Opowieść wczesnopiastowska z czasów Mieszka I (cz. 2)

.

Mieszko I z pocztu władców Jana Matejki

.

Tańce i śpiewy u świętego dębu trwały do wieczora. Dopiero, gdy niebo ciemnieć poczynało, ruszono do osady. Przodem szedł wróż, za nim Radzim z Chrapkiem na rękach, dalej Miłosława, a za nią reszta mieszkańców. Szli przez ciemniejący las, ale nie za bardzo bali się, by im licho drogę zmyliło, gdyż Chwalibóg zaklęcia powtarzał. Dotarli do osady gdy już ciemna noc była. Na stole u Chwaliboga mniej jadła było i napitku, widno goście jacy w międzyczasie w chacie byli. Ale poza jadłem i napitkiem niczego nie brakowało. Wróż słusznie gadał – czestni ludzie tu zaglądają, którzy cudzego nie wezmą. Miłosława z synkiem poszła spać. Chwalibóg z Radzimem jeszcze po cichu gwarzyli. Wróż rzekł na koniec tak:

– Nie myślę, coby wam u Mazowszan źle było, ale wszytko zdarzyć się może. Jakby co, wracajcie. Znam ja tu opola i osady głęboko w lasach, do których nikto z poznańskiego grodu nie zagląda. Tam i Miłosława przed oną Czeszką bezpieczna będzie.

– Dzięki wam, Chwalibogu za troskę – odparł setnik. – Wy takoż, gdybyście zdanie zmienili, lub gdyby tu kapłani hebrajskiego boga ucisk nie do strzymania czynili, przybywajcie ku nam. Musicie do Włocławka dojść i tam o komornika Gniewosza pytać. On jako i ja od Łużyczan jest, mnie życzliwy, przeto wam dalszą drogę wyjaśni, lubo do mnie posłańca pośle i sam przyjadę po was.

Gdy już wszyscy spali, Radzim z Chwalibogiem sekretny schowek wróża pośrodku tylnej ściany za chatą odkopali. Wróż krył w nim talizmany przeróżne – z kamienia, metali, drewna i grubych skór, znakami runicznymi zdobione. Setnik od przypadku schował w nim w dużym trzosie połowę pieniędzy jakie miał i garść drogich kamieni, jakie łupem wziął. Wreszcie położyli się na ławach i usnęli. Ale o brzasku byli już na nogach, jako i cała osada. Pośniadali, setnik brodę zgolił, spakował na największego konia co im do podróży potrzebne było, a dwa mniejsze osiodłał. Miłosława pół męsko przybrana była, ale niewiasta konia ujeżdżająca nie była u Słowian dziwowiskiem. Radzim przybrał się nie jako woj, a jako grodowy urzędnik jaki. Wreszcie żegnać się jęli. Niewiasty wszytkie płakały, a i Radzimowi i Chwalibogowi oczy zwilgły. Wyściskali się, po czym odjeżdżający dosiedli koni. Radzim Chrapka trzymając przed sobą, podniósł rękę na pożegnanie i rzekł:
– Ostańcie z bogami.
– Niech was bogi prowadzą – odpowiedzieli chórem mieszkańcy osady.

Miłosława takoż ozwać się na pożegnanie chciała, ale coś tak ścisnęło jej gardło, że tylko ręką pomachała i ruszyła za mężem.
Poznański gród objechali łęgami zataczając szerokie półkole i dopiero pół mili za nim wjechali na gościniec wiodący na Gniezno. Mieli przed sobą daleką drogę, ale jechali niesporo, by siebie ni koni nie nużyć. Południowy skwar przeczekali w cieniu drzew na skraju lasu, pod wieczór stanęli na noc w przydrożnej gospodzie, jakich wiela było już w polańskim kraju. Następne dni upływały im podobnie – rankiem ruszali w drogę, w południowy skwar chronili się w cieniu przydrożnych drzew lub na skraju lasu, po południu jechali dalej, wieczorem zaś szukali noclegu w gospodach lub opolach w pobliżu gościńca. Minęli Gniezno do grodu nie zaglądając i ruszyli gościńcem na Włocławek. Wreszcie po kilku dniach dojechali. Gród był duży, otoczony wianuszkiem opoli i osad znanych z wytopu brązu i żelaza. Radzim odszukał komornika Gniewosza i opowiedział mu o losie swym i żony. Gniewosz nie dziwił się ich ucieczce:
– Ja takoż zadość mam już tej psiej służby – rzekł. – Ale co robić, dzieci u mnie chmara, najmłodsze czędo ledwo jeden god ma, moja Chwalimira znów brzemienna. Nie lza mi inaczej – trza zęby zacisnąć i dalej służyć.
Uciekinierzy przenocowali u komornika, rankiem przepłynęli promem Wisłę i zanurzyli się w lasy Mazowszan. Puszcze były tu jeszcze większe niż u Polan. Prowadziło przez nie ledwo kilka drożyn, wydeptanych przez zmieniające się załogi pobudowanych grodów obronnych na granicy z Prusami i Jaćwierzą. Jedną z nich po trzech dniach drogi dotarli do upatrzonej przez Radzima osady. Jego znajomki, Wrotan, Stoigniew i Milczybor doma byli. Na powitanie przybyłych zwołali całą osadę. Starszym osady z ramienia mieszkowego namiestnika Mazowszan był stary doświadczony Dobrogost. W jego chacie przyjęto gości. Chata była obszerna, z kominem w głównej izbie. Na ścianie naprzeciw drzwi wisiały przeróżne talizmany. U drzwi stały miski z jadłem dla skrzatów i domowych duszków, przed lichem strzegących. Rodziny Dobrogost nie miał, legła podczas najazdu Jaćwieży, Czerwieni i Polan na Mazowsze przed kilku laty. On sam nadzorował zbieranie danin w skórach, futrach i mięsiwie, odwożonych do Włocławka. Ale jako swojak, tak je naliczał, coby mieszkańcom osady krzywda ni bieda się nie działa. Po przywitaniu gości i poczęstunku gromadą udali się na pobliską naturalną polanę w środku puszczy. Przychodziły tu na żer dzikie konie, żubry, tury i jelenie, nie zwalając borem polanie zarosnąć. Mieszkańcy zaś wypasali tu własne oswojone konie. Na skraju polany stało kilka prastarych świętych dębów. Olbrzymie były. Pod nimi Dobrogost złożył żertwę bogom. Przyłączył się i Radzim składając od siebie żertwę, dziękując bogom za pomyślną drogę. Następnie udali się do świętego źródełka, które w pobliżu wybijało spod korzeni starego jesionu. I tu złożono żertwę. Na koniec złożono jadło i napitki przy kurhanach z grobami dziadów między źródełkiem a dębami.
Wieczorem u starszego osady, u którego Radzim z rodziną chwilowo zamieszkali, odbyła się narada. Uradzono, że myśliwych i bartników zadość w osadzie jest, brakuje za to kowala. Przez co do Włocławka po potrzebne narzędzia i sprzęt z żalaza jeździć muszą, bo w okolicznych leśnych osadach takoż nie ma kowali. A dobrze byłoby swojego na miejscu mieć. Stanęło więc na tym, że kuźnię Radzimowi pospólnie postawią.
Długo w noc, gdy reszta osady do dom się rozeszła, gwarzył jeszcze Radzim z Dobrogostem. Ciekawiło go, jak tu się żyje.
– Za mojej pamięci – opowiadał stary – wiela się zmieniło. Wprzódy, co wiem od mego dziada, każda osada dla siebie samej żyła, a wojen z Prusami i Jaćwieżą nie było. Zdarzało się, że nasi w pogoni za zwierzem aż do ich puszcz się zapuszczali, tamci zaś do naszych. Ale puszcze wielkie były, zwierza moc i zwady o to nigdy nie było. Potem, mnie jeszcze na świecie nie było, w grodach, co u nas już były, rody powstały i wadzić się jęły między sobą. I kneziów, a raczej knezików sobie stanowiły. Wiela ich było, a każden innymi władać chciał. I puszcze za swoje mieli. Aż przyszło do tego, że jeden z onych knezików w puszczy, którą za swoją uważał, na Jaćwież za zwierzem idącą trafił. I pobili ich jego pachoły, że niby jego zwierza łowili. Kilku legło, kilku w jeństwo popadło, a kilku uciekło. I przyszli ponownie, większą siłą, swoich pobitych mścić. I tako zaczęły się wzajemne najazdy, bo na ich najazd kneziki na nich najechali. I tako idzie do teraz.
– A jako to jest u was z poddaństwem i daninami – zapytał Radzim. – Czy wprzódy też daniny były?
– Wprzódy danin nie było, ni poddaństwa, nawet gdy kneziki po grodach nastali. Nachodzili z pachołkami nie raz naszą osadę i danin żądali. Ale pachołków niewiela mieli. A my, zwykli na tury i żubry z włóczniami jeno chodzić bilim ich i przeganialim. Dopiero gdy polański Mieszko knezikom zwierzchność narzucił, daniny i dla nas nastały. Drożynami do grodów granicznych przebitych wielką kupą polańskie woje nas naszli. Młodsi z naszych bić się chcieli, aliści zbyt wiela naszych by legło, bo tamtych moc była. Zgodzilim się więc na daniny. Lasy tera niby mieszkowe są, a nie nasze, ale polować po staremu możem, tyla, że daniny ze skór, futer i mięsa do Włocławka odstawiać musim. Chocia niewiela na tym tracim. Wprzódy skór i futer tyla mielim, że na startach leżały i wiela od spodu robactwo żarło, i myszy, i pleśń. Przez co wiela się marniło. Tera wiosną i jesienią wozim jako daninę te, co wprzódy i tak na zmarnienie by szły, do Włocławka. Poddani my, ale nadal po staremu w lesie żyjem. Po swojemu. Na grodach wiela gorzej jest, bo tam poddanych dziennie do robót gonią. My zasię prawie jako wolni żyjem.
– A jako u was z nową wiarą jest? – zapytał Radzim.
– Ano tak, że Mieszko zakazał kapłanów nowej wiary precz wygnać, aleć i im zakazał Mazowszan do ich wiary przymuszać. Byli już ze trzy razy u nas kapłani nowej wiary, bo paru z nich po grodach mazowszańskich siedzi i namawiali nas na ich boga. A my rzekli im – będziemy czcić waszego boga, ale wy naszych takoż czcić macie. Na co tamci w krzyk, że nasze bogi bałwany, a my im na to, że wolimy nasze bałwany, bo nie mściwe są i nie chciwe, jako ten ich bałwan. I poszli precz.
Zaśmiał się na te słowa Radzim, po czym spać się pokładli. A już następnego dnia cała osada zajęła się budową kuźni i domostwa dla przybyszów. Jedni drzewa rąbali w puszczy, inni ciosali je na kłody i dom i kuźnię stawiali, a jeszcze inni meble i sprzęt domowy gotowali. Po kilku dniach Radzim z rodziną mieszkali już u siebie. Od mieszkańców dostali wszytko, co w domostwie potrzebne było. Nawet talizmany od wiedźmy w sąsiedniej osadzie żyjącej, domostwo przed lichem strzegącymi. Miłosława szybko wżyła się w nową wspólnotę. Szczególnie z żonami znajomków męża, Dobroszką, Bogną i Dobromirą się zżyła. I Chrapek szybko drugów wśród osadnych dzieci znalazł.
Gdy kończono budowę kuźni, Radzim z Wrotanem do Włocławka po sprzęt kowalski pojechali. A Stoigniew i Milczybor w kopcach przy osadzie węgiel drzewny wypalać jęli. We Włocławku Radzim miechy kowalskie, kowadła, młoty i cęgi przeróżne, w kuźni potrzebne, zakupił. Takoż i grudy żelaza, w dymarkach włocławskich wytapiane, lubo z innych osad żelazo wytapiających u Mazowszan czy Wiślan, jako to z Brwinowa, Pruszkowa czy z dymarek u świętego Łyśćca, przez kupców sprowadzane. Po czym na juczne konie i dwa wąskie dwukołowe wozy wszystko spakowali i do osady wrócili.
Wieść o leśnej kuźni szybko rozeszła się po wielu leśnych osadach. Radzim i jego dwóch młodych pomocników – Ratomir i Wielczan, od rana do wieczora w kuźni młotami walili. Kuli groty do strzał i włóczni, topory i noże, sierpy i sochy do prac przy leśnych małych poletkach, zawiasy piękne a mocne do drzwi, miast skórzanych i okucia do skrzyń na statki. Kuli ćwieki małe i duże do desek zbijania i mieczyki, bo w czasach niespokojnych chętnie leśni pod ręką je trzymali. Kuli narzędzia dla cieśli, obręcze do beczek, kuny w kształcie kół do mocowania w nich przy ścianach żagwi płonących w izbach i co tam jeszcze tylko u nich zamawiano. Pieniędzy nie brali. Dostarczano im w zamian skór i futer, miodu leśnego, baryłki z piwem i co tam kto miał na zbyciu. Po grudy żelaza co trocha ktoś z osady do Włocławka jeździł musiał, futrami za nie płacąc.
Przyszła jesień i długie słotne wieczory. W kuźni mniej pracy było, bo rozmiękłymi drożynami leśnymi niewiela ludzi do kuźni przybywało. Mieszkańcy jęli się różnych rzemieślniczych zajęć. Jedni wyrabiali z drewna beczki, skrzynie, misy i różne naczynia, inni kosze wyplatali, inni ze skór mocną odzież i buty robili, jeszcze inni talizmany i ozdoby dla niewiast, jako to wisiory, zauszniki, obręcze z brązu na czoła i na ręce, niewiasty zaś przędły i tkały, suknie, giezła, kubraki i portki pięknie ozdabiane szyły. Ale często spotykali się wieczorami wszytcy w coraz to innej chacie na pospólne śpiewy i gawędy. Często wypytywali Radzima o wcześniejsze jego życie u Łużyczan i o późniejszą służbę w mieszkowej drużynie. A Miłosławę o dwór, knezia, kneźnę i kapłanów nowego boga. Jednego wieczora Dobrogost, starszy osady, zapytał tak:
– A jako to było z tym krztem z rozkazu knezia? Czy Polanie chętnie się krzcili i czy sam kneź też się okrzcił, bo różnie o tym gadają?
Radzim spojrzał na żonę mrugając jej, by pierwsza się ozwała, ale ona pokręciła głową. Ozwał się więc on:
– Zacznę ja, choć moja Miłka więcej wie jako to było. Ja rzekę tyla. Gdy przybyła do Polan Dobrawa, miała w orszaku kapłanów tego boga, co go u nas niemieckim zwą, choć od Hebrajczyków on jest, jako jego kapłany prawili. Kneź ogłosił od razu, że kapłany pod jego pieczą są i kto by na nich rękę podniósł, głowę da. Ziemie im nadał, służbę i przypisańców, i niewolnych. Opola i osady na ziemiach kapłanów im daniny oddawać jęły. Zaczęto dla nich po grodach kościeły stawiać, gdzie był kamień, kamienne, gdzie nie, drewniane. Wielkie je stawiali, większe od żupanowych i kneziowych dworców. Gdy na grodzie miejsca mało było, na podgodziu je stawiali, tyla że mocno obwarowane wałami i palisadami. A przy nich dworce dla kapłanów, równe kneziowym. Lud wprzódy z ciekawości, jakie to obrzędy w ich kościełach odprawiane są, zaglądał tam. Jam też raz do kościeła poszedł. Stołów do biesiad nie ma, jeno ław wiela jedne za drugimi. A z przodka ołtarz, na którym kapłan i jego pachoły ichnie gusła odprawiali i zaklęcia niezrozumiałe głosili. Luda nie było, jeno dwór kneźny i ci co z nią od Czech przyszli. Oni te kapłanów zaklęcia niezrozumiałe takoż gadali, chocia po gębach widziałech, że ich nie rozumią. I co raz to siadali, to wstawali, to na kolana padali i dalej te ich zaklęcia gadali, jako to kyrie elejson, amen i inne. A gęby pełne strachu przy tym mieli. Ni uczty, ni tańców. Jeno pare razy coś tam śpiewali, ale też niezrozumiale i bez radości. Ponury musi ten nowy bóg być, skoro ludziom radować się nie zwoli. Dobrze, że nie było jeszcze przymusu do tych guseł i nikto z grodowych na nie nie chodził. Dobry god tak minął od zaślubin Mieszka z Dobrawą, czy jako teraz rzeką – rok – gdy jednego dnia kneź nagle rozkazał, że wszystkie grodowe okrzcić się mają. I tako się stało. W najbliższy dzień niedzielą zwan w kościele kapłany okrzciły żupana, wojewodę, możnowładców co akurat w Poznaniu bawili, cały dwór kneziowy i starszyznę drużyny grodowej i kneziowej. Mnie takoż wtedy okrzcili. Potem na placu przed kościełem, gdzie miejsca więcej było, krzczono wszystkich wojów, niższą służbę dworską i grodową i wszystkich grodowych. Po nich całe podgrodzie i osady je otaczające. Po czem żupan z woli knezia ogłosił, że od tera obok kneziowego prawa kościelne prawo obowiązuje. Zakazał też pod karą czczenia starych bogów i orzekł, że co niedziela do kościeła krzczeni chodzić mają, najmniej jeden z rodziny. Po czem na ucztę prosił okrzczonych. Z boku placu stoły z tarcic stały, przy których ucztować lud proszono. Dla ważniejszych w dworcu żupana uczta była. Jam zara po krzcie stróżę przy kościelnym placu miał, coby spokoju nikto nie zakłócił. Przetom ową ucztę widział. Ponura była. Tańców nie było, ognisk nie palono, pieśni do starych bogów śpiewać zakazano. Nowych do nowego boga nikto nie znał. Po osadach stypy głośniejsze są, niż ta uczta po krzcie na grodzie. Milczkiem ludzie kołacz jedli, trocha mięsiwa, piwem popili i doma szli. Dopiero, gdy do dom gromadami wracali, weselej było, bo śmiali się wszytcy z tych przezwisk, co je na krzcie dostali. I przekręcali je dla uciechy, chocia prawie nikt ich po onej ponurej uczcie już nie pomnił. Jam takoż je zabył. Pytałech tedy wojów z mej setni, kto jakie przezwisko na krzecie dostał i nikto go nie pamiętał. Dalej my się starymi imionami wołali. I nie tylko my – żupan, wojewoda, tysięcznik, sam kneź po staremu dalej nas wołali. Dzień potem kneź z orszakiem wielkim i kapłanami w drogę ruszyli – od grodu do grodu u Polan i Goplan. Jam z przybocznym hufcem takoż jechać musiał. Wszytkie większe grody my zjechali. Wszędy kapłany krzcili z rozkazu knezia starszyznę, wojów i grodowych. Wszędy też prawo kościelne głoszono i czczenia starych bogów zakazywano. Uczt jeno po krztach niechano, bo wszytcy zmiarkowali, że ponure są i lud niechętny im. Tako było z tym krztem, co je kneź nakazał. A dlaczego to zrobił, więcej moja Miłka wie, bo na dworze kneźny dwórką była.
Zamilkł Radzim w wszystkie spojrzenia zwróciły się ku Miłosławie. Ona nie spłoniła się pod wzrokiem tyla ludzi, pomyślała chwilę i ozwała się tak:
– Jako wiecie już, ociec mój tysięcznikiem u knezia był i na wojnie u Pomorzan legł. Kneź wzion mnie wtedy z macierzą na dwór. Macierz pieczę nad niższą służbą dworską miała, a jam dwórką pogańskiej żony Mieszka, Ludomiry, ostała. Gdy Dobrawa do Gniezna dojeżdżała, kneź odprawił Ludomirę do dworzysza po drugiej stronie świętego jeziora, wprzódy już dla niej postawionego. Z Dobrawą zjechał jej dwór i wiela kapłanów nowej wiary. Najważniejszym był Jordanus, któregośmy Jordan po naszemu zwali. Często on i inne kapłany w komnacie kneźny wiele spraw uradzali. Jam ostała dwórką Dobrawy. A jakom znała dwór, ludzi i zwyczaje, Czeszka chciała mnie pod ręką mieć. Stąd komorę obok jej komnaty miałam. Gdy mnie potrzebowała, jeno w ścianę stukała, bym do niej szła. I przez ścianę wielam rozmów, gdy głośno gwarzono u niej, słyszała.
Tu zarumieniła się Miłosława, bo w ścianie szparę wydłubała, przez co słyszała i ciche u kneźny narady.
– Zara po przyjeździe kneźny – ciągnęła Miłosława swoją opowieść – gwarzono u niej, co robić, jako że kneź, wbrew ugodzie na zrękowinach w Pradze przed dwu laty, najpierw zaślubin chciał, a dopiero po nich krzest. A kneźna i kapłany chcieli odwrotnie, jako wprzódy uzgodniono. Kneźna nawet do Czech wracać chciała, bo prawiła, że niesławą okryje siebie i jej ród, jeśli  poganina przed ołtarzem zaślubi. Tylko Jordan nalegał na ślub przed krztem – jeśli odjedziesz córko – on do wszytkich „córko” lubo „synu” gada, kromie knezia, do którego „panie” mówi – Mieszko za niesławę dla siebie to poczyta, zatnie się, bo dumny to pan, i kraju jego nigdy prawdziwej wierze i panu naszemu, bogu prawdziwemu, nie poświęci. Poświęć ty swoją dumę córko, ślubuj mu, tyla że do wspólnego łoża go nie dopuść, póki nie okrzczon. I tako zrobili. Miesiąc później uroczyste zaślubiny odprawili w kościele. Zaś wieczorem po nich Mieszko przyszedł do komnaty Czeszki, wyprosił służbę i kapłanów, co u niej bawili i do łoża chciał z nią iść. Ona mu na to, że z niekrzczonym łoża dzielić nie będzie. Kneź ni słowa nie rzekł, jeno wychodząc z komnaty tak drzwiami prasnął, że echo oddało w całym dworcu. Po czym na cały głos na służbę zakrzyknął, coby mu Ludomirę z dworca za jeziorem sprowadzono. I tako szło dni następne – kneźna dniami z kapłanami radziła, nocami do jej boga modliła się, a kneź z Ludomiłą łoże dzielił. Wreszcie po dniach kilku Jordan, bawiąc u kneźny, Mieszka sprowadzić jej nakazał. Kneź przyszedł, ale zdziwion i zły był, że go Jordan do komnaty kneźny woła. – Czego chcecie – zapytał go. – Panie – rzekł mu Jordan – nie godzi się władcy, który święty ślub przed ołtarzem w kościele złożył i małżonkę Krysta czczącą pojął, aby cudzołożył, z pogańską nałożnicą łoże dzieląc. Rozpusta jawna to i zgorszenie, i grzech śmiertelny. Na to mu kneź – nie znam co to grzech, jam tu pan i nikto mi do łoża zaglądał nie będzie. A jeśli o rozpuście i zgorszeniu gadacie Jordanie, pilnujcie lepiej tych kapłanów i mnichów, którzy z wami przybyli. Wiem to od służby, bo wszytcy o tym gadają, że bez mała każden z nich na noc do komory dziewkę służebną ciąga. Są i tacy, którym już poprzednie obmierzły i inne tera na noc biorą. A i o was słyszałem, że nie każdą noc spędzacie sami. Nie dziwota mi to, samem waszą służebną u was widział, gdy podłogę myła. Jak tyłem się chyliła, to całe uda na wierchu miała. A jak przodem się chyliła, to te jej ogromne – kneź szukał słowa, by sprośnie przy kneźnie nie gadać – te jej ogromne jędrne dynie spod rozpiętego u góry giezła na wierch wyskakiwały. A ona się prostowała, na lewo i prawo nimi machała i dopiero wtedy ręką pod giezło je wpychała. Aże i mnie na ten widok ciągota brała, choć sam ni jednej nocy nie sypiam. Nie dziwi mnie więc, że strzymać wam trudno przy takiej służebnej. Ale przeto o rozpuście i cudzołóstwie nie prawcie mi. Zapadło milczenie, Jordan ni słowem nie ozwał się, kneź postał jeszcze chwila, po czem do swej komnaty odszedł. I tako trwało następne dobre z pół goda – kneźna z kapłany radziła, po nocach modliła się, a kneź z Ludomirą do łoża szedł. Na koniec Jordan jednego razu tako Dobrawie  rzekł – sama widzisz córko, kneź zaciął się. Nie znosi, jak mu co nakazać. Tu wężem trza być. Myślę, że lepiej będzie, jeśli go do łoża poprosisz. Ten grzech biorę na swoje sumienie. Młodaś, krasna, kneź szybko cię posmakuje i wtedy do krztu umilną prośbą łatwiej nakłonić go będzie. Jeno niech tę nałożnicę z dworca odprawi, chocia i na to za ostro nie nastawaj, bo zatnie się całkiem. Tego wieczora kneźna wieczerzę dla Mieszka u siebie wyprawiła, dużo miodu na stole nastawiała, a gdy kneź już poweselon był, prosić go jęła, by u niej na noc ostał. I tako się stało. Od tej nocy już razem do łoża szli, a Ludomirę kneź za jezioro odesłał. Ale krztu nadal się wzbraniał. Kilka miesięcy tako szło, aż kneźna brzemienną ostała, choć nico po niej jeszcze znać nie było. Wezwała tedy Jordana i tako mu rzekła – albo zmuszę knezia do krztu, albo wracam do Pragi. Po czym po knezia posłała. Ten przyszedł i rzecze, jakby zgadł o co szło – krzest przyjmę, gdy sam zechcę. A na to Czeszka do niego – panie mój, strzymałam, że zaślubiny nasze bez waszego krztu były; strzymałam, gdyście oną pogańską nałożnicę do łoża brali; strzymałam, gdym z wami łoże dzieliła, chocieście nie krzczeni. Alem teraz brzemienna i nie strzymam, by nasze, by moje dziecko na świat przyszło na dworze, którego panem poganin jest. Ociec mój już wiela razy do mnie w listach pisał, cobym na niesławę się nie godziła, z poganinem pod jednym dachem nie żyła i do Czech wracała. Sami wiecie – srogim go zwą. Zgadal się już z markgrafami wam wrogimi u Sasów i Bawarów i z arcybiskupem magdeburskim. Gotów jest pospołu z nimi kraj wasz najechać, jeśli mi do Czech wrócić nie zwolicie. I jam na to gotowa i tego chcę. Ostanę tu tylko wtedy, gdy się okrzcicie, oo niesławy i sromoty zadość mi już. Długo milczał kneź i tylko sapał głośno z gniewu. Po czem krótko rzekł – chcecie krztu, będziecie go mieli. I do Jordana rzekł – na jutro krzest zarządzam całego grodu. A potem pojedziem inne grody krzcić. Jordan na to ją go prosić, by krzest na najbliższą niedzielę przełożyć zwolił. – Niech będzie – rzekł mu kneź – szykujcie krzest na niedziela. Po czym wyszedł praskając drzwiami tako, że ściana zadrżała. No i w niedziela był krzest, co o nim mój Radzim już prawił. Tyla, że kneź sam krztu w Poznaniu nie miał. Wiem to, bom była w kościele z orszakiem kneźny. I razem z kneźną jeździły my w orszaku knezia do wszytkich innych grodów, gdzie z woli Mieszka przymusowe krzty były. I nigdzie kneź krzczon nie był.
Tu Miłosława umilkła. Po chwili milczenia ozwał się do niej Dobrogost:
– Jesteś pewna Miłosławo, że kneź krzczon nie był? Może gdzieś się jednak okrzcił, gdy ciebie w kościele akurat nie było.
– Słuchajcie dalej Dobrogoście, bo to jeszce nie koniec – rzekła Miłosława. – Jeszcześmy po grodach jeździły z orszakiem knezia na kolejne krzty, gdy wieść nagle poszła, że kneź takoż już okrzczon. Dziwiłam się, i Czeszka, i dwór, bo wszytcyśmy widzieli, że kneź nigdzie krzczon nie był. Wrócilim wreszcie po trzech miesiącach do Poznania, a tam już wszytcy prawili, że kneź jest okrzczon. Tyla, że nikt nie wiedział kiedy i gdzie i różnie o tym gadali. Jedni, że okrzczon był w Poznaniu, inni że na Ostrowiu Lednickim, jeszcze inni, że w Gneźnie. A jeszcze inni, że w Pradze, dwa lata przed zaślubinami, gdy kneź na zrękowiny z Dobrawą do Czech jechał, lubo nawet u Niemca, gdzie do cesarza z daniną jeździł. I tako było, że wszytcy gadali – kneź okrzczon – ale nikto nie wiedział kiedy i gdzie. Jednego wieczora Dobrawa gwarzyła akurat z Jordanem, gdy nagle bez zapowiedzi kneź do jej komnaty przybył. Słyszałam jako usiadł na zydlu, po czem tako rzekł – winniście pani rada być, wszak koniec waszej niesławy i sromoty. Nasze dziecko, wasze dziecko, pani, takoż niesława nie tknie. Nikto już nie prawi, że z niekrzczonym poganinem łoże dzielicie. Na to krzyknęła Czeszka – aleście dalej panie nie krzeczeni, dalej poganin. Mieszko jej na to – czym okrzczon czy nie, zajedno. Liczy się, iże wszytcy prawią, żem okrzczon i tako myślą. A wam pani, com sam widział, bardziej o waszą niesławę i o niesławę dla dziecka, co rodzić macie, szło, niźli o mój krzest. Tera niesława skończona, wszytkie myślą, żem okrzczon, tym bardziej, żem krzcić kazał cały dwór, wojów, całe grody. I tako niech ostanie. A nie podoba się wam – wracajcie do Pragi. Znajdę inną okrzczoną, co mi potomka zrodzi. Tu wtrącił się Jordan mówiąc – zważcie panie, że cały dwór, orszak i kapłani wiedzą, żeście niekrzczeni i oni kłam zadać mogą wieściom o waszym krzcie. Mieszko po krótkim namyśle odrzekł mu tako – komornikom dworskim i tysięcznikowi nakazałem wszytkim z dworu i orszaku zapowiedzieć, że głowę da, kto rzeknie, żem nie krzczon. Nadto rzeczono im, żem krzest brał, ale na osobności, bez dworu i orszaku, jeszcze przed krztem poznańskiego grodu. A waszych kapłanów sami Jordanie przekonać macie, żem krzczon. Ostatnie zdanie powiedział kneź twardym głosem w którym groźbę słychać było. Jordan krzyczeć jął, że to grzech, kłamstwo i przymus, ale Mieszko tylko się zaśmiał, po czym prawił mu tak – zara po krzcie w Poznaniu poselstwom wyprawił do Rzymu po paliusz biskupi – dla was lubo dla kogo innego. Paliusz papież dał, bo sami wiecie, że sprzedajny jest i za złoto wszytko u niego kupić można. Was widziałem biskupem, ale skoro nie chcecie, znajdę innego wśród tych kapłanów, coście ich tu z Czech przywiedli. Bez mała każden z nich dla paliusza, znaczenia i bogactw wszytko co chcę potwierdzi. I to wam jeszcze rzeknę, żem kupił u papieża i to, że nie pod niemieckiego arcybiskupa mój biskup podlegać będzie, a tylko pod Rzym. A tu w kraju tylko pode mnie. Nadania wielkie biskupowi dam, kapłanów i mnichów z Italii i Niemiec sprowadzę, ziemię im dam i przywileje. Zarządziłem też, że u wszytkich rodowych w moim państwie, gdzie więcej niż jeden syn jest, młodszego biskupowi do Gniezna odesłać mają, by na kapłanów krysta biskup ich sposobił. Jeśli nie chcecie Jordanie infuły, do Czech was odeślę. Tam stu niemieckich kapłanów nad wami będzie. I posłuch im będziecie winni. Tu zaś możecie być nad wszytkimi kapłany. Decyzja do was należy. To rzekłszy Mieszko powstał i opuścił komnatę Dobrawy. Ona jeszcze długo uradzała z Jordanem. Powrót do Czech byłby dla niej niesławą, o czym wiedziała. Postanowiła ostać. Jordanowi takoż nie w smak było w Czechach kłaniać się ważniejszym od niego niemieckim kapłanom. I on takoż ostał, tyla że już jako biskup. Później, gdy ich pytano, czy kneź okrzczon, potakiwali. Ona, by w niesławie nie żyć, on by infuły, znaczenia i bogactw nie zbyć.
Tako Miłosława zakończyła jej opowieść i gwar się uczynił. Pytano ją jeszcze o to czy tamto, bo dziwowali się jej słowom wszytcy, gdyż i oni myśleli, że Mieszko okrzczon jest. Nagle Miłosławę Bogna, Stoigniewowa żona, zapytała:
– A jako Miłko dumasz, przeco Mieszko nie okrzcił się, choć wszytkim gadać kazał, że to zrobił? Wszak łatwiej byłoby mu okrzcić się, choćby i po krzecie dalej po pogańsku żyć chciał.
– Knezia znam – rzekła jej Miłosława – bom na dworze od lat. Dumny to człek, pychy pełen. Największym panem słowiańskim chciałby być, takim jako cesarz u Niemca. I korony chce. Przeto najbardziej złości się, gdy inni go do czego tam przymuszają. Bo chce, aby tylko jego wola prawem była. I tako myślę, że gdyby ni Dobrawa, ni Jordan, ni inni do krztu go nie parli, to by się okrzcił. Gdy jednako tamci na niego parli, zacinał się. I im więcej tamci parli, tym bardziej chciał pokazać, że on tu panem i zrobi jako chce. I tako zrobił im na przekorę – nie okrzcił się, jeno kazał puszczać wieści, że krzczony był. I choć nikto nie wie kiedy i gdzie, ale i tak wszytcy gadają, że okrzczon.
Noc się zrobiła tymczasem i mieszkańcy rozeszli się do swoich domostw. Następnego dnia wypadło jesienne święto Dziadów. Z przygotowanym świątecznym jadłem i napitkami cała osada udała się na polanę, gdzie w pobliżu świętych dębów i niedaleko nich bijącego świętego źródełka od wieka składano prochy i kości odchodzących do Nawii. Na grobach kurhany usypane były i wielkie głazy przy nich. W pobliżu grobów rozpalono ognisko, przy grobach ustawiono jadło, odśpiewano pieśni ku czci przodków, Welesa i Nyji, po czym rozpoczęto ucztę dbając o to, aby najlepsze kęsy ostały przy grobach. Nagle od strony osady ukazało się kilka postaci. Rozpoznano wśród nich komornika Gniewosza z Włocławka z kilkoma zbrojnymi pachołkami. Towarzyszył im nieznany człowiek, ubrany na sposób kapłanów hebrajskiego boga. Gdy zbliżyli się do ogniska Gniewosz ozwał się:
– Wybaczcie, że wam przeszkadzamy, ale ten oto kapłan uparł się odwiedzić wszystkie leśne osady i akurat tera do waszej dotarliśmy. Ja i ci woje mamy go z rozkazu żupana oprowadzać i chronić.
– Witajcie komorniku, witajcie woje, witajcie kapłanie – odezwał się Dobrogost. – Zapraszamy was wszytkich na świąteczną ucztę.
Słysząc to zaproszenie Gniewosz i woje ruszyli już w stronę ucztujących, gdy nagle ozwał się z obcym akcentem, choć słowiańską mową, obcy kapłan:
– Mnie jako wyznawcy krysta, nie godzi się w pogańskich gusłach udział brać. Grzeszycie ludzie i jedynego, prawdziwego, miłosiernego i wszechmocnego boga obrażacie, przez co piekło was czeka. Po tom przyszedł k’ wam, by jego chwałę głosić i o nim wam rzec, jaki jest.
– Nie chcemy nic o nim wiedzieć kapłanie – sucho odparł obcemu Dobrogost. – Nie znamy waszego boga i nie chcemy go znać, jako że naszych bogów mamy i oni nam starczą. Za to znamy was, wyznawców twojego boga. Gadacie, że wasz bóg wszechmocny jest, ale bez cesarza i tysięcy wojów nigdy by nie zapanował u Łużyczan. A bez Piasta i jego tysięcy wojów, i przymusowego krztu, nie zapanowałby u Polan. To jaki on wszechmocny? Gadacie też, że miłosierny jest. Ale ciągle jego karami, gniewem i piekłem straszycie? To jakie to miłosierdzie? I okaleczacie ludzi, oczy wyłupujecie, języki, uszy i ręce obcinacie, niewolnikami jako bydłem tarżycie. Takie jest to wasze miłosierdzie? I o miłości prawicie, że kryst miłować bliźnich kazał. A krwi i łez z waszego powodu morze całe wylano. I ucisk u was ludu, przypisańców i niewolnych. Czy tak się bliźniego miłuje? My wolim nasze – i tu wskazał ręką – święte dęby i święte źródełka. Wszechmocne nie są. Ale krwi i cierpień nikomu nie przynoszą. I złota nie żądne jako wasz bóg, u którego za złoto wszytko kupić można.
Skończył Dobrogost i aż sapał ze złości. Obcy kapłan nie dawał jednak jeszcze za wygraną:
– Bluźnicie przeciwko bogu jedynemu drzewom i wodzie się kłaniając. Potęga pana naszego jest nieskończona. Przyjdzie czas, że zrąbiemy te dęby i zasypiemy źródełko. Krzyż tu panował  będzie i kryst, i bóg najwyższy, a nie drzewa i woda.
– Pewnikiem i tu kiedyś przemocą przyjdziecie, dęby nasze święte zrąbiecie i źródełko nasze święte piachem zasypiecie. Bo chciwość was rozpiera, i żądza władzy i grabieży cudzych ziem. I niewolników wam trza. Ale powiadam ci – naszym bogom świątyń ni złota nie trza. Oni są wszędy i pozostaną wszędy – w lasach, w powietrzu, w wodzie choćby pod ziemią skrytej. I nie w ostatku w naszych sercach. Na miejscu zrąbanych świętych dębów nowe wyrosną, choćby tysiąc lat na to czekać przyszło. Zasypiecie źródełko święte, gdzie indziej wybije. I przyjdzie czas, że nasze bogi, przez was wypędzane, powrócą. A waszego wyżeniem, skąd przyszedł.
Po tych słowach Dobrogost zwrócił się do Gniewosza:
– Jako wiecie komorniku, był rozkaz od Mieszka, że u Mazowszan nie lza nikogo do nowej wiary naginać. Nie chcemy jej, każcie przeto temu kapłanowi zamilknąć. Gościny wam udzielim, bo noc idzie. Jemu takoż, choć naszych bogów obrażał. Ale jego gadki słuchać więcej nie chcemy.
Po tych słowach starszego osady Gniewosz przypomniał kapłanowi, że Mieszko zakazał narzucania nowej wiary tym, którzy jej nie chcą. Na co kapłan hebrajskiego boga urażony zamilkł. Z gościny w osadzie korzystać takoż nie chciał:
– Nie będę u upartych pogan pod dachem nocował – rzekł, odwrócił się i już ruszył spowrotem, gdy nagle po przeciwnej stronie polany z lasu wynurzyło się kilka żubrów z ogromnym bykiem na czele. Obcy kapłan na ich widok  przeraźliwie wrzasnął ze strachu, zawrócił i krzycząc o ratunek pędził długimi susami, po czym skrył się za najgrubszym świętym dębem. Cała reszta stała spokojnie, bo żubry na co dzień widywali. One też, widząc gromadę ludzi, w tym i zbrojnych we włócznie, po chwili zawróciły i skryły się w gęstwinie. Zapadła cisza, tylko zza świętego dębu słychać było wymawiane pełnym trwogi głosem zaklęcia obcego kapłana. Pewnikiem modlił się do swojego boga.
Nagle ciszę przerwała Miłosława:
– Jako to jest kapłanie obcego boga. Prawiliście nam, że on wszechmocny. Czemu to ratunku przed żubrami nie u niego, a za naszym świętym dębem szukacie? Macie szczęście, żeście go jeszcze nie zrąbali, bo by wam kryjówki nie stało.
Nim Miłosława zamilkła, na całą polanę rozległ się niepohamowany, zaraźliwy śmiech. Śmiali się na cały głos wszyscy, mężowie i niewiasty, starzy i młodzi, a nawet dzieci. Także komornik Gniewosz i jego woje, którzy nawet włócznie puścili na trawę, nie mogąc ich utrzymać, ryczeli ze śmiechu. Jedni, śmiejąc się, trzymali się za brzuchy, inni klepali po bokach, zataczali się, a od śmiania aż łzy po twarzach im ciekły. Obcy kapłan wyjrzał zza dębu, czerwony na gębie ze wstydu, upokorzenia i oburzenia na śmiejących się z niego ludzi. A oni śmiali się i śmiali bez końca.
Tamten wreszcie wylazł zza drzewa, ruszył przed siebie, minął roześmianą gromadę i podążył w stronę dróżki, którą na polanę przybył. Po chwili ruszyli za nim, nadal śmiejąc się, Gniewosz i jego woje, ledwo podniesione włócznie utrzymać w dłoniach mogący. Upokorzonego obcego kapłana długo jeszcze ścigał śmiech gromady stojącej pod świętymi dębami. I długo trwało, nim opanować potrafili ten śmiech. Po czym podjęli na nowo świąteczną ucztę – jedli, pili i śpiewali pieśni o Nawii, o przodkach, o swoich dobrych bogach. Dopiero późną nocą całą gromadą wrócili do osady.
.
.
Koniec części drugiej.
.
.
opolczyk
.
.
Posłowie do drugiej części opowieści wczesnopiastowskiej.
.
W polskiej historiografii od wieków domniemany krzest Mieszka, zwany też „krztem Polski”, uchodzi za fakt niepodważalny i pewny, choć praktycznie wszystko temu przeczy. Pisałem już o tym obszernie wcześniej:
.
Najbardziej zadziwia to, że nie znana była żadna wiarygodna pisemna lub ustna relacja jakiegokolwiek naocznego świadka i uczestnika owego „wydarzenia” nawet kronikarzom z tamtych czasów. Najbliższa czasowo wzmianka o mieszkowym domniemanym krzecie zapisana przez Thietmara na początku XI wieku nie podaje absolutnie żadnych szczegółów – ani daty, ani miejsca krztu, ani imion krzestnych, ani kto Mieszka krzcił czy jakie imię na krzcie otrzymał. Nie ma listy gości, władców, książąt, grafów i dostojników kościelnych na ów wiekopomny krzest zaproszonych. Nic w tej „relacji” Thietmara nie ma poza pobożnym bogobojnym bajdurzeniem.
.
A przecież Mieszko, goniący za zdobyciem uznania, potęgi i osiągnięcia prestiżowej pozycji najważniejszego władcy zachodniej Słowiańszczyzny, gdyby faktycznie przyjął krzest, nadałby temu „wydarzeniu” możliwie najwspanialszą oprawę i największy rozgłos z przyczyn zarówno ambicjonalnych jak i propagandowych – aby wytrącić z rąk Niemcom i Czechom pretekst krzewienia krześcijaństwa połączony z podbojem ziem na zachód od Odry i na północ od Karpat. Skatoliczeni Przemyślidzi także bowiem pod pretekstem krzewienia wiary parli na ziemie plemion na obszarze dzisiejszej Polski.
Mieszko, jak jego ojciec, początkowo był jednym z wielu tuzinkowych kniazików słowiańskich. Przypuszczalny obszar „państwa” jego ojca ok. roku 940 obejmował niewielki fragment Wielkopolski (kolor seledynowy):
.
.
Kierowany niepohamowaną ambicją wyniesienia siebie i swego rodu ponad inne, oraz niepohamowaną żądzą władzy Mieszko, w drodze siłowego podboju Polan i Goplan, a następnie kolenych plemion – co historycy nazywają eufemistycznie „jednoczeniem” plemion słowiańskich – u schyłku życia był władcą dużego jak na owe czasy państwa.
.
.
Kierowało nim dążenie zdobycia prestiżu, potęgi i władzy. I gdyby tak zabiegający o prestiż władca zdecydował się na krzest, zaprosiłby na ową „uroczystość” kogo tylko by się z wielkich i wpływowych osobistości zaprosić dało – z Niemiec, Czech, Węgier, Rusi, Danii, a nawet Rzymu. I kazałby kościelnym skrybom szczegółowo wszystko opisać. I rozesłałby owe relacje naocznych świadków na wszystkie dwory krystowierczej Europy – ku swej chwale. I dzięki temu znalibyśmy  dokładną datę i miejsce krztu, a także inne szczegóły, jak imiona krzestnych czy listę zaproszonych na krzest dostojników. A tymczasem nie ma w kronikach żadnych konkretnych o tym wzmianek, a historycy od wieków gdybają, datując ów krzest a to na rok 960, a to na 964, 965, 966, a to na 967. Gdybają też, czy krzest był w Poznaniu, Gnieźnie, na Ostrowiu Lednickim, w Pradze czy nawet w Ratyzbonie. O innych ważnych „szczegółach” nawet nie wspominają.
I stąd uważam, że ów „krzest Mieszka” był po prostu rozpuszczoną przez kogoś plotką. Zainteresowanym nią był najbardziej sam Mieszko. Ale i Dobrawa, a także ówczesny kler w państwie Mieszka.
Odrzucam też krążące, choć znacznie rzadziej, hipotezy, jakoby krztu Mieszka nie było tylko dlatego, że wcześniej już okrzcił się po „bizantyjsku”. Zwłaszcza prawosławni rozpuszczają „informacje” o rzekomo silnych wpływach prawosławia, za sprawą Cyryla i Metodego, na ziemiach wiślańskich, ślężańskich i polańskich. Jest wprawdzie faktem, że ci dwaj „misjonowali” wśród Słowian i kilka lat bawili u wielkomorawskiego Rościsława. Tyle że „nawracać” udawało im się wyłącznie kniaziów i kniazików, którym krystowierstwo, obojętnie czy łacińskie, czy bizantyjskie, dawało nieograniczoną nad ludem władzę „z woli boga”. Lud zaś owo  „słowiańskie krześcijaństwo” Cyryla i Metodego nienawidził jak zarazy. Bo i ono niosło ze sobą poddaństwo i zwalczało starych bogów. Buntów na prawosławnej Rusi było wiele i trwały kilka wieków już po krzcie Włodzimierza I. Wspomina o kilku z nich nawet kronika Nestora. Stąd wiemy, że np. w roku 1071 podczas buntu pogańskiego w Nowogrodzie po stronie krystowierstwa opowiedział się tylko książę Gleb z drużyną, natomiast mieszkańcy pod wodzą wołchwa (szamana) wystąpili przeciwko cerkwi i krystowierstwu.
Tak więc bajdurzenie o silnych wpływach prawosławia na ziemiach dzisiejszej Polski jeszcze przed Piastami to nic, jak tylko bajdurzenie i wspieranie prawosławnej propagandy. Gdy Mieszko po ojcu przejął władzę, prawosławie miało zerowe wpływy nad Wartą, Wisłą i Odrą, a nawet na Bugiem. I nie zmienia tego faktu to, że różnych grodach wiślańskich, ślężańskich i polańskich odnaleziono fundamenty fortyfikacji typowo bizantyjskiej (na bazie koła i kwadratu) czy budowle przypominające greckie kościoły krystowiercze. Kniaziki małpowali nową modę panującą u Wielkomorawian. Podnosili też w ten sposób własny prestiż. Była to też być może  antycypacja – skoro morawskim Mojmirowicom te budowle dały potęgę, to może i my jej dostąpimy. Nawet znaleziony na Ostrowiu Lednickim bizantyjski krzyż z domniemanymi szczapami krzyża z Golgoty niekoniecznie oznacza bizantyjskie wpływy. Mógł należeć do łupów wojennych przywiezionych przez Chrobrego ze zdobytego i złupionego Kijowa. Słowianie w swej masie odrzucali krystowierstwo zarówno bizantyjskie jak i łacińskie. Bo tępiły one jednakowo ich bogów, rabowały im wolność, kulturę, ziemię i niosły im poddaństwo.
Na koniec przypomnę jeszcze fragment epitafium z sarkofagu syna Mieszka I, Bolesława, który sporządzony został na polecenie jego syna, Mieszka II, wnuka Mieszka I:
.
„Perfido patre tu es, sed credula matre
http://www.mediewistyka.pl/Chrobry.pdf
.
Dlaczego Mieszko II pisał o dziadku Mieszku I per perfidny. Wszak ożenił się z ultrakatolicką Dobrawą, sprowadził kler, budował kościoły, doprowadził do powstania biskupstwa w Gnieźnie, krzcił ludność grodów i całe możnowładztwo, zezwalał klerowi na zajmowanie pogańskich chramów, a nawet na niszczenie rosnących na widoku świętych gajów. W czym i czym była więc owa perfidia Mieszka I, o której Mieszko II jeszcze wiedział. Czyżby w gronie najbliższej rodziny przekazywano sobie poufnie wiadomość o oszustwie Mieszka I, który – aby pojąć Dobrawę – obiecał się okrzcić, ale perfidnie od tego się wyłgał? Wszak inne przedślubne obietnice na korzyść interesów kościoła kat. gorliwie wypełnił.
Moje opowiadanie jest naturalnie tylko literacką fikcją. Choć nie mam najmniejszej wątpliwości, że znacznie bliższe jest ono rzeczwistemu stanowi rzeczy, niż podawany w podręcznikach do nauki historii domniemany krzest Mieszka I jako niepodważalny historyczny fakt.
.
.
.
.
Reklamy