Opowieść wczesnopiastowska z czasów Mieszka I (cz.1)

.

Mieszko I – tak go przedstawił na rysunku Walery Eljasz-Radzikowski

.
Działo się to w czasach, gdy polański kneź Mieszko sprowadził sobie z Czech na żonę, wyznającą hebrajskiego boga, Dobrawę i podbijał mieczem sąsiednie plemiona słowiańskie. Wcześniej, kontynuując dzieło ojca, podbił i zniewolił Polan i Goplan, łakomym okiem spoglądając na ziemie sąsiednich plemion. Utrzymywał zbrojne gromady zbójów wojami zwanych, gotowych na jego rozkaz bić obcych jako i swoich, opór kneziowi stawiających. Większość wojów rozlokował po granicznych grodach, silnie warownych, a najtęższych przy sobie trzymał jako przyboczną drużynę. Wiece mogące obwołać knieziem kogoś innego zlikwidował. Zarządził też, że jego wola prawem jest, a cała ziemia, lasy i wody w państwie jego własnością. Ustanowił kilku możnowładców, wojewodów i wielu żupanów, którzy za wierną mu służbę otrzymywali nadania ziem, poddanych i niewolników. Ale nadania te kneź mógł w każdej chwili odebrać. Wcześniej ziemie wokół każdego opola, osady i większości grodów pospólną własnością ich mieszkańców były. Teraz były kneziowe i za uprawę roli mieszkańcom narzucono  daniny i wiele innych powinności. Nawet wolni kmiecie nie władali ziemią, którą uprawiali. Mieszkańcy nie mogli wedle własnego uznania polować w ich kiedyś lasach, ni ryb łowić w ich kiedyś rzekach i jeziorach. Mogli to robić tylko za pozwoleniem i opłatą. I tylko wolni. Poddani, przypisańcy i niewolni już nie. A tych było najwięcej. Wrzało więc w całym kraju od niezadowolenia, ale czynny oporu mało kto stawiał. Mieszko miał już kilka tysięcy zbrojnych zbójów, którzy każdy przejaw oporu rozbijali siłą, okrutnie karząc opornych. Wielu było w drużynie obcych i ci ślepo knezia słuchali. Słowiańskim drużynnikom nowy porządek często nie podobał się, ale i oni bali się Mieszka, który za byle co okrutnie karał. Za samo tylko głośne sarkanie można było stracić oczy, język, rękę, a nawet głowę. Okrutne kary, wcześniej u Słowian nieznane, wprowadzili Piasty na wzór kar u Niemca, w Italii i u Bizantyjczyków – czyli wszędzie tam, gdzie panowały nowa hebrajska wiara i hebrajski bóg. Gdy przybyła z Czech Dobrawa, ludzie w głowę zachodzili – po co Mieszkowi żona wyznająca nową okrutną wiarę? Jedni prawili, że po to, aby zbratać Czechów i Polan, by pospólnie stawili opór prącemu na ziemie Słowian Niemcowi. Inni, że chce mieć spokój od Czechów, aby Pomorców na północy i Mazowszan jako i Czerwieńców na wschodzie podbijać. Wraz z Dobrawą kapłani hebrajskiego boga z Czech przybyli. W Gnieźnie natychmiast wydano im pogański chram, który na kościeł czy kościół przerobili. Równocześnie po wszystkich grodach polańskich czczenia starych bogów zakazano, a święte gaje, co na widoku były, zrąbano. Ale po opolach, osadach, po lasach stare bogi nadal powszechnie czczone były. A i po grodach, tyle że ukrywać z tym się musiano. Jakiś czas potem, już po ślubie z Dobrawą, Mieszko z nagła zarządził przymusowe krzty w Poznaniu, gdzie akurat z Dobrawą bawił. Okrzczono wtedy wszystkich obecnych na miejscu możnowładców, urzędników dworskich, żupanów, drużyny kneziowe i prosty lud grodowy. Ale tylko nieliczni robili to z ochotą, chcąc się Mieszkowi przypodobać i na łaski zasłużyć. Reszta szła do krztu opornie, z niechęcią, ze strachu przed okrutnym kneziem. Zaraz potem z kapłanem, który jako ona rzeka u Hebrajczyków Jordan się zwał, objeździł  Mieszko wiele grodów i wszędzie na rozkaz jego wszystkich krzczono. Czy sam kneź okrzcił się, różnie gadano.
Zaraz po masowych krztach Mieszko uderzył na Mazowszan, potem na grody czerwieńskie. Na koniec kilkakrotnie uderzył na Pomorców, których najeżdżał już wcześniej, chcąc zwierzność im narzucić. Ale ci wciąż się opierali i wypędzali jego żupanów, gdy tylko wojska Mieszka opuszczały Pomorze.

Nasza opowieść zaczyna się w momencie, gdy kilka lat po masowych krztach kolejny raz Mieszko z dużymi siłami pociągnął na Pomorców. Od wyprawy wykręcił się Radzim, setnik drużyny przybocznej. Celowo skaleczył się włócznią, by się od wyprawy wymówić. Sierotą był, rodzina zginęła na Łużycach od Niemca. Silny i rosły młodzik uciekł do Polan. Przygarnięty przez piastowego grododzierżcę Międzyrzecza Wojana, który rodzonego syna nie miał, wpadł w oko Mieszkowi, gdy ten gród odwiedził. I tak został kneziowym drużynnikiem. A potem szybko dziesiętnikiem, na koniec setnikiem. W tajemnicy przed kneziem żonę wziął, wedle słowiańskiego obyczaju, Miłosławę, co wprzódy dwórką u mieszkowej Dobrawy była. Gdy drużyna z Mieszkiem ruszyła na północ, Radzim wymknął się cichcem z Poznania.
Dzień był letni, słoneczny. Koń szedł szparko. Radzim dotarł gościńcem do pobliskiego lasu, po czym skręcił z niego drożyną do małej leśnej osady. Bartnicy tam mieszkali i smolarze. Tam schronienie znalazła Miłosława, po tym, gdy ją obitą z lochu zwolniono. W tajemnicy przed dworem w tej osadzie wzięli ślub. Stary wróż Chwalibóg, co tu żył, po słowiańsku ich złączył.
Od lat kilku, od czasu przymusowych krztów, miał Chwalibóg  pełne ręce roboty. Sam do krztu nie poszedł, ukrył się w lesie. Z grodu zaś, ukradkiem, ciągnęli do niego mieszkańcy, aby odczynił u nich krzest. Obmywał więc im głowy w świętym leśnym źródełku, palił jakieś pachnące zioła dużo dymu dające i dymem odczyniał krzest. Na koniec pod świętym dębem ukrytym w głębi lasu odczynieni oddawali cześć starym bogom. Część mieszkańców Poznania odczyniała krzest u Dobroniegi, wiedźmy żyjącej na podgrodziu. Ale większość wolała zmitrężyć czasu i do lasu iść, mając to za bezpieczniejsze. W lesie kapłani hebrajskiego boga nie pokazują się i nie wypatrzą odczyniań. A po podgrodziu kręcą się ich posługacze i mogliby coś zauważyć. Na tym odczynianie nie zakończyło się jednak. Razem z nowymi kapłanami i hebrajskim bogiem przyszła nowa rachuba czasu. Cały rok podzielony był na 12 miesięcy, a ponadto jeszcze tygodnie były po siedem dni liczące. Każdy dzień tygodnia własne miano miał. Jeden niedzielą się zwał i w niedzielę właśnie kapłani i ludzie żupana na rozkaz knezia ludzi do kościeła gnali. Na szczęście mały był i starczało, by z każdej rodziny jeden szedł. Cieszyli się z tego ci, co duże rodziny mieli, bo ich kolej raz na kilka tygodni wypadała.
Lud chodził do kościeła niechętnie. Kapłani dziwną mową gadali. Jako niemiecka niezrozumiała była, ale inna jeszcze. Tańców w kościełach nie było, pieśni wprawdzie posługacze kapłanów śpiewali, ale niezrozumiałe. I nie było słychać w nich radości. Ucztować też nie można było, nawet miodu skosztować. Ponure były te gusła z hebrajskiego kraju pochodzące. I je właśnie takoż mieszkańcy odczyniali. Tak na wszelki wypadek, bo nie byli pewni, czy jakiego licha lub złego kapłani hebrajskiego boga im nie zadali. Stąd i wróż Chwalibów, i wiedźma Dobroniega od krztu grodowych pełne ręce roboty z odczynianiem hebrajskich guseł mieli. A dodatkowo leczyli i zamawiali choroby. Kapłani hebrajskiego boga wprawdzie zakazali miejscowym leczyć się, gdy zachorzą; gadali że to kara za grzechy, bo poganami są i w prawdziwego boga wierzyć nie chcą. I że pościć trzeba i umartwiać się, ich boga czcić i modlić się – wtedy choroba może przejdzie. Ale nikt ich nie słuchał i leczyła się ludność po dawnemu u wiedźmy i wróża, gdy kto zachorzał.

Radzim poznał Miłosławę właśnie dzięki Dobroniedze. Było to kilka lat temu. Miłosławę przydzielono do świty Dobrawy jako dwórkę. Ojca nie miała. Za życia był tysięcznikiem wojów u Mieszka. Poległ przed laty podczas najazdu Mieszka na Licykawików. Na dworze Dobrawki Miłosława czuła się źle. Nie cierpiała nowej wiary, a tymczasem kneźna gorliwie ją wyznawała. Dwórkę gniewało, że codziennie z Dobrawą do kościeła chodzić musi. Krzest, do którego i ją zmuszono, odczyniła. Ale nijak nie mogła codziennie wymykać się z dworca, aby kościelne gusła odczyniać. No i zdarzyło się, że pewnego razu nie strzymała i parsknęła głośno śmiechem, akurat gdy kapłan uroczystym głosem coś tam po swojemu przed ołtarzem gadał, coś do góry ponosił, a wszyscy na kolanach klęczeć musielo. Dobrawę rozwścieczył jej śmiech. Nie czekała nawet końca guseł, zerwała się z kolan, wybiegła z kościeła, przywołała straż i rozkazała Miłosławę wychłostać i do lochu wrzucić. Potem postanowi, co z nią dalej zrobi. Skrwawiona Miłosława w podartych strzępach szat znalazła się w lochu. Aliści na jej szczęście kneźna straszny sen tej nocy miała. Śniło się jej, że wpadła w ciemną przepaść bez dna, leciała w dół, a na brzegu przepaści, w świetle Słońca stała okrwawiona Miłosława patrząc na nią bez słowa. Dobrawa zbudziła się przerażona. Zawołała na komornika i kazała wypuścić z lochu uwięzioną dwórkę. Poleciła też opatrzyć jej rany. Widzieć więcej jej jednako nie chciała. Niech idzie, gdzie chce.
Komornik idąc przekazać rozkazy kneźny spotkał u wejścia do dworca Radzima, akurat stróżę pełniącego ze swoją setnią. A ten znał wiedźmę Dobroniegę, gdyż wcześniej nie raz bitewne rany jego opatrywała. Z tego powodu Mieszko zresztą tolerował ją na podgrodziu – nie jednego już woja wyleczyła. O tym, że odczyniała hebrajskie gusła albo nie wiedział, albo nie chciał wiedzieć.
Na widok okrwawionej młodej i ślicznej Miłosławy Radzim aż zatrząsł się ze złości. Rozkazał dwóm strażnikom sporządzić leże, sam ostrożnie obitą na nich ułożył i poprowadził strażników niosących leże z ranną do Dobroniegi.
Miłosława szybko odzyskała u wiedźmy siły i zdrowie. Na dwór Dobrawki wracać nie musiała i nie chciała. Na podgrodziu ostać też nie. Zbyt blisko był dworzec kneźny i kościeł kapłanów, przez których spotkała ją krzywda. Na szczęście Dobroniega znała wróża Chwaliboga z leśnej osady bartników. Powiedziała o nim Miłosławie i odwiedzającej je, gdy tylko nie miał stróży, Radzimowi. I ten odwiózł dziewczynę do leśnej osady. Krótko później wróż udzielił im ślubu. Rok później Miłosława powiła synka. Nazwali go póki co Chrapkiem, właściwe imię miał otrzymać przy postrzyżynach. Od czasu gdy Chrapek się urodził, Radzim rozmyślał o ich życiu. W końcu ułożył sobie plan i dzisiaj właśnie, ruszając do leśnej osady, zaczął wcielać go w życie.
W osadzie przywitano go serdecznie. Choć setnikiem był przybocznej drużyny knezia, nie wynosił się nad prostych ludzi. Przeto lubili go.
Usiedli w izbie u Chwaliboga – setnik, wróż, Miłosława z Chrapkiem na kolanach, oraz kilku bartników i smolarzy z żonami. Tych ludzi zawsze ciekawiło, co na grodzie i w świecie słychać. Z osady nikt nie chodził do kościeła, zwolniono ich z tego obowiązku, gdyż do grodu kęs drogi było. Krzest odczynili wszyscy i wszyscy chodzili w głąb lasu, gdzie uchował się prastary święty dąb. Tam oddawali cześć starym bogom.
Wróż ustawił na stole jadło, duży garniec z piwem i mniejszy z miodem. Miodu miał niewiele. Komornicy żupana wszystek miód zabierali na dworzec dla knezia, jego gości, możnowładców, żupana i drużyny. Ludowi pozostawiali tylko piwo. Na szczęście Chwalibogowi od czasu do czasu za odczynianie ten i ów z grodowych trochę miodu przynosił. A i Radzim kamionkę miodu przedniego przywiózł ze sobą. Ale miód na później potrzebowali. Gdy już pojedli i wypili po kubku miodu, wróż zapytał setnika o jego zamiary. Wiedział, że chce uchodzić, bo niedawno dwa koniki zakupił i w osadzie je krył, a trzeciego jako wojak od lat już trzymał. Radzim jako setnik uzbierał wiele łupów. Bogaty był. W gospodach na podgrodziu nie bywał, na dziewki nie wydawał, uzbierało się tego. Kupcom odsprzedał wszystko, co łupem wziął lub w nagrodę po bitwach od knezia otrzymał – a więc miecze, sztylety kamieniami sadzone i inną cenną broń, drogie szaty złotem tkane, pierścienie, łańcuchy srebrne i inne kosztowności. Wiedział, że pieniądz mniej miejsca zajmuje i łatwiej go ukryć. Zostało mu go sporo nawet po zakupie dwóch koni.
– Upatrzyłem sobie małe opole u Mazowszan – odparł Chwalibogowi Radzim. – Znam ich ziemie, bo sam brałem udział w wojnie, gdy Mieszko ich najechał. Opole daleko od szlaków i grodów jest, w puszczy. Ludzi znam, bo z paroma pospołu przeciw Jaćwingom i Czerwieńcom wojowalim. Ostanę u nich bartnikiem, jako oni – tu wskazał na siedzących przy stole mieszkańców osady. – Albo kowalem. Jakem był w Międzyrzeczu u żupana, nimem wojem został, pomagałem w kuźni miecze i kraty kuć i inne sprzęty. Robota ciężka była, ale udała mi się. A tam w onym opolu u Mazowszan kowala nie ma.
– A jakeś poznał tych Mazowszan i jakeś się z nimi spoufalił, skoroś pod Mieszkiem ich najechał? – zapytał wróż.
– Pozwólcie, że rządnie opowiem. Mieszko to szczwany lis. Ruszył na Mazowszan, gdy zwiedział się, że uderzyli na nich Jaćwingi pospołu z Czerwienią. I wtedy od polańskiej strony sam uderzył. Chaos był u Mazowszan, nie wiedzieli gdzie raniej się bronić. Skłóceni też byli. Rodów tam trocha, każdy patrzy swego. Kneziów kilku rodowi wybrali, ale nikto ich nie słucha. A prosty lud cierpi i w lasy przed najeźdźcami, co z trzech stron przyszli, żywota niepewny, ucieka. Kilka grodów dobyliśmy nie paląc ich. Z tuzin rodowych wzięliśmy w łyka. Na ostatek do Mieszka przybyli i knezie Mazowszan. Była druga narada, Mieszka i jego dostojników jako i mazowieckich kneziów i rodowych, cośmy ich w łykach mieli. Ja trzymałem akurat stróżę przy oddrzwiach więcem wszystko słyszał. Mazowszany a to skarżyli się na mieszkowy najazd, a to prosili, by odeprzeć Jaćwingów i Czerwieńcówpomógł. Mieszko na to – tamtych odeprę, ale chcę za to zwierzchność na Mazowszem mieć. A tamci w krzyk, że nie chcą, że sami chcą się rządzić. Na to Mieszko do nich – sami chcecie, a Jaćwingi i Czerwieńcy pół kraju wam już zajęli i spalili; odejdę – spalą resztę. A wy pójdziecie u nich w łyka. Ale gadać z wami po dobroci, jako ja, tamci nie będą. Dacie mi zwierzchność nad Mazowszem, tamtych wyżenę i wzdłuż granicy z Jaćwingami grodów warownych nastawiam. Drużyny tam silne będą – poła polańskich i poła waszych. Na każdy atak na Mazowsze atakiem na nachodźcę odpowiem. Aż pokój da. Wy na urzędach ostaniecie, ale ja nad całością panować muszę. Takie są moje warunki. Widać było, że Mazowszany zaczynają się już chylić ku Mieszkowi. Ale nie chcieli wprowadzania siłą hebrajskiego boga i krztu, jako to u Polan było. Ludu u nas dużo – prawili, rodowych sił mało. Jak ludowi narzucimy hebrajską wiarę, to bunt wybuchnie i sami uchodzić będziemy musieli. Mieszko namyślał się długo, po czym rzekł tak – kapłanów nowej wiary wiela nie mam. Ale kilku przyszlę, aby pozór był, że i tu krysta wiara nauczana jest. Krzywdy im robić nie lza. Grosza dać trza na kościełów budowę. Ale przymusu do ich wiary nie będzie. Komu wola, starych bogów czcić może. Nikogo do nowego zmuszać nie lza. Nawet jego kapłanom to zakażę. I na tym stanęło. Rodowi wyszli z łyk, zostali żupanami i wojewodami, a my, woje, wespół z Mazowszanami Jaćwingów i Czerwień poszli bić. I tam poznałem onych Mazowszan z leśnego opola.
– Dziwne są przypadki – po chwili, niejako do siebie, odezwał się Chwalibóg. – Wprzódy sameś był z woli Mieszka najeźdźcą, potem pomagałeś bronić najechanych przed innymi najeźdźcami. A skąd wiesz, że tamci znajomkowie twoi w owym opolu jeszcze siedzą?
– Wiosną, gdy tylko drogi podeschły, Mieszko do Włocławka ku Mazowszanom pojechał, na roki i po wojów na wyprawę pomorską. Ja z moją setnią jechałem jako kneziowa stróża. I tam spotkałem onych znajomków, bo jakąś ta sprawę z komornikami żupana włocławskiego mieli. Gdy kneź roki sprawował i spory rozstrzygał, kopnąłem się z nimi do ich opola. Pięknie tam, cicho. Poznałem całe opole i wszystkich mieszkańców. I tam mnie się żywot widzi.
Do rozmowy włączył się w tym momencie jeden z bartników zwracając się do Radzima:
– Wybaczcie setniku, że pytam, ale czemu chcecie porzucić kneziową służbę? Wszak setnik to wysoki urząd. Młodyście jeszcze, tysięcznikiem ostać możecie. Łupów zwoziliście cudnych, aż oczy rwało. Pracować nie musicie, ni danin płać. Do dworu dostęp macie, do knezia, do możnowładców. Czemu chcecie więc oną służbę rzucić?
Radzim długo myślał nim odpowiedział bartnikowi, któremu Bojan było:
– Widzicie Bojanie, bo u knezia to jest po prawdzie psia służba. Niby do niego dostęp mam i łupów nabrałem, ale jako pies słuchać go muszę. Gdyby się zwiedział – tu z uśmiechem spojrzał na Miłosławę – że białkę sobie wziąłem bez jego zezwolenia, którą jego Czeszka z dworu wypędziła za pogardę do nowej wiary, toby mnie srogo karać kazał. Skrywać muszę przed nim, że Miłosława moją białką jest. I udawać muszę, że hebrajskiego boga czczę. Ale nie tylko przeto jest to psia służba. Widzicie, jakem do Polan uciekł i do drużyny kneź mnie wziął, myślałech, że Niemca bić będziem. Niemce dopiero od niewiela lat cesarza mają. A ten i u siebie wrogów ma, jego pierworodny przeciwko niemu bunty robił, margrafy słuchać nie chcą go i żrą się z biskupami o ziemie i wpływy. I co rusz do Italii cesarz jeździć musi, bo tam wojny ma z Bizancjum i saracenami. Gdyby tak Mieszko zgadał się z Wieletami i Obodrytami, co z Niemcem ciągle wojują i uderzył na Niemca, gdy cesarz w Italii wojnami zajęty, to byśmy do Łaby Niemca wygnietli. Łużyczanie uciskani wprzódy przez Gerona, tera przez jego następców, Niemca nienawidzą. Dałby im oręż, zwolnił z poddaństwa, to by miał wojów więcej niż cesarz. Ale on sam chciałby ich mieć za poddanych, ich ziemie zagarnąć i rządzić nimi. I cesarzowi trybut płaci za ziemie Licykawików, coby tamten jeszcze większe zaciągi robił przeciw Połabianom, a sam walczy z naszymi – a to z Polany i Goplany, to z Lubuszany, Wkrzany, Pyrzyczany, Pomorzany, a to z Dziadoszany, Trzebowiany, a to z Mazowszany i Czerwienią. Tyla, że z Czechami tera nie wojuje, bo żonę od nich wzion. Od kiedy u niego wojem jeśm, ni razu Niemca my nie bili. Tylko Słowian. Mam już zadość tego. Psia służba i tyla. Pojedziem z Miłosławą i Chrapkiem na Mazowsze, brodę zgolę jeszcze dziś, nikto mnie nie pozna. I nikto tam nas do hebrajskiego boga zmuszał nie będzie. Miłosławy macierz pomarła, nie będzie lutał tu po niej nikt.
Zapadło długie milczenie. Miłosława dopiero od niedawna znała plany męża. Zaskoczyły ją wprzódy, ale i ona cieszyła się, że stąd wyjadą. Wprawdzie polubiła i Dobroniegę, i Chwaliboga, i bartników, ale bała się bliskości dworca Dobrawy. I zadość miała, że Radzim na dworze ukrywać musi, że ona jego żoną jest. Nic ich tu nie trzyma. Na koniu już nauczył Radzim jeździć ją, Chrapek jak na 5 lat silny i zdrowy jest, nie ma co zwlekać. Uśmiechnęła się do męża z aprobatą. Milczenie przerwał wróż. Spojrzał na Miłosławę, potem na setnika i rzekł do niego:
– Są tutaj tacy, co po niej i po Chrapku, a nie w ostatku i po tobie, Radzimie, lutać będą.
Po czym zwracając się do Miłosławy zapytał ciepłym serdecznym głosem:
– A ty córuś – bo tak ją nazywał – jako to widzisz? Chceszli jechać pomiędzy obcych czy nie?
Miłosława popatrzała na niego ze smutkiem, bo żal jej się go zrobiło. Opiekował się nią i Chrapkiem jako rodzony. Jeśli czego tu żałowała ostawić, to jego właśnie. Odrzekła mu:
– Wiecie, że was jako oćca miłuję. I dobrze mi przy was. Ale wciąż pamiętam ten loch i jako mnie wtedy obito. I wiem że ona, kneźna, blisko jest. I to mnie męczy. I widzę, jako ciężko jest Radzimowi. To naprawdę psia służba bić Słowian miast Niemca. I ukrywać musi, żeśmy sobie ślubowali. A tam ukrywać się nie będziem musieli. I od niej będę daleko. Dlatego chcę jechać, chocia po was lutać i do was tężyć będę…
Zamilkła, a po chwili dodała cicho:
– A może byście z nami pojechali? Radzim rad będzie, bośmy już o tym gwarzyli, a Chrapek jeszcze bardziej. I ja też, sami wiecie…
Wróż zaskoczony był. Wiedział, że tamci go lubią, ale nie myślał, że aż tak. Odrzekł w końcu ze smutkiem:
– Jechałbym z wami z serca, ale mi nie lza. Tu, w lesie są groby dziadów moich. Bartnicy wiedzą gdzie i moje popioły tam złożą. I nie w ostatku – do kogo by grodowi odczyniać chodzili, jakbym odjechał? Im tu bardziej potrzebnym, niźli wam u Mazowszan. Tako i muszę ostać…
Zapadła cisza. Wszystkim smutno się zrobiło. Wypili w milczeniu po kilka kubków piwa, po czym uradzili, że do świętego dębu zara pospołu pójdą. Radzim chciał ze swoimi już nazajutrz w drogę ruszać. Trza było więc starym bogom dary złożyć, na dobrą wróżbę. Chwalibóg niepokoił się tylko, czy rana Radzima już wydobrzała na tyle, bo podróż daleka ich czekała.
– Jaka tam rana – zaśmiał się setnik – trzymałem stróże akurat i objechać miałem cały gród o brzasku. Sam byłech. Ułapiłem koguta, łeb żem mu urżnął, szmaty do zawijania juchą jego polałem, kogutam psom rzucił, samem sobie bok letko grotem naciął, coby rana była. Zakrwawionymi szmatami żem się opasał, a na strażnicym rzekł, że konia zwierz mi jaki spłoszył, a ja spadając z niego grotem żem się dźgnął. I że prawicą ruszać nie mogę, bom na nią upadł. Powiadomiomy o przypadku żupan odesłał mnie zara z jedym wojem dla eskorty do wiedźmy, coby mnie opatrzyła. Wiedźma wiedziała o moich planach, wojowi przed chałupą czekać kazała, bo jako mu rzekła – złe musi wypędzić i w niego wejść może. A potem wyszła i rzekła mu, że u niej dzień poleżę i że na wyprawę nie lza mi jechać. I takom ostał w grodzie.
Po południu już było, gdy do lasu, do dębu świętego, zbierać się poczęli. Chwalibóg na stole ustawił jadło, dzban piwa i wody. Widząc to Radzim rzekł:
– U nas też taki obyczaj był – gdy nas doma nie było, zawżdy wprzódy na stole ostawiali my jadło i napitek, coby jaki gość czy przychodzień, nie zastawszy nas, pożywił się a głodny nie odszedł.
Do lasu ruszała cała osada.  To jednak zdziwiło Radzima. Zapytał wróża:
– Nikogo na straży nie ostawiacie? Chałupy otwarte, przyjdzie kto obcy z grodu i ukradnie co mu się nada. Na grodzie, jak nie pilnujesz, to wraz wszystko ukradną. Nawet stare opończe. Biedoty na podgrodziu, żebraki, obce. Nie lza chałupy otwartej zostawić, choć żupan srogo karze kradzież. Ręce ucinają złapanym na licu. A jak kto co kneziowego ukradnie, to i łeb mu zetną.
– Obcy do nas nie trafi, jeno grodowi, co nas znają i odczyniać tu przychodzą. I leczyć się. Ale oni wszyscy czestni są, stary obyczaj szanują. Co nie ich, nie wezmą. A na grodzie jako jest, sam wiem. Z nowym porządkiem i hebrajskim bogiem stary obyczaj upadł. Biedoty się namnożyło i żebraków, czego raniej u nas nie było. Dla takich nawet stara opończa, czy pusty kubek lub miska to majątek. Nie mają nic do stracenia, to i kradną. Daliby im wszystkim ziemie, prawo zwierza bić i ryby łowić, to by nie kradli.

Ruszyli w las. Prastary był. Nie tknęły go jeszcze topory grodowych drwali. Dróg ręką człowieka zrobionych nie było tu. Ale były ścieżki, ledwo widoczne, przetarte przez zwierza. Jedną z takich ścieżek podążali jeden za drugim mieszkańcy osady ku dębowi. Co chwilę ścieżka skręcała, omijała wykroty i powalone, pokryte mchem, próchniejące leśne olbrzymy. Pod gęstym listowiem panował przyjemny chłód. Słychać było tylko szum drzew, śpiewy ptaków, a niekiedy trzask łamanych przez spłoszonego zwierza krzy i gałęzi. Do dębu kęs drogi było, ale nikomu wędrówka przez dziki las przykrą nie była.

Wreszcie dotarli całą osadą do świętego dębu. Ogromny był. Dziesięciu chłopa ledwo pień objąć mogło. Radzim był tu pierwszy raz. Spostrzegł, że na jakie trzydzieści kroków od pnia dookoła drzewa ktoś wycina wszystkie krze, tak że jakoby mała polanka dookoła dębu była. Od zachodniej strony, na samym skraju polanki, pomiędzy dwoma wysokimi bukami, jakby kilka kurhanów usypanych było i wielkie głazy na nich. Tu też krze wycięte były. Widać ktoś dbał o to miejsce. Radzim domyślił się, że są to groby dziadów Chwaliboga i że tu spoczną pod głazem jego prochy i kości.
Naniecono ognisko, a wróż i setnik żertwę u świętego dębu złożyli – kawał kołacza, kęs mięsiwa, garść prosa i owsa, miodu kubek, piwo i wodę. Po czym Chwalibóg to samo przy głazach kurhananów duchom Dziadów złożył. Następnie wszyscy wokół ognia na trawie do uczty zasiedli. Pojedli, popili piwa i miodu, co go Radzim przywiózł, a potem zaśpiewali stare pieśni do bogów starych i dobrych. Do Mokoszy śpiewali i do Swarożyca, do Swaroga, Peruna, Nyji i Welesa, do Dadźboga i Łady. I do Wił, Doli i Jarowita. A potem puścili się w tany. Dwóch bartników bębnami rytm wybijało, jeden na gęśli brzdąkał, a jeszcze inny w piszczałkę dźwięki różne dającą dął. Reszta, męże, białki i dzieci tańczyli. Raz pląsali wokół ognia, raz wokół dębu śwętego. I kurchanom się kłaniali, dziadom wróża cześć okazując. Po czym znów wracali do ogniska i pląsali wokół niego.
Miłosława, mimo że trochę trwoga brała ją na myśl o dalekiej podróży i obcych dla niej ludziach, wśród których żyć przyjdzie, podczas tańca zapomiała o wszystkich zmartwieniach, nawet o lochu, biciu i napełniającej ją strachem kneźnie. Czuła się jak kiedyś, gdy żył jeszcze jej rodzic i gdy całym małym gródkiem co rusz coś świętowali. Tu naszły ją różne myśli. Gdy żył jeszcze jej rodzic, już wtedy kneź srogi był i na wojny co rusz rodzica gnał. Ale starych obrzędów nie wzbraniał. Dopiero od przybycia Dobrawi i kapłanów hebrajskiego boga zabroniono po grodach starych obrzędów. A jeszcze bardziej po przymusowym krzcie. Odprawiano je wszak dalej, ale już w ukryciu i po cichu. Gadano, że kneź sam od siebie oko na to przymyka, bo nie chce, by do buntu doszło. Ale gdy pachoły obcych kapłanów kogo na starych obrzędach ułapią i do knezia zawloką, surowo każe złapanych. Tutaj, w lesie, ukryci przed wzrokiem kapłańskich pachołków, nie musieli się hamować. Śpiewali pełnym głosem, aż echo oddawało. Bębny furczały, głosy gęśli i piszczałki niosły daleko w las. Tańczyli i śpiewali do woli jak to od wieka bywało i co Miłosława z dzieciństwa pamiętała. A świąt mieli wiele i wszystkie radosne. Kochała je wszystkie. I Szczodre Gody, gdy izba chojrakiem, sianem i słomą pachniała. Wróżby źdźbłami siana i słomy ciągnęli, kolędy śpiewali. I Jare Gody, plecenie wianków, kraszenie pisanek i lanie się wodą. I Kupalnockę, tańce i śpiewy, i wyprawy do lasu z lubym. I Plony, chodzenie z wieńcem dookoła pól i jak przy wszystkich świętach ucztowanie, tańce, śpiewy. I ognisko. Nawet na Dziady obchodzone wiela razy w roku ucztowali, tańczyli i śpiewali. I tyla innych jeszcze świąt raniej było. I wszystkie radosne. A teraz kapłani hebrajskiego boga do pokuty wszystkich pędzą i do umartwiania się. Co rusz posty nakazują, tańców i śpiewów zabraniają, ogniem piekielnym straszą, na przedwiośniu na głowy sypać popiół każą. I ciągle na klęczka błagać o miłosierdzie hebrajskiego boga nakazują. Zawzięty być musi ten hebrajski bóg. Naszych o miłosierdzie nie trza prosić, bo swojscy są i dobrze nam życzą. A tamtego nic tylko błagać i błagać trza o miłosierdzie. I w strachu przed onym piekłem żyć. Straszny ten hebrajski bóg jest i straszna ta wiara. I straszne to piekło. Nagle przypomniała sobie, co jej Dobroniega prawiła. Mądra jest wiedźma, z duchami w Nawii rozmawiać umie. I prawiła, że piekła nie ma. Jest tylko Nawia, jedna dla wszystkich. Tyla, że różne ludy oddzielne w niej dziedziny mają. Słowianie swoją, Nordyki i Wikingi swoją, Gallowie i Celty też. I Hellenowie. I wyznawcy krysta i hebrajskiego boga. Każdy lud swoich bogów mający inną dziedzinę w Nawii zajmuje. A piekła nie ma. Wymyślili je kapłani hebrajskiego boga, by ludzi nim straszyć i do posłuchu strachem przymusić. I odpustami przed onym piekłem tarżyć a frymaczyć. I złotem sobie za nie i za one zbawienie płacić.
Znów odrzuciła Miłosława wszystkie myśli. Chciała tylko śpiewać, tańczyć i radować się. I śpiewała, tańczyła i radowała się…
.
Jak pięknie jest, gdy człek bać się nie musi bogów, gdy może się życiem cieszyć, miast truchleć ze strachu przed gniewem bożym i wiekuistym potępieniem, o którym mądra wiedźma prawiła, że go nie ma.
.
Koniec części pierwszej.
.
.
opolczyk

.

.

.

.

Reklamy