Opowieść Mazowszańska o Masławie…

.

Masław przed bitwą z wojskami Kazimierza

.

Gdy tylko mazowszański kneź Masław dowiedział się, że do kraju Polan nas czele niemieckiego hufca wkroczył syn Rychezy, były mnich Kazimierz, wiedział, że czeka go wojna na śmierć i życie. Znał Rychezę z czasów, gdy był dworzaninem u Mieszka II. Ledwo starała się ukrywać swą wyniosłość nawet wobec męża, choć był on polańskim koronowanym królem. Innych Polan, nawet najwyższych dostojników mieszkowych traktowała z jawną już pogardą. Kiedyś podsłyszał jej rozmowę z niemieckim biskupem poznańskim Ederamem. Powiedziała mu, że w Niemczech podwórzowy kundel więcej ma w sobie dostojeństwa niż słowiański dostojnik. Jeśli zaraziła syna swoją pogardą i nienawiścią do naszych plemion, niczego dobrego po nim spodziewać się nie można – myślał. A głośno, choć sam do siebie mruknął:

– Już sam fakt, że wkroczył do swojego niby kraju na czele niemieckiego hufca mówi wszystko.

– Co prawisz kneziu? – odezwał się siedzący na ławie przy kubku miodu stary grododzierżca Wilkomir.

– Do siebie gadam, nie do was. Zbierajcie się i pójdźcie ze mną na wzgórze tumskie bogom żertwę złożyć. Zaraz potem ruszam pod Poznań na Kaźmierza. Wy ostaniecie na grodzie.
To rzekłszy Masław skierował się ku drzwiom komnaty a za nim ruszył Wilkomir.

Masław był rodowitym Mazowszaninem. Służył wcześniej na dworze Mieszka II, ale wyprosił u niego odesłanie go na Mazowsze. Gdy Mieszko zmarł, a nad polańskim państwem zawisła groźba wojny domowej Bolka II z macochą Rychezą i jej pomiotem, Masław mający wielu swojaków, zwołał wiec starszyzny, ogłosił oderwanie Mazowsza od Polan, po czym obwołany został kneziem. Był zręcznym i dalekosiężnie patrzącym wodzem. Bolkowi Pogańskiemu zaofiarował pomoc w wojnie z Rychezą w zamian za uznanie samodzielności mazowszańskiego państwa i uznanie takie uzyskał. Wiedział jednak, że za Rychezą stanie cesarstwo i dominujący u Polan niemiecki kler, wobec czego pozycja Bolesława silną nie była. W związku z tym zawarł sojusze obronne z Pomorcami i Jaćwieżą oraz pokój z Prusami. Wiedział bowiem, że jeśli syn Niemki i ona przejmą władzę u Polan, zapragną podbić i Mazowsze.

Organizując swe państwo postępował Masław z rozwagą. Daniny i powinności ograniczył, choć całkiem ich nie zniósł, gdyż chciał utrzymać drużyny wojów. Zniósł natomiast wszystkie daniny i powinności na rzecz kapłanów hebrajskiego boga, co mieszkańcy przyjęli z radością i uczuciem ulgi, gdyż obcy kler był niezwykle chciwy i pazerny. Drużyny nie rozpuścił jak Bolko, wiedząc, że przyjdzie mu walczyć z Niemkinią. Wiedział też, że woje pozbawieni utrzymania tworzyć mogą kupy zbójów napadające na ludność lub zbiegną do zewnętrznych wrogów. I tak wielu wojów polańskich, stojących po mazowszańskich grodach, po oderwaniu Mazowsza od Polan zbiegło bądź do polańskich możnowładców, bądź na Ruś czy nawet do Czech. Kapłanów hebrajskiego boga nasłanych na Mazowsze przez poprzednich Piastów, zwłaszcza „chrobrego”, nie wygonił jak to zrobili Pomorce. Nie zezwalał ich też bić, ale i ich nie wspierał. Zabronił im natomiast zwalczania pogaństwa, które oficjalnie zostało przywrócone. W Płocku, gdzie miał główną siedzibę, zwrócił poganom wzgórze tumskie, zawłaszczone wcześniej przez obcych kapłanów. Zburzono drewniany kościeł postawiony przez nich na wzórzu w miejscu zrąbanego przez przybłędy za „chrobrego” świętego dębu. I choć świętego drzewa już nie było, ale i obcego kościeła też nie, a na wzgórzu odprawiano po staremu pogańskie obrzędy.
Niechętnie patrzył też Masław na wojów i pomniejszych możnowładców uciekających z kraju Polan do Mazowszan przed zamętem panującym tam od koronacji Bolka II. Wiedział, że większość z nich niechętnym okiem patrzy na samodzielne Mazowsze. Dla nich silne i duże państwo rządzone przez silnego apodyktycznego władcę było gwarancją uprzywilejowanej w nim pozycji i różnych korzyści, okupionych jedynie ślepym posłuszeństwem okazywanym władcy. Wiedział, że jeśli Bolko przegra, niejeden z nich przystanie do mnicha Kazimierza. Miał jednak nadzieję, że inni przywykną do tutejszych warunków i wzmocnią jego siły, gdyby przyszło do wojny z rychezowym pomiotem. I głównie z tego powodu pozwalał im chronić się u Mazowszan. W swoich rachubach nie omylił się – zamożniejsi odeszli i poparli  Kazimierza, mniej zamożni w dużej części pozostali po jego stronie.

Masław wiedział też, że przybywającego do Polan z Niemiec Kazimierza witało niezbyt wielu możnowładców, w większości zresztą wrogich jego matce. I ci przekonali go, aby wymusił na niej pozostanie nad Renem. Jej przyjazd nad Wartę mógł bowiem wywołać kolejny ludowy bunt przeciwko znienawidzonej Niemce, co oznaczałoby koniec jego i tak niepewnego panowania.

Początki władzy Kazimierza były mierne, gdyż nawet nie panował w całym kraju Polan. Bo gdy czeski Brzetysław, z polecenia papieża i magdeburskiego arcybiskupa najechał Polan, tłumiąc pogański rozruch i grabiąc co się dało, mieszkańcy ziem polańskich przyległych do Mazowsza, a nawet tamtejsi możnowładcy, szukając ochrony przed czeskim najeźdźcą, sami prosili Masława o przyłączenie ich ziem do jego państwa. Siły Kazimierza z czasem powoli jednak rosły. Na rozkaz cesarza Brzetysław zwrócił mu ziemie Wiślan i część ziem ślężańskich. Ponadto zeswatano mu Dobroniegę, siostrę rusińskiego władcy Jarosława zwanego „mądrym”. Była to, chybiona zresztą, intryga cesarza i niemieckich kapłanów obliczona na oderwanie Rusi od kościoła bizantyjskiego i przeciągnięcie jej do obozu łacinników. Niemniej Kazimierz zyskał dzięki temu ożenkowi silnego sojusznika na wschodzie, nadal posiadając poparcie cesarstwa, papiestwa i wpływowej matki Rychezy. Wprawdzie jej brat, cesarz Otto III już nie żył, a ze śmiercią jego następcy Henryka II wygasła dynastia ludolfingów, ale i obecny cesarz, Konrad II salicki, jako prawnuk w bocznej linii Ottona I wielkiego był jej krewnym i ze wszelkich sił popierał osadzenie u Polan jako swojego lennika spokrewnionego z nim jej syna.

Jarosław ze swej strony z chęcią wydał siostrę Dobroniegę za cesarskiego krewniaka, gdyż i on miał własne w tym rachuby. Wymógł na Kazimierzu zrzeczenie się w zamian za żonę roszczeń do czerwieńskich grodów. Ale były jeszcze inne powody, dla których rusiński kneź zawiązał sojusz z cesarskim wasalem Kazimierzem, wiedząc, że ma pomóc mu podbić pogańskie separatystyczne Mazowsze. Na samej Rusi od krztu Włodzimierza I w roku 988 co rusz dochodziło do pogańskich buntów, a wiele podbitych ludów i ziem próbowało wyrwać się spod władzy Kijowa. Pogańskie, oderwane od Polan Mazowsze, było w oczach Jarosława niebezpiecznym przykładem i wzorcem do naśladowania na samej Rusi. Przez co pomagał Kazimierzowi w podboju zbuntowanej krainy. Tyle że wszystkie rachuby Jarosława prędzej czy później chybiły. Nie okazał się „mądrym”. Grody czerwieńskie, po splądrowaniu Kijowa odebrał Rusi i przyłączył do swego państwa syn jego szwagra Kazimierza, Bolesław III, zwany szczodrym lub śmiałym. Bunty pogańskie, mimo pacyfikacji Mazowsza, wybuchały na Rusi nadal przez następne co najmniej dwa wieki. A rozbicie dzielnicowe i rozpad centralistycznie rządzonego z Kijowa państwa zainicjował sam Jarosław swoim testamentem, dzieląc Ruś pomiędzy pięciu synów.

Jedynie cesarski krewniak, Kazimierz, zyskał na tym ożenku, znajdując silnego sojusznika na południowo wschodniej granicy. Rezygnacja z grodów czerwieńskich przyszła mu łatwo. Znacznie ważniejsze było dla niego graniczące bezpośrednio z ziemiami polańskimi Mazowsze. Na nie zamierzał uderzyć wspólnie z Rusią jak najszybciej. Dlatego równolegle z pertraktacjami dotyczącymi ślubu z Dobroniegą uzgodniono wspólny atak na Mazowsze już w 1041 roku, natychmiast po zawartym z siostrą Jarosława ślubie. Wiedział o tym Masław i właśnie szykował się do odparcia najazdu z dwóch stron.

Opuszczając komnatę z Wilkomirem, zaprosił Masław oczekującą w głównej świetlicy płockiego dworu starszyznę mazowszańską i dowódców pomorskich i jaćwińskich do udziału w obrzędach na wzgórzu tumskim. Czekali już tam wróże, żercy, wiedźmy i wiedźmini. Obok pniaka zrąbanego przez obcych kapłanów świętego dębu ustawiony był ogromny głaz. Rozpalono przy nim święte ognisko i złożono żertwę i obiaty bogom. Po tym obrzędzie starszyzna i dowódcy hufców wrócili do świetlicy dworca na ostatnią wojenną naradę. Nazajutrz ruszano już na wojnę. Naradzie przewodził Masław.
– Ja z połową mazowszańskich wojsk i jednym pomorskim hufcem pod wodzą Niemoja ruszę pod Poznań na siły Kazimierza – na koniec narady poinformował zebranych. – Reszta naszych wojsk z pomorskim hufcem dowodzonym przez Chwalisława i jaćwieskim pod Skomandem ruszy przeciwko Rusi. Dowodzić nimi będzie Radogost. Gdybyśmy mogli ruszyć na Jarosława całą siłą, rozbilibyśmy Ruś w otwartej bitwie. Ale z połową wojsk – tu spojrzał na Radogosta – w otwartym polu Rusinom nie dostoicie. Przeto jako uzgodniliśmy, unikajcie bitew, utrudniajcie jarosławowym wojskom marsz i przeprawy, nie dajcie im spokojnie spać po nocach, znoście podjazdy, aż sprzykrzy się im najazd i wrócą do siebie. Jarosław może ciągnąć wzdłuż Bugu na Brześć i dalej na Brańsk i Serock. Może też pociągnąć prosto ku Wiśle przez Kock lub Łuków na Czersk i dalej na Płock. Ale może też rozdzielić wojsko, przeco i wy się podzielicie. Grody na jego drodze są silne i opór stawią. Gdyby jednako które wziął, po jego odejściu odbić i wzmocnić należy. Ja, gdy skończę z Kazimierzem, ruszę wam z pomocą. Skończycie wy pierwsi, ruszycie na Poznań.
Nazajutrz każde z podzielonych wojsk ruszyło w swoją stronę. Masław prowadził do trzech tysięcy jazdy. Piechoty nie brał. Chciał w walnej bitwie znaleść rozstrzygnięcie, wiedząc, że Kazimierz zbyt wielkich wojsk nie ma. Nie popędzał jazdy, by koni nie zmarnić. Większość drogi prowadziła przez ziemie polańskie przyłączone do Mazowsza, przeto bez przeszkód dotarł w pobliże Poznania. Tam podjazdy doniosły mu, że wojska Kazimierza stoją niedaleko Ostrowiu Lednickiego szykując się do wymarszu na Mazowszan. Następnego dnia wczesnym popołudniem wojska Masława zastąpiły drogę  kazimierzowym w pobliżu osady nazwanej później Pobiedziska, choć Kazimierz wcale nie pobiedził (pokonał) Masława. Doszło tam do bitwy. Ale była to dziwna bitwa. Polanie i Mazowszanie nichętnie szli na siebie. Prawie każdy miał znajomków, a niekiedy nawet swojaków po przeciwnej stronie. Wszak do niedawna przez kilkadziesiąt lat byli jednym państwem i jednym wojskiem. I często zdarzało się podczas tej bitwy, że woje najechawszy na siebie poznawali się, opuszczali oręż i rozjeżdżali bez walki. Jedynie Pomorce nie cierpiący Polan natarli na nich ochotnie. Polanie na nich takoż. Mazowszanie zaś wściekle zaatakowali liczny niemiecki hufiec najemników zwerbowanych i opłaconych przez Rychezę. Poniósł on najcięższe straty, ale i sam mocno wyszczerbił wojska Masława. Pod wieczór rozpętała się gwałtowna burza, która przerwała nierozstrzygniętą bitwę. Nazajutrz zarówno Masław jak i Kazimierz skłonni byli do pertraktacji i w końcu je podjęli. Alle szły opornie.
Masław pokazał już przeciwnikowi, że potrafi stawić mu czoła, nawet gdy Mazowsze z drugiej strony najechała Ruś. Sam spieszył się zresztą, aby wesprzeć siły Radogosta stawiającego czoło rusińskiemu najazdowi. Zaproponował wręcz Kazimierzowi nie tylko koniec wojny, ale i dobrowolny zwrot polańskich ziem przyłączonych do Mazowsza za uznanie jego niezależności. Tę propozycję Kazimierz zdecydowanie odrzucił. Ale rozumiał sam, że nadal ma za małe siły, by pokonać i podbić Mazowsze. Wściekły był, że polańskie wojsko tak niechętnie nacierało na Mazowszan, a jeszcze bardziej złościło go, że kilku polańskich wielmożów wręcz odmówiło mu wysłania swych drużyn:
– Was, kneziu popieramy. I na Mazowszan gotowiśmy uderzyć. Ale nie pospołu z Niemcami.
Przeciągał jednak pertraktacje w nadziei, że jego szwagier Jarosław w międzyczasie oblęży i zdobędzie Płock – stolicę Masława.
Domyślił się tego i Masław. Dowiedział się też o odmowie wspierania Kazimierza przez kilku możnowładców ze względu na niemieckie wojsko. Zrozumiał więc, że na razie jest górą. Podczas ostatniego spotkania rzekł do Kazimierza:
– Nie chcecie zwrotu polańskich ziem – wasza sprawa. Mazowsza wam nie poddam. A Niemcami nas nie podbijecie, bo sami polańscy możnowładcy w końcu przeciwko wam się zwrócą. Niemca nie chce tu nikt. Moglibyście mieć we mnie sojusznika. Macie wroga. Samiście tego chcieli.
To rzekłszy, nie czekając na odpowiedź Kazimierza wyszedł z namiotu, w którym prowadzili pertraktacje, nakazał odtrąbienie sygnału do wymarszu i ruszał na czele wojska na Mazowsze.

Kazimierz nie powstrzymywał go. Sam był zadowolony, że nie dojdzie do kolejnej bitwy, gdyż wyszczerbiony niemiecki hufiec tym razem mógłby kolejnego ataku Mazowszan nie powstrzymać. Nadaremnie  też łudził się, że Jarosław zdobędzie Płock. Już następnego dnia po bitwie, gdy zacząły się jego pertraktacje z Masławem, gońcy Jarosława pomknęli poinformować go o nierozstrzygniętej bitwie i rozpoczęciu układów. Gdy wieści te dotarły do Jarosława, natychmiast zawrócił jego wojska. Gotów był wspierać Kazimierza, ale nie miał zamiaru samemu dla niego zdobywać Mazowsze, tracąc własnych wojów. Gdy więc Masław dotarł do Płocka, doszła go wieść o odwrocie Jarosława. Zarządził w tej sytuacji wzmocnienie grodów na graniach z Rusią i Polanami.

Tak więc wojna Masława z Kazimierzem w roku 1041 nie przyniosła rozstrzygnięcia.
.
Kazimierz naturalnie nie zrezygnował z podboju Mazowszan. Zrozumiał jedynie, że musi to zrobić bez niemieckich wojsk, gdyż inaczej u  możnowładców polańskich nie uzyska akceptacji siebie jako władcy. A bez ich wsparcia był całkowicie pozbawiony sił. Państwo Polan nadal dopiero dźwigało się ze zniszczeń buntu pogańskiego i czeskiego najazdu, a duża jego wschodnia część była w ręku Masława, przez co odbudowa silnej książęcej drużyny trwać musiałaby lata. Możnowładcy u Wiślan i Ślężan jeszcze krzywiej patrzeli na jego niemieckie hufce i choć z woli cesarza władał tam, ale poparcia tamtejszych rodów nie miał. Długo rozmyślał nad tym problemem, aż znalazł rozwiązanie. Była nim dziedziczność ziem możnowładców. Pomysł ten podsunął mu mnich benedyktyński Aaron, którego z Kolonii przysłał Kazimierzowi jako doradcę jego wuj, brat Rychezy, arcybiskup Herman. Aaron osiadł początkowo w małym klasztorze w Krakowie ufundowanym jeszcze przez „chrobrego”. W roku 1044 mianowany został przez Kazimierza opatem akurat ufundowanego przez niego opactwa w Tyńcu. Kazimierz podczas objazdów kraju często go odwiedzał  i naradzał się z nim. I tym razem, a było to już 5 lat od bitwy z Masławem pod Pobiedziskami, zajechał do swego doradcy do Tyńca. Traktował go z szacunkiem wiedząc, że opat cieszy się również ogromnym zaufaniem arcybiskupa Kolonii, jego wuja.
– Możnowładcy wiślańscy ni ślężańscy nie darzą mnie zaufaniem i nie chcą mi z serca służyć – skarżył się Kazimierz Aaronowi. – Polańscy zaś nalegają na mnie, abym wszytkie nadania ziem i urzędów u Wiślan i Ślężan im przekazał za gorliwą służbę. Co myślicie o tym czcigodny opacie?
Dla benedyktyna interes kościoła ważniejszy był, niż troska lennego knezia o poparcie możnowładców. Ale szanował go i jako krewniaka cesarzy i arcybiskupa kolońskiego Hermana, jak i za jego gorliwą służbę kościołowi. Wszak z jego to łaski został opatem ufundowanego i hojnie obdarowanego nadaniami przez Kazimierza opactwa. Długo milczał, po czym zaczął mówić wolno i z zastanowieniem:
– Tym jeno zrazicie sobie, wasza dostojność, tutejszych możnowładców i tylko więcej wrogów mieć będziecie. A tak po prawdzie – Aaron przerwał na chwilę – po prawdzie dziwny to kraj i zły tu obyczaj. Bo popatrzcie panie – Aaron uważnie patrzył w twarz Kazimierza – za waszego poprzednika, tego niewdałego Bolka, wszystkie wcześniejsze nadania dla kościoła u Polan przepadły. Lud zajął kościelne ziemie a kapłanów wypędził lub pozabijał. Ale gdyby nawet tego nie zrobił, sam ów Bolko mógłby wszystkie nadania kościołowi odebrać, bo takie tu książęce prawo jest. Myślę, że należy je zmienić na takie, jakie w cesarstwie panuje. Bo sami panie wiecie, że tam ziemia raz nadana kościołowi na zawsze jego jest i nawet sam cesarz odebrać jej nie może. A tu, nie wiadomo kto po was władzę przejmie i czy nadań dla kościoła nie odbierze. Podobnie jest z dobrami możnowładców. W cesarstwie większością ziem, jako wiecie, dysponuje sam cesarz i nadaje je jako lenna, które może odebrać i nadać innemu. Ale są też ziemie rodowe możnowładców, którymi cesarz nie ma prawa dysponować, nawet w przypadku zdrady czy buntu możnowładcy. Są własnością danego rodu. Mówiliście panie – Aaron zamilkł i namyślał się dłuższą chwilę – mówiliście, że możnowładcy wiślańscy i ślężańscy nie chcą was. Dajcie im więc część nadanych im wcześniej ziem jako dobra rodowe, na zawsze, na ich własność. Obaczym wtedy, czy będą z wdzięczności służyć wam gorliwie i własne drużyny na wojny wam podsyłać, do czego ich zobowiązać za rodowe ziemie musicie.
Kazimierz słysząc te słowa aż podskoczył. Zły był na siebie, że sam nie wpadł na taki pomysł. Nie przyznał się do tego jednak a za to głośno zawołał:
– Najwyższy bóg zesłał mi was, Aaronie. Obdarzę możnowładców wszystkimi nadanymi im ziemiami. Wtedy tym gorliwiej służyć mi będą.
– Tego panie nie radziłbym wam czynić. Zbyt szybko zbyt możnymi by się stali i mogliby nad was się wynosić. Dajcie im panie na własność nie więcej niż trzecią część nadanych im ziem. Resztę niech jeno dzierżawią jako nadaną im z waszej  łaski. Pozwólcie im za to kupować od was nadaną ziemię na własną, rodową. W waszej skrzyni dno widać, a  im złota nie brak.
Kazimierz z radości aż uściskał Aarona po czym mu rzekł:
– Wprawdzie pogański rozruch mniej tu szkód wyrządził niż u Polan, ale od śmierci Rachelina nieobsadzone biskupstwo krakowskie upadło. Niniejszym odnawiam je, a was Aaronie za zasługi mi oddane czynię jego pasterzem – krakowskim biskupem.
Jeszcze tego dnia Kazimierz powrócił do Krakowa z nowym biskupem, po czym żupanowi zwołać kazał za pół miesiąca wszystkich wiślickich możnowładców. Wezwani zjechali się niechętnie do Krakowa. Wieść o przyznaniu im na własność części nadanych im ziem ogromnie ich zaskoczyła i ucieszyła, choć woleliby wszystkie otrzymać na zawsze. Ale i z trzeciej ich części cieszyli się wiedząc, że nawet popadłwszy w niełaskę, tych ziem już nie utracą. Najzamożniejsi z nich od razu też dokupywać zaczęli u Kazimierza kawałki ziem graniczące z przyznanymi im na własność.
Kazimierz uzgodnił  jeszcze z możnowładcami, ilu wojów w zależności od wielkości otrzymanych ziem i ilości mieszkającej na nich ludności zobowiązani są posyłać mu na prowadzenie wojen, po czym ruszył do odzyskanej już części ziem ślężańskich, posyłając równocześnie gońców do Poznania, aby ogłosili zjaz polańskich możnowładców na początku jesieni.
U ślężańskich możnowładców obdarowanych ziemią na własność spotkał się z podobym jak u wiślańskich zadowoleniem i przysięgami wiernej mu służby. Szła jesień, gdy zjechał do Poznania. Gród był już odbudowany, choć widocznych było wiele jeszcze zniszczeń na podgrodzie i w osadach wokół niego.
Kazimierz z radością dostrzegł wśród polańskich możnowładców zebranych w Poznaniu wszystkich tych, którzy w obliczu najazdu Brzetysława sami włączyli się do masławowego Mazowsza. Gdy tylko dowiedzieli się o kazimierzowych nadaniach ziem, bez pytania porzucili Masława i pokłonili się Kazimierzowi prosząc go o wybaczenie. A ten wybaczył im, tyle że na własność otrzymali tylko czwartą część nadanych ziem. Jako wyjaśnienie usłyszeli od niego:
– Jeśli się zasłużycie w przyszłym roku w podboju Mazowsza, dorzucę wam, że będziecie mieli jako i reszta trzecią część na własność.
Wiernym mu od początku polańskim możnowładcom przyznał nie tylko trzecią część ziem. Taniej niż innym sprzedawał nowe ziemie, a ponadto obsadził nimi wszystkie najważniejsze funkcje dworskie, państwowe i wojskowe. Całą zimę gotował się do najazdu na Mazowsze. Złota na silną przyboczną drużynę miał już dość, ale zadowolił się jednym hufcem trzystu jezdnych. Większych wojsk wzorem pierwszych Piastów nie trzymał. Utrzymanie ich spadło bowiem na obdarowanych ziemią możnowładców. Większość złota przeznaczył na odbudowę zniszczonych i budowę nowych kościołów i na ich uposażenie. Wiosną ponownie odwiedził Aarona, będącego już biskupem i z nim uradzał podbój Mazowsza.
– Rozgłoście panie termin najazdu na Mazowsze tak, by dotarło to do Masława. A po cichu uderzcie ze dwie niedziele wcześniej na nieprzygotowanych.

I tak właśnie zrobił Kazimierz.

Tymczasem na Mazowszu po nierozstrzygniętej bitwie z roku 1041 życie płynęło spokojnie. Wprawdzie Kazimierz i Jarosław parokrotnie jeszcze najeżdżali Mazowsze w latach 1042 -1043, przez co Kazimierz nawet nie stawiał się na wezwania na cesarskim dworze, ale Masław z łatwością odpierał te najazdy. Nadasl docierały do niego wieści, że możnowładcy większości ziem zajętych przez Kazimierza są mu niechętni i że niesporo idzie mu odbudowa kraju, a zwłaszcza wojska. Przez co spokojnie oczekiwał kolejnych najazdów, które po 1043 roku ustały. Jednakże po pięciu latach od pierwszej bitwy dotarły do Płocka wieści o reformie prawa Kazimierza, o nadaniach ziem możnowładcom, o ich poparciu dla Kazimierza i szybkiej odbudowie przez nich wojsk. Najbardziej zabolała go zdrada polańskich możnowładców, którzy u niego szukali ratunku i obrony przed czeskim Brzetysławem, a teraz wszyscy przeszli na stronę Kazimierza. Co gorsza i u mazowszańskich możnowładców zauważył wahanie i niezdecydowanie. Gdy pytał ich, czy bronić są gotowi ich ziem przed najazdem niemieckiego krewniaka Kazimierza wprawdzie zapewniali go, że tak, ale robili to bez przekonania. Masław domyślał się, że i im marzyła się ziemia dana im na własność. Nakazał więc żupanowi płockiemu Wilkomirowi przepytanie ludzi, co o tym myślą, po czym wezwał go do siebie na naradę.
– Możni radzi byliby ziemię na własność dostać, jako to niemiecki pomiot u siebie wprowadził – relacjonował Masławowi żupan. – Boję się, że gotowi nawet ciebie kneziu zdradzić i tamtego Niemca poprzeć, jak im ziemi nie dasz. Lud zasię niemieckim nowinkom przeciwny jest. Gotowi są kmiecie i leśni walczyć, zbrojni jako wiecie są, ale chcą jednego knezia u nas, a nie wielu możnowładców, którzy tylko o swoje zabiegają.
– Co tedy radzicie Wilkomirze?
– Dacie możnym ziemie, lud zbrojny doma ostanie. Nie dacie im ziemi, to oni doma ostaną. Wybór niełatwy, ale zbrojnego luda do oręża zwykłego wiela u nas jest i lepiej z nimi na niemieckiego mnicha iść niż bez nich.
– Prawyście Wikomirze. Myślę tako samo. Lud bronić będzie swej wolności.
Od wiosny Masław gotował Płock do obrony. Wiedział, że Kazimierz właśnie jego stolicę weźmie na pierwszy ogień. Obwarować kazał zwłaszcza wszystkie okoliczne brody na Wiśle. A jeszcze wcześniej rozesłał przebranych za kupców zwiadowców, by wieści o wyprawie na ich kraj u Polan nasłuchiwali. Na początku lata napływać zaczęły informacje, że Kazimierz z rusińskim Jarosławem w połowie sierpnia z dwóch stron na Mazowsze uderzą. Rozesłał więc wici, by tydzień wcześniej Mazowszanie do obrony stanęli w dwóch obozach – mieszkający na wschodnim Mazowszu w widłach Bugu i Wisły, gdzie rusiński najazd zwalczać mieli, reszta u Płocka do walki z Kazimierzem. Wojskiem walczącym z Jarosławem dowodził, jak przed sześciu laty, Radogost. Do niego dołączyć miała też sojusznicza Jaćwież. Pomorce wezwani na pomoc iść mieli pod Płock.
Masław wiedział, że siły ma tym razem słabsze, gdyż mazowszańscy możnowładcy za wyjątkiem Sobiesława nie stawili się z drużynami na wezwanie. Nie wiedział niestety, że Sobiesław zdradę mu szykuje. Postanowił stawiać opór na brodach, a gdy wróg przejdzie jednak Wisłę, bronić się mieli dalej po lasach. W Płocku ostawił z silną drużyną wiernego Wilkomira. Wiedział, że ten prędzej legnie, niż gród podda.
Tymczasem pod samym Płockiem na łęgach i polach powstał duży obóz wojów. Ciągnęli tu na wici leśni osadnicy, zwykli do oręża, bo na tury, żubry i niedźwiedzie z włócznią iść nie było im nowiną. Brody wszystkie były już  obsadzone, ale wroga nie spodziewano się jeszcze. Nagle jednego wieczora w pierwszym tygodniu sierpnia do brodu przypędzili zwiadowcy z wieścią, że Kazimierzowe wojsko już nadchodzi. Zamęt się zrobił, bo Pomorców jeszcze nie było, a i wszyscy Mazowszanie także jeszcze nie dotarli pod Płock. Tymczasem Kazimierz już następnego ranka zaatakował bród przy samym wzgórzu tumskim i mimo strat słał hufiec za hufcem do przeprawy. Mazowszanie skupili się więc na obronie brodu, a dowodził nimi sam Masław. Nagle obrońcy usłyszeli tętent tysięcy kopyt. Z boku, z prawej strony natarła na nich polańska jazda. To Sobiesław, mający strzec brodu przy kępie ośnickiej, dużej wyspie na Wiśle, po cichu tysiąc pięćset ciężkozbrojnych konnych wojów Kazimierza przeprowadził przez bród. Atak był tak niespodziewany, że obrońcy poszli w rozsypkę. Skorzystał z tego Kazimierz i resztę wojsk przeparł na drugi brzeg. Zawrzała tam zacięta bitwa. Mazowszanie w większości byli bez koni, a i konni nie zdołali schronić się do lasów. Otoczeni jazdą walczyli mężnie. Ale przewaga była po stronie najeźdźcy. Potem doskoczyła na nich i piechota, która przebrnęła bród. Bitwa zmieniła się w rzeź Mazowszan, a pola pod Płockiem spłynęły ich krwią. Dzielnie do końca walczył kneź Masław. Ubił nie jednego polańskiego woja. Wreszcie zaatakowany z kilku stron równocześnie, kłuty włóczniami i bity mieczami martwy spadł z konia. Nie próbował uciekać, choć mógł. Na koniec, gdy pozostali przy życiu  Mazowszanie byli już wyczerpani lub ranni, bitwa ucichła. Połowa ich legła, z reszty mało kto był bez rany. Wzięto ich w pęta. Utracili nie tylko Mazowsze, ale i wolność. Wszyscy zostali niewolnymi możnowładców zwycięskiego Kazimierza.

Jeszcze tego samego dnia rozpoczęło się oblężenie Płocka. Wilkomir stawiał opór przez trzy tygodnie, ale w końcu gród padł. Dowódcę obrony znaleźli najeźdźcy martwego na wałach. Nie wiadomo było jednak, czy zginął z rąk wroga, czy  z własnej ręki, widząc padający gród. Wcześniej jeszcze, zaraz po zakończonej zwycięskiej bitwie, silny hufiec jazdy i pieszych wysłał Kazimierz naprzeciw wojskom Jarosława. Miał wziąć w kleszcze drugą połowę mazowszańskich wojsk. I je rozbito, tym bardziej, że dowiedziały się już o klęce pod Płockiem i śmierci Masława. Z resztą wojsk czekał Kazimierz na Pomorców idących Masławowi na pomoc. Zaatakował ich, gdy nieświadomi niebezpieczeństwa wysypali się z lasów niedaleko Płocka. Zawrzała krótka bitwa, ale Pomorce widząc przewagę Polan wycofali się i wrócili na Pomorze. Wojska Kazimierza ruszyły za nimi, ale na granicy Pomorza na linii Nakła, Wyszogrodu i Świecia zostały powstrzymane i odrzucone. I choć niektórym możnowładcom pomorskim w okolicach Gdańska, mającym polańskich swojaków marzyła się służba u Kazimierza i dziedziczność ziem, bali się jednak buntu miejscowej ludności, która ni Piastów, ni Niemców, ni Polan, a zwłaszcza kapłanów hebrajskiego boga nie chciała. A tych wlókł za sobą wszędzie rychezowy pomiot.

Po zdobyciu Płocka Kazimierz natychmiast udał się na tumskie wzgórze. Rozkazał wykopać sterczący z ziemi kikut pnia świętego dębu i wrzucić go razem z ofiarnym głazem do rzeki. W dziurę po korzeniach dębu wkopać kazał ogromny, znienawidzony przez Mazowszan krzyż jako widoczny z daleka znak jego panowania. I jeszcze tego dnia rozpoczęto na jego rozkaz budowę drewnianego kościeła. Połowę wzgórza oddał kościełowi, na drugiej miał stanąć kneziowy dworzec.

Po rozbiciu wszystkich mazowszańskich wojsk Kazimierz swoim namiestnikiem i wojewodą Mazowsza ustanowił zdrajcę Sobiesława. Możnowładcom przyznał takie same przywileje jakie mieli możni w całym jego państwie. Nakazał tępić pogaństwo, wycinać święte drzewa i całe gaje oraz niszczyć pogańskie uroczyska. A że nadal ściągał z Niemiec kler, niemałą jego część słał do Mazowszan. Ale jeszcze długo ginęli w lasach bez śladu kapłani hebrajskiego boga i kościelne pachoły, jeśli nierozważnie bez większtej eskorty tam się zapuścili. Odbudować też kazał opuszczone od lat grody graniczne z Prusami i Jaćwieżą i obsadził je wojami. Najazdy graniczne, które w czasach Bolesława Pogańskiego i Masława ustały, znów rozgorzały na granicy Mazowsza.
O samym zaś Masławie lud przez wieki jeszcze pamiętał i czcił go, choć jego imię i pamięć o nim zeszmacić chcieli krystowierczy propagandziści i robią to do dzisiaj. Szukając materiałów o Masławie znalazłem haniebny obraz przedstawiający na podstawie obrzydliwych wymysłów Wincentego Kadłubka domniemaną śmierć Masława z rąk pogańskich Prusów.
.

.
A przecież pogańscy Prusowie znani byli z gościnności. Ratowali rozbitków morskich i bronili napadanych przez piratów. Nienawidzili natomiast prących na ich ziemie wyznawców hebrajskiego boga. Nienawidzili też Piastów. Pamiętali nasłanego przez „chrobrego” fanatyka Vojtecha, który splugawił ich święty gaj, co przypłacił życiem. Masław, o czym Prusowie wiedzieli, osłaniał ich granice właśnie przed wściekle katolickim niemco-piastem Kazimierzem. Gdyby więc przeżył bitwę i zbiegł do nich, nie tylko by udzieli mu schronienia, ale jeszcze pod jego komendą najeżdżaliby podbite Mazowsze. Rację ma autor opracowania o Masławie pisząc:
.
„Miecław zginął w trakcie działań wojennych roku 1047 (być może w trakcie bitwy) i późniejsza tradycja o jego śmierci na szubienicy z rąk mszczących się Prusów wydaje się mało prawdopodobna i ma charakter… moralizatorski (jest przedstawiana jako kara za grzech pychy).”
http://www.poczet.com/mieclaw.htm
.
Epilog
.
Podbite siłą przez Kazimierza Mazowsze, choć nadal pod rządami Piastów, wykorzystało rozbicie dzielnicowe do uzyskania częściowej przynajmniej samodzielności. Oparło się zapędom Łokietka i Kazimierza III i nie dało się „zjednoczyć” z resztą piastowskich ziem. Tyle, że samo uległo dalszemu rozdrobnieniu dzieląc się okresowo na dwa, a nawet trzy oddzielne mini-księstwa. Ostatnie z nich, warszawsko-czerskie, zostało inkorporowane do Korony dopiero w roku 1526 przez Zygmunta I zwanego „starym”.
Niezwykły zaszczyt spotkał za to Warszawę. W okresie wczesnopiastowskim na terenie dzisiejszej Warszawy istniało kilka małych rybackich osad. W II połowie XIII wieku powstała osada Warszowa. Na przełomie XIII i XIV wieku otrzymała prawa miejsckie. Od 1413 była stolicą Księstwa Mazowieckiego – jednego z trzech mini-księstewek, na jakie podzielone było Mazowsze. Oficjalnego przeniesienia stolicy Królestwa Polskiego z Krakowa do Warszawy nie było nigdy. Na przestrzeni ok. 40 lat do Warszawy przeniósł się sejm walny i urzędy centralne. Tu odbywały się od 1573 roku wolne elekcje. Na koniec w roku 1611 przeniósł na stałe do Warszawy dwór królewski szwedzki przybłęda Zygmunt III Waza, zabiegający o odzyskanie dla siebie korony szwedzkiej, a samej Szwecji dla papiestwa i katolicyzmu. Z Warszawy łatwiej było mu niż z Krakowa obserwować wydarzenia w Szwecji.
Mało który z piastowskich książątek dzielnicowych Mazowsza zapisał się czymś ważnym dla historii nie tylko jego dzielnicy, ale i całego piastowskiego/jagiellońskiego państwa. Na czoło wysuwa się spośród nich arcyszkodnik Konrad Mazowiecki.
.

.
Gorliwie najeżdżał Prusy chcąc je podbić i narzucić im krzyż hebrajskiego boga. A gdy Prusowie bronili się dzielnie, odpowiadając najazdami za najazdy, organizował z ramienia papiestwa krucjaty pruskie, sprowadził cystersów i ich twór – „braci dobrzyńskich”, a na koniec niemieckich krzyżaków, których topory zawisły nie tylko nad Mazowszem, ale nad wszystkimi sąsiadami. Przepoczwarzone w 1525 roku w księstwo Prus państwo krzyżackie po wyrwaniu się z lenna wobec Korony najgorliwiej parło do rozbiorów słabnącej Rzeczypospolitej. Na koniec zagarnęło na ponad sto lat nie tylko Pomorze Gdańskie (Zachodnie było już w niemieckich łapskach) i część Mazowsza, ale i kolebkę piastowskiego państwa – Wielkopolskę.
.

.
Tyle dała Mazowszu, Piastom, Jagiellonom i Unii Litewsko-Polskiej religijna gorliwość i służba interesom kościoła Konrada Mazowieckiego. To kolejny obok „chrobrego”, „krzywoustego” i rychezowego pomiotu – „odnowiciela”, arcyszkodnik z rodu Piastów.
.
Na koniec jeszcze uwaga odnośnie nagłówka legendy mapy rozbiorowej. Pisze w nim „Rozbiory Polski”, choć to nie Polska a wielonarodowa Rzeczypospolita została pokrojona w trzech etapach jak tort przez trzech Niemców (caryca Katarzyna była rodowitą Niemką). Polskojęzyczna ludność Rzeczypospolitej przed I rozbiorem stanowiła ok. 40 % mieszkańców, a tereny „etnicznie” Polskie (będące na stałe w wiekach X-XIV w rękach Piastów) stanowiły nie więcej niż 20 % powierzchni Rzeczypospolitej. Więc tylko szowinista może wielonarodową Rzeczypospolitą nazywać Polską. Inna rzecz, że  główna wina za rozbiory spada na polską sfanatyzowaną szlachtę i „polski” kościół, który odurnionej skatoliczonej szlachcie wmówił, że obrona supremacji żydogenngo katolicyzmu w Rzeczypospolitej jest jej racją stanu. I broniąc supremacji żydo-katolicyzmu wpędziła durna skatoliczona szlacha polska Rzeczypospolitą do grobu. Niestety nie wylądował w nim razem z nią żydo-katolicyzm i nadal szkodzi Polsce i ogłupia miliony rodaków.
.
opolczyk
.
.
.
.
Reklamy