Opowieść Piastowska o Bolku, który hebrajskiej wiary nie chciał – lata 1034-1038

.

„Kazimierz Odnowiciel wracający do Polski” – znany obraz Wojciecha Gersona.
Wstydliwie ukrył na nim autor ledwo widoczny po lewej stronie hufiec ciężkozbrojnych Niemców.

.

Kolejny, podobny i dużo mniej znany obraz tegoż samego autora a raczej jego fotografia. Tu już widać, że nie był to powrót pokojowy a podbój na czele wojska. Niemieckiego, rozumie się…

.

Gdy zmarł Mieszko II, zamęt zrobił się w piastowym państwie. Wyznaczonego przez niego na następcę pierworodnego Bolka nie uznał ani niemiecki kler, ani wielu możnowładców. Wysłali oni posłów po Rychezę przebywającą w Niemczech, by powróciła do kraju i w imieniu nieletniego Kazimierza objęła regencję. Inni możni posłuszni woli zmarłego, uznali w Bolku władcę. Nad krajem zawisła groźba wojny domowej. Skorzystali z tego Mazowszanie. Wyznaczony przez zmarłego króla na rządcę Mazowsza Miecław zwany Masławem zwołał wiec, ogłosił na nim zrzucenie zwierzchnictwa Piastów, po czym wybrany został kneziem.
Zmarły Mieszko nie miał łatwego życia. W młodości pokochał Dobrosławę, zwaną Dobrochną, którą poznał podczas łowów w osadzie na skraju puszczy. I chociaż był okrzczony, połączyli się słowiańskim obrzędem, gdyż ona nie chciała ślubu w kościele. Przed ojcem Mieszko ukrywał ten związek, gdyż zarozumiały Bolesław chciał go wydać za jakąś księżniczkę niemiecką, by mieć u Niemców sojusznika, ale z powodu długich wojen z cesarzem plany te uległy zwłoce. W międzyczasie Dobrochna urodziła syna, którego przy postrzyżynach nazwali Bolkiem. Kilka lat później ojciec wyswatał Mieszkowi Rychezę, z którą przybyło do kraju Piastów wielu niemieckich kapłanów. Była to dumna Niemka, córka palatyna reńskiego Ezzona i Matyldy, siostry cesarza Ottona III. Gardziła Słowianami i postanowiła podporządkować Niemcom piastowski kraj. Wkrótce i ona urodziła syna, którego przy krzcie nazwali Kazimierzem. Rycheza w nim właśnie widziała następcę po mężu. Wychowywała go po niemiecku w nienawiści i pogardzie do Słowian. Tymczasem tuż po śmierci ojca Mieszko, mający wtedy 35 lat, zmuszony był tłumić pogański bunt. Na wieść bowiem o śmierci tyrana i okrutnika zwanego „chrobrym”, uradowany tym lud podniósł głowę niepomny kar, jakie trzy lata wcześniej spadły nań podczas poprzedniego buntu. I tym razem rpuruch został krwawo stłumiony. Szczególnie zajadle tępił go niemiecki kler i Rycheza. Zaraz po stłumieniu buntu, bez zgody cesarza, Mieszko ukoronował się. Razem z nim arcybiskup Hipolit nałożył królewską koronę Rychezie. Tak więc pierwszą koronowaną królową państwa Piastów była nienawidząca Słowian Niemka.
Po śmierci ojca Mieszko jawnie zaczął odwiedzać słowiańską żonę Dobrosławę i spędzał z nią wiele czasu, czego wcześniej nie mógł robić. Chciał ją nawet sprowadzić na królewski dwór, ale ona się na to nie zgodziła. Nakazał więc wybudować dla niej w pobliżu Poznania w lesie warowny gródek. Rycheza naturalnie dowiedziała się o niej i jej synu, starszym od Kazimierza i znienawidziła oboje. Mieszko zaś dowiedziawszy się o nienawiści Rychezy do Dobrosławy i Bolka, nakazał ich pilnie strzec.
Pierwsze lata po stłumieniu pogańskiego buntu Mieszkowi jako władcy sprzyjało szczęście. Niszczycielsko najechał Saksonię, a po drodze i obrzeża Wieletów. Odwetową wyprawę cesarza odparł bez strat terytorialnych. A że na Rusi, u Madziarów i w Czechach trwały akurat niepokoje i wewnętrzne walki o władzę, granice z tymi krajami były bezpieczne. Tylko z Rychezą trwał w narastającym konflikcie. Poszło o ich syna Kazimierza, którego Mieszko wbrew jej woli oddał do klasztoru, gdyż od śmierci ojca przygotowywać zaczął do objęcia po nim tronu pierworodnego Bolka. Rycheza zaś w jej Kazimierzu widziała następcę tronu a nie mnicha.
Kilka względnie spokojnych lat panowania Mieszka dobiegło jednak końca. Zbiegły z klasztoru we Włoszech starszy przyrodni brat Bezprym wspólnie z młodszym rodzonym bratem Ottonem uknuli przeciwko Mieszkowi spisek. Chcieli zrzucić go z tronu i podzielić się władzą i państwem. Zwrócili się o pomoc do ruskiego Jarosława, który akurat umocnił się w Kijowie, oraz do Rychezy i cesarza o wspólny ich najazd z dwóch stron równocześnie na Mieszka. W kraju Polan trwały gorączkowe przygotowania do odparcia napaści, zakłócone kolejnym pogańskim buntem, który wybuchł na ziemiach przyznanych Rychezie przez króla jako ślubna oprawa. Wprowadziła ona i przybyli z nią niemieccy kapłani w oddanych jej i kościołowi taki ucisk, że lud kolejny raz podniósł głowy. Z Rusi za pomocą posłańców bunt ten podżegał jeszcze Bezprym, chcąc utrudnić Mieszkowi przygotowania do obrony. Nie zdały się one rzeczywiście na nic. Gdy od wschodu uderzyła na jego kraj Ruś, a od zachodu cesarz, zmuszony został do ucieczki do Czech. Chaos u Polan i upadek władzy Mieszka wykorzystał czeski następca tronu Brzetysław, który zajął Morawy, oraz węgierski Stefan, który najechał Słowaczyznę. Mieszka w Czechach uwięził Oldrzych, którego z niemiecka nazywano Udalrykiem. Gdy Mieszko zbiegł do Czech, Rycheza zabrawszy ze sobą koronę swoją i męża wyjechała do Niemiec. A w kraju władzę przejął Bezprym, który brutalnie tłumił podżegany wcześniej przez siebie pogański bunt oraz prześladował stronników zbiegłego Mieszka. Ze współspiskowcem Ottonem nie zamierzał dzielić się władzą. Ostatecznie zginął po roku od przejęcia władzy z ręki nieznanego skrytobójcy.
Gdy zmarł Bezprym i Rycheza akurat szykowała się do powrotu do polańskiego kraju, aby objąć władzę w imieniu jej syna, Oldrzych robiąc jej i cesarzowi na złość wypuścił Mieszka z niewoli. Ten po powrocie do kraju do końca stłumił z pomocą kleru i wiernych mu możnowładców pogański bunt. Jednak kraj, do którego Mieszko powrócił, był już całkiem inny. Utracone zostały marchie Łużycka i Miśnieńska na zachodzie, Morawy i Słowaczyzna na południu i grody czerwieńskie na wschodzie. Zniszczony też był kraj przez obce najazdy i pogański bunt, oraz walkę Bezpryma z jego stronnikami. Wiedział o słabości mieszkowego państwa cesarz i zagroził  kolejnym najazdem, jeśli nie zrzeknie się on królewskiej korony, nie uzna siebie lennikiem i nie podzieli państwa z młodszym bratem Ottonem oraz wnukiem po Odzie, żonie Mieszka I, Dytrykiem. Mieszko przyjął te warunki, gdyż był za słaby, by odeprzeć ewentualny cesarski najazd. Na jego szczęście Otto zmarł już po roku, a Mieszko nie pytając cesarza o zgodę zagarnął jego dzielnicę, po czym zajął i trzecią, na objęcie której Dytryk nie przybył jeszcze z Niemiec. Cesarz był wściekły, ale miał akurat ważniejsze sprawy  do załatwienia na zachodniej granicy i w Italii. Wykorzystał to Mieszko i zbierał siły, by zrzucić narzuconą mu lenną zależność. Zawarł też antyniemiecki sojusz z Wieletami. Widziała to wszystko Rycheza i naciskała na cesarza, by najechał Polan, nim jej mąż umocni się, ale ten zbył ją z niczym, bo nie brakowało mu jeszcze ważniejszych trosk.
I tak nastał  rok 1034.
Na początku wiosny Mieszko nagle zachorował. Podejrzewano, że ktoś z jego dworu, po cichu sprzyjający Rychezie, sypał mu truciznę do jadła. Słabnący z dnia na dzień król postanowił na wszelki wypadek zabezpieczyć koronację Bolka. Korony jednak w kraju nie było, bo zabrała ją do Niemiec Rycheza. Przez co nakazał złotnikom sporządzić duplikat. Nie było jednak też koniecznego do koronacji arcybiskupa, gdyż po śmierci Bożęty nie znalazł król ani jednego kandydata na to stanowisko, do którego miałby zaufanie. Wezwał więc  poznańskiego biskupa, Niemca Ederama, ale ten odmówił wprost dokonania po śmierci Mieszka koronacji Bolka:
– Niewdały on jest, ze związku, którego święty kościół nie pobłogosławił, przeto królem ostać nie może.
Mieszko był zły, że niemiecki biskup, żyjący na polańskim chlebie, odważył się mu wprost odmówić. Posłał więc po biskupa krakowskiego, Włocha Rachelina. Wiedział, że nie cierpi on Niemców za ich panoszenie się u Polan i za samowolę cesarzy w Italii.
– Spełnię wolę waszej miłości, jeno nie wiem, kto tę koronację uzna. Ni papież, ni cesarz, ni niemiecki kler, co tu siedzi, ni wielu możnowładców. Ale zrobię jako wola waszej miłości – obiecał Rachelin.
Mieszko zmarł w maju 1034 roku. Zgodnie z jego wolą Rachelin krótko później koronował w pozbawionym arcybiskupa Gnieźnie Bolka na króla.
Bolko młodość spędził w lesie, najpierw w rodzinnej osadzie matki, później w wybudowanym dla niej gródku leśnym koło Poznania. Dopiero po śmierci dziada „chrobrego” ojciec wziął go do siebie i zaczął przygotowywać do sprawowania władzy i do prowadzenia wojen. Najlepiej jednak czuł się Bolko nie na dworze, a wśród żyjącego po pogańsku prostego leśnego ludu. W czasie gdy ojciec przebywał w czeskiej niewoli, udał się za Odrę do Połabian, gdzie zaprzyjaźnił się z Nakonem, jednym z wieleckich wodzów i razem najeżdżali Niemców. Wrócił do kraju, gdy doszły go wieści, że ojciec zwolniony został z czeskiej niewoli i jest już w domu.
Po koronacji Bolko koronę zostawił w Gnieźnie i wrócił do Poznania. W międzyczasie niemiecki kler i zwolennicy Rychezy i Kazimierza słali po nią do Niemiec, by jako królowa wróciła i objęła rządy w imieniu Kazimierza, dopóki ten nie zostanie zwolniony z zakonnych ślubów. Niemka skorzystała z oferty, wróciła z Kazimierzem do kraju Polan i osiadła w Gnieznie otrzymanym wcześniej od zmarłego męża jako część jej oprawy. Już wcześniej wysłała poselstwo ze złotem do Rzymu, by wykupić u papieża zwolnienie jej syna z klasztoru. Niecierpliwie czekała teraz jego powrotu, szykując syna do objęcia władzy z cesarskiej łaski. Nad krajem zawisła groźba wojny domowej. Część możnowładców, których zmarły Mieszko za wierną mu służbę nagradzał dostojeństwami i nadaniami, opowiedziało się po stronie Bolka. Inni, pomijani w dostojeństwach i nadaniach stanęli po stronie Rychezy, mającej też poparcie w zdominowanym przez Niemców kościele w państwie Piastów. Bolesława uważali za nieślubnego bękarta, nie mającego prawa do dziedziczenia władzy. I obawiali się go. Znali jego zażyłość z prostym, żyjącym po pogańsku ludem, z czym ten wcale się nie krył. Znali też jego wrogość wobec kościoła. Nie jeden raz otwarcie przyganiał Mieszkowi, ustępującemu we wszystkim naciskom biskupów, że co to za król, którym biskupi rządzą. I na głos mówił mu, że jeśli nie chcą go słuchać, to powinien ich wypędzić. Tak więc biskupi i kapłani wiedzieli, co ich spotkać może, gdyby Bolko przy władzy się utrzymał. On tymczasem nakazał poznańskiemu żupanowi zwołać u wałów grodu całą okoliczną ludność ze wszystkich osad i opoli. Lud przyszedł tłumnie, gdyż lubił Bolka. Ale to co usłyszał, wprawiło go w osłupienie i w ogromną radość. Bolko bowiem ogłosił, że na wszystkich ziemiach nie nadanych możnowładcom i kościołowi, nad którymi on ma władzę, przywraca starych bogów, stary obyczaj i wiece dla ludności. Likwiduje ponadto poddaństwo, daniny i powinności. Przywraca wspólnotę ziemi oraz prawo bicia w lasach zwierza i łowienia w wodach ryb. Obwieszczenie to było ogromnym zaskoczeniem dla wszystkich, także dla wspierających go możnowładców, którym zmierzchły twarze. Obawiali się zbiegostwa własnych poddanych na ziemie bolkowe.
Następnie Bolko nakazał osadom i opolom wybrać starszyznę, z którą chce omówić dalsze sprawy. Pierwszy raz w królewskiej siedzibie w Poznaniu obok kilku możnowładców w naradzie uczestniczyli ludzie wybrani na wiecach w osadach. Bolesław otwarcie powiedział, że nie chce doprowadzić do wojny domowej, gdyż osłabi to i tak słaby kraj i sprowokuje wrogich mu sąsiadów, zwłaszcza Niemców, do najazdu. Nakazał starszyźnie ludu, by pod żadnym pozorem nie najeżdżali ziem możnowładców stojących po jego stronie. Natomiast jeśli zechcą wesprzeć uciskanych w dobrach kościelnych i możnowładczych jego przeciwników, karać ich za to nie będzie.Uznał też samodzielność Mazowszan i Pomorców, wysyłał do nich posłów i zawarł z nimi sojusz antyniemiecki.

Na wieść o przywróceniu starych bogów lud zburzył i spalił wszystkie kościoły na polańskich ziemiach królewskich i zrąbał wszystkie krzyże. Jedynie w większych grodach, których atakowania Bolko także zakazał, kilka kościołów ocalało. Ale już na podgrodziach splądrowano wszystkie. Nienawiść, jaka gromadziła się u ludzi od dziesięcioleci, wyładowana została na opuszczonych przez przerażony kler budynkach kościełów.

Tymczasem w dobrach kościelnych, na ziemiach przyznanych Rychezie i w dobrach jej popleczników narastał ucisk prostego ludu. Na co ten począł się burzyć. A gdy ciemiężcy siłą zaczęli tłumić wybuchy niezadowolenia, ludność z ziem bolkowych ruszyła uciskanym na odsiecz. Niekiedy nawet sam Bolko na czele gromad pustoszył dobra kościelne i rychezowe, zabierając na koniec uciskaną ludność na swoje ziemie. Na skargi wrogich mu kościelnych i świeckich dostojników, żądających karania gromad najeżdżających ich ziemie odpowiadał śmiejąc się szyderczo:
– Wolny jest ten lud i ma prawo brać co jego.
A gdy jednego razu niemicki biskup Ederam zagroził Bolkowi kościelną klątwą, ten wybuchł głośnym śmiechem i rzekł:
– Tyla ja dbam o wasze klątwy ile wy o los tutejszego ludu. Możecie mnie wyklinać dzień w dzień. Plwam na to.
Kończąc wskazał ręką biskupowi drzwi.
Drużyna Bolka powoli rozsypała się. Nie dbał zresztą o nią, danin nie ściągał, wojów nie utrzymywał. Odchodzili szukać służby u możnowładców, a nawet za granicą. Bolko nie martwił się tym. Lud zbroił się w topory, włócznie, łuki, a nawet miecze, które kuto w opolnych i podgrodowych kuźniach. Nie było to wprawdzie wojsko równie sprawne jak zawodowi woje, ale było ich o wiele więcej.
Choć danin nie ściągał, na biedę i głód Bolko nie skarżył się. Lud znosił jemu i garstce jego wiernych towarzyszy wszystko potrzebne do życia.
Pod  koniec roku 1034 nasiliły się bunty uciskanej ludności w dobrach wrogów Bolka, co skutkowało większymi jeszcze najazdami zbrojnych gromad z królewskich ziem w obronie gnębionych. Każdorazowo pustoszono coraz więcej dóbr kościelnych i rychezowych. W końcu Rycheza czując zagrożenie, a nie doczekawszy się powrotu poselstwa z Rzymu, zbiegła z synem do Niemiec. Wywołało to popłoch niemieckiego kleru i jej stronników. Pachołków kościelnych mało co już przy życiu zostało, gdyż tych tępił lud z największą zaciekłością. Większość kleru pochowała się w silnie warownych grodach stronników Rychezy lub w ich rozległych dobrach. I one były najeżdżane, ale ich dzierżawcy wspierali się i szli atakowanym z pomocą. Dopiero w zimie walki te ucichły.
Przez następne trzy lata sytuacja niewiele uległa zmianie. W kraju Polan i Goplan na ziemiach królewskich lud żył po staremu, czcąc swoich bogów, wolny od poddaństwa i pańszczyzny. Rozległe dobra stronników Bolka nie były najeżdżane, a ich właściciele sami złagodzili daniny i powinności, aby odsunąć widmo buntów i rozłamu z Bolkiem. Wzmocnili jednak straże aby uniemożliwić zbiegostwo, które z czasem zanikło, bo i ucisk w tych dobrach zelżał. Natomiast ziemie kościelne i rychezowe zostały spustoszone.  Ale lud wracał na nie powoli, gdyż nie miał go już kto na nich uciskać. Niemniej w rękach stronników Rychezy pozostały jeszcze obszerne dobra i silne ich grody, bronione przez silne drużyny. Ludności tylko było tam mało, bo zbiegała masowo.
U Wiślan dosyć spokojnie było. Bolko nie ingerował w ich sprawy zostawiając je Starżom piastującym wszystkie naczelne funkcje i stanowiska. Oni sami także złagodzili ucisk i nie tępili jawnie odrodzonego pogaństwa, choć bronili i osłaniali kler przed atakami ludu. Podobnie było u Ślężan, którzy nieomal samodzielnie decydowali o sobie. Bolko skupił uwagę na możnowładcach polańskich będących stronnikami Rychezy i Kazimierza. Dla niego najważniejszy był kraj Polan.
A lud cieszył się, kochał Bolka i pieśni o nim śpiewał:
.
Bolko Bolko ty nam strażą
Dobrzeć z tobą tu na Jawii
Niech ci nasze bogi darzą
Bo lud już cię wszędy sławi
.
Lud rzeczywiście sławił a nawet czcił Bolka. Przywrócony przez niego stary obyczaj znał jedynie z opowiadań starszych ludzi. I nie miał już nadziei na jego powrót. A tymczasem Bolko tenże obyczaj przywrócił. Znów można było czcić swoich bogów, świętować po staremu, wspólnie uprawiać ziemię bez danin i powinności, polować można było w lasach i łowić ryby. Wróże, wiedźmy, wiedźmini i żercy nie musieli już kryć się po komyszach. I wydawało się ludowi, że tak pozostanie już na zawsze.
Tymczasem Rycheza z Niemiec pilne obserwowała, co dzieje się u Polan. Zwolnienie ze ślubów zakonnych dla Kazimierza uzyskała u papieża, choć kosztowało ją to dużo złota. Teraz musiała jedynie pozbyć się Bolka. Zwołała więc kilkunastu  pachołów, którzy służąc jej, gdy mieszkała u Polan, nauczyli się ich języka. Obiecała wielką nagrodę tym, którzy go zgładzą. Wiedziała wszak, że Bolko lubi włóczyć się po lasach, często mając przy sobie ledwie jednego czy dwóch towarzyszy. I to właśnie chciała wykorzystać. Znalazła sześciu chętnych, zaopatrzyła ich w złoto i wysłała za Odrę. Pozostałych nakazała swojemu komornikowi po cichu wytruć. Bała się, że mogliby wygadać jej zamiary.
Wysłani na Bolka siepacze mieli szczęście. Nie musieli nawet natarczywie wypytywać, by dowiedzieć się, że siedzi w Poznaniu. Dotarli tam przebrani po słowiańsku i czekali.
Nastał rok 1038…
Było to jakiś miesiąc po zimowych Godach, gdy Bolko postanowił, korzystając ze spokoju, odwiedzić zaprzyjaźnionych Wieletów. Pogoda była dobry, mróz trzymał, a lasy okryte były śnieżną okiścią. Pewnego ranka ruszył więc z dwoma tylko towarzyszami na zachód. Nie zauważyli, że podążyło ich tropem sześciu ludzi.
Bolko jechał przodem, a o kilka kroków za nim podążali Przezmir i Gocław, jego towarzysze jeszcze z dziecinnych lat, gdy mieszkali obok siebie w leśnej osadzie i razem jako wyrostki polowali na ptaki. Na pierwszy nocleg zjechali z gościńca, wyszukali w lesie polankę, postawili dla siebie i dla koni dwa oddzielne szałasy, do jednego wprowadzili i nakarmili konie, po czym rozpalili duże ognisko, pożywili się i poszli spać. Gdy już zasnęli, ognisko przed ich szałasem nadal jeszcze się paliło. Śpiący nie słyszeli kroków skradających się sześciu siepaczy. Dwóch z nich z napiętymi łukami zostało na zewnątrz, czterech pozostałych z kordami w rękach weszło do szałasu. Dwóch podeszło do Bolka a pozostali po jednym do jego towarzyszy. Nagle, jakby wiedziony złym przeczuciem rozbudził się Gocław i widząc sylwetki napastników głośno krzyknął. Zbudziło to jego towarzyszy, a że mieli miecze przy sobie, w szałasie zawrzała walka.
Zaatakowany przez dwóch napastników Bolko został ciężko zraniony, ale zdążył zabić jednego i ciężko ranić drugiego. Przezmir także ciężko zranił napastnika, ale i sam został przez niego cięty w szyję. Jedynie Gocław odparował napastnika otrzymując niezbyt groźne cięcie w ramię. Atakujący go siepacz widząc, że trzech jego towarzyszy leży już na ziemi, a stojący przed nim Polanin trzyma w ręku miecz, odwrócił się i wyskoczył z szałasu. Zapomniał jednak o dwóch łucznikach czekających na zewnątrz. A ci nie patrząc, kto wybiega z szałau, wypuścili w niego strzały zabijając go na miejscu. Nim spostrzegli się w pomyłce i nim sięgnęli po następne strzały, jeden z nich z rozpłataną głowa upadł na ziemię. To Gocław, który tuż za uciekającym siepaczem wyskoczył z szałasu, dostrzegł łuczników i pierwszemu z nich rozłupał czaszkę. Drugi widząc to odwrócił się i uciekł w las.
Gocław nie ścigał go, tylko biegiem wrócił do szałasu. Dopadł do leżącego Bolka. Ten jednak już nie żył. Obok niego rzęził konający Przezmir. Jęczało też dwóch ciężko rannych napastników. Trzeciego, nim sam zginął, zabił Bolko. Gocław doskoczył do Przezmira. Ten zaś zapytał go słabnącym głosem:
– Co… z… Bolkiem?
– Legł…
Umierający Przezmir szeptał z wysiłkiem, charcząc tak, że towarzysz ledwo mógł go zrozumieć:
– Bieżaj… do… Poznania, uwiadom… naszych… Bolka trza… do Naw… Nagle zamilkł, wyprężył się i zmarł nie dokończywszy zdania.
Gocław dobił rannych napastników, wypadł z szałasu, wpadł do drugiego, wyprowadził konia, dosiadł go i ruszył spowrotem do Poznania. Nagle bzyknęła strzała i ugodziła go w bok. To ostatni napastnik zaczaił się na niego. Ugodzony strzałą nie ścigał jednak napastnika. Chciał jak najszybciej dotrzeć do Poznania.
Ostatni siepacz także nie ścigał uchodzącego. Po jego odjeździe wszedł do szałasu, upewnił się że Bolko nie żyje, zdjął mu z palca królewski pierścień, ukrył go w zanadrzu, odszukał swojego konia i pognał na zachód. Po kilku tygodniach dotarł do Rychezy. Przyjęła go serdecznie, zaprosiła do swej komnaty, usadowiła za stołem i sama dolewała mu wina i podsuwała jadło. Za pierścień zabitego Bolka dała pachołkowi ogromny trzos ze złotem. Na koniec służba odprowadziła go do przeznaczonej dla niego komory. A że był zmęczony zarówno forsowną drogą, jak i winem, jakim go Rycheza ugościła, położył się spać. Ale z tego snu już się nie obudził.  Trucizna w winie zatarła ostatni ślad prowadzący do Rychezy, jako odpowiedzialnej za zasadzkę na znienawidzonego przez nią Bolka.
Gocław natomiast, po umknięciu ostatniemu siepaczowi, mimo kolejnej rany i strzały wbitej w bok, popędzał konia. Jednak gdy wyjechał na gościniec zaczął słabnąć na skutek utraty krwi. W końcu nieprzytomny oparł głowę na karku konia. Ten zaś słysząc z daleka z przodu wilki zszedł z gościńca i ruszył lasami, gdzie go poniosły oczy. Jak długo ta jazda trwała, nieprzytomny Gocław nie wiedział. Na szczęście jego koń zwietrzył dymy smolarzy i ruszył w tamtym kierunku. U smolarzy mieszkał Chwalibóg, syn Sambora, który to przed wielu laty, po spaleniu przez kapłańskich pachołów ich osady, udał się po Radzima do Mazowszan prosząc go o pomoc. Na pamiętkę po zamęczonym wtedy wróżu przy postrzyżynach otrzymał od ojca jego imię. Chwalibóg opatrzył nieprzytomnego Gocława, który przez kilka tygodni nie odzyskiwał świadomości. Dopiero gdy zbliżała się wiosna, odzyskał przytomność i opowiedział o zamachu i o śmierci Bolka.Usłyszawszy to Chwalibóg zerwał się, osiodłał konia i chociaż roztopy utrudniały jazdę, pognał co sił do Poznania. Wieść o śmierci umiłowanego Bolka wywołała wstrząs i wzburzenie. Wielu jego towarzyszy ruszyło odszukać w lesie jego szczątki. Odnaleźli dwa szałasy, a w większym wiele ogryzionych przez wilki końskich kości. W mniejszym znaleziono ledwo kilka kości, strzępy odzieży i broń. Resztę kości poległych rozwlokły wilki. Znalezione szczątki, choć nie wiedziano czyje były, pochowano z wielką czcią w leśnym uroczysku.
Tymczasem wiadomość o zabiciu Bolka przez nasłanych siepaczy rozlewała się coraz szerzej. Nikt nie miał wątpliwości, że nasłała ich Rycheza, być może wspólnie z niemieckim klerem. Pod Poznań ciągnęły ogromne zbrojne gromady. Pomny napomnień zabitego, zbrojny lud w spokoju zostawił dobra jego stronników. Ale z wściekłą zajadłością ruszył na majątki stronników Rychezy, a nawet na silne ich grody, choć Bolko im tego odradzał. W wielu miejscach na polańskiej ziemi zawrzała walka i lać się zaczęła krew. Zwłaszcza przy atakach na grody, niedoświadczony w ich zdobywaniu lud ginął tysiącami. Ale inni, nie bacząc na śmierć darli się dalej na wały. Kilka grodów oblegający mimo ogromnych strat zdobyli. Rozrywali na strzępy kapłanów, kościelnych pachołów i służbę oraz możnowładców i wojów. Jedynie prosty lud zostawiali w spokoju, Następnie niszczyli kościoły, łupili kościelny i możnowładczy majątek i szli pod następny gród.
Zaatakowane majątki sprzyjających Rychezie możnowładców bronione były przez silne rodowe drużyny. I tu atakujący ponosili ogromne straty, ale i obrońcy padali gęsto trupem. Jeszcze inne gromady szły na opustoszałe od kilku lat kościelne dobra i niszczyły wszystko, co uchroniło się podczas poprzednich najazdów. Ten szał wściekłości i rozpaczy po zabitym Bolku trwał kilka tygodni. Ale wreszcie ludzie pogodzili się z jego utratą. Wiedzieli, że Bolka już nie ma. I wiedzieli też, że żywi muszą coś jeść. Powoli więc odstępować zaczęli od walk i ruszali do siebie, by zająć się pracą na polach.

Najsilniej szalał lud przeciwko kościołowi i rychezowym stronnikom u Polan. U Ślężan, którzy chcieli zrzucić kościelne jarzmo i piastowską zwierzchność niewiele mniej, zwłaszcza na terenach przylegających do kraju Polan. U Wiślan rozruch też był, ale mniejszy. Nie było tu stronników Rychezy, poza klerem, a wiślańscy możnowładcy, niechętni władzy Piastów i wspierających ich kapłanów, a raczej władzy kapłanów i wspierających ich Piastów, nie tylko nie wykazywali gorliwości w krzewieniu nowej wiary, ale często na przekór osłaniali  lud przed uciskiem kościoła. Gdy nastał Bolko, daniny zmniejszyli, aby zminimalizować zbiegostwo. Obecnie, gdy ten nie żył, przyczaili się. Marzyło im się własne księstwo, zwłaszcza Starżom. Wiedzieli jednak, że nawet przed Czechami, którzy pretensje roszczyli do ich ziem, sami się nie obronią. Tym bardziej przed Niemcami. A wiedzieli, że Rycheza teraz, po śmierci Bolka, upomni się o tron dla Kazimierza i że poprze ją cesarz. Postanowili więc odczekać na rozstrzygnięcie ewentualnego starcia Czech z Rychezą by na koniec opowiedzieć się po stronie zwycięzcy. Rozruchów nie było jedynie u Mazowszan, ale i nie mogło ich tam być. Pogaństwo było tam jawne, kapłanów hebrajskiego boga jak na lekarstwo i bez żadnej władzy, a Masław był samodzielnym pogańskim kneziem.

Tymczasem, gdy  u Polan trwały jeszcze wściekłe ataki gromad na rychezowych stronników, w Pradze z wysłannikiem magdeburskiego arcybiskupa Humfrieda, kanonikiem Engelhardem naradzał się Brzetysław, który po zmarłym ojcu został czeskim kneziem. Humfriedowi już wcześniej papież Benedykt IX nakazał za wszelką cenę zdusić pogański bunt u Polan i doprowadzić do osadzenia na tronie jako cesarskiego lennika byłego mnicha Kazimierza.

– Łatwo jest to ojcu świętemu rzec, niełatwo na miejscu zrobić – myślał arcybiskup. Ale wpadł mu do głowy pewien plan. Przedstawił go i uzyskał akceptację cesarza Konrada II. I teraz jego posłaniec rozmawiał o tym z Brzetysławem.
– Najedziecie panie całą siłą kraj Polan, rozruch pogański dusząc. Co po drodze łupu weźmiecie, wasza rzecz. Idzie o to, by rozruch pogański chłopstwa we krwi utopić. Zrobicie to – wrócicie do dom. A wtedy rychezowy Kazimierz do kraju Polan wkroczy. Sprawicie się dobrze, cesarz ziemie Ślężan w lenno wam da.
Brzetysława propozycja ta tak ucieszyła, że o mało na głos nie krzyknął z radości. Sam już zamyślał najechać Ślężan, bał się jedynie odwetowej cesarskiej wyprawy. Wiedział, że Konradowi nie byłoby w smak, gdyby on, niepokorny lennik, wzrósł bez jego zgody w siłę. I choć ucieszyła go propozycja Humfrieda, nie okazał jej po sobie, a wręcz przeciwnie – udawał, że go ona nie interesuje:
– Ja ruszę na Polan a węgierski Stefan lub cesarz na mnie. Nie ma mowy.
– Możecie spokojnie na polańskich pogan iść – Engelhard chciał rozwiać jego wątpliwości. –  Mam pisma od arcybiskupa do węgierskiego Stefana. Wprawdzie słaby on i lada moment umrze, ale pisma są i do jego następy Orseolo. Pod karą klątwy mają zakaz naruszać wasze granice, gdy wy panie rozruch tłumić będziecie. Od cesarza takoż macie gwarancje, że granice Czech od niemieckich ziem bezpieczne są.

Tego jeszcze dnia posłańcy czescy i magdeburscy z pismami arcybiskupa ruszyli na Węgry. Brzetysław natomiast na gwałt zbierał wszystkie siły na daleką wyprawę. Miał zresztą własne plany, z których nie zwierzył się kanonikowi Engelhardowi. Chciał zająć nie tylko ziemie Ślężan ale i Wiślan. A w razie czego wyłga się, że źle zrozumiał magdeburskiego posłańca. Liczył też na poparcie dla siebie u cesarza niemieckich arcybiskupów, jeśli rozruch pogański zdławi. Kilka dni później z Pragi tysiące konnych ruszyło ku ślężańskiej granicy. Inny silny hufiec ruszył na Kraków. Miał rozkaz go zdobyć, obsadzić wojami, a resztę sił wysłać na Poznań. Już wcześniej, jak tylko szybko się dało, na północ ruszyły wozy na spodziewane łupy z silną eskortą jazdy i piechoty. Brzetysław miał szczęście, że gdy wkraczał na ziemie Polan, walki właśnie cichły a wielkie gromady ludu dzieliły się na mniejsze i wracały do prac w polu. Trafiając na nie rozbijał je łatwo z marszu. Palił po drodze wszystkie osady i opola, a przerażona jego najazdem ludność chowała się w lasach. Brzetysław parł wojsko tak szybko na północ, że nigdzie wieść o czeskim najeździe nie wyprzedziła jego pochodu, przez co tym łatwiej rozbijał zaskoczone gromady. Nie musiał też zdobywać tych grodów, które chciał złupić, a które oparły się szturmom wściekłych gromad. Obrońcy grodów widząc nadciągające wojska brali je za zorganizowaną przez Rychezę odsiecz i same otwierały przed Czechami bramy. Ale gdy tylko pierwsze szeregi przybyłych wojów wkroczyły do grodów,  najeźdźcy łapali za broń, rozbijali obrońców i rozpoczynali grabież. W ten sposób ograbił Brzetysław, nie musząc ich zdobywać Giecz, Ostrów Lednicki, Giezno i Kruszwicę, a także Poznań, który zajęli możnowładcy, gdy gromady ludu ruszyły na rychezowych stronników. Tak samo zdobył hufiec wysłany do Wiślan Kraków, gdzie  Czesi zatrzymali jako zakładników całą starszyznę rodu Starżów. Wojska Brzetysława złupiły wszystkie te grody do cna. Największe łupy zdobyli w Gnieźnie. Same tylko złote tablice z grobu Vojtecha i złoty krzyż o wadze trzech dorosłych mężczyzn były ogromnym bogactwem. Najbardziej zdziwiło Czechów, że Brzetysław nakazał zabrać też zwłoki Vojtecha i jego brata Radzima. Za życia dwukrotnie Vojtecha wypędzono z Czech. A gdy magdeburski arcybiskup nakazał mu po raz trzeci wrócić do Pragi, Czesi po prostu go nie wpuścili. Nie chcieli go jako żywego, ale połakomili się na jego zezwłok. Wiedzieli, że on jako relikwia może być cenniejsze niż złoto.

Gdy tylko Czesi opuszczali złupione grody, wkraczały do nich, choć już dużo mniejsze gromady ludu wracające z walk. Łupić nie było już co. Zresztą nie chodziło im o łupy. Z wściekłością burzyli grodowe kościoły, których wcześniej nie mogli dopaść. Chcieli zatrzeć w ich kraju wszelkie ślady zostawione przez krzewicieli wiary w hebrajskiego boga.
W drodze powrotnej Brzetysław nadal rozbijał napotykane gromady i palił osady, a po dojściu do Ślężan pozajmował i obsadził silnymi załogami ich grody. Wysłał też ponownie oddzielny silny hufiec do Wiślan, rozkazując zajęcie i obsadzenie  wszystkich ich ważniejszych grodów. Poszło to nadspodziewanie łatwo – Czesi mieli wszak w rękach jako zakładników całą starszyznę Starżów, najważniejszego rodu Wiślan. Przez co wszędzie otwierano im bramy bez stawiania oporu.
Po odejściu Czechów ziemia Polan, jak to napisał Gall Anonim „… stała się jedną wielką pustynią, bezlud­nym opuszczonym pustkowiem, cmentarzyskiem ruin i zgliszcz”.
Gdy ucichł przemarsz czeskich wojsk, powoli wychodziła z lasów kryjąca się w nich ludność. Próbowała ratować niezniszczone resztki plonów. Ale głód i tak groził Polanom w zimie i na przednówku, gdyż wiele pól zostało zniszczonych.
Tymczasem doszło do rozmów możnowładców popierających wcześniej Bolka z ich przeciwnikami popierającymi Rychezę. Bolko już nie żył i wszyscy zgodzili się z tym, że jedyną rozsądną opcją jest w zaistniałej sytuacji osadzenie na tronie młodszego Mieszkowica, byłego mnicha Kazimierza. Stronnicy zmarłego Bolka zażądali jedynie gwarancji zachowania majętności i stanowisk, jakie piastowali dotychczas. Nie było to w smak stronnikom Rychezy, którzy liczyli na otrzymanie najwyższych dostojeństw za ich wierność.  Wiedzieli jednak, że są zbyt słabi, aby sami mogli utrzymać Kazimierza na tronie. Zgodzili się więc, choć po cichu liczyli na to, że z czasem za wierność i oni wyniesieni zostaną do najwyższych godności. Na koniec wysłano posłów do Niemiec, by sprowadzili Kazimierza.
Zima, która nadeszła, była ciężka, ale twardy polański lud, mimo głodu przetrwał i ją.
Z nadejściem  wiosny gruchnęła wieść, że ku granicy polańskiej ciągnie Kazimierz i że zmierza do Poznania. Możni z ulgą przyjęli tę wiadomość, lud natomiast z wściekłością. Nie chciał mnicha, syna Niemki i ciągnących z nim kapłanów. Ale nie było już u ludu tego zapału, co za życia Bolka. Głód dawał się wszystkim we znaki, nie odbudowano jeszcze wielu popalonych osad i dlatego tylko kilka kup liczących razem z tysiąc ludzi ruszyło przeciwko wkraczającemu do ich kraju Kazimierzowi. Nie wiedzieli, że towarzyszy jemu 500 ciężkozbrojnych niemieckich wojów, którym cesarz nakazał tępić bez litości ewentualny chłopski opór. Ale gdyby i wiedzieli o nich i tak by im drogę zastąpili. Nie chcieli syna Niemki.
Sam Kazimierz nie spodziewał się trafić na opór. Miał relacje o czeskiej pacyfikacji buntu i o głodzie jaki w kraju panował. I stąd był kompletnie zaskoczony, gdy z pobliskiego lasu wysunęłę się gromada zbrojnego ludu. Dowódca niemieckiego hufca od razu zauważył, że to tylko prosty lud, gorzej uzbrojony i w wojnie nie wyćwiczony. Niemnie zaniepokoiła go jego ilość. Rzekł więc Kazimierzowi, by schronił się w środku utworzonego przez Niemców koliska. Tymczasem Polanie zbliżyli się do Niemców i z wielką wrzawą skoczyli na nich. I choć ginęli gęsto, nie ustępowali. Chcieli dopaść i ubić syna znienawidzonej Rychezy. Nie wiadomo jak by ta bitwa się skończyła, bo choć niemieccy woje lepiej ćwiczeni i uzbrojeni byli, ale i ich ubywało. Na ich szczęście naprzeciw Kazimierzowi wyszli możnowładcy wiodący rodowe hufce. Widząc napadnięty niemiecki hufiec Kazimierza zaatakowali Polan z nienacka od tyłu. Bitwa przerodziła się w rzeź i po chwili coraz więcej ludowych buntowników uciekać zaczęło do lasu. Ale i tam ścigały ich hufce możnowładców. Tylko nielicznym udało się unieś głowy. Na placu boju pozostali tylko zabici i ci, którzy uciekać nie chcieli. Obok siebie stali wśród resztki walczących Gocław, towarzysz Bolka, który uszedł z życiem z zasadzki rychezowych siepaczy i Chwalibóg, smolarz, który wyleczył go z ran. Mogli i oni uciec do lasu, ale nie chcieli. Przed oczami mieli ostatnich kilka lat, gdy żyli wolni i po swojemu. Woleli zginąć, niż ponownie przygiąć kark przed synem Niemki, kapłanami, możnowładcami i obcym złym bogiem. I zginęli. Smutne było to, że wśród możnowładców ratujących Niemców i Kazimierza byli też wcześniejsi stronnicy Bolka.
Wraz z Kazimierzem wspartym przez Niemców powrócił niemiecki porządek, poddaństwo, daniny i powinności. Powrócił i kościół, któremu rychezowy pomiot, jako były mnich, gorliwie służył. Długo jeszcze wyłapywano wśród prostej ludności prawdziwych i domniemanych prowodyrów buntu karząc ich okrutnie.

Lud ugiął kark. Klęska zadana mu po okresie euforii bolkowej wolności złamała w nim ducha walki. Ale nie złamała ducha upartego trwania przy własnych bogach. Przyczaił się więc lud i trwał przy nich przez następne stulecia. Dzięki czemu jeszcze w XIX wieku Zorian Dołęga-Chodakowski odnalazł ich pod wiejskimi strzechami:
.
Trzeba pójść i zniżyć się pod strzechę wieśniaka w różnych odległych stronach, trzeba śpieszyć na jego uczty, zabawy i różne przygody. Tam, w dymie wznoszącym się nad głowami, snują się jeszcze stare obrzędy, nucą się dawne śpiewy i wśród pląsów prostoty odzywają się imiona Bogów zapomnianych.
.
Ale i Bolka lud nie zapomniał, który, poganinem będąc, hebrajskiego boga nie chciał. Wieki jeszcze go wspominano, nawet gdy biskupi wymazali go z listy władców i skazali na zapomnienie. Wieki jeszcze śpiewano o nim:
.
Bolko Bolko ty nam strażą
Dobrzeć z tobą tu na Jawii
Niech ci nasze bogi darzą
Bo lud już cię wszędy sławi
.

Matka Bolka zaś, Dobrosława, żyła jeszcze kilka lat po śmierci syna w zapomnianym leśnym gródku koło Poznania. Nie odwiedzał jej tam nikt. O niej rzeczywiście zapomniano, w przeciwieństwie do jej syna, o którym pamięć przetrwała do dzisiaj.

.
Epilog

Od pierwszych dni panowania wykupionego złotem z klasztoru mnicha Kazimierza, cesarskiego wasala i lennika, błyskawicznie zaczęto odbudowywać kościoły i hierarchię kościelną. O nią dbał bardziej niż o lud. Dla jego zasług dla kościoła nazwano go odnowicielem. Brzetysławowi zaś nie do końca opłacił się najazd na zbuntowany polański lud. Cesarz najechał go dwa lata później i zmusił do oddania Kazimierzowi, który okazał się pokornym i lojalnym lennikiem, kraju Wiślan. Także kawał ziem Ślężan oddać musiał temu pupilkowi Heinricha III.
Złupione bogactwa może by mu cesarz i darował, bo tłumiąc pogański rozruch przysłużył się w sumie i jemu. Zaprotestowała jednak Rycheza, która złupione skarby uważała za własność jej syna. Wymogła więc na cesarzu zmuszenie Brzetysława do zwrotu przynajmniej części złupionych bogactw. I Brzetysław musiał część łupów zwrócić. Po czym rok po pierwszym cesarskim najeździe na Czechy, nastąpił kolejny, podczas którego cesarz wymusił na Brzetysławie ponowienie lennej przysięgi, uznanie kościelnej zależność Czech od Niemiec i odebrał mu resztę łupów z najazdu na kraj Polan. Jeszcze później pomógł odzyskać gorliwie pokornemu Kazimierzowi resztę ślężańskich ziem.
Nie opłacił się więc Brzetysławowi najazd na Polan z podpuszczenia papieża i arcybiskupa magdeburskiego. Lepiej by zrobił, gdyby dogadał się z polańskim ludem przeciwko Niemcowi.

Natomiast ten, którego kościelni odnowicielem nazwali, ledwo zasiadł na kneziowym lennym tronie, przygotowywać zaczął agresję na wolne pogańskie Mazowsze. Najechał je, wspomagany przez ruskiego Jarosława w roku 1041. Masław wspierany przez pogańskich Pomorców i Jaćwież odparł pierwszy najazd cesarskiego i kościelnego wasala. Dopiero podczas drugiego, także wspieranego przez Rusinów, rychezowemu pomiotowi udało się podbić Mazowszan, zająć ich kraj, oraz narzucić im i swą zwierzchność i przymus wiary w hebrajskiego boga. Pechem Mazowszan było to, że sprzymierzeni z nimi Pomorce spóźnili się z obiecaną pomocą i nim dotarli na miejsce bitwy, Masław już nie żył a wojska jego były rozbite.
Ale o tym będzie następna opowieść…

 

——————————————————————————————

Posłowie

Sprawa historyczności Bolesława II panującego w latach 1034-1038 wzbudza z powodu kościelnej propagandy negującej jego istnienie wiele kontrowersji. Przyjrzyjmy się więc argumentom za i przeciw jego historyczności.

Za:
1) Rocznik kapituły krakowskiej odnotował, że w roku 1038 zmarł król Bolesław. Nie mógł to być Chrobry, zmarły w 1025 roku, ani następny po nim w oficjalnej kościelnej wersji historii państwa Piastów Bolesław zwany „szczodrym”, zmarły na wygnaniu w 1081 lub 1082.
2) „Kodeks tyniecki” Bolesława Szczodrego/Śmiałego nazwał Bolesławem III a „Rocznik małopolski” Bolesława Krzywoustego Bolesławem IV. Musiał być więc pomiędzy nimi a Bolesławem I („chrobrym”) kolejny Bolesław – ten właśnie skazany na zapomnienie.
3) Kronika wielkopolska z końca XIII i początku XIV podaje co następuje:
.
„Gdy zmarł w roku Pańskim 1033 [Mieszko II], nastąpił po nim pierworodny syn jego Bolesław. Skoro ten został ukoronowany na króla, wyrządził swej matce wiele zniewag. Matka jego pochodząca ze znakomitego rodu, zabrawszy syna swego Kazimierza, wróciła do ziemi ojczystej w Saksonii, do Brunszwiku, i umieściwszy tam syna dla nauki miała wstąpić do jakiegoś klasztoru. Bolesław zaś z powodu srogości i potworności występków, zbrodni okrutnych i nieludzkich, których się dopuszczał, źle skończył swe życie, i choć odznaczony został koroną królewską, nie policzony został nawet w liczbie królów i książąt polskich dla wielkiej nieprawości swojej. Po śmierci jego wielkie zaburzenia i wojny domowe wszczęły się w królestwie”.
.
Ten zapis jest najważniejszym dowodem istnienia Bolesława II, syna Mieszka II Lamberta. Pisany był pod dyktando lub nawet osobiście przez biskupa poznańskiego. I jednocześnie ten zapis poddawany jest zmasowanej krytyce historyków i publicystów wysługujących się kościołowi. Argumentują tak- jest to zbyt późny od opisywanych wydarzeń zapis, aby zasługiwał na wiarygodność. Dodają przy tym, że jest to najstarszy zapis dotyczący autentyczności spornego Bolesława. Tyle, że jest to na zarzut nieuczciwy i naciągany z kilku powodów:
.
a) Kronika wielkopolska nie jest PIERWSZYM i najstarszym zapisem o Bolesławie. Wincenty z Kielczy w połowie XIII w. napisał: „Zostało po nim [Mieszku II] dwóch synów, starszy Bolesław i małoletni Kazimierz. Po starszeństwie zasiada na tronie pierworodny Bolesław”. Podał więc PRAWIDŁOWO ich imiona i kto zasiadł na tronie
b) Wybitny znawca historii średniowiecza i państwa Piastów, Tadeusz Wojciechowski w jednej z jego książek wykazał, że Kronika wielkopolska była pisana na podstawie jakiegoś starszego, zaginionego źródła, które do naszych czasów nie przetrwało. Do dzisiaj nie wiemy i nigdy nie dowiemy się, ile zapisków, kronik i informacji przepadło na przestrzeni wieków podczas nieustannych nieomal wojen. Informacje o Bolesławie mogły ulec zniszczeniu już podczas buntu pogańskiego i najazdu Brzetysława. Potem była niejedna wojna domowa (choćby „szczodrego” ze spiskowcami z biskupem Stanisławem na czele, czy „krzywoustego” ze Zbigniewem, oraz dziesiątki wojen książątek dzielnicowych pomiędzy sobą) i niejeden niszczycielski najazd na państwo Piastów – jak choćby najazdy Mongołów w XIII wieku. Część dokumentów lub ich dużo późniejszych kopii uratowano. Ale wiele innych przepadło na zawsze. Niemniej w XIV wieku biskup poznański w wielkopolskiej kronice sam przyznał istnienie spornego Bolesława. I poinformował o wykreśleniu go z pocztu władców i skazaniu na zapomnienie.
I to jest niepodważalny FAKT.
c) Ciekawi mnie, dlaczego wiele „informacji” i „faktów” z „kronik” Długosza, piszącego dopiero w XV wieku, nie podawanych w żadnych wcześniejszych źródłach, a dotyczących pierwszych Piastów nie jest tak zajadle podważanych przez kościelnych propagandystów jak „Kronika wielkopolska”. Tu jeszcze przypomnę pytanie postawione przez Karola Bunscha w posłowiu powieści „Bracia” właśnie w kwestii autentyczności Bolesława II i kroniki wielkopolskiej: „Należałoby zapytać, na jakiej zasadzie i po upływie jakiego czasu fakty zawarte w źródle stają się niewiarygodne. Jeżeli czasokres nie ma być dowolny, zależny od gustu tego czy innego historyka, to w konsekwencji można by je ustalić tylko na podstawie źródeł współczesnych, a i tu należy zauważyć, że fałszowanie historii na bieżąco nie jest wynalazkiem naszych czasów.” Przytoczę jeszcze jeden cytat z bunschowego posłowia: „Za tezą Balzera przyjąłem istnienie Bolka nie dlatego, że ten autor Genealogii Piastów, od trzech ćwierci wieku podstawowego dzieła w tej dziedzinie, a zarazem jeden z najlepszych znawców polskiego średniowiecza, przyjął istnienie Bolka, ale że to w sposób prawidłowy i przekonywająco uzasadnia.”  Jeśli w czymkolwiek z Bunschem nie zgadzam się w sprawie Bolka II, to ze sposobem, w jaki go przedstawił, zapewne pod wpływem kroniki wielkopolskiej pomawiającej Bolka o srogość i potworność występków, zbrodnie okrutne i nieludzkie. A przecież wcale takim zwyrodnialcem, rozmiłowanym w okrucieństwie, jak przedstawiał go kler, wcale nie musiał być. Przy czym wspomnieć tu należy pewne dziwne zjawisko. Otóż jeszcze w XIX wieku zdecydowana większość historyków nie miała najmniejszych wątpliwości co do historyczności króla buntownika. Także w XX wieku wielu historyków jego autentyczności nie podważało. Nawet turbokatolicki fanatyk Koneczny uważał go za postać historyczną. I dopiero w ostatnich dziesięcioleciach nasiliła się wściekła katolicka propaganda zaprzeczająca jego istnieniu. Wytłumaczyć można to następująco – w XIX wieku, gdy Rzeczypospolita była pod zaborami, przez co i Polska nie istniała, ogromne wcześniej wpływy kościoła na politykę i życie społeczne zmalały prawie do zera. Z drugiej strony wielu historyków rzuciło się wtedy do badania przeszłości, także tej wczesnopiastowskiej, by m.in znaleść odpowiedź na pytanie – dlaczego potężna przez wieki Rzeczypospolita upadła. Był jeszcze motyw pisania ku pokrzepieniu serc,  przez co zainteresowanie historią państwa od jego najwcześniejszych czasów było znacznie powszechniejsze niż obecnie. A że kościół nie miał wtedy narzędzi do kneblowania historyków – ci odnaleźli Bolesława II i uznali go za postać historyczą. W XX wieku także większość historyków nie negowała jego historyczności. Dopiero w ostatnich dziesięcioleciach po tzw. transformacji (ograbieniu i wywłaszczeniu Polaków) kościoł uzyskał spory wpływ na życie społeczne, a nawet polityczne, nagrabił majątku, a ponadto dostaje rocznie miliardy z budżetu państwa. Stać więc go na granty dla „historyków” i „publicystów” zaprzeczających historyczności Bolesława II, wcale nie „Zapomnianego”. Intencja kościoła jest oczywista – od wieków karmi Polaków propagandową papką mówiącą, że od 966 Polacy byli gorliwymi katolikami, służącymi wiernie kościołowi i żydowskiemu bogu (a raczej bogom, bo „ojciec” i „syn” to oddzielni „bogowie”). Postać Bolesława Pogańskiego dramatycznie niszczy ten propagandowy wymysł i dlatego z takim natężeniem kk zwalcza rękami usłużnych pismaków jego historyczność.

Na koniec chcę jeszcze wyjaśnić, dlaczego odrzucam koncepcję prezentowaną przez niejednego historyka czy publicystę, uznających Bolesława synem Rychezy. Gdyby był nim rzeczywiście, nie nastawałaby na jego życie, by utorować drogę Kzimierzowi. Wręcz przeciwnie – sama by poparła Bolka, a Kazimierza wysłałaby do klasztoru z przeznaczeniem go na przyszłego arcybiskupa gnieźnieńskiego. W ten sposób dwa najważniejsze stanowiska w państwie byłyby w rękach jej synów. Krytycy istnienia Bolesława fakt umieszczenia Kazimierza w klasztorze tłumaczą tym, że jego wykształcony ojciec chciał zadbać o edukację następcy. Mieszko II był rzeczywiście fenomenem wśród pierwszych Piastów – mówił pięcioma językami, pisał i czytał po niemiecku, łacinie i grecku. Jest tylko jedna różnica między nim a Kazimierzem – Mieszka „chrobry”, oddając go do edukacji w klasztorze (pewnie zorientował się w fałszowaniu nadań i przywilejów przez kler i chciał synowi tego oszczędzić) nie zmusił do złożenia ślubów zakonnych, gdyż wyznaczył go na następcę. Była to w przypadku Mieszka rzeczywiście tylko edukacja następcy. Natomiast Kazimierz złożył śluby zakonne, z czego wynika, że był przez Mieszka przeznaczony na zakonnika, funkcjonariusza kk, a nie na następcę na tronie. Tym był Bolesław Pogański.

Opierając się na powyższym jestem całkowicie przekonany o historyczności Bolesława Pogańskiego. A wspomniane w kronice wielkopolskiej jego domniemane winy – srogość i potworność występków, zbrodnie okrutne i nieludzkie, których się rzekomo dopuszczał to w przetłumaczniu na język polski przywrócenie pogaństwa, zezwolenie ludowi na pustoszenie kościelnych dóbr i wypędzanie a nawet ubijanie znienawidzonego kleru i kościelnych pachołów, oraz burzenie i podpalanie kościołów. Za co chciał kk, choć bezskutecznie, wymazać go z naszej pamięci.

.

.opolczyk

.

PS

ArkaD, czytelnik blogu. poinformował mnie , że na jego prośbę jego żona, Rosjanka, pochodząca z Władywostoku poszukała w rosyjskich matriałach informacji o Bolesławie II Pogańskim. I znalazła: „Bolszaja Encyklopedia Sredniego Wieka – Russika” wydanie z roku 2000 podaje na stronie 827, że w latach 1034-37 jako „wladieliec” Polszy panował Bolesław Zabytyj (Zapomniany).
Rosjanie jak widać nie fałszują historii średniowiecza tak, jak to czyni „polski” kk.

ArkaD znalazł jeszcze rosyjski klip poświęcony Bolkowi „Zabytemu”:

.

.

Reklamy