcześniej przez Niemców tereny. Utracone w 983 roku stolice biskupie w Havelbergu i Braniborze nadal są w ich rękach, a kolejni nominowani biskupi tych diecezji wciąż nie mogą wrócić do ich siedzib. Ba – nawet na oczy ich nie widzieli. Havelberski Gottschalk i braniborski Dankward siedzą kątem u magdeburskiego arcybiskupa Wernera.

Po najeździe Lutyków cesarz nie ogłosił natychmiastowej wyprawy odwetowej. Wiedział, że nie przygotowana dobrze nie da nic. Nikt nie zliczy, ile już takich wypraw prowadzili cesarze lub wyznaczeni przez nich dowódcy od ponad stu lat. A Marchia Północna wciąż jest w rękach Lutyków. I nie tylko bronią się, ale jeszcze atakują. Cesarz postanowił ostatecznie ich rozbić. Zarządził przygotowania do wielkiej wyprawy na przyszły rok. Sam miał stać na jej czele, jedynie choroba zmusiła go do wyznaczenia innego dowódcy. Wybrał nim zaprawionego w wojnach z Lutykami Wilhelma. Niech walczy o swoją marchię. Drugim wodzem był doświadczony w wielu wojnach Dietrich von Katlenburg.
Na miejsce zbiórki wojsk wyznaczył Henryk III leżące po niemieckiej stronie Łaby obszerne pola, nieco powyżej ujścia Haweli do Łaby. W pobliżu, po drugiej stronie rzeki, znajdował się niewielki, ale silnie warowny gródek Pritzlawa/Przecława, a dalej o dzień drogi, odbity przez Lutyków Havelberg. Pomiędzy nim a Przecławą był jeszcze jeden silny gród – Nitzow. Najazd na Lutyków miał się rozpocząć z początkiem września, kiedy to nie dokuczały już letnie upały, a do jesiennych słot czasu jeszcze było sporo. Także Łabą we wrześniu po letniej spiekocie zazwyczaj mniej wody płynęło, przez co przeprawa przez nią była łatwiejsza. Już z początkiem sierpnia z odległych niemieckich krain i grodów ruszyły w stronę Łaby wojenne piesze hufce lenników oraz dostojników świeckich i kościelnych. Im bliżej Łaby i wyznaczonego terminu, tym więcej ich ciągnęło. Szli więc Alemani, Fryzi, Szwaby i Bawarzy, szli Frankowie, Turyngowie, Burgundowie i Jutowie. Ciągnęły wojska znad Renu, Dunaju i spod Alp. Najwięcej jednak ciągnęło Sasów. Już w połowie sierpnia przybyły na miejsce zbiórki pierwsze hufce. I dzień w dziń nadciągały nowe. Markgraf Wilhelm i graf Dietrich mieli pełne ręce roboty z organizacją obozu, gdyż tak wielkich wojsk w jednym miejscu jeszcze nie widzieli.

– Wielki Otto, gdy Madziarów sto lat temu na Lechowym Polu rozgromił, miał dziesięć tysięcy jazdy – rzekł pewnego dnia do Dietrycha Wilhelm. – Jednak tyle wojsk, ile my wiedziemy, nie prowadził do walki jeszcze żaden niemiecki dowódca, a nawet cesarz.

– Ale nasza piechota nie jest w walnej bitwie równa siłą jeździe. Wiedział to Otto i dlatego tylko jazdą na Lechowym Polu stanął – odparł Dietrich.

– Macie rację, wasza dostojność, ale Madziary sami szukali walnej bitwy. Lutycy zaś od bitwy nad Rzeknicą do walnych bitew nie stają. Przeto nam i jazda mało potrzebna. W walkach po lasach, jaka nas czeka, piechota zdatniejsza. A i grodów mamy dobywać ile się uda. Przeto mamy przede wszystkim piesze wojska, a jazdy tylko do trzech tysięcy. Dobrze to cesarz obmyślił.

Gdy dociągały ostatnie hufce i dowódcy zaczęli przygotowania do przeprawy przez Łabę, spotkała ich niemiła niespodzianka. Widocznie w górach na południu u górnej Łaby spaść musiały obfite deszcze, gdyż pod koniec sierpnia poziom wody w rzece w ciągu jednej doby gwałtownie się podniósł i brody były dla piechoty nieprzebyte. Niektórzy poczytali to za zły omen. Wilhelm nie zważając na te pomruki, natychmiast wydał rozkaz budowy obok siebie dwóch mostów, aby czas przeprawy skrócić o połowę. Po jednym moście na przejście wszystkich wojsk i taborów dnia by zabrakło. Tak więc tysiące knechtów waliło drzewa w lasach, inni belki z nich ciosali, jeszcze inni pale w dno wbijali, na których kładziono poprzeczne kłody. Ponad tydzień zwłoki zabrała im budowa mostów. Niemców dziwiło jedynie to, że na drugim brzegu Lutycy nie tylko nie przeszkadzali im w pracy, ale wcale się nie pokazali. A przecież nie mogli nie zauważyć ogromnej armii szykującej się do przeprawy. Po ukończeniu prac Niemcy bez przeszkód obsadzili silnym hufcem piechoty przyczółki przy obu mostach po drugiej stronie Łaby.

Wreszcie 8 września dwaj główni dowódcy w obecności wielu pomniejszych odbyli ostatnią naradę wojenną przed zapowiedzianą na jutro przeprawą całego wojska.

– Cesarz nakazał spustoszyć tyle lutyckich ziem wzdłuż Łaby i granicy z Marchią Łużycką ile się da, grody graniczne zdobyć, obsadzić naszymi załogami i silnie obwarować. Z nich pójdą w następnych latach kolejne wyprawy. Najważniejsze jednak jest odbicie z lutyckich rąk Havelbergu i Braniboru – zagaił naradę Wilhelm, po czym wskazał na prowizoryczną mapę i ciągnął dalej:
– Przejdziemy Łabę tu i ruszymy na Havelberg. Spróbujemy wziąć po drodze Przecławę z marszu. Uda się, obsadzimy ją silną załogą. Nie uda się, ostawimy hufiec do jej osaczenia. To samo zrobimy z Nitzowem. Wojska nie tracić w szturmach, a jeno gród otoczyć obozem warownym i czekać choćby do wiosny, aż sami z głodu się poddadzą. Potem otoczymy silnym hufcem Havelberg. Z pod niego wasza dostojność – tu spojrzał na grafa Dietricha – pociągnie dalej z trzecią częścią wojsk na Branibor. Jeśli nie da się go wziąć z zaskoczenia, otoczyć go każe wasza dostojność silnym hufcem i oblegać będzie do skutku. Resztą sił podzielonych na kilka hufców spustoszy wasza dostojność tyle ziem na wschód i północ od Braniboru, ile się da. Osady palić, grody brać i umacniać naszym wojskiem, lub w oblężeniu trzymać do skutku. Jeńca ile się da, nabrać i w dogodnych miejscach do budowy nowych grodów zapędzić. Na koniec grody te obsadzić, a jeńców za Łabę odsyłać. Osadzeni zostaną na terenach spustoszonych przez nich przed rokiem lub na sprzedaż pójdą. Ja z większymi siłami ruszę spod Havelbergu na północ wzdłuż Łaby. Moje zadanie jest takie same jak waszej dostojności – grody brać, lub otoczyć i czekać aż padną. Wzięte obsadzić i wzmocnić. Osady palić i jeńca ile się da nałapać. Jeśli się da, nowe grody, dokąd dotrzemy, pobudować i obwarować. Cesarz liczy na to, że cały lutycki brzeg Łaby na kilka dni marszu wgłąb kraju zajmiemy i umocnimy, by z niego przeć dalej. Za kilka lat można w ten sposób podbić całe północne Połabie, na co cesarz liczy.
Heinrich przedstawiając plan wyprawy zaznaczył na mapie przemarsz obu wojsk i pokazał wszystkim obecnym na naradzie.
.

.

– Czy nie uważa wasza dostojność – Dietrich miał jednak wątpliwości – że rozdzielenie naszych wojsk nie osłabi nas? Nie byłoby lepiej iść całą siłą?
– Lutycy też będą musieli rozdzielić ich wojska. Przez co każdy z naszych hufców trafi na słabszy opór.
– A co będzie – zapytał jeden z niższych dowódców, graf Gerhard – jeśli Lutycy skrzykną się i miast zasadzek jako zwykle robią, staną nam na drodze?
– Chciałbym, by tak zrobili – odparł Wilhelm – gdyż w polu, w walnej bitwie, nigdy nam nie dostali. I wiedzą o tym. Przeto nie liczę na to, choć nic by mnie tak nie uradowało jak walna bitwa. Za jednym zamachem rozbilibyśmy ich i cała Marchia Północna stałaby przed nami otworem. Wiedzą jednak i oni o tym, dlatego do walnej bitwy nie staną. Przez co ani gadać o tym nie ma po co.
Na tym narada dobiegła końca. Następnego dnia z samego rana rozpoczęła się przeprawa i nim wszystkie wojska i wozy taboru przeszły na drugi brzeg, zapadł wieczór.
Wilhelm i Dietrich przeprawili się z samego rana, po czym przyjrzeli się uważnie okolicy. Przed nimi rozciągał się pokryty trawą lekko podmokły łęg o kształcie trójkąta, którego podstawa miała ze trzy kilometry szerokości. Od południa i północy zamykały go ściany lasu zbiegające się ku wschodowi, gdzie o jakieś dwa kilometery od nich łęg przechodził w przesmyk pomiędzy nimi, przypominający korytarz. Rozesłano podjazdy na północ i południe wzdłuż rzeki, inne do spenetrowania lasów po obu stronach łęgu, a najsilniejszy na wschód do widocznego w lesie przesmyku. Lutyków nie zauważył nigdzie żaden podjazd. Dowódca podjazdu wysłanego na wschód zameldował Wilhelmowi, że łęg kończy się przesmykiem między lasami, szerokim na jakieś trzysta kroków, którym jechali ze dwa kilometry, aż do jego zakrętu na południowy wschód. Wroga nie zauważyli, po czym zawrócili.
Uspokojeni raportami dowódcy zajęli się rozbiciem obozu na noc. Nie niepokojone przez Lutyków niemieckie hufce ułożyły się do snu.
I tak nastał 10 września 1056 roku.
Z samego rana, jeszcze przed świtaniem, Wilhelm ponownie rozesłał podjazdy, po czym poderwał całe wojsko szykując je do wymarszu. Podjazdy wzdłuż rzeki i w pobliskim lesie nie zauważyły niczego podejrzanego. Czekano jedynie na ostatni, wysłany na zbadanie przesmyku w lesie. Nie czekano długo. Podjazd nagle ukazał się na końcu łęgu i gnał jak szalony w stronę gotowych do wymarszu wojsk. Wilhelm i Dietrich wyjechali naprzeciw. Dowódca podjazdu, tysięcznik Friedrich z rozpędu o mało ich nie stratował. Ale w ostatnim momencie zadarł konia, który aż przysiadł na zadzie, po czym zdyszany zwrócił się do Wilhelma:
– Wasza dostojność, za przesmykiem ciągną się rozległe otwarte pola. Widzieliśmy tam lutyckie wojska. Nie mogliśmy ich policzyć, ale ognisk palą wiele setek, przez co tyle dymu jest, że ani  wojsk, ani całej rozległej równiny ogarnąć nie mogliśmy. Sądząc po ilości ognisk tysiące Lutyków tam jest. Bez koni byli. Nas chyba nie zauważyli, bo z lasu nie wychodziliśmy.
Wilhelmowi z radości na wieść o dużej ilości lutyckich wojsk zgromadzonych niedaleko na odkrytych polach aż mowę odjęło. Nawet nie marzył o tym, aby mieć szansę rozbicia ich jednym uderzeniem. Dopiero po chwili odzyskał głos i patrząc w niebo zawołał:
– Chwała niech będzie bogu najwyższemu. Oby tylko udało się do bitwy ich zmusić. Rozgnieciem ich, a wtedy Marchia Północna będzie nasza.
Następnie zapytał Friedricha o szczegóły przesmyku w lesie. Ten odrzekł mu tak:
– Przesmyk idzie kilka pacierzy jazdy truchtem lekkim łukiem na północny wschód, potem zakręca na południowy wschód i takoż trzeba kilka pacierzy, aby wyjechać na otwarte pola, gdzie stoją obozem Lutycy. Szeroki jest na całej długości na jakie trzysta kroków, tylko przed końcem zwęża się na jakie sto pięćdziesiąt. A zaraz potem jest już otwarta równina.
Po wysłuchaniu  tej relacji Wilhelm zwrócił się do grafa Dietricha:
– Ruszy wasza dostojność całą jazdą natychmiast ku Lutykom. Jedźcie niespiesznie, byśmy mogli w trzy pacierze za wami dotrzeć do ich obozu. Waszym zadaniem jest dopaść ich i związać walką. Jak tylko wyjedziecie z lasu za przesmykiem, rozjechać ma się jazda szeroko w lewo i prawo, aby jak najszerszym kręgiem na nich uderzyć. Gdy my dociągniemy, wytniemy ich do nogi.
Dietrich nie odpowiedział ani słowem, skinął jeno Wilhelmowi głową, po czym rozkazał jeździe uformować szeregi i jechać za nim. Jazda ruszyła kolumną po jakieś pięćdziesiąt koni w rzędzie. Za nią natychmiast szparkim marszem ruszyły piesze hufce długim i grubym wężem do stu wojów idących obok siebie. Na ostatku ruszać miały wozy.
Dietrich po wjechaniu w przesmyk między lasami początkowo podsyłał podjazdy do zbadania ich brzegów, ale niczego podejrzanego nie zauważyły. Gdy minęli zakręt zaprzestał więc tego, podążając w napięciu ku obozowi Lutyków. Nagle, gdy zbliżali się do zwężenia przesmyku, usłyszeli najpierw trzask, a po chwili ujrzeli walące się z obu stron w poprzek zwężenia potężne buki, klony i inne drzewa, które zagrodziły im prawie całkowicie drogę. Pomiędzy koronami powalonych drzew pozostało wolne przejście dla najwyżej kilkunastu koni idących obok siebie. Co gorsza, za powalonymi drzewami ukryli się wydający wojenne okrzyki łucznicy i grad strzał  spadł na pierwsze rzędy niemieckiej jazdy. Jeźdźcy wprawdzie osłaniali się tarczami, ale łucznicy bili i w konie, których kwik napełnił okoliczne lasy. Dietrch nakazał cofnąć się jeździe do tyłu i lasem objechać zawaloną drogę. Ale i tu natknęli się Niemcy na przeszkodę. Ledwo wjechali kilkadziesiąt metrów w las, natrafili na zwalone równolegle do drogi drzewa, zza których spoleciała na nich lawina strzał. Wycofali się więc z lasu i ustawili pośrodku przesmyku tak, że lecące nadal z brzegu lasu strzały niewiele już  czyniły im szkód.
Dietrich gorączkowo rozmyślał nad zaistniałą sytuacją. Był przekonany, że każda minuta zwłoki  w dotarciu na pola za lasem utrudni rozgromienie Lutyków, przez co postanowił szturmować wąskie przejście pomiędzy powalonymi drzewami. Pomyślał, że jeśli się to uda, zasługa w rozgromieniu Lutyków przypadnie głównie jemu. Nie wiedział, że na polach przy ogniskach było niewielu lutyckich wojów. Ogromna ich większość już obstawiała cały leśny przesmyk i nadrzeczny łęg czekając na włączenie się do bitwy.

Na rozkaz Dietricha, który sam stanął z boku, jazda ruszyła z kopyta chcąc przebić się pomiędzy powalonymi drzewami. Ale tylko niewielu z nich zdołało przedrzeć się na drugą stronę, gdzie zresztą natychmiast ich wybito. Ulewa strzał spadła na szturmującą przesmyk jazdę. Padały od nich kwicząc przeraźliwiwe konie, powalając często jadące obok. Po chwili przesmyk zagrodziło kłębowisko ciał rannych i zabitych koni i przygniecionych nimi jeźdźców. Reszta wycofała się ponownie do tyłu poza zasięg wrogich strzał. W międzyczasie wiele rannych czy tylko powalonych w zamęcie koni podniosło się rozbiegając się na wszystkie strony, nawet za przejście pomiędzy koronami powalonych drzew. Niejeden z nich ciągnął za sobą jeźdźca, którego noga uwięzła w strzemieniu. I choć pozostało na drodze sporo końskich i ludzkich ciał, przesmyk nie był już nimi całkiem zawalony. Dietrich widząc to postanowił jeszcze raz spróbować szturmu. Wycofał jazdę jeszcze dalej do tyłu, aby miała miejsce do rozpędu, po czym na jej czele ruszył naprzód. Chwilę później konie pędziły już najszybszym cwałem. Ale nim dopadły przejścia pomiędzy powalonymi drzewami, poleciały na nich obok lawiny strzał potężne głazy owinięte płonącymi szmatami, płonące belki i płaskie drewniane kadzie z płonącą smołą i żywicą. Słowianie znali już od dawna machiny wykorzystywane przy zdobywaniu i obronie grodów. Tu zastosowali je w bitwie w leśnej pułapce. Gdy na pędzącą jazdę od przodu spadać zaczęły płonące pociski, konie z przerażenia dostały obłędu. Bite strzałami, belkami i głazami, parzone żywym ogniem, rozszalałe zawróciły prąc na własne tylne szeregi. Ale i na nie leciały już płonące belki, kadzie i głazy. Na dodatek jednym z nich ugodzony został graf Dietrich, dowódca jazdy. Potężny głaz rozwalił mu głowę i zmiótł z konia. Brak dowódcy jedynie nasilił chaos. Oszalałe z przerażenia konie zawróciły i pomknęły przed siebie przesmykiem w stronę Łaby. Nie mniej przerażeni byli jeźdźcy, gdyż z obu brzegów lasu nadal sypała się na nich na każdym kroku lawina strzał. Ale i to nie było jeszcze najgorsze. Gdy pierwsze rzędy uciekających w popłochu konnych minęły zakręt przesmyku, ujrzeli tuż przed sobą kolumnę własnych pieszych wojsk zmierzających ku bitwie. Oszalałych z przerażenia koni żadna siła jednak nie mogła już powstrzymać. Odganiane od lasu ulewą strzał runęły na piesze hufce prowadzone przez margrafa Wilhelma.

Gdy jazda ruszyła w stronę przesmyku, Wilhelm idąc za nią na czele pieszego wojska radośnie podążał ku spodziewanej za lasem bitwie. Sam siedząc na koniu prowadził hufce szybko, zważając jedynie na to, by piesi woje nie stracili oddechu. Po krótkim czasie byli już w przesmyku, podejrzliwie spoglądając ku lasom po obu jego stronach. Ale czasu na zaglądanie do nich nie było. Z daleka nagle doszły ich odgłosy bitwy i kwik koni. Markgraf nie był pewien, czy bitwa wrzała w lesie, czy już na polach za nimi, przez co nie zwalniał tempa marszu. Nagle usłyszał narastający tętent tysięcy końskich kopyt. Nakazał więc wojom rozbiec się na obie strony przesmyku pod brzegi lasów. Ale w tym momencie poleciała z nich ulewa strzał powstrzymując wojów na miejscu. A chwilę później zza bliskiego zakrętu leśnego korytarza wypadła przerażona jazda wbijając się się w kolumnę pieszych. Las wypełniły krzyki tratowanych, kwik tysięcy koni, odgłos łamanych włóczni, tarcz i chrzęst oręża. Pierwsze szeregi piechurów zostały dosłownie stratowane. Rumak Wilhelma padł, a on sam został tak zdeptany kopytami, że po bitwie rozpoznano go tylko po kosztownym rynsztunku i złotym łańcuchu na szyi. Tymczasem rozszalałe konie niemieckiej jazdy dalej parły na własną piechotę, tratując ją i miażdżąc. W końcu przerażeni tym piesi woje sami zaczęli bić włóczniami i mieczami tratujące je konie. Tylne zaś szeregi uciekającej jazdy omijając kłębowisko na środku przesmyku kierowały się ku brzegom lasu, ale tam padały pod ulewą strzał idącą spośród drzew. Nie minęło kilka pacierzy, a ani jeden niemiecki koń nie został przy życiu. Poginęły od włóczni i mieczy niemieckiej piechoty oraz lutyckich strzał. Za to zza zakrętu przesmyku wyłoniła się jazda lutycka, zmierzająca powoli w stronę niemieckiej piechoty.
Kiedy minęło pierwsze zaskoczenie natarciem własnej jazdy i gdy z lasów nadal szła ulewa strzał, przerażona piechota pozbawiona dowódcy, bez rozkazu sama zawróciła i biegiem rzuciła się w stronę przeprawy na Łabie. Wielu wojów odrzucało ciężkie włócznie przeszkadzające w biegu. Słabsi, zmęczeni biegiem, odrzucali nawet miecze. Jedynie tarcze osłaniające od strzał trzymali wszyscy. Nim pierwsze uciekające szeregi wypadły z przesmyku, dostrzegły już, że przy taborze wozów wrze bitwa. I rzeczywiście – gdy piechota zniknęła w przesmyku, tabor wozów zaatakowali ukryci w lasach jezdni i piesi Lutycy rozbijając go. Gdy wreszcie cała niemiecka piechota wypadła z lasu, ujrzała swój tabor doszczętnie rozbity. Większość wozów leżała do góry kołami, część płonęła, a pachołków i knechtów z osłony taboru akurat docinano. Niemieckiej piechoty nadal było wiele tysięcy, ale przerażona była atakiem własnej jazdy, rozbiciem jej, brakiem dowódców, rozbitym taborem i ulewą strzał bez przerwy idącą od Lutyków, którzy tysiącami wychodzili już z lasów na otwartą przestrzeń. Jak na komendę rzucili się więc Niemcy w stronę mostów na Łabie, chcąc ujść z pułapki. Ale nie dobiegli nawet do połowy łęgu między przesmykiem leśnym a rzeką, gdy ujrzeli gęste dymy i języki ognia trawiące akurat podpalane mosty. Zrozumieli, że nim dobiegną, mostów już nie będzie. Poznali, że są w pułapce i że większość z nich zginie. Rozpacz, zwątpienie, ale i wściekłość ogarnęła serca tysięcy niemieckich wojów. Zbili się w wielkie kolisko pośrodku łęgu i powoli przesuwali się w stronę rzeki. Ostatnią ich nadzieją była ucieczka wpław. Ale ledwo utworzyli kolisko, gdy wpadły nań dwa duże hufce lutyckiej jazdy. Jeden zaatakował od strony rzeki, a drugi od strony leśnego przesmyku. Z pozostałych stron kolisko zaatakowały piesze wojska lutyków. Zgiełk, zgrzyt oręża, kwik lutyckich koni, krzyki tratowanych i ranionych słychać było na wiele kilometrów. Niemniej los bitwy był już przesądzony, choć wrzała ona nadal zacięcie. Jazda lutycka szybko rozbiła niemieckie kolisko na mniejsze kupy, a piesi Lutycy otaczali je, bijąc najeźdźców bez chwili wytchnienia. Wielu Niemców poza tarczą nie posiadało już oręża, porzuconego podczas ucieczki przez las. Ci jedynie osłaniali się od ciosów. Inni, mający miecze walczyli, ale zmęczeni trudami dnia długo oporu już nie stawiali. Padali jeden za drugim pod ciosami Lutyków. Niejeden z niemieckich wojów zrozpaczony kładł się na ziemi i nasuwał na siebie ciała poległych, szukając w tym ratunku przed śmiercią. Większość mniejszych kup wybito, nim dotarły do rzeki. Ale kilka większych przedarło się aż do Łaby. Przerażeni Niemcy skakali do wody, ale prawie wszyscy z nich utonęli ciągnięci na dno ciężkim wojennym rynsztunkiem. Tylko niewielu, którym udało się uchwycić kawałki nadpalonych belek z zawalonych mostów uratowało głowy i dotarło na drugi brzeg. Sporo Niemców przedało się też do lasów, ale większość z nich Lutycy wyłapali i wycięli.
.
Dwie godziny po ucieczce niemieckiej piechoty z leśnego przesmyku bitwa dobiegła końca.
.
Zaraz po niej Wieleci, gdyż to oni rozbili niemiecką armię, rozbiegli się po całym pobojowisku szukając, a następnie opatrując swoich rannych. Pozbierali też ciała swoich poległych. Straty wieleckie w porównaniu do niemieckich były niewielkie – około tysiąca poległych i dwakroć tyle rannych. Niemcy stracili trzy tysiące jazdy i co najmniej kilkanaście tysięcy piechoty. Sto jeden lat po katastrofalnej porażce nad Reknicą Wieleci wzięli za nią krwawy rewanż. Jeszcze tego wieczoru na wielkim stosie spalono ciała poległych wieleckich wojowników. Przez następnych kilka dni wozami zwożono i wrzucano do rzeki ciała Niemców i ich koni. Na koniec na wozy załadowano zdobyczny oręż i zapasy żywności, jakie Niemcy przywieźli zza Łaby, po czym odbyła się zwycięska uczta na uprzątniętym już pobojowisku. Wieleci siedzieli przy setkach ognisk, ucztowali, śpiewali, tańczyli. Przy największym z nich ucztowała starszyzna z naczelnym wodzem Mestwinem. Ten nasyciwszy się, ruszył na obchód i szedł od ogniska do ogniska rozmawiając z wojami. Przechodząc koło jednego z nich zauważył, że siedzieli przy nim sami byli niemieccy jeńcy wojenni, którzy przystali do różnych wieleckich plemion. Nie nabrał jednak żadnych podejrzeń. Wielu niemieckich jeńców, zwłaszczy uciskanych poddanych, z chęcią przystawało do Słowian i chodziło z nimi bić swych wcześniejszych ciemiężycieli. Ci jednak należali do ludzi z wyższego stanu. W niewolę wzięto ich podczas ubiegłorocznego niszczcielskiego najazdu. Ich majętności zostały spalone i splądrowane. Oni sami pałali żądzą zemsty. Dla pozoru przystąpili do Wieletów. Mieli nadzieję, że uda się im zbiec do swoich podczas wyprawy odwetowej. I te nadzieje teraz legły w gruzach.

Krótko po bitwie w obozie wieleckim wybuchły spory pomiędzy tworzącymi Związek plemionami o zasługi w zwycięskiej bitwie. Spory takie wybuchały i w przeszłości, ale nigdy nie doprowadziły do rozpadu Związku. Tym razem było inaczej. Gorliwie wzmagali  wzajemną niechęć właśnie byli niemieccy jeńcy, przyjęci przez Wieletów do swych szeregów. A gdy jeden z nich z plemienia Czrezpienian pół roku po bitwie ugodził włócznią i zabił redarskiego wodza Mestwina, wybuchła krwawa wojna domowa, której efektem był rozpad Związku Wieleckiego. Samo zaś wielkie zwycięstwo popadło nieomal w zapomnienie. Choć mało było bitew, w których mniejsze siły tak szybko i tak doszczętnie rozbiły liczniejszego wroga, zadając mu wielokrotnie większe straty.

Epilog

Z wielotysiącznej armii niemieckiej z życiem uszło nie więcej niż dwustu wojów. Byli to głównie ci, którzy ułapili się płynących belek i przepłynęli na drugi brzeg Łaby. Także nieliczni ukryci w lasach czy pod trupami zabitych, doczekawszy nocy przeprawili się przez rzekę do swoich. Wieść o katastrofalnej porażce rozeszła się po całym cesarstwie, a w końcu dotarła do Bodfeld, gdzie bawił chory cesarz Heinrich III, wiążący z wyprawą połabską ogromne nadzieje. Na wieść o rozmiarach klęski doznał udaru mózgu i skonał 5 października 1056 roku.

Wielkie zwycięstwo pod Przecławą zostało niestety zmarnotrawione – i to w dwojaki sposób:

1) Ogromne militarne osłabienie cesarstwa spowodowane unicestwieniem wielkiej niemieckiej armii można byłoby wykorzystać do wyparcia Niemców z południowego Połabia, a nawet Załabia – z Marchii Łużyckiej i Miśnieńskiej. Siły Wieletów były na to za małe, gdyż musieli być przygotowani na kolejne niemieckie najazdy. Nie wykorzystali tej szansy ówcześni „władcy” Czech i państwa Piastów. Ale nie ma się czemu dziwić – u Polan z łaski cesarzy „kneziem” był wtedy lennik i gorliwy niemiecki wasal, syn Niemki Rychezy, mnich Kazimierz, a w Czechach równie gorliwy niemiecki wasal, skoligacony z Niemcami (matka i żona były Niemkami) Spitygniew II. Gdyby wtedy u Polan lub w Czechach rządził władca na miarę naszego Bolesława II Pogańskiego czy Masława Mazowszańskiego, zapewne zająłby południowe Połabie i przysposobił słowiańską ludność do walki z Niemcami. A przy okazji obaliłby hebrajski krzyż. Niestety ta szansa została zaprzepaszczona. Była to zresztą ostatnia taka historyczna szansa odrzucenia na zachód z południowego Połabia, a nawet i Załabia, Niemców i postawienia im nieprzebytej tamy.

2) Wybuch wojny domowej i rozpad Związku Wieleckiego ogromnie osłabiło, choć na szczęście tylko chwilowo, północne Połabie, czego rezultatem był najazd saskich wojsk pod dowództwem biskupa Burcharda z Halberstadtu, który w roku 1068 spustoszył kraj Redarów i zniszczył Retrę. Odbudowano ją jednak i choć Związek Wielecki nie został reaktywowany, plemiona z północnego Połabia nadal najczęściej wspierały się nawzajem w obliczu niemieckich najazdów. Nawet ostateczne zniszczenie Retry przez cesarza Lothara III w roku 1125 nie było końcem oporu Redarów i innych plemion tworzących wcześniej Związek. Poważnie osłabiła Północne Połabie dopiero mordercza krucjata połabska z roku 1147, podczas której jedna kolumna krzyżowców ruszyła na Pomorze i Szczecin, druga zaatakowała Związek Obodrycki. Ale i po niej część północnego Połabia, zwłaszcza  Obrodryci pod wodzą Niklota oraz resztki Redarów,  Czrezpienianie i Wkrzanie, a na Rugii Ranowie nadal jeszcze byli wolni i bronili słowiańskiej kultury. Dopiero w kilka lat po śmierci Niklota (1160), jego syn rozbity przez niemiecko-duńskie siły w roku 1164 uznał się cesarskim lennikiem, a niemieckie i duńskie wojska zalały i podporządkowały sobie całe północne Połabie. Jedynie Rugia jeszcze broniła się – do 1168 roku, kiedy to padła Arkona.
Ale o tym – o Retrze, Niklocie i Arkonie – będzie w następnych opowieściach…

.
opolczyk

.
.
Reklamy