Opowieść Połabska z roku 983

.

.

Biskup Volkmar niecierpliwie chodził po komnacie swojej warownej rezydencji w Braniborzu nad Hawelą. Z kamienia była, z dużym podworcem, własnym otoczona grubym murem obronnym z blankami – jakby odzielny zamek w środku silnie warownego grodu. Spoglądał przez okno na pobliską, równie warowną siedzibę markgrafa Dietricha, do którego wysłał posłańca, gdyż chciał z nim omówić zaistniałą sytuację. Wczoraj dotarła do Braniboru wieść, że jacyś Lutycy 29 czerwca napadli i zdobyli odległy o dwa dni konnej jazdy Havelberg, będący siedzibą innego biskupstwa, chwilowo nie obsadzonego od śmierci biskupa Udona. Nikt jednak nie wiedział, jakie to było plemię, jakimi siłami dysponowali Słowianie i czy po zniszczeniu Havelbergu wycofali się na swoje tereny czy nie. Do wczoraj Volkmar czuł się w Braniborzu bezpiecznie. Obecnie jednak ogarniał go jakiś nieokreślony lęk. Natychmiast po otrzymaniu przerażającej wieści o upadku Havelbergu wysłał zbrojny oddział w celu zasięgnięcia dokładniejszych wieści o napadzie, by móc ocenić zaistniałą sytuację. Oddział jednak nie wracał, co wzmagało jeszcze lęk biskupa. Nienawidził Słowian. Wiedział, że Branibor był wcześniej grodem słowiańskiego plemienia Stodoran i zwał się Brenną. Wiedział też, że Havelberg był wcześniej głównym grodem słowiańskich Hobolan i Nieletyców i zwał się Hobolin. Ale od sukcesu Heinricha I, który zdobył Brennę zwaną teraz Braniborem, a zwłaszcza od wiekopomnych sukcesów Ottona I, zwanego już za życia wielkim, który zdobył wiele przyczółków po prawej, słowiańskiej stronie Łaby i w 948 roku utworzył w Braniborzu i Havelbergu niemieckie biskupstwa, Volkmar uważał te grody za na zawsze już niemieckie. Do dzisiaj pamięta też euforię roku 955. Wielki Otto rozgromił najpierw w sierpniu Madziarów na Lechowym Polu, a następnie w październiku Obodrytów i Wieletów w wielkiej bitwie nad Reknicą. Z 9 000 słowiańskich wojów legła połowa, 4 500, rannych zostało 2000, a po bitwie Niemcy stracili jeszcze 700 słowiańskich jeńców. Była to dla Słowian prawdziwa katastrofa. W pamiętnym 955 roku, młody wtedy jeszcze Volkar pewien był, że podbój północnego Połabia to sprawa najwyżej kilku następnych lat. Tymczasem minęło ich prawie trzydzieści, bez mała rok w rok Niemcy najeżdżali Obodrytów i Wieletów, ale niewiele ich ziem udało się im na stałe podbić. Utworzona przez Ottona Marchia Północna mająca sięgać po ujście Odry i wysp Wolin i Uznam istniała tylko na mapie. Ponad 90 % jej powierzchni było nadal w rękach Słowian. I gdy Gero dawno już podbił południowe Połabie, dochodząc do górnej Odry, oni w Marchii Północnej nadal dreptali w miejscu na jej obrzeżach. Akurat przedwczoraj biskup rozmawiał z markgrafem tej iluzorycznej Marchii Północnej, Dietrichem, teściem polańskiego Mieszka, o planowanym zaraz po żniwach kolejnym najeździe na Wieletów. A tu jak grom z jasnego nieba spadła nagle wieść o napadzie Słowian i zdobyciu przez nich Havelbergu. Volkmar widział już oczami wyobraźni spustoszone przez Lutyków pola, popalone osady zamieszałe przez sprowadzanych zza Łaby niemieckich osiedleńców i uprowadzone kobiety i dzieci. Nie przyznawał się nawet przed samym sobą, że do tych uprowadzeń zmusili Słowian sami Niemcy. Gdy zaczęli podbój północnego Połabia, podczas każdego najazdu uprowadzali ze sobą właśnie kobiety i dzieci. Był to cyniczny plan – im mniej zostanie im dzieci, tym mniej wyrośnie z nich słowiańskich wojów. A bez kobiet przestaną się Słowianie rodzić. Ci jednak szybko przejrzeli te zamiary i sami zaczęli robić to samo. Przy czym w przeciwieństwie do Niemców nie robili z uprowadzanych kobiet i dzieci niewolników. Kobiety brali za żony, a dzieci adoptowali i wychowywali po słowiańsku.
Rozmyślającego biskupa ogarniała coraz większa złość i lęk. Dręczyła go obawa o wysłany zwiad. I gniewało to, że nie wraca posłaniec wysłany do markgrafa Dietriecha. Tymczasem w komnacie powoli robiło się ciemno. Zaklaskał więc na służbę, by pozapalała porozstawiane na stole i komodach świece. Nim jednak pokazał się służebny, w sieni przed komnatą rozległy się jakieś głosy. Po chwili służebny wszedł, skłonił się i zameldował przybycie markgrafa.
– Proś go, pozapalaj światła i przynieś kolację dla nas.
Po chwili do komnaty wszedł Dietrich. Volkmar bez słowa wskazał mu miejsce przy stole. Nie lubili się ci dwaj dostojnicy. Od kiedy cesarz markgrafem północnej Marchii mianował Dietricha, zaczął się on uważać za równego dostojeństwem Volkmarowi. Ten zaś miał siebie za ważniejszego. Co to za markgraf – myślał – którego prawie cała marchia nadal jest w słowiańskich rękach. Zresztą cesarz może go w każdej chwili pozbawić urzędu markgrafa i zostanie Dietrich na jednym małym zameczku rodowym. Wprawdzie biskupowi cesarz też może odebrać biskupstwo, ale nie godność biskupa. A sama ona czyni go dostojnikiem, nieomal książętom równym. Niemniej, mimo wzajemnej niechęci, przy częstych osobistych spotkaniach obaj dostojnicy przestrzegali dworskiej etykiety. Dzisiaj jednak pod wrażeniem wieści z Havelbergu obaj zrezygnowali ze zwyczajowych ceregieli.
– Czy macie jakieś nowe wieści? – zapytał gościa biskup. – Bo ja czekam na wysłany wczoraj zwiad i trwoży mnie, że dotąd nie powrócił.
– Nie mam żadnych nowych wieści i wiem tyle co wy. Ale zarządziłem już przygotowania do obrony grodu.
– A sił nam starczy? Wszak dużo wojów zabrał cesarz do Italii.
– Widać, że na wojnie mniej się znacie niż na księgach – Dietrich nie mógł odmówić sobie uszczypliwej uwagi pod adresem biskupa. – Do Italii z cesarzem poszła jazda, która przy obronie grodu zbędna jest. Sił zostało nam dość, by odeprzeć każde oblężenie. Wiecie zresztą, że Branibor to bardzo dobrze obwarowany gród, jakich Lutycy zdobywać nie zwykli.
– Havelberg był równie warowny jak Branibor, a jednak go zdobyli – ponuro odparł Volkmar.
Rozmowę dostojników przerwała służba wnosząc kolację.
– Nie będę jadł – rzekł Dietrich – chcę tylko z wami uradzić co robić winniśmy. Muszę zresztą iść doglądać przygotowań do obrony.
– Gdyby na miejscu był cesarz – biskup ozwał się, ale markgraf wpadł mu w słowo:
– …Niczego by to nie zmieniło. Nie raz Lutycy nachodzili nasze ziemie pod obecność cesarza. On zreszą najchętniej gdzieś nad Renem zawsze bawi. Wojsk przy sobie nie trzyma. Nim by się o najeździe dowiedział i nim by od lenników wojska zebrał, słowiańskie psy wróciłyby do siebie. Na własne siły liczyć musimy.
– A jak myślicie markgrafie – zapytał z niepokojem Volkmar – obronimy się?
– Myślę że tak. Havelberg padł, bo został pewnie wzięty z zaskoczonia. Nikt tam nie gotował się do obrony. A nas już nie zaskoczą i mamy czas się przygotować – dosyć pewnym i przekonującym głosem odparł zapytany. – Ale na mnie już czas – mówiąc to wstał od stołu.
Obaj dostojnicy pożegnali się chłodno. Po wyjściu Dietricha biskupa znów ogarnął niepokój. Nie ufał wojennemu talentowi markgrafa. Nie tylko nie zdobył nowych terenów, ale już zdobyte traci. Ponure myśli przyszły mu do głowy. Najbardziej niepojęte było dla niego to, że Słowianie potrafili zdobyć tak dobrze obwarowany gród. Po katastrofalnej klęsce nad Reknicą Lutycy powrócili do ich zwyczajowej wojennej taktyki. Gdy robili najazd, wypadali z nagła z lasów, palili osady i co najwyżej małe słabo warowne grody, niemieckich osadników wypędzali lub bili, zagarniali kobiety i dzieci, brali żywność ile unieść mogli, resztę niszczyli i znikali w lasach równie szybko, jak z nich wyszli. W wypadku niemieckiego najazdu nie stawali do bitew w otwartym polu. Robili na idące wojska zasadzki, zastawiali pułapki, niszczyli drogi lub zawalali je powalonymi drzewami, atakowali z nagła z lasów, natychmiast wycofując się do nich spowrotem, gdy tylko Niemcy ustawili bojowe szyki. Utrudniali przeprawy przez rzeki, znosili podjazdy, atakowali w nocy rozłożony na spoczynek niemiecki obóz. Wciągali Niemców na bagna i na bezdroża. Przeciągali działania wojenne do wiosennych roztopów, jeśli najazd był zimą, lub do jesiennej pluchy, gdy Niemcy najechali ich latem. Gdy ich mocno przyparto, szli na pertraktacje, często godząc się nawet na niekorzytne warunki. Ale gdy tylko Niemcy odchodzili, nic nie robili sobie z podjętych zobowiązań, gotując się na kolejną wyprawę odwetową. Niejeden też kniaź połabski pozornie przyjmował nową wiarę, mając nadzieję, że to zahamuje pochód Niemca na jego księstwo. Ale wiedząc, że nadal nazywany jest przez Niemców z pogardą słowiańskim psem, przyłączał się do plemion pogańskich i wspólnie z nimi brał udział w odwetowych wyprawach. Upór i wytrwałość, jakie okazywali od dziesięcioleci północni Połabianie z jednej strony zadziwiały niemieckich dostojników, z drugiej wywoływały w nich wściekłość. I taką właśnie wściekłość do Słowian odczuwał teraz Volkmar. Tyle, że podszyta była strachem. Jeśli zdobyli Havelberg, nie można ich lekceważyć.
Długo w noc biskup braniborski nie mógł zasnąć. A gdy wreszcie usnął, spał niespokojnie. Nagle zbudził się czując, że ktoś go szarpie.
– Wasza dostojność, wasza dostojność, obudźcie się. Wojsk chmara idzie od Havelbergu.
Słysząc te słowa służącego Volkmar zerwał się na równe nogi, narzucił na siebie domową suknię i bez jakichkolwiek oznak jego dystynkcji wybiegł z komnaty. Zbiegł po schodach, wypadł na podworzec i biegł w stronę bramy. Strażnicy widząc to błyskawicznie ją otwarli, choć kompletnie zaskoczeni byli. Biskup nigdy nie opuszczał swej rezydencji bez orszaku i paradnego stroju. Poruszał się zawsze z dystynkcją, odpowiednią godności kościelnego dostojnika. A tu nagle pędzi sam, byle jak przyodziany. Takim go nigdy jeszcze nie widzieli. Za bramą pognał biskup ku północnemu murowi obronnemu. Tłoczyły się na nim setki knechtów, zresztą cała załoga grodu była na murach. Gdy tylko biskup dopadł do nich, rozejrzał się po okolicy. Z dala, od strony Havelbergu widać było w oddali mrowie ludzi, tysiące, konnych i pieszych. Od ich strony na koniach pędziło kilku grodowych knechtów. Po chwili wpadli do grodu północną bramą, która natychmiast zawarto. Niedaleko bramy stał markgraf Dietrich, do którego właśnie podszedł Volkmar. Dowódca przybyłych knechtów zawahał się, któremu z nich ma złożyć meldunek, ale ostatecznie zwrócił się do świeckiego dostojnika:
– Wasza dostojność, Lutycy na nas idą. Trudno policzyć ilu, ale nie mniej niż 5 tysięcy. Konni i piesi. Mają wozy, drabiny, tarany i machiny do miotania głazów i płonących belek. Widać, że będą gród oblegać.
Dietrich nie odpowiedział nic knechtowi, gdyż rozglądał się za dowódcą załogi grodu. Dostrzegł go w pobliżu i skinął na niego ręką. Tamten podszedł i skłonił się.
– Zdaję na was odpowiedzialność za gród. Rozstawcie knechtów na całej długości murów. Trzymać macie gród, póki nie wrócę z odsieczą – głosem nie znoszącym sprzeciwu rzekł do niego markgraf. A po chwili dodał – Każcie sprowadzić dla mnie konia i eskortę z dziesięciu knechtów. Wyruszam natychmiast.
Dowódca załogi bez słowa odszedł przekazać podkomendnym rozkazy Dietricha. Po chwili koń i eskorta czekały na markgrafa. Gdy ten wskakiwał na konia, dopadł go biskup, blady na twarzy ze strachu. Miał wrażenie, że Dietrich nie jedzie po odsiecz, a po prostu ucieka z zagrożonego grodu. Zapytał go więc:
– Dlaczego wasza dostojność opuszcza gród?
– Moja obecność w oblężonym grodzie niczego nie zmieni – usłyszał w odpowiedzi. – Na zewnątrz mogę przygotować obronę innych grodów i zorganizować odsiecz. Wasza dostojność może spokojnie pozostać na miejscu. Gród jest silny a załoga pewna. Do zobaczenia, wasza dostojność.
Dietrich kończąc te słowa skinął na eskortę i z miejsca ruszył w skok ku południowej bramie. Biskup jednak nie wierzył jego zapewnieniom, że gród jest bezpieczny i rzucił się biegiem ku swej rezydencji. Brama na podworzec była nadal otwarta a przy niej stali strażnicy. Przebiegając obok nich krzyknął im, by natychmiast osiodłano dwa konie dla niego i trzymano je przy bramie. I żeby sześciu knechtów zbrojnych takoż na koniach tu czekało. Z chęcią wziąłby dwunastu, by mieć orszak większy od markgrafowego, ale wiedział, że tu każdy miecz może zaważyć na obronie jego rezydencji. Wpadł do niej i biegnąc po schodach wydawał służbie i podległym mu kapłanom polecenia. Mają po jego wyjeździe przygotować rezydencję do obrony i bronić jej nawet wtedy, gdyby Lutycy wdarli się do grodu. Pakować kazał wszystkie kosztowności, a osobistemu służącemu nakazał spakować dla niego co najważniejsze rzeczy, szaty i insygnia biskupie, wziąć spakowane przez innych kosztowności, po czym siadać ma na drugiego konia i gonić za nim na południe, ku Marchii Łużyckiej. W komnacie porwał biskup jedynie ogromny trzos z pieniędzmi, który trzymał pod kluczem w skrzyni, miecz, który w biegu przypasał, dokument mianujący go biskupem Braniboru i nie przybierając się nawet do jazdy konnej popędził ku bramie na podworcu. Czterem knechtom nakazał jechać za nim, dwóch miało czekać na służącego. Po chwili na czele knechtów gnał ku południowej bramie grodu. Dwa pacierze później pognali za nimi jego służący z dwoma pozostałymi knechtami.
Ogarnięty paniką Volkmar zmuszał konia do cwału tak długo, aż stracił z oczu stojący na wzgórzu braniborski gród. Oglądał się też co chwilę, czy aby nie jest ścigany przez Lutyków. Zwolnił dopiero wtedy, gdy upewnił się, że nie goni go nikt. Trakt ku Marchii Łużyckiej nie był pusty i dopiero teraz biskup uświadomił sobie, że ciągną nim na południe grupkami całe rodziny saskich osadników. Wieść o najeździe Lutyków nie jednego Niemca skłoniła do ucieczki. Kilkakrotnie przystawał i pytał uciekinierów idących pieszo o oddział markgrafa Dietricha. Ten wyprzedzał ich ledwo o jaki pacierz konnej jazdy. Zwolnił więc szaloną ucieczkę, by koni nie zmarnić. I by dogonił go służący z kosztownościami. Wreszcie po dobrej godzinie dojrzał go z tyłu. Gdy tamten z knechtami dojechał, Volkmar bez słowa przyspieszył.
Dietricha dopędzili dopiero pod wieczór, już w Marchii Łużyckiej. Panował tu zamęt, nikt nie chciał gadać ni z nim, ni z Dietrichem. Wszyscy szykowali się do obrony. Bali się i buntu Łużyczan. Nikt też nie wiedział, gdzie jest Hodo, markgraf łużycki. Znaleźli go dopiero po trzech dniach w Czerwiszczu, z niemiecka Zerbstem zwanym. Hodo umacniał gród i ni słuchać nie chciał o odsieczy dla Braniboru.
– Nie mam knechtów na zbyciu. Większość konnych cesarzowi dać musiałem na italską wyprawę. A tu wszędzie wrze. Łużyczany tylko czekają, by Lutycy tu przyszli. Nie wiem, czy sam nie będę potrzebował odsieczy.
Volkmar był wściekły, ale przede wszystkim przygnębiony. Miał nadzieję na uzyskanie pomocy u Hodona, odsiecz i szybki powrót do swej biskupiej siedziby. A tu czekać mu przyjdzie, nie wiadomo jak długo jeszcze. Postanowił tymczasem zostać w Czerwiszczu. Ale już następnego dnia zmienił zamiary. Doszła tu bowiem akurat wieść, że Branibor zdobyty został przez Lutyków. Knechtów wycięto, zameczek biskupa splądrowano a kapłanów wzięto w łyka. Palone są okoliczne niemieckie osady, a kto z Niemców żyw, na hodonowe Łużyce ucieka, lub za Łabę i za Tangerę. Widząc, że u Hodona nic nie wskóra, w pośpiechu ruszył biskup Volkmar ze służącym i sześciu knechtami do Magdeburga, stolicy arcybiskupiej, pod którą jego biskupstwo podlegało. Tuż za jego orszakiem ciągnął markgraf Dietrich z dziesięcioma knechtami. Trzeciego dnia podróży nagle ujrzeli wojska idące od południowego zachodu. Biskup w pierwszej chwili przeraził się na ten widok, ale dowodzący jego knechtami dziesiętnik Reinhard rozpoznał niemieckie znaki. Okazało się, że były to wojska arcybiskupa Giselera i wspierającego go biskupa Hildewarda, idące na Wieletów zwanych przez Niemców Lutykami. O ile marsz wojsk kościelnych dostojników ucieszył Volkmara, o tyle przeraziła go wieść, że Lutycy przeszli nawet Łabę, palą osady i mniejsze grody, splądrowali klasztor Kalbe, a część z nich ciągnie wzdłuż Łaby na Magdeburg. I to przeciwko nim ciągnęli kościelni dostojnicy. O odbijaniu Braniboru czy Havelbergu nawet nie myśleli. Pragęli jedynie zatrzymać dalszy pochód Lutyków i co najwyżej odeprzeć ich do Tangery i Łaby. Markgraf Dietrich przyłączył się do idących wojsk zostając jednym z dowódców obok arcybiskupa Giselera i biskupa Hildewarda. Volkmarowi zaś arcybiskup polecił udać się do Magdeburga:
– Natułaliście się biskupie już dość. Nam nie jesteście potrzebni. Czekajcie na nas w moim zamku.
Volkmar ze swoim małym orszakiem ruszył więc do Magdeburga. Był nieco spokojniejszy. Giseler miał ze dwa tysiące konnych i trzy tysiące pieszych, dobrze zbrojnych knechtów. Tą siłą mógł Lutyków powstrzymać, a przynajmniej opóźnić ich marsz. W Magdeburgu gorączkowo gotowano się na ewentualne oblężenie. Volkmara gnębiła myśl, że jego powrót do Braniboru nie nastąpi tak prędko, jakby tego chciał.
Po kilku dniach arcybiskup z częścią wojsk wrócił do Magdeburga. Po niezbyt zażartej utarczce z Lutykami nad Tangerą tamci wycofali się za Łabę. Częścią wojsk Giseler wzmocnił grody po niemieckiej stronie Łaby, a resztę przyprowadził ze sobą.
– Mieliśmy szczęście, że pogańskie psy nie szli na nas całą siłą. Obsadzają zdobyte grody i umacniają zdobyte osady. Gdyby szli na Magdeburg wszyscy, mogłoby być z nami źle – relacjonował Volkmarowi arcybiskup.
– A kiedy wasza dostojność zamyśla odbijać Branibor i Havelberg? Wszak te biskupstwa podlegają waszej dostojność.
– Cieszcie się biskupie, żeście tu, w Magdeburgu, bezpieczni. Musimy czekać, aż cesarz z Italii wróci. Wtedy upomnimy się o nasze biskupstwa i karki tych słowiańskich psów nagniemy do posłuchu.
Volkmar nic nie odpowiedział. Drażniło go, że z odbiciem jego siedziby czekać jeszcze trzeba, choć pewność arcybiskupa, że po powrocie cesarza odbiją utracone grody, dodała mu nieco otuchy, tłumionej jedynie koniecznością czekania na powrót cesarza. Nagle w dużej sieni przed komnatą, w której siedzieli, usłyszeli wzburzone głosy. Nim arcybiskup zdążył zawołać na służbę, drzwi się otworzyły i służebny nisko kłaniając się zawołał:
– Wasza dostojność, wieści przyszły przez posłańców z Hamburga.
– Dawaj ich, natychmiast – krzyknął Giseler.
Do komnaty weszło dwóch obszarpanych, pokrytych kurzem posłańców, a raczej uciekinierów z hamburskiej służby grodowej. Pokłonili się nisko, ale nie ośmielili odezwać się bez zapytania.
– Gadajcie, na boga, co się stało…
– Uciekliśmy z niewoli wasza dostojność – odezwał się starszy z nich. – Hamburg splądrowany, a biskupstwo Aldenburg w Ostholstein zrównane z ziemią. Kto z orężem w ręku przez Obodrytów wzięty, łeb mu ścinają. Kto zdążył, do Saksonii umknął. Obodrycki Mściwoj napastnikami dowodzi…
– Ten przeklęty słowiański pies – wpadł w słowa uciekiniera Volkmer, po czym zwracając się do arcybiskupa mówił dalej – nigdy nie wierzyłem, że ten obodrycki pies naprawdę nawrócony jest. Krzest przyjął, ale pogaństwa nie tępił. Cesarzowi trybut płacił, hufiec jazdy na wyprawę do Italii mu dał, o rękę niemieckiej księżniczki zabiegał, a z pogańskimi pobratymcami na nas napadł. I jeszcze biskupstwo aldenburskie zniszczył. Cesarz musi ukarać tego psa i zmyć z cesarstwa hańbę. Niech tylko wróci z Italii, pewnie jeszcze tej zimy, najpóźniej latem na drugi rok, odbijemy wszystkie nasze biskupstwa, a tym wściekłym słowiańskim psom wybijemy kły.
Oczami wyobraźni widział już biskup Volkmar swój triumfalny powrót do Braniboru. Widział długie kolumny spętanych słowiańskich jeńców idących w łachmanach umacniać niemieckie grody. Widział ich przywódców, którym wyłupiano oczy, wydzierano języki i obcinano prawice, które na Niemca podnieśli.

Mylił się jednak biskup braniborski we wszystkich swoich rachubach i marzeniach.

Gdy do cesarza Ottona II, który dopiero co poniósł klęskę w Italii w bitwie z saracenami, dotarła wieść o karnej ekspedycji Słowian i zniszczeniu trzech biskupstw, dostał apopleksji i zmarł. W imieniu jego następcy, małoletniego Ottona III, pod wodzą magdeburskiego arcybiskupa Giselera w latach 985-7 trzykrotnie Niemcy próbowali odbić zajęte biskupie stolice Branibor i Havelberg, ale bezskutecznie. Drugą niemiecką wyprawę z roku 986 wspierały wojska polańskiego Mieszka I. A dziesięć lat później którąś z kolejnych wsparły wojska Bolesława Chrobrego. Wszystkie te najazdy okazały się bezskuteczne. Biskup Volkmar nie powrócił nigdy do jego rezydencji w Braniborze, zmarł jako wygnaniec, pozbawiony stolicy swej diecezji. Także jego dziesięciu następców, kolejnych biskupów braniborskich, ich stolicy nie ujrzało na oczy. Dopiero podczas krucjaty połabskiej w roku 1147 potężne wojska krzyżowców pod wodzą Albrechta Niedźwiedzia (którego wieki później Adolf Hitler ustanowił patronem NSDAP) zdobyły Branibor i Havelberg. Krucjatę wsparli książęta piastowcy. I dopiero jedenasty z kolei następca biskupa Volkmara, biskup Wigger, w roku 1147 postawił nogę w Braniborze przemianowanym na Brandenburg i osiadł tam. Przez ponad 160 lat ta siedziba niemieckiego biskupstwa założona na podbitych przez Niemców ziemiach słowiańskich, po udanej ekspedycji karnej z roku 983 pozostawała w rękach północnych Połabian. Podobnie było z siedzibą biskupią w Havelbergu.

Wróćmy jednak do roku 983. Podczas gdy biskup Volkmar, siedząc w Magdeburgu, oczami wyobraźni widział swój powrót do Braniboru, kolumny słowiańskich jeńców i okrutnie karanych słowiańskich wodzów, dwóch z nich, Mestwin i Stoigniew siedzieli w komnacie jego splądrowanej rezydencji w Braniborze, popijali miód i toczyli naradę. Wiedzieli już o sukcesie obodryckiego Mściwoja, który spustoszył Hamburg i biskupstwo w Aldenburgu. Ich własne plany, a więc odzyskanie Brenny/Braniboru, Hobolina/Havelbergu i wyparcie za Łabę niemieckich osadników zostały w pełni zrealizowane. Obecnie umacniali zdobyte grody i osady. Zastanawiali się też, co zrobić ze stodorańskim Przybysławem, który był nominalnym grododziercą Braniboru. Miękki był, służył Niemcom. Jeśli złoży przysięgę, że niemieckich kapłanów do Braniboru nie wpuści i Niemcom służyć nie będzie, przywrócą mu ten gród. Tyle, że na żupana wyznaczą zaufanego im człowieka z tych Stodoran, co Niemcom nie służyli, aby miał oko na wszystko, także i na Przybysława. Jedynie chybione plany wywołania buntu na Łużycach i w Miśni gasiły ich radość. I o tym właśnie teraz gwarzyli.
– Wprzódy słaliśmy tajne poselstwo do czeskiego Bolesława – opowiadał młodszemu wodzowi doświadczony Mestwin – ostrożnie wybadać go, czy by nas i Łużyczan nie wsparł przeciwko Niemcom. Wszak wspierał przeciwnika cesarza, bawarskiego Kłótnika. Ale on sam patrzy by Miśnię zagarnąć, o ziemie Ślężan wadzi się z polańskim Mieszkiem i u siebie przeciwników tępi. No i jest zatwardziałym wyznawcą krysta, przez co pomagać obalić krzyż na Łużycach nie w smak mu było. Posłalim przeto posłów do Mieszka, ale i on pomocy odmówił.
– Pewnyś, że odmówił? – zapytał Stoigniew.
– Nie tylko odmówił, ale jeszcze Niemkini Odzie o wszytkim rzekł, a ona gońców wysłała do jej ojca, markgrafa, by go o naszych planach ostrzec. Ale liczyliśmy się z tym i złapaliśmy ich gdy przeszli Odrę. Pisma mieli zaszyte w kubrakach do Dietriecha. Oda ostrzegała go i kazała ostrzec Hodona, że bunt się szykuje.
– A o co prosiliście Mieszka?
– Nasi posłowie powiedzieli mu, że chcemy odbić nasze stare grody i wyprzeć Niemca za Łabę. Powiedzieli też, że Łużyczanie, Serby i Milczanie takoż chcą Niemca z ich ziem wygnać, tyle że nie mają oręża, bo już stary zbój Gero wszytek im odebrał. A obecne markgrafy, co ich po jego śmierci na jego rozbitej na kawałki marchii cesarz ustanowił, takoż pilnują, by Słowianie go nie mieli. No i prosili nasi posłańcy Mieszka, by hufiec jaki jeden tam posłał, by zaczyn buntu zrobić i by oręża trochę na początek Łużyczanom dał, coby czym Niemca bić mieli. A gdy na Niemcu oręż dobędą, to Mieszkowi tamten zwrócą. Mieszko odmówił, rzekł, że do naszych spraw mieszać się nie będzie. Od kiedy Niemkinię Odę z klasztoru dla niego porwaną za żonę ma, bardziej niemieckich niż słowiańskich interesów patrzy.
– A jako myślisz, dlaczego ni Przemyślida ni Piast nam i Łużyczanom nie pomogli?
– Wprzódy dlatego, że obaj jeno swego wyniesienia nad inne Słowiany patrzą. Ze sobą wadzą się o ślężańskie i wiślańskie ziemie, chocia Ślężany i Wiślany ni jednego ni drugiego nad sobą mieć nie chcą. Obaj też radzi by sami Łużyce i Miśnię zagarnąć dla siebie, gdyby Niemcowi noga się podwinęła. I obum silne zbrojne pogańskie południowe Połabie nie na rękę. Bo wiedzą, że ludzie tam Niemca i wiary w krysta jako zarazy nienawidzą, przez co byliby po naszej stronie. Zwłaszcza Piastowi to nie na rękę, bo z Dietrichem tera trzyma, przez co dla Łużyczan byłby wrogiem jako i Niemce. I wie Piast, że gdyby do naszego związku przystały Łużyczany i Serby, i reszta plemion co tam mieszka, to nie tylko odebraliby my jemu nasze ziemie, po naszej stronie Odry, co nam je wydarł, gdy my z Niemcem walczyli. Wsparlibyśmy Pomorców, którzy wciąż mu opór stawiają, jako i Ślężan, którzy nie chcą ni Czecha, ni Piasta, ni wiary w krysta. My bylibyśmy mocni, a on słaby. I przeto palcem nie ruszył, gdy my Niemca bilim. Przemyślidzki Bolko takoż. A szkoda. Bo gdybyśmy Łużyce i Miśnię Niemcowi wydarli i lud tamten orężem wzmocnili, to Niemiec i wiara w krysta już by tu nie wróciły.

Epilog

Ekspedycja karna północnych Połabian z roku 983 na ponad 150 lat powstrzymała pochód niemczyzny i krystowierstwa na ich ziemie. Gdyby obok nich do walki z niemieckim żywiołem przystąpili wtedy polański Mieszko czy czeski Bolesław (nazwany „pobożnym”) szansa na wypędzenie Niemców także z południowego Połabia byłaby ogromna. A gdyby obaj ci władcy wspólnie z Wieletami i Obodrytami uderzyli na Niemców, Słowiańszczyzna byłaby w stanie odzyskać wszystkie słowiańskie tereny na Połabiu i Załabiu, a nawet doprowadzić do upadku i unicestwienia cesarstwa. Po śmierci Ottona II w 983 roku doszło w Niemczech do rozdarcia na stronników młodocianego Ottona III i bawarskiego Kłótnika, chcącego cesarskiej korony. To rozdarcie i wewnętrzny zamęt u Niemców można było rzeczywiście wykorzystać od odrzucenia ich daleko za Łabę. Ponadto zwycięska ekspedycja karna Wieletów i Obodrytów pokazała, że plemiona słowiańskie, bez narzucania jednym przez drugich swego zwierzchnictwa, wspólnie mogą nie tylko stawić czoła niemieckiemu żywiołowi, ale i wyprzeć go z już podbitych terenów. Niestety egoizm polańskiego Mieszka i czeskiego Bolesława, ich chęć wyniesienia tylko siebie i swojej dynastii, oraz żądza powiększania własnych państw kosztem słowiańskich sąsiadów sprawiły, że ta historyczna szansa została zaprzepaszczona.

.

opolczyk

.

Przypisy:

Polskojęzyczna wiki pomija spalenie Hamburga i zniszczenie biskupstwa Aldenburg, choć wiele niemieckich kronik potwierdza te wydarzenia.

.

.

.

.

Reklamy