Opowieść wczesnopiastowska z czasów Mieszka I (cz. 3)

.


.
Spokojnie płynęło w mazowszańskiej osadzie życie Miłosławie i Radzimowi. Gdy ich Chrapek 7 lat skończył, przy postrzyżynach Cichoborem go nazwali. Piastunem jego Stoigniew ostał, jeden z trzech pierwszych znajomków Radzima i najzręczniejszy w osadzie myśliwiec. Potrafił i tura samą tylko włócznią położyć, i małe gronostaje bez psucia ich futerk łapać. Radzim, gdy w kuźni wiela pracy nie było, z innymi na łowy chodził. Miłosława córeczkę powiła, której dziecinne imienię do zaplecin Radka było.
Dwa razy do roku Radzim do Włocławka z kilkoma miejscowymi pospołu jeździł, zazwyczaj gdy daniny wieźli. Chodził wtedy po kuźniach i kupcach szukając nowych narzędzi i form do kucia żelaza. Za każdym razem odwiedzał krajana z Łużyc, Gniewosza, który po staremu komornikiem u żupana był. Zdarzało się, że niekiedy i innych gości u niego spotkał, gdyż Gniewosza znali kromie Mazowszan Polanie, Pomorce i Połabianie, bo nim we Włocławku osiadł, kręcił się u północnych Połabian i Pomorców, skąd dopiero do Polan, a na końcu do Włocławka trafił. I gdy jednego razu Radzim Gniewosza odwiedził, zastał u niego dwóch Pomorców, Racibora i Warcisława oraz polańskiego setnika włocławskiej drużyny, Barnima. Wchodząc do świetlicy, gdzie tamci przy stole siedzieli, pogańskich bogów pochwalił, poznajomił się z nimi i zasiadł do stołu. Pożywił się trochę, po czym z tamtymi do kubków się wziął. Gniewosz widząc takich gości dobrego miodu z żupanowych zapasów dzbanów kilka już wcześniej przyniósł. Tamci gwarzyli właśnie o ostatnich walkach na Pomorzu. Mieszko uparcie nadal całe Pomorze między Odrą i Wisłą sobie podporządkować zamierzał. Ale nadal niesporo mu szło. Co najechał grody jakie i je dobył, żupanów swych narzucając, skoro tylko do Poznania odchodził, podnosili się Pomorce, żupanów mieszkowych precz gonili, zwierzchność jego zrzucając. Barnim, setnik włocławskiej drużyny, otwarcie potępiał Pomorców. Zachwalał, jako to dobrze jest w piastowym państwie:
– U nas, Polan, pokój i porządek jest, od kiedy pamiętam. Ni wojen, ni najazdów. Grodów przybywa i gościńców, i kupców co z towarami z całego świata do nas jeżdżą. Kamienne dworce i kościeły Mieszko buduje. Wojów ma coraz więcej i coraz lepiej zbrojnych. Możem śmiało Niemcowi zdzierżyć. Jam kontent jeśm i Mieszkowi z ochotą służę. Nie wiem, co bieda, głód i strach przed najazdem.
Na to Radzim po chwili namysłu rzekł:
– Prawda to, że biedy i głodu w drużynie Mieszka nie zaznacie. Mam ci ja znajomka – Radzim nie przyznał się, że sam setnikiem był – co w przybocznej drużynie knezia służył. I stąd wiem ci ja, że biedy i głodu u knezia na służbie nie ma. Zwykły woj u niego za rok służby więcej ma, niźli wolny kmieć za cały dziesiątek lat pracy na roli. I od danin i powinności woj wolny jest. A zdarzy się wojna i łupy obfite, to za jedną wyprawę więcej ma, niż kmieć za pół żywota. A już setnik niejeden tyla ma co cała kmieca osada. Prosty woj nie raz przy wałach, palisadach i przesiekach w lasach robić musi. Ale więcej czasu na wałach stoi i nic nie robi. A na przednówku nie martwi się, co jego białka i dzieci żreć będą. Za to u kmieciów, gdy plony złe były, na przednówku matki dzieciom od ust odjąć muszą, coby woje i ich rodziny głodne nie były. A jeszcze gorzej u przypisańców i niewolnych jest. Od rana do nocy pracować muszą, za byle jadło i byle przyodziewek. Nie dziw, że podarte portki mają i łapcie z kory i łyka. Polować im nie lza, grosza za pracę nie dostają, a jak który zbiegnie, to go ścigają i złapanego mękami morzą na oczach innych, coby ucieczek niechali. Możnowładcy u Polan, co od knezia nadania ziem dostali, służą mu. Sami bogactw mają aż nadto. Daniny z podległych im grodów, osad i opoli dla siebie ściągają. Ale z nich własne drużyny trzymają i gdy kneź żąda, na wojny je wiodą. Drużynnicy, czy to u knezia, czy jego możnowładców, o nic sami troszczyć się nie muszą. Dostają oręż, wojenny odziewek i żarcie dla siebie i rodziny. I grosza za służbę i udział w łupach. Tyla, że na nich cała reszta pracować musi. I daniny płacić i inne powinności uiszczać. Syny zaś od kmieciów na naroczników biorą – przez rok stróże na grodach trzymać muszą, bo wojów wciąż za mało u knezia jest. Po roku do dom wracają i dalej daniny płacić muszą. Chocia zdarza się, że jaki tam narocznik na stałe wojem ostaje. Jemu tedy lepiej jest, bo od danin wolny. Ale jego osadzie pary rąk do pracy ubywa. A daniny osada po staremu dać musi. I więcej, bo więcej wojów do utrzymania jest.
Zamilkł Radzim, ale po chwili gadał dalej:
– U Polan tako jest, że radzi z rządów piastowego rodu jeno możnowładcy, żupany, komorniki, dworskie dostojniki i starszyzna jest. I kapłani nowego boga. Kmiecie już nie. A przypisańcy i niewolni bez mała na równi z Niemcem piastowy ród przeklinają. I jest ich więcej niźli tych, co ze służby kneziowi radzi są, bo korzyść mają. Tu, u Mazowszan, nie jest jeszcze tak źle. Mieszko wie, że gdyby jego hufce na Pomorzu czy u Czerwieni rozbito, to Mazowszany bunt podniosą i zrzucą jego zwierzchność. Bo nikto go tu nie kocha – ni możnowładcy, co radzi nikogo nad sobą nie mieć, ni osady i opola do wolności nawykłe. I dlatego takiego ucisku jak u Polan tu jeszcze nie ma. I narzucania obcej wiary siłą jako u nich. Mieszko nie chce tu surowością buntu zażegnąć.
Barnim zaskoczony był otwartą mową Radzima przeciwko Polanom i Mieszkowi. Zapytał więc ostro:
– Godzi się tak na knezia szczekać i przeciwko jego władzy burzyć?
– Nie szczekam ja, ni przeciw niemu nie burzę – odparł spokojnie Radzim. – Gadam co wszytkie tu wiedzą i co wie sam kneź. Tylko polańskie żupany i dostojniki przez niego tu osadzone wiernie mu służą. Mazowszańskie jeno z musu i przez to, że powadzeni między sobą są, a przeto za słabi, by na Mieszka iść. Gdyby jednak jaki wódz tu się znalazł, coby u wszytkich posłuch miał, Mazowszany ni dnia by Mieszka nie słuchali.

Toczącej się rozmowie z napiętą uwagą, choć usiłowali ją ukryć, przysłuchiwali się Pomorce Racibor i Warcisław. W ostatnich walkach z piastową drużyną wiela oręża utracili. Duża część Pomorza nadal Mieszkowi opór stawiała. Od wieka Pomorce za Odrę chodzili, by z Wieletami Niemca bić. Nie chcieli u siebie ni Piasta, ni danin, ni wiary w krysta, ni krztu. Jako i północni Połabianie bronili starego obyczaju, wolności i swoich bogów. Przybyli do Włocławka z jantarem i solą morską, by za nie żelaza z dymarek na oręż nabyć. Ten kuli sami u siebie. Mogli iść po żelazo i do Wolina, bo jednaka droga im była. Ale chcieli tu kraj przepatrzyć i wymiarkować, czy Mieszko znów wojów nie zbiera, by na Pomorzan iść.
Gdy Radzim umilkł, a Barnim myślał, jako mu odrzec, do rozmowy włączył się Warcisław:
– Mieszko, nie można rzec, mężny to woj i dobry wódz. Pomorce sami by go na knezia chcieli, gdyby nowego porządku, danin, poddaństwa i krysta nie narzucał. Są i u niektórych plemion połabskich knezie, ale porządek tam stary, i obyczaj stary, i bogowie. Nie ma poddaństwa, a danin mało co, tyla, coby kneź sam nie musiał orać pola. Wszytkie grody, opola i osady, gdy prac w polu ni łowów nie ma, sposobią wszytkich mężów do oręża. I gdy ku wojnie idzie, wiciami wszytkich kneź zwołuje. Tysiącami ciągną wtedy na wroga i bronią pospólnie każdego grodu, jakoby ich własnym był. A i u tych plemion, co knezia nie mają, podobnie jest. Do oręża wszytcy sposobią się. Gdy wojna jest, wodza stanowią na wiecu, który tedy jako kneź wojami rządzi. Po wojnie zaś każden do dom wraca i wedle własnej woli żyje. Gdyby Mieszko u Polan stary obyczaj ostawił, bez poddaństwa i mnogich a ciężkich danin i powinności, gdyby wiary w krysta nie narzucał, a wszytkich mężów do wojny sposobić przeciwko Niemcowi jął, toby Pomorce same go kneziem obwołali. I pod nim pospołu z Wieletami na Niemca by chodzili. A co robi Mieszko? Cesarzowi na pomoc wojów na wojny z Obodrytami i Wieletami śle. I sam za Odrę na wieleckie ziemie prze. I Pomorców napada. I dlatego go nie chcą.
Barnim słuchał uważnie Warcisława, po czym tako mu rzekł:
– Prawiliście, że północne Połabiany z Niemcem walczą, a stary obyczaj siłę im daje. Ale sami wiecie, że coraz mniej ich, ziemie ich kurczą się i kiedyś wszytcy pod Niemca popadną. Widzi to i Mieszko i dlatego porządek wprowadził, jaki Niemcowi siłę dał, by plemion po tej stronie Odry przed Niemcem bronić. Wiarę w krysta wprowadził, by Niemcowi pozór do najazdów z ręki wytrącić. A i co z tego, że cesarza w walce z Połabiany wspiera. Zali to Wieleci pospołu z Niemcem na Polan nie chodzą?
Warcisław namyślał się, jako to upartemu setnikowi piastowemu odrzec. Wreszcie ozwał się tak:
– Północne Połabiany jeszcze długo opór Niemcowi stawią. I nie raz już Niemca pobili. Pomorce też z nimi nie raz na Niemca szli. I gdyby Mieszko pospołu z nimi na Niemca uderzył, to by go za Łabę na zawżdy wyparto. A już gdyby Mieszko wszytkich mężów do oręża przysposobił, jako to u Wieletów jest, to by siłę miał, jakiej by Niemiec nigdy nie złamał. Ale wie też Mieszko, że ta siła jego panowaniu groźna by była. Przeto woli wiela poddanych bez oręża mieć i drużynę z ich danin trzymaną, którą i wojny prowadzić może i bunty przeciwko niemu dusić. Nie o wolność plemion słowiańskich zabiega, bo sam je niewoli, a o swoją władzę. Niemców siła na tym głównie stoi, że my bijem się między sobą, zamiast pospołu na nich iść. Najeżdża Mieszko od lat Pomorców. Giną i oni, i jego woje. A Niemiec się cieszy, gdy my od tych wojen słabniem. Nie lepiej by było, by Mieszko podboju Pomorców niechał, a za to pospołu z nimi na Niemca ruszył? Wieleci z Wichmanem na Polan szli, prawda to. Ale częściej na Niemca idą. A i to wiedzieć musicie, że dla nich Niemiec i Piast to jedno. U Mieszka jako i u Niemca niemieckie porządki są – możnowładcy, poddaństwo, daniny i nowa zła wiara. Tyla, że Mieszko nawet groźniejszy dla nich niż Niemce, przeto osłabić go chcą. Bo popatrzcie setniku – Warcisław na chwilę zawiesił głos – Mieszko na Pomorców prze, by ich podbić. A Pomorce od wieka z Wielety na Niemca chodzą. Pobije ich Mieszko, osłabną bez Pomorców siły Wieletów. A jeszcze straszniejsze dla nich to, że jeśli Mieszko Pomorze podbije, to oni jako w paści się znajdą – z jednej strony będzie na nich dalej Niemiec parł, a od tyła Piast. I wtedy łacniej pobici zostaną.
Warcisław zamilkł i zamyślił się. Po dłuższej chwili ozwał się Racibor:
– Widzi mi się, że wiarę w krysta po to Mieszko też wprowadził, by własną władzę wzmocnić. Bo u nich kapłany gadają, że każda władza od ich boga dana jest i nie lza przeciw niej buntować się. Ale nie uchroni ona go od Niemca. Niejeden połabski kneź udał, że wiarę krysta przyjmuje, by Niemcom pozór do podboju odjąć. I nic to nie dało, bo Niemiec zawsze jaki tam pozór najdzie, by na słowiańskie plemiona przeć, okrzczone czy nie, zajedno. Czesi od wieka nową wiarę mają, a Niemcowi służyć muszą. I przyjdzie czas, że cesarz im Niemca na tronie osadzi, a potem Czechów całkiem do niemieckiego państwa wcieli. Tu za Odrę też będzie Niemiec parł, zajedno czy Piasty krysta czcić będą, czy nie. Bo taka jest natura Niemca. Siłę Niemcom daje to, że cesarza mają. I chocia grafy wadzą się między sobą, a i cesarzowi nie zawsze posłuch dają, jednako mocen jest cesarz spory wewnętrzne uładzić. I wtedy grafy wojska mu dają, które na nas idą. Gdyby tako u nas było, że wiela plemion pospołu na Niemca by szło, jako oni na nas, nie dałby nigdy cesarz nam rady.
– To czemu Mieszka nie zrobim słowiańskim cesarzem? – przerwał Raciborowi Barnim – Wszak sami prawiliście, że mężny on i dobry wódz. Gdyby Połabiany i Pomorce zwierzchność jego uznali, pewnikiem ruszyłby na Niemca. A i Czesi może by jego zwierzchność uznali. Lepiej by im pod Piasta niż pod Niemca podlegać było.
– Czechów znam – rzekł Racibor – bo wiela ich do Wolina na handel jeździ. Nie uznają oni nigdy piastowego zwierzchnictwa, bo prawią, że ich państwo i ich dynastia starsze są od Piastów, przeco im zwierzchność nad Słowiany przypaść winna. Połabiany i Pomorce takoż zwierzchności Piasta nie uznają nigdy, bo słowiański obyczaj odrzucił i słowiańskich bogów. Dla nich zaprzańcem jest. I jako by to było, aby słowiański cesarz niemiecki porządek wprowadzał i hebrajskiego boga narzucał. Niech wróci do słowiańskiego obyczaju i naszych bogów. Wtedy Pomorce i Połabiany czasu wojny z Niemcem jego zwierzchność uznać będą gotowi, bo siły największe ma.
Skończył mówić Racibor i zapadło na długo milczenie. Jeno miodu popijali i jeden na drugiego patrzał. Wreszcie odezwał się gospodarz, komornik Gniewosz:
– Jako wiecie, Łużyczanin jeśm, ale od lat tu siedzę i za swojaka Mazowszany mię mają. Znam ich i wiem jako myślą. Oni by też chętnie, kromie kilku byłych knezików i możnowładców, Mieszka zwierzchność z dobrej woli uznali. Bo widzą, że w kupie łacniej jest przed Jaćwieżą, Prusami, Czerwienią i Waregami z Rusi bronić się. I gdyby Mieszko niemiecki porządek odrzucił, poddaństwa i danin niechał, i kapłanów hebrajskiego boga precz wygnał, toby i oni knezia w nim chętnie widzieli. I jeszcze to mi do głowy przyszło, że tak jak hebrajska wiara Niemcom korzystna jest, nam, Słowianom szkodzi. Niemce wprzódy jako i my swoich bogów mieli. I bronili ich gdy Franki z zachodu na nich parli. Aliści w ostatku wszytkie Niemce obcego boga przyjęli i tera wszytcy razem wspierają się, gdy o jego panowanie idzie. Nam za to ta obca wiara jeno rozbicie i rozdwojenie dała. Przez nią Pomorce i Połabiany Polan za zaprzańców mają, bo obcego boga przyjęli. I przez niego Pomorce i Połabiany z Polanami ugodzić się nie mogą. Gdyby go wyżenąć, a jego kapłanów do Niemiec wygnać, nic by nie stało na drodze, by Połabiany i Polany pospólnie Niemcowi opór stawili. To co Niemcowi jedność tera daje, ten hebrajski bóg, nam daje jeno rozbicie. Ale że ni Mieszko z hebrajskiego boga nie zrezygnuje, ni północne Połabiany i Pomorce z dobrej woli go nie przyjmą, to i języka po próżnicy strzępić szkoda.
Zamilkł po tych słowach Gniewosz i wszyscy znów zadumali się. Po jakimś czasie ponownie ozwał się Barnim choć już niepewnym głosem:
– Jeśli prawyście wszytcy i Mieszko źle robi, niech ta wam będzie. Ale jeśli on niemiecki porządek wprowadzając i obcego boga, słowiańską mowę zratuje, zali nie warto o to walczyć? U Łużyczan  już Niemiec po naszemu gadać zabrania. A tego Mieszko nie zrobi. Mowa nasza ostanie w jego państwie.
Na to odrzekł mu Racibor tak:
– Niby prawiście, że Mieszko słowiańską mowę zratować może, bo niemieckiej sam nie chce. Tylko co nam po słowiańskiej mowie, jeśli Słowianie hebrajskiego boga chwalić nią będą, naszych zaś bogów przeklinać i lżyć. Czy warto po to mowę ratować?
Gdy Racibor skończył, rozmowa urwała się całkiem. W milczeniu jeno miód siorbali. Wreszcie setnik Barnim powstał, pożegnał się i odszedł na kwaterę wojów. A reszta spać poszła. Rankiem Radzim pożegnał Gniewosza i obu Pomorców, odszukał w gospodzie swojaków z osady i ruszył z nimi do dom. Ledwo do osady powrócili, na spienionym koniu niespodzianie przygnał Sambor, syn bartnika Bojana z leśnej osady pod Poznaniem. Wyrósł w międzyczasie, bo gdy Miłosława z Radzimem i Chrapkiem tamtą osadę opuszczali, ledwo podrostkiem był. Twarz miał chmurną, w oczach ból i gniew, szczęki zaciśnięte.
– Na bogów – zawołał na widok Sambora zaskoczony Radzim – cóże to się stało, żeś tu przybył?
Sambor na to chrapliwym głosem zawołał:

– Chwalibóg zamęczon pomarł, osada spalona przez kapłańskich pachołów, kilku z naszych legło, kilku w las uszło, reszta na niewolnych do grodu w pętach poszła. Mało co świętego dębu nie zrąbali. Wróż, nim pomarł, kazał po was słać. Przetom tu przygnał.
W międzyczasie weszli do izby, gdzie po chwili stłoczyła się cała osada. Sambor przy stole siadł, jadła odmówił, tyla, że piwa popijał, bo mu w gardle zaschło. Radzim tymczasem skoczył konie na jutro do dalekiej drogi szykować, po czym wrócił do izby. Odczekał jeszcze, aż Sambor całkiem ochłonie, a Miłosława wypłacze się, po czym rzekł:
– Opowiedz po porządku, jako to nieszczęście się stało.
Sambor jeszcze długo w sobie się zbierał, w końcu ozwał się tak:
– Siedzielim doma i śniadalim, gdy hałas w osadzie się zrobił. Wyszlim więc patrzyć – co jest. Dom wróża otoczon był przez zbrojnych pachołów. Ze dwie dziesiątki ich było. Kapłan kościelny z grodu nimi dowodził. Czterech pachołów wywlekło Chwaliboga z chaty i w pęta go wzięli. Zara potem jeden z  nich objaśnił nam, że w gospodzie na podgrodziu przypadkiem podsłuchał, jako dwóch grodowych zmawiało się do wróża iść, by kościelne gusła pod świętym dębym im odczynił. Ukradkiem poszedł za nimi i tak dotarł wprzódy do osady, a potem i do świętego dębu. Wrócił tedy do grodu, powiadomił kapłanów i ci następnego ranka wysłali jednego z nich z pachołami, by wróża ująć i przed kościelny sąd go stawić. I dlatego tu są. Po nim gadał ten kapłan, że wróż odczyniając pogańskimi gusłami święte obrzędy prawdziwej wiary znieważył i obraził ich boga i kościół, przez co surowa kara go czeka. A aby, jako rzekł, jego pogańskim gusłom tamę stawić, nakazał pachołom natychmiast dom Chwaliboga toporami zrąbać. Pachoły skoczyły z toporami i długo nie trwało a jeno belki porąbane, i sprzęty poniszczone, i jadło w ziemię wdeptane z wróżowej chaty ostały. Talizmany, co u wróża znaleźli, porąbali i popalili, a co metalowe były, ze sobą wzięli na zniszczenie ich w grodzie. Na koniec kapłan nakazał ich symbol na środku rumowiska po domostwie wróża w ziemię wbić. I wkopali  krzyż z dwóch zbitych belek tam, gdzie wróża dom stał. Wysoki na czterech chłopa ony krzyż był. Kapłan kościelny jeszcze go i ziemię dookoła wodą lał, co gadał, święcona jest, i że to miejsce od tera na zawsze poświęcone jest, i że prawdziwa ich wiara pokonała pogańskie gusła. Na koniec dziesięciu pachołów pod wodzą kapłana z pojmanym wróżem do grodu odeszło, druga dziesiątka zaś ku świętemu dębowi lasem ruszyła. W osadzie radzić jęli co robić, jam zasię do sąsiedniej osady pobiegł, skąd ze zbrojnymi smolarzami pod dąb popędzilim. Już z dala słaszelim ich topory. Wypadlim my tedy z lasu i tamtych pobilim. Kilku z nich legło. Z naszych takoż. Reszta kościelnych pachołów w las uszła. Obejrzelim dąb. Z jednej strony korę miał już obłupioną i trocha nadrąbany był, ale stał jako wprzódy. Zrobilim tedy naradę, co dalej. Uradzilim, że truchła pobitych pachołów w nocy pod gród odniesiem, coby kapłany ich po swojemu grzebały. Naszych pobitych odnieślim do sąsiedniej osady, by ich tam godnie do do przodków w Nawii odesłać. Jam kopnął się tedy do naszej osady, alem gdy dobiegał do niej, skrzęt mnie doleciał. W osadzie wrzała bitka. Pachoły, co spod dębu uszli, na gród pobiegli i jeszcze więcej zbrojnych na osadę przywiedli. Ponad pół setni ich tera było, a z nimi i woje z grodowej stróży pod dwoma dziesiętnikami. I takoż kapłan, choć inny niż wprzódy. Kilku naszych legło, kilku w las uszło, a resztę w pęta wzięli i jako niewolnych do grodu popędzili. Pod dąb nikogo tym razem nie wysłali, bo powiązanych jeńców do grodu odwieść musieli. Od naszych, co w las uszli zwiedziałem się, jako było, gdym ja do drugiej osady biegł. Uradzili nasi, coby ten ich krzyż obalić i spalić. I tako zrobili – zrąbali go i spalili. Potem radzili, jako Chwaliboga z wrażych rąk wydrzeć i czy nie lepiej całą osadą w las uchodzić na zawsze, ale nijakiej rady na wyrwanie wróża z kapłańskich rąk najść nie mogli. I gdy tak radzili, zbrojne pachoły i woje ze stróży wtóry raz osadę otoczyli. Wiedzieli od zbiegłych z lasu pachołów, że kilku innych pod dębem legło, przeto bić naszych jako wroga jakiego jęli. Gdy już naszych zbrojnych pobili a rannych, białki i dzieci w pęta wzięli, zrąbali wszystkie chaty, porąbane belki spalili, tam gdzie my ich krzyż zrąbali postawili drugi, jeszcze większy i do grodu odeszli. A my naszych pobitych odnieślim do drugiej osady i wrócilim pod dąb, skąd truchła pachołów na skraj lasu powleklim. Gdy noc przyszła, wzielim je i pod gród blisko bramy je podrzucilim.

Tu przerwał Sambor, jakby sił nie miał dalej gadać, bo najgorsze było jeszcze przed nim. Sięgnął po kubek z piwem, popatrzył do środka i cicho mówił dalej:
– Akurat jak kładlim truchła pachołów przy drodze, mała furtka przy bramie grodu otwarła się i dwóch wojów wyprowadziło kogoś z grodu. Szli w naszą stronę trzymając tamtego między sobą. My tedy leglim na ziemię i czekalim. Tamci nie postrzegli nas, bo mrok był i kilka kroków od nas prowadzonego pchnęli tak, że z jękiem upadł. Po czym odwrócili się i odeszli. Gdy weszli do grodu, my podeszlim do leżącego. Pochyliłem się nad nim i aż mnie zemdliło. Chwalibóg to był. Oczy miał wyłupione i obie dłonie obcięte. Ale przytomny jeszcze był. Poznał mnie i cicho wyszeptał – jedź po Radzima, może on co uradzi. We Włocławku pytaj o komornika Gniewosza. On wskaże ci drogę. Spytałem go, kto go tak okaleczył i dlaczego. Rzekł – kapłany hebrajskiego boga kaźń mi zasądzili. Oczy mi wydarzeć kazali, bom – prawili – niegodny boży świat oglądać. A ręce obciąć – bom nimi gusła boga ich obrażające czynił. Chcieli i język mi wydrzeć, bom nim – jako gadali – bluźnił i boga ich obrażał. Ale potem inaczej uradzili – ostawimy ci język, byś, jeśli ci jucha wszytka nie wyjdzie, potęgę kościoła głosił. Po tych słowach więcej już wróż mówić nie mógł. Wzięlim go na ręce, ale nim do lasu doszlim, pomarł. Zanieślim go o mroku do drugiej osady, przygotowalim do obrzędów i następnej nocy poszlim pod dąb, stos mu ułożylim i godnie do przodków odesłalim. Zara potem, jeszcze po ciemku, w naszej osadzie zrąbalim drugi krzyż i spalilim go. Po czem na koniu od smolarzy tum pognał.

Sambor skończył mówić, a w izbie zapanowało ponure milczenie. Mazowszanie wstrząśnięci byli okrucieństwem, jakie dotknęło nieznanego im wróża. Jeno Radzim nie milczał:
– A nie wiesz co kneź za pobicie pachołów kościelnych robić myśli? – zapytal Sambora.
– Knezia nie ma na grodzie. Już kilka miesięcy jak na wojnę pociągnął, chyba ku Czerwieni, jakom słyszał.
Znów zapadło milczenie. Na koniec Radzim rzekł:
– Spać idziem, rano do dnia w drogę ruszamy.
Nazajutrz, gdy niebo ledwo jaśnieć jęło, Radzim i Sambor pomknęli w drogę. Dla pośpiechu dwa konie na zmianę ze sobą mieli. Gnali jakby ziemia pod nogami im płonęła i już po kilku dniach dojechali na miejsce. Zajechali do sąsiedniej leśnej osady, lecz była pusta, choć nie zniszczona. Dopiero w położonej jeszcze głębiej w lesie innej osadzie znaleźli niedobitki z pierwszej i uciekinierów z drugiej. Tam dowiedzieli się o kolejnej, większej jeszcze bitwie, do jakiej po odjeździe Sambora doszło. Dwa dni po spaleniu w zniszcznej osadzie wróża drugiego krzyża kapłani wysłali pachołów na zwiad. Ci donieśli kapłanom, że krzyża nie ma. Na co kapłani całą setnię pachołów i wojów ze stróży do lasu wysłali z rozkazem zrąbania świętego dębu i postawienia dwóch nowych krzyży – w spalonej osadzie i przy zrąbanym dębie. Gdy pachoły dąb rąbali, z lasu ukryci smolarze i bartnicy z kilku opoli zasypali ich gradem strzał. Ze dwudziestu z nich legło. Reszta, jako i woje grodowi sami zaczęli szyć z łuków w gęstwę, po czym z mieczami i włóczniami ruszyli na leśnych osadników. Zawrzała w gąszczu bitwa i po obu stronach padło jeszcze po kilkanaście trupów. Na koniec leśni ulegli przed przemocą wojów i uciekli w głąb lasów, a grodowi zrąbali dąb, wbili obok wielki krzyż, rozrzucili głazy grobowe, rozkopali kurhany, potłukli naczynia z żertwą, porozrzucali kości i wrócili do grodu, po drodze w spalonej osadzie trzeci krzyż ustawiwszy.
Długo w noc trwała narada, co robić, ale nic nie uradzono. Radzim postanowił nazajutrz przed zmrokiem do zrąbanego dębu się zakraść. Nie wiedział, że kneź do grodu już wrócił, o wszytkim zwiedział się i ze ściągniętym z Gniezna Jordanem miejsce walki obejrzeć się wybrał. Gdy więc Radzim zbliżał się do polanki ze zrąbanym dębem, usłyszał ludzki gwar. Na ziemię zaraz legł i ostrożnie, jako to na łowach na płochliwego zwierza robił, skradać się jął ku polanie. Szczęście miał, bo ciemniało już, a on akurat od tej strony podchodził, gdzie w pobliżu rozkopanych kurchanów kneź z Jordanem na odrąbanym konarze świętego dębu przy małym ognisku siedzieli i gwarzyli. Odzielał Radzima od nich szereg wojów zwróconych ku lasowi z łukami i włóczniami w rękach. Radzim potrafił jednak tak się podkraść, że ni go nie dojrzeli, ni usłyszeli. Ukryty pod niskim chojrakiem ledwo dwa kroki od wojów i jakie sześć od knezia i Jordana słyszał ich rozmowę. Jordan pomstował na leśnych osadników za ubitych pachołów i za zrąbane krzyże. Parł na knezia, aby wszystkich wyłapać kazał i do ukarania przed kościelny sąd stawił. Kończył tak:
– Jako mi tutaj wiarę szerzyć w pana naszego najwyższego i jako szacunek i posłuch dla kapłanów i kościoła utrzymać mam, skoro przy waszym najważniejszym grodzie poganie zuchwale moją służbę biją, krzyże obalają i wstrętne gusła czynią. Siłą należy ich zgnieść i karki ich przed krzyżem ugiąć.
Zamilkł i czekał co mu kneź powie. A ten długo milczał i myślał, aż wreszcie, mówiąc powoli i z namysłem, ozwał się tak:
– Niedobrze się stało, żeście swoich pachołów na osadę nasłali. Niedobrze, żeście tego wróża okaleczyli. Niedobrze, żeście osadę spalili i ten pogański święty dąb zrąbali. Jedno coście tym zyskali, to jeszcze większą nienawiść ludu do was, kościoła i waszego boga.
– Co prawicie panie – przerwał Mieszkowi wzburzonym głosem Jordan – mamy pozwolić, by pogaństwo pod waszym grodem robiło co chciało i opór stawiało?
Mieszko ponownie długo milczał, po czym rzekł:
– Czy wiecie Jordanie, że po samych grodach, choćm krzcić je kazał, bez mała nikto waszego boga naprawdę nie przyjął. Do kościełów chodzą bo muszą. Nie buntują się, bo w każdym grodzie tyla wojów mam, że posłuch wymusić zdołam. Ale wyrzec się starych bogów nie wyrzekli i tego nowego, waszego, tylko dla pozoru czczą. Po cichu, a niekiedy gdy się zapomną, głośno starych bogów wołają. I nie tylko zwykli grodowi. Wszytcy – żupany, dwór, wojewody, woje – wszytcy starych bogów żałują i cześć im po cichu oddają. I pokolenia miną, nim o nich nasze prawnęki zapomną. Macie zadość pracy, a nie dość kapłanów, by w samych tylko grodach ludzi sercem do waszej wiary przywieść. I tym się tera zajmijcie – co zrobić, by w grodach, gdzie bezpieczeństwo waszym ludziom gwarantuję, do waszej wiary powoli ich przekonać i przyciągnąć. Lud za grodami zaś ostawcie w pokoju. Jeszcze przez wieki trwać będzie przy swoich bogach. I to jeszcze wiedzieć winniście, że ja celowo ich do wiary w waszego boga przymuszać nie chcę. A wiecie czemu? Gdy moj rodzic jął sąsiednie grody i opola pod swoją władzę przymuszać, wiela krwie popłynęło. Gdy jam po nim właść przejął, takoż wielam razy opór w krwi topić musiał. I długo trwało, i wiela krwie spłynęło, nim do nowego porządku lud karku nagiął. Tyla, żem nie zabrał mu tego, co najbardziej ceni – starych bogów. I choć zębami lud zgrzyta, daniny i poddaństwo i brak wieców wbrew sercu znosi, ja spokój mam, bom im ich starych bogów ostawił. Wezmę im ich – bunt będzie powszechny. I wtedy nie tylko wy i wasz kościół zniesion będzie ale i moje panowanie.
Tu zamilkł Mieszko, zadumał się, po czym prawił dalej:
– W grodach jako rzekłem, bezpieczeństwo waszym kapłanom gwarantuję. Ale poza grodami już nie. Nawet gdybym miał wojów dziesięć razy tyla co mam i tak by za mało ich było, aby każde opole i osadę do posłuchu dla was przymusić. Wieki miną, nim lud starych bogów odstąpi, jeśli w w ogóle do tego przyjdzie. Patrzcie, by ludu nie drażnić. Bo i moja siła wtedy nie starczy, gdy wszytcy na raz przeciw waszej wierze i kościełowi wystąpią.
Na jaki czas zapadło milczenie, wreszcie na koniec Mieszko do Jordana tako rzekł:
– Sprawę z osadnikami załadzić trza a nie ją zaogniać. Jeszcze nie raz ustąpić przed oporem ludu wam przyjdzie. Jakom i ja przed jego oporem ustępować nie raz musiał. Podobnych starć ludu z kościelnymi pachołami wiela już od krztu przy innych grodach było. Musicie zrozumieć, że nie lza nam siłą waszą wiarę ludowi narzucić, bo gdy cały przeciwko nam powstanie, stracim wszystko.

Tu nie mylił się wiele Mieszko. Za panowania jego syna Bolesława miał miejsce pierwszy większy antykościelny bunt, a w roku jego śmierci kolejny. Następny duży bunt wybuchł krótko potem za panowania wnuka Mieszka, Mieszka II Lamberta. Największy zaś, który całkowicie rozbił i unicestwił znienawidzoną przez lud organizację kościelną wybuchł za jego prawnuka Bolesława II. Ni jeden kościół, ni jeden kapłan nowego mściwego boga nie ostał się wtedy u Polan. Ale i ten bunt ostatecznie siłami Niemców, Czechów, Rusinów i garstki możnowładców polańskich stłumiono. Władcę, który stał na czele tego buntu, Bolesława II, przez wieki jeszcze lud wspominał w pieśniach i gawędach. I choć kościelni wymazali go z historii i z pocztu właców, nigdy o skazanym przez kościół na zapomnienie nie zapomniano. Ale o tym będzie w jednej z  następnych opowieści…
.
Epilog
.
Po odejściu knezia i Jordana z polany Radzim wrócił do leśnej osady. Następnego dnia zrąbali osadnicy krzyże przy powalonym dębie i w spalonej osadziewróża. Radzim odszukał w niej i odkopał tajną jego skrytkę. Talizmany runami zdobione oddał osadnikom. Z trzosu z pieniądzem wyjął i w zanadrzu schował drogocenne kamienie. Na podgrodziu odszukał znajomego kupca, Hellena, który tu osiadł. Wręczył mu trzos pełen złotych i srebrnych monet mówiąc:
– Proszę was, byście u kościelnych wykupić chcieli pobranych w niewolę leśnych osadników. Złota z trzosu zadość jest na wykup wszytkich. Ile utargujecie na cenie, tyla wam przypadnie. Ale to nie wszytko.

Tu sięgnął do zanadrza i wyjął całą garść świecących wszytkimi kolorami drogich kamieni.
– Jeśli wszytkich wykupicie – ciągnął – dam wam te wszytkie kamienie darmo. Co wam czynić należy, to u kościelnych wykupić odsadników. Gadajcie kapłanom, że do Pragi na targ ich powiedziecie. Jak wejdziecie z nimi w las, nasi ludzie ich odbiorą, a wy dostaniecie kamienie.
Kupiec chciwy był i wprzódy myślał pieniądze dla siebie wziąć, a niewolnych w niewoli ostawić, ale na widok drogocennych kamieni zrobił co Radzim mu polecił. Kapłani bez oporu za niską cenę osadników mu sprzedali, wszak Jordan nakazał im sprawę załadzić i uciszyć. Wykupionych kupiec w lesie smolarzom przekazał. Radzim odjechał do mazowszańskiej osady, zaś wykupieni założyli nową osadę, głębiej w lesie położoną. Stara ich osada, zniszczona przez kościelnych pachołów, borem zarosła. Wieki później bór ten wycięto. Potomkowie osadników chłopami pańszczyźnanymi się stali. Ale starych bogów nie zapomnieli nigdy choć i do nowego ich przymuszono. Jakie tysiąc lat później kolejne pokolenia do starych bogów wracać jęły, a kapłani hebrajskiego mściwego boga tracili władzę i znaczenie.

Na polańskie ziemie wracały stare dobre słowiańskie bogi.

.
Koniec opowieści wczesnopiastowskiej z czasów Mieszka I
.
.
opolczyk

.

.

.

.

Reklamy