Opowieść polańska z czasów przedmieszkowych…

.


.

Dawno, dawno temu, na porośniętych prastarą puszczą równinach zamieszkałych przez plemiona Polan i Goplan, niedaleko od ziem Mazowszan, nad małym jeziorkiem zwanym przez miejscowych po prostu świętym, stało odwieczne słowiańskie opole. Zabudowane było w koło, z dużym placem pośrodku, na którym odbywały się opolne wiece i wiele świątecznych obrzędów. W samym środku placu rosła prastara lipa. Domostw było w opolu z całą kopę (60) podwójnym kręgiem otaczających plac. Wszystkie były podobne do siebie, nie było okazalszych od innych. Wcześniej, gdy mieszkańców było mniej, opole miało tylko jeden krąg domostw. Ale mieszkańców przybywało i konieczne okazało się powiększenie opola. Zburzono starą palisadę i zbudowano nową tak, aby zmieścić w opolu drugi krąg domostw. Mijał czas, mieszkańców nadal powoli przybywało i robiło się ciasno w opolu. Należało podjąć decyzję, czy je ponownie powiększyć, czy obok zbudować drugie. Od wieka, od pokoleń, życie mieszkańców płynęło podobnie, spokojnie jak wody rzeczki wpływającej do ich jeziora. W domostwie rodzicieli pospołu z nimi pozostawał najczęściej najstarszy potomek, córa czy syn, zajedno. Po śmierci rodzicieli przejmował dom. Młodsi synowie po ożenku dobudowywali przy domostwie rodzicieli własne, lub gdy miejsca nie było, budowali je gdzie ta jeszcze się zmieściło. Córki wychodziły najczęściej za młódź z sąsiednich opoli i osad. Z dawna wiedziano, że z małżeństw pomiędzy bliskimi swojakami rodzi się niewdałe potomstwo.
Mieszkańcy opola byli głównie rolnikami, uprawiali pola i trzymali zwierzęta hodowlane. Mężczyźni byli także myśliwymi i rybakami. Łowy na dzikiego zwierza były ważne. Nie tylko zdobywano dodatkowe mięso i tłuszcz. Skóry zwierząt szły na silną odzież i obuwie, na uprząż, siodła i miechy kowalskie. Futra zimą zdobyte i do ścielenia posłań służyły, i do przykrycia się nimi do snu, zwłaszcza zimą, no i na ciepłe ubrania zimowe. Rogi i kości służyły do wyrobu różnych narzędzi, a kły i pazury do wyrobu ozdób i talizmanów. Latem wszyscy razem pracowali na polach, sprawiedliwie dzieląc się plonami. Ziemia uprawna i łąki były pospólną własnością. Jesienią i zimą oprócz polowań zajmowali się rzemiosłem, każden podług jego zręczności i zamiłowania. Jedni wyrabiali sprzęty domowe, inni narzędzia i ozdoby, jeszcze inni z gliny wyrabiali naczynia, choć mieszkańcy woleli drewniane misy i talerze, a nawet kubki, bo się nie tłukły. Byli w opolu też kowale wyrabiający dla wszystkich żelazne okucia, groty, sochy, noże i topory. Niewiasty zaś tkały płótna, przędły wełnę szykowały ubrania i zdobiły domostwa. Przez pokolenia mieszkańcy opola sami stanowili o sobie. Na codzień kierowała ich życiem starszyzna, ludzie doświadczeni i obyczaj znający. Ważniejsze decyzje podejmowano na wiecach. Utrzymywano kontakty z wieloma sąsiednimi opolami, choćby po to, aby młódź szukała sobie żon i mężów poza własnym opolem. Często święto Kupały organizowano pospołu z innymi opolami, aby młodzi z różnych opoli poznać się mogli. Rzadko docierali tutaj obcy, chyba że kupcy. Handlować z nimi specjalnie nie musiano, bo miejscowi samowystarczalni byli. Ale i ciekawi byli nowin ze świata szerokiego, a te kupcy opowiadali chętnie. Wojen, najazdów od wieka tu nie znano. Otoczeni prastarą puszczą, przecinaną rzekami i bagnami, bezpieczni byli. Jeśli dochodziło do bitek, to najczęściej pomiędzy młodymi o panny. Palisada wokół opola służyła ochronie przed dzikim zwierzem, nie przed napastnikami.
.
Było akurat święto plonów. Mieszkańcy obeszli już z wieńcami pola uprawne i łąki, złożyli dary i Matce Ziemi w podzięce za plony, i świętemu Swarożycowi w podzięce za ciepło i światło, dzięki którym Matka Ziemia owocuje i żywi jej dzieci. Odprawiono obrzędy przy grobach dziadów, a na koniec zaczęła się uczta i zabawa przy ogniskach nad jeziorem. Na świąteczne tańce przyszli też znajomki i powinowaci z pobliskich opoli. Podczas gdy młódź tańczyła i śpiewała, starsi skupili się wokół akurat przybyłego niespodziewanego gościa. Był to stary, doświadczony życiem, Sławobor. Z niejednego pieca chleb jadał. Bez żony był i bez dziatwy, ale miał znajomków po wielu opolach, grodach i plemionach. Gadano o nim, że nad szeroką Łabą żył w młodości. Pod naporem Franków czy Niemców, gdy ziemie jego ludu podbito, jako młodzik przyszedł do Polan. Ale miejsca nigdzie nie zagrzał. Wędrował, zbierał i roznosił wieści. Często znikał na dłuższy czas. Gadano, że do północnych Połabian przemyka i na wojny na Niemca wespół z nimi chodzi. Nienawidził jak zarazy prącego od zachodu i południa nowego porządku i nowej wiary. I teraz z nagła pojawił się przy ognisku. Poproszono go, aby siadł, dano mu jadła, miodu, piwa. Gdy już się nasycił, na prośby starszyzny rozpoczął opowieść o tym, co widział i słyszał w świecie szerokim. Słuchano go uważnie.

Opowiadał więc, jak to przed wiekiem już Franki czy Frankony Załabie podbili. A teraz część z nich, co się Niemce zwią, Polabie podbija. Boga jakiegoś nowego, hebrajskiego mają. I prą ku Odrze. Ciężko im szło, ale markgraf Gero, zbój jakich mało, 30 wodzów i naczelników łużyckich do siebie na ucztę sprosiwszy wytruł. I ziemie ich podbija, gród po grodzie, opole po opolu. Bronią się Łużyczany i Serby, walczą, bunty robią, ale lud to od wieka spokojny, rolniczy. Nie potrafią Niemca zatrzymać. Tylko patrzeć jak do Odry dojdzie. A gdzie nogę Niemiec postawi, ze Słowian przypisańców i niewolnych robi, słowiańską wiarę niszczy, święte gaje wycina, chramy i posągi bogów pali hebrajskiego boga narzucając w ich miejsce. Obyczaj u Niemca zgoła inny niż u nas. U nas ziemia pospólna jest. U nich albo króla czy grafa podległego królowi, albo kościelna – biskupia lubo klasztorna. W lesie zwierza upolować nie lza, bo las pański albo kościelny. Złapią – oczy wyłupią lub rękę utną. Ryb w rzece łowić nie lza, bo są pańskie lub kościelne. I też oczy za to wyłupią albo rękę utną. Ziemie uprawiać musisz, ale nie twoja jest, a pańska lub kościelna. I danin biorą z plonów ile strzyma. I jeszcze karmić musisz ich posłów, komorników i poborców, konie i wozy do przewozu dawać, naprawiać w grodach częstokoły lub mury, rowy fosami zwane kopać lubo pogłębiać, płacić podymnne i pogłówne, i jeszcze zbiegłych ścigać. I świętopietrze na papieża płacić, co w Romie siedzi i światem rządzić chce. I milczeć jak ci żonę czy córę na rozpustę biorą. Powiesz co – utną łeb i tyla. Albo sprzedadzą w niewolę. Nie ma tam żadnego czestnego prawa ni obyczaju. Wyzysk, przemoc i ucisk – to ich prawo i obyczaj. Dobrze żyje się u nich garstce możnowładców i kapłanon hebrajskiego boga. Reszta na nich pracuje i żyje w biedzie i ucisku, niemalże jako niewolnicy. Biedoty u nich chmara i żebraków, co ni doma nie mają, w łachmanach łażą i żebrać muszą o pajdę chleba czy marny grosz.

Przerwał Sławobor, miodu sią napił, na tańczących przy ogniskach popatrzył, a potem na ciemniejące już niebo. Po chwili opowiadał dalej. Mówił, jako to bronią się przed Niemcem północne Połabiany. Lud to od wieka waleczny, wojenny. Niejeden raniej lec woli, niźli na powróz u Niemca iść. Tam Niemcowi niełacno postawić nogę. Jeszcze niejedno pokolenie minie, nim Niemce ich opór złamią. Ale Niemce nie ustąpią. Podbić nasze ziemie chcą, zagrabić wszystko, a z nas niewolnika zrobić. Po to im hebrajski bóg potrzebny jest. Bo gadają, że jeden on prawdziwy i muszą go wszystkim narzucić.

Znów przerwał swą opowieść Sławobor i z rogu miodu słodkiego, starego, dobrze syconego popił. Słuchająca go starszyzna milczała. Po jakimś czasie mówił dalej, tym razem o Czechach i Morawianach na południu. Wiek temu był tam kneź Mojmir. Zgadał się z Niemcem, hebrajskiego boga i jego kapłanów od Niemca do siebie sprowadził – i niemiecki obyczaj. Wolnych mało co już u Czechów i Morawian zostało, reszta to przypisańcy i niewolni.
Niewiela zim temu była u Czechów knezina, Dobromira. Popaliła kościoły hebrajskiego boga, wypędziła jego kapłanów do Niemców i powróciła do starych bogów. Ale Sasy i Bawary najechali Czechy, pobili ją, a na kneziowym grodzie osadzili powolnego im Wacława. Oddali go pod nadzór niemieckiego króla i niemieckich kapłanów, którzy jak wprzódzi Czechami rządzą, nowego porządku i hebrajskiej wiary strzegąc. W Pradze słowiańskim ludem jako bydłem handlują, w niewolę go sprzedając. Jak świat światem nigdy Słowianie niewolnika nie trzymali. Trafił się jaki jeniec czasu wojny, to za byle okupem do dom go puszczano. A jak nie miał nic, to i bez wykupu odejść mógł. Albo u Słowian zostać jako swój, wolny. Dobre to było, bo obcy to zawżdy świeża krew. A u Czechów po wprowadzeniu hebrajskiego boga ludźmi jako bydłem tarżą. I to swoimi, Słowianami. A jeszcze Czesi, choć Niemcowi podlegli, jako wcześniej Morawiany na ziemie Wiślan, Chrobatów i Ślężan łakomym okiem patrzą.

Ponownie zamilkł Sławobor. Zamyślił się. Ciemno już było, wietrzyk ucichł, od ognisk słychać było śpiewy, klaskanie, dudnienie bębnów, głosy piszczałek i dźwięki gęśli. Sławobor napił się miodu i ciągną dalej swoją opowieść. Teraz mówił o sprawach lepiej wiadomych starszyźnie. Od prawieka już u wszystkich plemion słowiańskich na szlakach kupieckich grody stały. U Polan, Goplan, Mazowszan, Wiślan, Chrobatów, Ślężan i u wszystkich pomniejszych plemion. Wprzódzi przez pokolenia wszystkie grody pospólne były. Nastały jednak czasy, że psować się jął w wielu grodach stary obyczaj. Nie wiada dlaczego. Może nowe porządki z obcymi kupcami przyszły, którzy w większych grodach osiedli. Dość rzec, że jedni nad drugich wynosić się zaczęli. Każdy chciał mieć większe od innych domostwo dworcem czy dworzyszczem zwane. Rozdwojenie powstało. Już nie chcieli grodowi pospólnie żyć, a każdy tylko dla swojego rodu. I tylko o swój ród zabiegali, co by ważniejszy był i bogatszy od innych. Biedniejszych z grodów do podgrodzi wygoniono, bo w grodach tylko kilka dworców zmieścić się mogło. Ziemi też już pospołu nie dzierżyli, a podzielili ją. I jeden drugiemu ziemię wydzierał, coby więcej mieć. W ostatku każdym grodem jeden albo kilka rodów rządziło. Ziemia wokół grodu była już ich, a nie pospólna. Grody wadziły się między sobą. Każden ważniejszy chciał być i innymi grodami rządzić. Kneziów sobie stanowiły. Często co gród to własnego knezia miał. Chocia byli i knezie, co kilka grodów dzierżyli. I tak się te knezie i grody między sobą wadziły i nadal wadzą. Aliści opola i osady, i grody pospólne, bez rodów, a jest ich wiela więcej, po dawnemu żyją, władzy kneziów i grodów nie uznając. Same o sobie stanowią. Rody i knezie zbrojnych pachołków trzymają i daniny od wolnych osad, opoli i pospólnych grodów żądają. By mieć za co jeszcze większe dworce budować i więcej zbrojnych pachołków utrzymać. Zdarza się, że jakaś tam mała osada daniny płaci, ale większe opola i pospólne grody zbrojnych pachołków wysłanych po daniny nie raz poszarpały i precz pognały. Aliści u Wiślan i Ślężan od czasu, jak Morawce ich ziemie najeżdżali i hebrajskiego boga ze sobą wlekli, więcej jest osad i opoli daniny płacących. I tam, jak u Niemca, są już przypisańcy i niewolni. Dzieje się źle u Wiślan i Ślężan, bo choć po odejściu Morawców starych bogów przywrócili, ale starego obyczaju już nie.

I znów zamilkł Sławobor i zamyślił się. Po czym rozejrzał się dookoła, uśmiechnął się nawet widząc młódź tańczącą przy ogniskach, ale zaraz twarz mu spochmurniała i dalej ciągnął swoją opowieść. Od wiosny obszedł szmat ziemi Polan i Goplan. Grodów rodowych jest już wiela tu, ale na każdy przypada z pół kopy albo i więcej osad, opoli i grodów pospólnych, gdzie stary obyczaj panuje i wszyscy pospólnie żyją. Tylko u Giecza dzieją się rzeczy złe. Stała tam od wieka osada. Aż kiedyś przyszli obcy, co z ich ziem od ucisku do Polan uciekli. Waregi czy Wikingi to byli, z Dunii czy skądyś tam, nie wiada. Pobudowali obok własną osadę i czas jaki wedle naszego obyczaju żyli. Ale gdy od kupców usłyszeli, co dzieje się u Niemca, u Czechów, w Romie i innych krajach, gdzie hebrajski bóg panuje, porzucili nasz obyczaj. Wybrali sobie wodza, którego reszta jak psy słuchała. Lestek go wołali. Pobudowali gród warowny i Gieczem go nazwali. Wygląda jako zbójeckie gniazdo. Wysoki wał z palisadami, wieżyce przy bramie, zbrojne pachoły, najczęściej obce, na wałach za palisadami ukryte. I lochy na jeńców pod dworzyszczem z basztą są. Miast rolę uprawiać mieczy, toporów, kolczug i oszczepów żelaznych nakuli lubo za futra kupili. Nazwali siebie ze słowiańska Piastami. Od starej osady, co ich gościnnie przyjęła, siłą daniny ściągać zaczęli i nowych pachołków zbrojnych najmować. Potem na inne osady i opola swoich zbrojnych zbójów nasyłali, by daniny brać. Wiela razy okoliczne opola skrzykiwały się i zbrojnie na Giecz szły. Ale nie poradzili. Tyla, że zawsze trupy pod wałami ostawały. Piasty zaś na te opola, co opór stawiały, swych zbójów słali. Ale nie na wszystkie naraz, a zawsze tylko na jedno. I jak dobyli opole, to tęższym mężom oczy wydzierali dla postrachu, z każdej rodziny zakładnika brali do siebie do lochu, nad opolem starostę swego stanowili, a mieszkańców przypisańcami lub niewolnymi robili. Tylko w osadach i opolach, które ze strachu bez oporu daniny płaciły, mieszkańcy wolnymi ostali. Ale i tak daniny i inne powinności Piastom dawać musieli. Tera rządzi Piastami już inny, Siemomysłem się po słowiańsku nazwał, chocia przybłędą jest. Gdy miał już tyla zbrojnych pachołków, że w Gieczu za ciasno im było, najechał Gniezno, spalili je, mieszkańcom odbudować kazał, ale silniej warowne. I tam Piasty przenieśli z Giecza swoją główną siedzibę. Z pobitych mieszkańców Gniezna co tęższym chwatom wybór dali – albo niewolnymi zostaną i na Piasta pracować będą, tylko za jadło, albo jako wolni do drużyny zbrojnych pachołów przystaną, Piast im płacić będzie i jeszcze udział w łupach dostaną. I niejeden na to przystał, bo kto chce być niewolnym. Reszta przypisańcami i niewolnymi ostała. Kto mógł, uciekał  w puszczę. Ale większość została. Bo i groby dziadów porzucić ciężko, czy starych rodzicieli samych ostawić lubo na tułaczkę skazać, albo z małymi dziećmi lub brzemiennymi kobietami po lasach się tułać. Zaciskali więc zęby i na Piastów jako niewolni pracowali. Gdy Gniezno już nowe i obwarowane Piasty obsiedli, na Poznań napadli i zrobili co w Gnieźnie – spalili, mieszkańcom na nowo silniej warowne budować kazali i tych, co nie chcieli niewolnymi ostać, na zbrojnych pachołków wzięli. Rok w rok następne osady, opola i grody podbijają, a zbrojnych pachołków to już na wiele setni liczą. Inne grody rodowe i ich knezie zmawiali się na Piastów, ale że zawżdy zwaśnieni między sobą byli, nic z tego nie wyszło. Zdarzało się za to, że ten czy inny ród sam do Piastów szedł, służby im ofiarując i z ramienia Piasta dalej swój gród dzierżą, tyla, że starszy rodu czy nawet były grodowy kneź piastowym żupanem tera jest. I tak przybywa Piastom grodów, zbrojnych pachołków i poddanych. Na koniec Siemomysła na wiecu kneziem obwołali. Bo wiece Piasty zwołują, ale nimi trzęsą. No i piastowskie sługi chcieli, by kneziem obwołać  Siemomysła. Tumult się zrobił, bo większość zwołanych na wiec, z wolnych opoli, przez Piastów jeszcze nie podbitych, tego zbója na knezia nie chciała. Nikogo na knezia nie chcieli. Mówili, że sami sobie po opolach władają i knezia, który tylko danin wygląda i wolę swą narzucać chce, nie potrzebują. Po czym rozjechali się, każdy do siebie. Ale ci co zostali i Piastom przychylni byli, obwołali Siemomysła kneziem. I dalej podbija on grody u Polan i Goplan. Tyla, że sam na obce grody już nie chodzi. Synów ma. Oni tera zbrojnych pachołków na grody prowadzą. Zwłaszcza najstarszy, Mieszkiem zwany, co po ojcu władzę przejmie, chciwy i podstępny jest. I mściwy. I panowania żądny. Niedługo tu Piasty dojść mogą, bo gdzie puszcze wielkie, to przesieki przez nie ich przypisańcy i niewolni rąbią, aby drużyna zbójów kneziowych na koniach łacniej coraz większy kraj zagarniała. Naszych starych bogów Piasty nadal jeszcze szanowują, ale jak długo, nie wiada. Skoro niszczą prastary obyczaj, to i prastarą wiarę zniszczyć mogą. I naszych bogów odrzucić.

Skończył swoją opowieść Sławobor a reszta milczała w zadumie. Dopiero po dłuższej chwili ozwał się ponownie w te słowa:

– Starym już, ale przy ognisku jeszcze zatańczę i pośpiewam z młodymi. Nie wiem, wiela mi jeszcze czasu ostało, ale wiem, że ubywa mi sił, i że ubywa też u nas ziem, gdzie jeszcze stary obyczaj szanowany jest i stare prawa rządzą. U wielu Słowian już nie święci się Plonów, chyba że w ukryciu, aby hebrajskie kapłany i niemieckie żupany nie widzieli. Tu u was ciągle jeszcze słowiańska swoboda jest i chcę z niej korzystać.

Skończył i bez ociągania się poszedł ku ognisku, dołączył do młodych i razem z nimi tańczył i śpiewał pieśni ku czci Mokoszy i Swarożyca. Gdy się zmęczył, odchodził na bok, popijał miodu czy piwa, palił jakieś zioła, po czym, gdy odsapnął, wracał do tańczących. Rzadko widywano go tak wesołym i rozbawionym. I on zapomniał w tańcu, że jego rodzinne strony w środku geronowej marchii już są i niemiecka mowa tam panuje. I hebrajski bóg. Zapomniał, że i tu już wkrótce pojawić się mogą zbóje od Piasta, by stare prawa i stare obyczaje burzyć. Chciał zakosztować ich jeszcze raz do syta, do głębi serca i ducha. Tańczył więc, śpiewał, w przerwach popijał i podjadał, a i zioła dziwne, od wiedźmy otrzymane, palił. I lekko zrobiło mu się na sercu. Ten taniec przy ogniu to było życie, jakie kochał, o jakie od dziesiątek lat z Niemcem walczył – beztroskie tańce i śpiewy, trzaskanie ognia, iskry idące w górę, szum rosnącego opodal świętego gaju, szum wiatru, krzyki nocnych ptaków. I wolni swojacy słowiańską mową mówiący dookoła. I tańczył tak aż do zapamiętania. Ducha miał rozradowanego, jak za najwcześniejszej młodości, gdy Plony świętował nad daleką Łabą. Nie widział już tańczących obok siebie, oczy mgłą mu zaszły, słyszał tylko miarowe bicie bębnów, gęśle i piszczałki, i klaskanie tańczących. Stracił poczucie czasu i miejsca. Nie wiedział już, gdzie jest. Nagle w mgle przed jego oczami ujrzał kilka postaci. Gdy podeszły bliżej, rozpoznał rodzicieli, ojca i macierz. Obok nich szła jego żona i dzieci, syn i córka. I jeszcze obie siostry. Tak! To byli oni, jego rodzina, której nie widział od dziesiątek lat. Wirowało mu w głowie i myśli pozbierać nie mógł. Skąd oni się tu wzięli? Wydawało mu się przecież, że oni już dawno odeszli do dziadów, zabici nad Łabą przez Niemca. A oni jako żywi tańczą z nim przy ognisku, śmieją się do niego, kiwają mu rękami, pozdrawiają go. Ah, jak przepiękne jest życie, gdy z najbliższymi, z tymi, których miłujesz, możesz pospołu tańczyć przy świętym ogniu. Tańczył więc do zapamiętania się, do utraty tchu. A duchy jego zmarłych rodzicieli, żony i dzieci, i sióstr, tańczyły tej nocy razem z nim. Gdy nad ranem upadł bez zmysłów, ze zmęczenia, odniesiono go do jednej z opolnych chat.

.

Epilog

Nazajutrz Sławobor pożegnał gościnnych gospodarzy, opuścił przyjazne opole i zniknął w kniei. W pamięci miał jeszcze wczorajszy upojny wieczór. Ze wzruszenia łzy zabłysły w jego oczach. Ale wiedział, że tu już nie wróci. Stary już był, sterany. Zadość miał już tułaczki. Nie chciał kolejny raz uciekać jeszcze dalej na wschód przed naciągającym za sprawą Piastów nowym złym porządkiem. Ze sobą miał silny cisowy łuk, strzały i torbę z nasączonymi smołą szmatami podartymi na pasy. Pod pazuchą poprawił krótki mieczyk. Wiele dni przedzierał się lasami na Giecz. Gdy dotarł, ukrył się w pobliskim lesie i czekał pierwszego mglistego poranka. I gdy nadszedł, owinął strzały smolnymi szmatami, skrzesał ogień, zapalił od niego małe łuczywo i cicho podkradł się pod sam gród – pierwsze zbójeckie gniazdo Piastów na polańskiej ziemi. Bramy strzegły dwie wysokie drewniane baszty. Straże były na nich, ale rozespane, jako to o świcie. Sławobor wbił łuczywo w ziemię, zapalił od niego pierwszą strzałę i wypuścił ją w basztę, po czym raz za razem wypuścił wszystkie pozostałe strzały, niosące ze sobą ogień. Straże usłyszały wprawdzie jakieś stuki i odgłosy, ale przez gęstą mgłę nie zauważyły płonących strzał, Dopiero gdy drewniane belki zaczęły się palić i mocno kopcić, poczuły dym i uderzyły na alarm. Kilku strażników z mieczami u pasów i łukami w rękach wypadło przed bramę, inni pędzili po wodę do gaszenia baszt. Ale belki baszt, suche w środku, paliły się coraz mocniej. Radowało się serce Sławobora, gdy patrzył jak płoną, choć wiedział, że Piastów to nie powstrzyma. Ale niech wiedzą, że są tu przybłędami.
Tymczasem strażnicy przed bramą wypatrzyli Sławobora. Stał wyprostowany, nie uciekał. W ręku dzierżył krótki mieczyk. Podeszli bliżej. On nawet nie drgnął. Strażnicy widząc jego odwagę nie mieli ochoty ryzykować oberwania mieczem. Wszyscy jak na komendę wypuścili w stronę stojącego strzały. Sławobor zachwiał się i z pięcioma strzałami w piersiach upadł na plecy. Strażnicy ostrożnie zbliżyli się do niego. Stary już nie żył. Ze zdziwieniem piastowe zbóje zauważyli, że miał na ustach uśmiech a nie strach. Nie wiedzieli, że ginąc w pamięci miał ostatni taniec z rodziną przy ognisku.
.
Odszedł do ojców i do rodziny tako, jako chciał – jako wolny Słowianin.
.
.
opolczyk

.

.

.

.

Reklamy