Opowieść piastowska – pierwsze groźne pogańskie pomruki – rok 1022

.

Chrobry podczas jednego z  podbojów

.

Czeski „kronikarz”  Kosmas o roku 1022 pisał: „U Polan nastało prześladowanie chrześcijan”. Gdy wcześniej u Polan krystowiercy od dziesięcioleci prześladowali, gnębili, uciskali, wyzyskiwali i męczyli lud – tego Kosmas nie widział. Gdy prześladowani, gnębieni, uciskani, wyzyskiwani i męczeni podnieśli głowy i przeciw prześladowcom wystąpili, z prześladowców zrobił Kosmas „prześladowanych krześcijan”. A prześladowanych prześladowcami. Tak kościelni „kronikarze” obracali kota ogonem.
.
W głębi borów międy Mogilnem a Gnieznem, na uroczysku ze świętym źródłem i świętym gajem, którego pachoły kościelne dotąd nie wywęszyły, zebrała się gromadka ludzi. Mieli o czym uradzać. Rozruch po kraju przeszedł, a teraz trzech z nich szukano, kaźnią ich żon i dzieci grożąc.
Ucisku kapłanów krysta lud zadość już miał, jeno kar srogich, przez kapłańskich pachołów lubo knaziowych żupanów zadawanych bał się, które na stawiających opór spadały. Ucisku od kneziowych żupanów i możnowładców lud takoż zadość miał. Znosił długo i daniny ogromne, i wiele innych powinności. Aż zadość tego było. Już wprzódy kneź Bolko, kapłanom hebrajskiego boga przychylny, kary okrutne za łamanie kościelnego prawa, jako to postów i za czczenie starych bogów wprowadził. Ale wiele lat wojny prowadząc, za bardzo łamiących prawa kościelne i starych bogów czcących ścigać i karać czasu nie miał, chyba że taki sam mu w ręce popadł. Gdy kneź daleko u granic z Niemcem, Czechem, Madziarem czy Rusinem wojował, a kościelni i żupany bali się trocha lud nadto gnębić, gdyż zbrojnych pachołów wiela nie mieli, jeszcze żyć jako tako się dało, zwłaszcza leśnym osadom. Nie raz pobito kościelnych czy grodowych pachołów, co w las się zapuszczali. Ale i z niejednej polnej osady drewnianymi drągami ich goniono, gdy danin za wiela brali, choć często większą kupą potem wracali i kary okrutne wymierzali. Lud znosił to wszytko, tylko niekiedy gniewem tu czy tam wybuchając, póki kryjąc się po lasach i nad leśnymi jeziorami stare obrzędy odprawiać mógł i starym bogom cześć oddawać. Jeno po każdej wojnie bolkowej woje nowych niewolnych u grodów osadzali i lasów coraz więcej wokół nich trzebili na pola, na które do pracy niewolnych goniono. Przeco opolnym osadom przy grodach leżących coraz trudniej było stare obrzędy odprawiać, bo do leśnych głębin i uroczysk szmat drogi mieli. Ucisk trwał więc niezmienny, a o pociechę podczas obrzędów odprawianych w lasach trudniej było. Gdy kneź z wojen na Rusi wrócił i w grodach polańskich dużo siedział, drużynę po granicznych grodach rozesławszy, ucisk stał się jeszcze większy. Wszytko przez to, że arcybiskup Gaudenty, brat ubitego w Prusiech Vojtecha, za jakie tam winy knezia i kraj jego klątwą obłożył. Różnie gadano o tym, za co ona klątwa była. Jedni mówili, że za gwałt jej zadany i uprowadzenie jako nałożnicy kneziówny ruskiej Przedsławy. Inni, że za zbudowanie jej bizantyjskiej cerkwi w Poznaniu i sprowadzenie popa, co Gaudentemu nie w smak było. Bolko ugiął się przed klątwą, nadania wielkie Gaudentemu i całemu kościołowi dał, ale dopiero, gdy tępić gorliwie pogaństwo u poddanych obiecał, arcybiskup klątwę wycofał.
Kneź, jako przyobiecał, tako i zrobił. Surowe kary spadały na tych, co imiona starych bogów wymieniali, do kościełów w niedziela nie szli, na starych obrzędach przyłapani byli, czy posty łamali. Ale przez to jedynie gniew i opór narastał u ludu, aż kiedyś lud nie strzymał.
Ku wiośnie właśnie szło. Kościeł ogłosił jako co rok post wielki na dni 40. Mięso, ryby i jajka zakazane były. I tylko raz dziennie lud mógł jeść. Zabaw i śpiewów takoż na czas postu zakazano. A jako można bez tańców, śpiewów i uczt Jare Gody świętować, Marenę topić i wiosnę witać? Gdy przyszło więc Jare Święto, mieszkańcy opolnych osad wokół Mogilna małymi grupkami po kilka osób wymykali się ku lasom. Ostrożni byli, bo kościelne pachoły wszędy łazili i zaglądali, czy lud kościelnych przepisów przestrzega. Na ich nieszczęście jeden z tych pachołów, Niemiec Reinhold, zauważył ich. Przebrał się szybko, by na kmiecia a nie kościelnego pachoła wyglądać i ostrożnie za jedną z grupek do lasa poszedł. I tako trafił do leśnego jeziorka w głębi boru, na którego brzegu mieszkańcy kilku opolnych jako i leśnych osad Jare Gody odprawiali. Długo z ukrycia kościelny szpieg ich obserwował, by twarzy jak najwięcej spamiętać i aże dreszcz przerażenia na plecach czuł na to, co słyszał i widział. Słowianie pieśni jakieś śpiewali, których Rainhold mało co rozumiał, bo słowiańską mowę ledwo znał. O Jaryle jakim śpiewali, kukłę przystrojoną podpalili i do jeziorka płonącą  wrzucili, po czym przy ogniskach tańczyli dalej śpiewając. Ni śladu umartwiania postnego, przez kościół nakazanego, znać tu nie było. Ze zgrozą zauważył też, że mięsiwo Słowianie jedli, i ryby i jajka dziwnie malowane. A tu post wielki! I choć wieki później kościeł przepisy postne złagodził, przeco ryby i jajka dozwolono już jeść, ale wtedy na równi z mięsem zakazane były. Wreszcie, ostrożnie rozglądając się, Rainhold ku grodowi podążył. Kapłana Aarona, co z Fuldy tu przybył odnalazł i o wszytkim uwiadomił. A ten zaraz do żupana Wojsława szedł żądając na rano wojów, ile tylko grododzierżca dać może.
Z samego rana woje i kościelne zbrojne pachoły otoczyły osadę, z której Rainhold najwięcej mieszkańców nad jeziorem widział. Wprzódy mężów wszystkich powiązano, coby oporu nie stawiali, po czym kapłan za złamanie postu wybicie przednich zębów wszystkim mieszkańcom zarządził. Zgiełk się zrobił, krzyk, płacz niewiast i dzieci, których woje po kolei łapali, a pachoły kościelne zęby im łamali. Nagle od tyłu na wojów i pachołów natarli mieszkańcy sąsiednich opoli, którzy na krzyki i płacz męczonych skrzyknęli się. I choć oręża nie mieli, jeno drągi długie, ogarnięci gniewem, na ciemiężców natarli. Nawet niewiasty z mniejszymi drągami biły wojów i kościelnych pachołów. Tych ostatnich bito ze szczególną zajadłością, gdyż ich nienawidzono najbardziej. Pierwszy z placu boju, widząc chmary gniewnego ludu, kapłan Aaron zbiegł. Za nim ku grodowi wycofywali się woje. Bronili się, ale zajadłości w nich nie było. Odbijali jeno drągi, sami atakujących nie bijąc. Zbiorowa kara, wrzask i płacz kobiet i dzieci wstrząsnęły nimi, choć od wojen serca im stwardły. Na nich zresztą też nie za mocno nastawano. Ale kościelnych pachołów kilku zatłuczono na śmierć. Wreszcie, gdy woje i reszta pachołów do grodu dotarli, bitka skończyła się. Aaron wściekły z porażki natychmiast wysłał bocznymi furtkami po kościelnych parobków. Na grodzie takoż wszytkich pachołków i posługiwaczy kościelnych uzbroić kazał. Po czym od żupana zażądał wojów jeszcze więcej. Wojsław nie śmiał mu się sprzeciwić. Od czasu, gdy kneź przed klątwą ugiął się, powaga kapłanów wzrosła. Nikto im przeciwić się nie ważył.
Aaron postanowił wprzódy ukarać po kolei te osady, które pierwszej na odsiecz przyszły. Ją karać chciał na końcu. Po południu już było, gdy dużą gromadą knechtów i wojów otoczył następną osadę. Ale mieszkańcy jej na walkę gotowi byli. Wał już usypali, palisadę na nim stawili i zza niej bronić się jęli. Bzyknęły strzały, gdyż i łuków sporo, wprzódy ukrytych, mieli. Napastnicy przeć jęli na wał tarczami od strzał się osłaniając. Setnik grodowy Biegan, nauczony porannym doświadczeniem, rozglądał się tymczasem i dojrzał nagle idącą z lasu kupę. Oblicze mu zmierzchło. Byli to leśni osadnicy, zbrojni w topory na długich trzonkach, włócznie, lżejsze oszczepy i łuki. Chmara ich była. Dojrzał ich i Aaron i jako rankiem ku grodowi biec począł. Nie wiedział, że w gąszczach między osadą a grodem ukryła się w krzakach grupka zbuntowanych z pierwszej osady. Gdy blisko już był, zastąpili mu drogę. Chciał w bok uciekać, ale dosięgła go puszczona strzała nogę mu raniąc. Po chwili dognali go, obstąpili i drągami bić jęli. Krzyczał ze strachu i bólu, ale po chwili zamilkł. Buntownicy zaś skoczyli ku obleganej osadzie, swoim na pomoc. Na trawie w błocie ostało jeno pokrwawione truchło znienawidzonego ciemiężcy.
Bitwa ciężka była, jako i zawziętość po obu stronach. Padło wielu kościelnych pachołów, ponad dwudziestu wojów i więcej jak setnia zbuntowanych. Po jej ustaniu na grodzie żupan, ranny setnik i młodszy kapłan Dietmar naradzali się. Gdy noc zapadała żupan gońców do Poznania pchnął knezia uwiadomić. Kapłan zaś do Gniezna gońców słał, by arcybiskupa Hipolita, następcę zmarłego Gaudentego, o posiłki zbrojne prosili.
Następnego dnia osadnicy opolni spalili kaplicę postawioną między osadami i zrąbali wszystkie ustawione po osadach i ich pobliżu krzyże. Jawnie wrócili do pogaństwa, swoich pobitych starym obrzędkiem na skraju lasu do Nawii słali i do starych bogów pieśni śpiewali. Grodowi tego dnia nie wychylali na zewnątrz nosa na posiłki czekając. Czego nie wiedzieli – dzień wcześniej, rankiem, kupcy ku Gnieznu ruszając, bitkę i ucieczkę kapłana widzieli. Opowiadali o tym po drodze i wieść się rozchodzić jęła. A i posłańcy z opoli pod Mogilnem na wszytkie strony wieść o rozruchu roznosili.
Hipolit zwiedziawszy się o śmierci Aarona w Mogilnie, silny oddział kościelnych pachołów i wojów z gnieźnieńskiej drużyny na odsiecz wysłał. Ale już następnego dnia żałował tego, bo rozruch doszedł do osad przy Gnieźnie. Lud odmawiał kościelnym i grodowym danin i powinności, palił kaplice przy większych osadach stojące, rąbał krzyże i zaciekle bił kościelnych pachołów i posługiwaczy, jeśli wpadli w jego ręce. Hipolit wysłał posłańca do knezia z żądaniem pomocy, a innego do Mogilna, by wysłana odsiecz do Gniezna wracała.
Z kneziem Bolkiem było podobnie – gdy zwiedział się o rozruchu w Mogilnie, wysłał tam silny odział poznańskich wojów wzmocniony kościelnymi pachołami. Ale po trzech dniach rozruch i do Poznania doszedł. Wojów zaś za mało ostało, by wszystkie opola do posłuszeństwa siłą przymusić. Rozesłał więc kneź gońców do wszystkich pobliskich grodów na granicy z Pomorzem – Ujścia, Wielenia i Santoka – gdyż spokój tam był i ściągać ją hufce do Poznania. Inni gońce ruszyli do dalszych grodów polańskich jako to do Międzyrzecza, Włocławka a nawet Łęczycy, by wojów ile się da, do Poznania słali.
Tymczasem rozruch rozlał się po całej kolebce piastowego państwa. Wieść, że kapłan jaki u Mogilna całej osadzie zęby łamać kazał, dzieciom, białkom, starym, wywoływała grozę, a zaraz po niej wzburzenie, wściekłość i gniew. Zapomniał lud o strachu przed gniewem knezia, w jakim dotąd żył. Każdy łapał co pod ręką było, drągi i widły, a jak były, to i pałki i kordy kościelnym pachołom odebrane. Szedł więc rozruch na Kruszwicę, Trzemeszno, Ostrów Lednicki, Giecz i Ląd. Niewiela brakło by doszedł do Rogoźna i Łekna. Jeno tam, jako blisko granicy wzmocnione straże były i rozruch siłą stłumiły.
Bolko wściekły był. Tyla wojen wygrał, tyla innych plemion zniewolił, a tu, pod samam nosem, lud jeszcze za jego dziada Siemomysła ujarzmiony, zbuntował się i posłuszeństwo wymówił. Kopnął się tedy do Gniezna, by z Hipolitem sprawę ugwarzyć. Arcybiskup wstrząśnięty i przerażony był. Wiedział już, że najzajadlej kościelnych pachołów lud bił. I że kaplice palił i krzyże obalał. I paru kapłanów ubił. I starym zakazanym bogom cześć oddawał.
– Jako że to możliwe jest? – pytał knezia. – Przecie wasz rodzic ją te grody jako pierwsze ponad pół wieka temu krzcić. Mniemać by można, że już prawdziwa wiara w boga prawdziwego, pana naszego, okrzepła tu. Tegom się po tym niewdzięcznym ludzie, za zbawienie, które mu krzyż i nasza prawdziwa wiara  przyniosły, nie spodziewał.
– Prawił mi rodzic mój – odrzekł kneź – że siłą, jak się ją ma, do posłuchu przymusić można. Ale do wiary nie. I gadał, że jeszcze pokolenia, wieki, lud o starych bogach pamiętał będzie i do nich tęsknił. Rozruch stłumię, przywódców jego ukarzę, do wiary jednako zmusić ludu nie wydolę.
Tymczasem czynny rozruch wszelako uspokoił się. Tyla, że lud całkiem z posłuchu wyszedł, jawnie do starej wiary wrócił, do bogów zakazanych i obrzędów. Krzyża ni kaplicy nie ostawił u siebie, danin dawać nie chciał, robót grodowych i kościelnych niechał, po staremu zwierza w lasach bić i ryby w rzekach i jeziorach łowić jął. Jeno grodów lud nie szturmował, ale żył tako, jakoby ich nie było. A tymczasem szła nań straszliwa kara…
Gdy graniczne hufce ściągnęły pod Poznań, kneź, który z Gniezna akurat wrócił, na czele wojsk i w towarzystwie kapłanów ruszył przeciwko własnemu ludowi. Woje otaczali na raz wszytkie widoczne z grodu opolne osady, by nikt nie uszedł, a i atak z lasu niemożliwym był, po czym pachoły kościelne karali lud po kolei,osada po osadzie, w obecności knezia, arcybiskupa, dostojników kneziowych i kapłanów. Szło to tak – miejscowe pachoły kościelne wskazywali przywódców rozruchu. Tych na gardle karano. Reszcie, kromie niepostrzyżonych i niezaplecionych dzieci, do krwi wprzódy chłostanej, zęby za postu łamanie wybijano, a sam post przedłużano o drugie 40 dni. Wrzaski, płacz, łzy kobiet i dzieci nie wzruszały ni knezia, ni arcybiskupa, ni kościelnych pachołów gwałt ludziom zadającym. Obkładano nadto wszystkie zbuntowane osady większymi daninami i powinnościami na cały rok. W ten sposób kneź gniótł i kaźnił po kolei osady około Poznania, Ostrowiu Lednickiego, Giecza, Lądu, Gniezna, Trzemeszna i Kruszwicy, omijając po drodze do niej Mogilno. Do niego wrócił na sam ostatek z Kruszwicy. I tu, gdzie rozruch początek miał, najbardziej się srożył.
.
.
Kromie kar, jakie wprzódy innym osadom zadał, tu na szyi wiela więcej osadników pokarał niźli gdzie indziej, a co dziesiątemu z pozostałych chłopów prawicę obciąć nakazał, by jej więcej przeciwko jemu i kościełowi nie podnieśli. Chłostać kazał wszytkich dwakroć więcej. Jeno trzech osadników, których grodowi rozpoznali, a którzy kapłana Aarona ubili, nie znaleziono nigdzie. Kazał przeto kneź żony ich i dzieci do lochu zamknąć i rozgłosić, że jeśli się w ręce knezia nie oddadzą, uwięzionym bez względu na wiek oczy wydrzeć każe, języki i ręce obciąć, a na koniec obwiesić.
Z leśnymi jeno osadami przy Mogilnie, które grodowych i kościelnych pachołów w pierwszym rozruchu biły, kłopot miał kneź, bo trudno je ogarnąć było. Rozkazał przeto wszystkim wojom, jakich miał, jakoby wielkie łowy urządzić i na dzień drogi lasy ogarnąć, by leśnych do grodu sprowadzić. Ułowiono ich setki. Im takoż zęby łamano i chłostą okrwawiono. Mieli nadto szerokie przesieki w lesie walić do wszytkich okolicznych leśnych osad wiodące, a takoż nad jeziorko w lesie, gdzie osadnicy wprzódy po kryjomu Jare Gody świętowali, by konne drużyny łacniejszy dostęp tam miały. A z powalonych drzew pospólnie z opolnymi osadnikami kaplice mieli przy każdej osadzie stawić i krzyże, gdzie im kapłani nakażą. Na koniec rozgłosić kazał, że ukrywającym się trzem osadnikom winnym śmierci Aarona miesiąc czasu daje, po czym ich rodziny katu wyda. Na koniec do Poznania odjechał.
Tako więc rozruch krwawo i srogo stłumiony został, a trzech ostatnich ściganych osadników, Wilczan, Rudzik i Zbysław z kilkoma znajomkami z leśnych osad na uroczysku uradzali, co im czynić przyjdzie.
– Odbić waszych niepodobna jest – rzekł trzem druchom, przygnębionym uwięzieniem najbliższych, jeden z leśnych smolarzy, Radomił.
Tamci nie rzekli nic, pokiwali jego głowami i dalej milczeli.
– Co więc czynić myślicie? – zapytał ich.
– Gdybych wiedział – po dłuższym milczeniu ozwał się Zbysław – że gdy im się wydamy, nasze białki i dzieci w spokoju ostawią, anim by się zastanawiał. Tylko czy tym przeklętnikom wierzyć można?
– Słyszałech, jako kneź obiecał, że rodzinom nic złego nie zrobi i zwolni je, gdy się mu w ręce oddacie – przypomniał sobie smolarz.
– Tylko czy późnij w spokoju je ostawią, jak nas już ubiją? – podobne wątpliwości nurtowały Wilczana.
– Jak tylko waszych zwolnią – głos Radomiła zdecydowany był – do lasu wszytkich weźmiem. O nich lękać się nie musicie. Wasze rodziny same nie ostaną. Naszym paru  podczas bitwy u was w opolu białki ubito. Z chęcią więc wezmą wasze razem z dziećmi do siebie. I pójdą pospołu hen w inne lasy, daleko od od Moglina. Tam ich nikto z tutejszych grodowych nie najdzie nigdy. Możecie być spokojni.
– A nie szkoda wam żywota? – zapytał drugi smolarz, Jaworem zwany.
– Szkoda jeno białek i dzieci – rzekł Rudzik – a żywota, że tylko kark zginać trza przed grodowymi, piastowymi i kapłańskimi pachołami, pościć, obcego boga czcić i ciągle w stachu żyć – nie szkoda. U dziadów, u Welesa lepiej jest. Tam obce kapłany wstępu nie mają i władza Piasta nie sięga, bo stary porządek trzymany tam jest.
Następnego dnia z rana Wilczan, Rudzik i Zbysław zgłosili się do grodu. Wojom nawet żal ich się zrobiło, bo młodzi jeszcze byli i z dumnie podniesionymi głowami na męką i po śmierć przyszli. Pachoły kapłańskie bić ich chcieli, lecz woje nie dali.
Rodziny ich zwolniono, tylko pożegnać się z zatrzymanymi nie mogły. Smolarze odprowadzili je jeszcze tego dnia do lasu, gdzie zaopiekowali się nimi trzej leśni, których białki zginęły. Ruszyli zaraz lasami na wschód, aż za Wisłę i tam do leśnej osady smolarzy i bartników przystali.
Wilczana zaś, Rudzika i Zbysława żupan Wojsław spętanych do Poznania odesłał. Na ich sąd i kaźń kneź arcybiskupa Hipolita z Gniezna zaprosił. Osadnicy hardzi byli przed sądem, nie kajali się, o litość nie prosili. A gdy Hipolit zapytał ich, czy wyspowiadać się chcą, bo inaczej do piekła pójdą, roześmieli się na cały głos.
Wprzódy języki im wyrwano, potem oczy wydarto i ręce obcięto. I tako okaleczonych odesłano do Mogilna, nakazując żupanowi żywych czy martwych powiesić w miejscu, gdzie grodowi truchło ubitego Aarona znaleźli. Okaleczeni okrutnie zmarli w drodze. Powieszono ich trupy, przy których stróża stała dzień i noc. Ciała ich wisiały tak długo, aż rozłożone same spadły z powrozów.
.
Epilog
.
Wcześniej jeszcze, w Poznaniu, gdy okaleczonych na wozy  wrzucano, by do Mogilna ich wieźć, kneź w swej komnacie rozmawiał o rozruchu z Hipolitem.
– Rozruch stłumiony na zawsze – rzekł do arcybiskupa. – Wieść o srogich karach rozejdzie się po całym kraju, z ust do ust powtarzana. Więcej podobnych rozruchów nie będzie.
– Dziękuję wam panie, że wiary w prawdziwego boga i powagi kościoła i jego praw broniliście – odrzekł arcybiskup. – I ja myślę, że więcej pogaństwo głowy tu nie podniesie.
.
Mylili się obaj. Już trzy lata później miał miejsce kolejny duży pogański rozruch. Jeszcze większy wybuchł pod koniec krótkiego panowania syna „chrobrego”, Mieszka II. A największy już po jego śmierci, gdy państwem władał wnuk „chrobrego”, takoż Bolesław, który pogaństwo przywrócił. I gdy ubili go pachoły Rychezy, cały lud polański głowę podniósł. Ni jeden kościół, ni jeden kapłan i ni jeden krzyż w ich kraju nie ostał się, kromie kilku największych grodów, w których przerażeni możnowładcy i niedobitki kapłanów poukrywali się przed gniewem ludu. Przed którym nawet ich rzekomo wszechmogący bóg okazał się bezsilny. Ale o tym będzie w  kolejnej opowieści…
.
opolczyk
.
.
Reklamy