Opowieść Łysogórska…

.

.

 

Było to w czasach, gdy na Morawach panował renegat Słowiańszczyzny, Rościsław Mojmirowic. Jak jego poprzednik tępił świętą wiarę praojców i umacniał panowanie krzyża. Skłócony z wschodniofrankijskim królem Ludwikiem II Niemieckim, wypędził Rościsław z Moraw łaciński kler przybyły od Niemców i ściągnął z Konstantynopola podstępnych krzewicieli nadjordańskich guseł odprysku bizantyjskiego, Metodego i Cyryla. Ci dwaj wpadli na iście podstępny pomysł – aby przyciągać Słowian do nadjordańskich guseł wymyślili słowiański alfabet, przetłumaczyli żydowską biblię na język słowiański i gusła ku czci nadjordańskich bałwanów odprawiali w mowie słowiańskiej. Przez co nadjordańskie gusła i nadjordańskie bałwany miały sprawiać wrażenie obrzędów i bogów słowiańskich, swojskich. Gdy w roku 864 Ludwik Niemiecki najechał Morawy, Metody i Cyryl ucieki na północ do kraju Wiślan, zresztą za poradą Rościsława. Miał on nadzieję, że ci dwaj „nawrócą” Wiślan i przekonają ich do oddania się pod jego władzę.
Obaj podstępni misjonarze dotarli nad Wisłę i zatrzymali się w grodzie wawelskim. Tam usłyszeli o powszechnie znanej i szanowanej świętej pogańskiej górze zwanej Łysą Górą lub Łyśćcem, na której znajdował się pogański chram. Postanowili udać się tam, aby w tym powszechnie szanowanym pogańskim sanktuarium zasiać nadjordańską nową wiarę.
.
Nasza opowieść zaczyna się właśnie w momencie, gdy Metody i Cyryl dotarli do opola u podnóża świętej dla pogan Łysej Góry. Zbliżało się święto Kupały. Mieszkańcy opola zbudowanego w kształcie kolistego grodu, otoczonego rowem i wałem ziemnym z podwójną palisadą pracowali na łąkach i polach otaczających opole. Gdy zauważyli nadciągających obcych, najstarszy wiekiem Dobrosław wyszedł im naprzeciw i powitał ich zawołaniem – goście w dom, bogi w dom. Przez bramę w wale wprowadził gości do wnętrza opola. Oni rozejrzeli się ciekawie i zauważyli, że wszystkie domostwa, a było ich ze trzydzieści, były podobnej wielkości i żadne nie wyróżniało się okazałością. Widząc to przybysze wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenie – poznali, że są u Słowian, do których obce nowinki, w tym dominacja jednych nad drugimi, jeszcze nie dotarły.
.
Dobrosław zaprosił gości do swego domostwa, ale oni poprosili, by usadził ich w podcieniu, gdzie wiał przyjemny lekki wietrzyk. Nakarmiono i napojono ich. Nasyceni goście zaczęli po posiłku wypytawać o sprawy miejscowe. Dobrosław opowiedział, jak tu żyją i że w pobliżu jeszcze trzy podobne opola są, a wszyscy ze wszystkimi rodziną się czują lub powinowatymi. Na koniec zaprosił ich do wspólnej wyprawy na Łysą Górę, gdzie akurat udać się mieli wszyscy mieszkańcy pobliskich opoli. Goście zgodzili się, gdyż paliła ich ciekawość pogańskiego chramu, znanego wszystkim Wiślanom i Chrobatom, a nawet dalszym plemionom.
.
Wyruszono w drogę, gwarząc przy tym. Mieszkańcy opoli, choć wielu obcych już widywali, ciekawi byli przybyszów ubranych w dziwaczne suknie jak niewiasty. Często ciągnęli tędy na północ po jantar kupcy z dalekiego Bizancjum, Italii a nawet Arabii, którzy przynosili wieści o tym, co słychać w świecie szerokim. Stąd i mieszkańcy opoli pod Łyścicem świadomi byli spraw światowych. Wiedzieli, że w Konstantynopolu rządzi cesarz, że w Romie urzęduje papież, że wadzą się ze sobą, choć głoszą tę samą nową wiarę, która podbija coraz więcej ludów, także tych mówiących słowem. Goście szybko zrozumieli, że towarzyszącym im miejscowym, choć najchętniej doma siedzą, nieobce jest to, co dzieje się w innych krajach.
Wreszcie dotarli na szczyt. Widok chramu zaskoczył obcych. Był to raczej duży dwuspadowy dach z desek, bez ścian, na słupach jeno oparty. Pod dachem stały posągi przedstwiające różnych bogów, a nad chramem potężne konary rozpościerał prastary dąb.
– U nas, skąd pochodzimy, ku chwale naszego boga stawiane są ogromne kamienne chramy cerkwiami lub kościołami zwane – powiedział starszy z przybyłych.
– Są one domami bożymi – dodał młodszy.
Na to odparła stara mądra Grzymisława, wiedźma:
– U nas też niektórzy używają kamienia do budowy domów czy murów wokół opoli. Ale dom z drewna cieplejszy jest zimą, chłodniejszy latem, a i pachnie w nim przyjemniej niż w kamiennym. Dlatego chętniej używamy do budowy dewno niż kamienie. Mur kamienny, nawet na trzy łokcie gruby, taran pokruszy. A wał ziemi, na dole na dwadzieścia łokci szeroki taranem nie przebijesz. No i uszkodzoną drewnianą palisadę łatwiej naprawić niż pokruszony kamieny mur. A bogom naszym chwałę głoszą góry, rzeki, jeziora, chmury i wiatr, błyskawice i deszcze pojące pola, łąki i lasy. Dom naszych bogów jest w Prawi, ale i na całej Matce Ziemi mieszkać mogą – w świętych jeziorach, drzewach, na świętych górach. Oni nie chcieliby mieszkać w sztucznych kamiennych domach, wznoszonych nie ku ich chwale, a ku chwale kapłanów i władców kamienne chramy budujących.
.
W międzyczasie, gdy obcym odpowiadała mądra wiedźma, żercy złożyli przed posągami przedstawiającymi bogów dary – jadło i miód. Miodem polali też pień świętego dębu, osłaniającego konarami chram. Zaraz też niedaleko chramu rozpalono ognisko, wokół którego opasując je wieloma kręgami, zgromadzili się wszyscy przybyli pod chram mieszkańcy opoli, nawet białki z małymi dziećmi. Po krótkiej grzecznościowej wymianie zdań poproszono gości o wieści ze świata.
.
Starszy, nazywany przez młodszego Metodym, krótko opowiedział, że pochodzą z państwa bizantyjskiego i że chcą Słowian nawracać na jedyną prawdziwą wiarę w jedynego prawdziwego boga. Po nim głos zabrał drugi gość, młodszy brat Metodego, Cyryl, który długo i szegółowo opowiadał o nowej wierze, o świętej księdze z kraju Izrelitów, w której wszystko spisano, a więc o bogu Izraela, raju, potopie, wieży Babel, Abrahamie, narodzie wybranym, niewoli egipskiej, Mojżeszu, podboju Kanaanu, prorokach i o galilejskim nauczycielu, którego nazywał zbawicielem i bogiem. Wyciągnął nawet zza pazuchy zwoje pergaminów i czytał na głos księgi, które zwał starym i nowym testamentem, a które sam przetłumaczył na słowiańską mowę. Gdy skończył, nastała cisza, tylko ogień trzaskał wesoło, słychać było szum drzew i śpiewy ptaków. Po dłuższej chwili milczenia pierwsza odezwała się stara Dobrochna, szeptucha i wróżycha, matka Dobrosława.

– Złe to bogi i zła wiara, o których prawiliście. Mówicie, że wyznajecie jednego prawdziwego boga. A prawicie o ojcu i synie. Ojciec i syn zaś to dwie oddzielne osoby, a więc nie mogą być jednym bogiem. To, że macie dwóch bogów, nam by nie przeszkadzało. U nas każde plemię ma wielu bogów. Ale tych dwóch waszych, nowych, złych, nie potrzebujemy. Mówiliście, że bóg Izraela jest sprawiedliwy i miłosierny i że wybrał sobie synów Abrahama na naród wybrany, a potem pomagał im mordować ludy Kanaanu. To jaka to sprawiedliwość i miłosierdzie? U nas ani jeden bóg nie każe nam mordować obcych ludów by przywłaszczyć sobie ich ziemię. I ani jeden nie straszy nas piekłem, karami i gniewem. I nie wytopił ani jeden nasz bóg prawie wszystkich ludzi i zwierząt, poza jedną rodziną. Nasi bogowie są dobrzy. Waszych złych nie chcemy.
.
Dobrochna umilkła, a po chwili milczenia odezwał się jeden z żerców – Lubomir.
.
– Nie pojmuję waszej wiary i waszych bogów – tego Jahwe czy Jehowę, jak go tam zwał, i jego syna Joszue. U nas każde plemię ma wielu bogów, ale żaden nie jest zazdrosny o innych. A Jahwe jest zazdrosny i nie pozwala innych bogów czcić. Zresztą jest dla nas bogiem obcym, a sam zabronił czcić obcych bogów, przeto jako obcego odrzucamy go. Dziwi mnie też to, co mówiłeś gościu o dekalogu, o przykazaniach bożych. Albo te wasze bogi  głupie są, albo dom Izraela jest głupi. Nam nasi bogowie nie dają przykazań. Dają nam oczy, uszy i rozum. I bez przykazań wiemy, że mamy czcić bogów i przodków, którzy odeszli do Nawi, szanować rodzicieli, żyć czestnie, opiekować się słabszymi, chorymi, starcami i sierotami i dbać o pospólne dobro. Każden z nas to wie i przykazań nam nie trzeba.
Nam nie trzeba nakazywać czcić naszych bogów, bo ich czcimy od wieka. Nie trzeba nam nakazywać świętowania dni świętych. U nas nawet chorzy zrywają się z łoża, aby w święto choć posiedzieć przy świętym ognisku. I nie trzeba nam przykazania, aby czcić ojca i matkę. Robimy to od wieka z własnego rozumu. Zły to lud, któremu tak naturalne sprawy należy nakazywać. Nie potrzebujemy też przykazania nie kradnij. U nas nie zamykamy domów. Drzwi są zawsze otwarte i nigdy nic nie ginie. Ta wasza wiara i wasze przykazania dobre są dla ludzi złych i dla złodziei, a nie dla nas.

Umilkł Lubomir, a po chwili milczenia odezwała się stara i pomarszczona wróżycha Wojsława.
– Nam bogowie dali rozum. I nim się kierujemy. Czcimy Matką Ziemię, bo nas żywi i jest naszym domem. Czcimy Słońce, bo nas ogrzewa i daje nam światło. Nawet drzewa i trawa to wiedzą. I gdy Swarożyc-Słońce wiosną wznosi się wyżej na niebie – kwitną. A gdy jest nisko nad Ziemią, śpią w zimowym śnie. Wasze przykazania są dziwne, wasze bogi złe i mściwe. Każą ogniem, siarką, potopem, plagami i dopustami. Nawet ten drugi bóg z Galilei, syn tego pierwszego – niby miłosierny, ale w jego naukach, które czytaliście, straszył piekłem i ogniem nieugaszonym. I nakazywał wyłupywać sobie oczy i obcinać ręce, aby nie trafić w ogień nieugaszony. U nas ani jeden bóg tego nie wymaga i ogniem nieugaszonym nie straszy. Nie chcemy takiego nielitościwego boga. I jeszcze mówił, że aby być jego uczniem trzeba nienawidzieć ojca, matkę, żonę, dzieci i rodzeństwo. Nie dla nas taka nauka.
.
Po Wojsławie odezwał się stary mądry Wojmir.
– Czytaliście z pergaminów bracia o kazaniu na górze wygłoszonym przez waszego boga-syna. Obiecywał on królestwo niebieskie uciśnionym i pozbawionym ziemi. U nas ziemia jest pospólną własnością, nie ma u nas uciskanych. Sami możecie to sprawdzić. Razem pracujemy, razem świętujemy. I tych obietnic z waszych pergaminów nie potrzebujemy. Idźcie z nimi tam, gdzie panuje ucisk, niewolnictwo i niesprawiedliwść. A od kupców wiemy, że niewolników i uciskanych oraz żebraków pełno jest tam, gdzie panuje krzyż. Idźcie do Bizancjum, Italii, Niemiec i do Franków i tam głoście królestwo niebieskie dla uciskanych i wyzyskiwanych, Bo tam są właśnie uciskani i wyzyskiwani. U nas ich nie znajdziecie. I aż mnie dziwi, że w krajach, w których od wieka panuje krzyż i wyznawana jest wasza wiara, tyle jest niesprawiedliwości, wyzysku i ucisku, choć głosicie, że wasze bogi miłosierne są i sprawiedliwe, i że nakazują czynić sprawiedliwość. Wiemy jako jest na Morawach i jako raniej bywało. Wprzódy żyli tam wolni Słowianie, ziemia była ich pospólną własnością, mogli polować we wszystkich lasach i łowić ryby we wszystkich wodach. Nie było u nich możnowładców i poddanych. A teraz ziemia albo knieziowa albo biskupia. Za polowanie w lesie ręce ludziom ucinają. Za łowienie ryb takoż. Tyle dała im nowa wiara i nowy porządek. I dlatego nie chcemy ani waszych bogów, ani waszego porządku.
.
Przybysze po tych wystąpieniach, choć już niepewnymi głosami, raz jeszcze przekonywać próbowali miejscowych do nowej wiary. Młodszy ponownie wyciągnął pergaminy chcąc z nich czytać. Przerwał mu czytanie stary szaman i wróż Gościsław.
– Mówicie bracia, że to pismo święte. A ja wam mówię, że święty jest nasz ogień, a nie te pergaminy. I nasi bogowie mądrzejsi są od waszych. – Mówiąc to wstał, wziął do rąk gruby drąg i wygrzebał z ogniska dużo żarzącego się popiołu rozsypując go na trawie na szerokość kilku łokci. Stał chwilę, szepcząc jakieś zaklęcia, po czym zdjął skórznie i bosymi stopami wszedł na żarzący się popiół. Stał chwilę spokojnie, na jego twarzy nie było znać bólu. Na koniec kilka razy przeszedł po rozpalonym popiele od jednego do drugiego końca, po czym zszedł na trawę, wytarł o nią sadzę osadzoną na stopach i pokazał je przybyszom. Nie było na nich najmniejszych śladów oparzeń.
– Czy wasza wiara jest taka silna, a wasi bogowie tacy dobrzy, że uchronią wasze stopy od oparzeń na gorącym popiele – zapytał wyzywająco obcych? Oni spojrzeli po sobie i zrozumieli, że nie mogą odmówić próby ognia. Młodszy, Cyryl, siląc się na spokój, zdjął zniszczone sandały i podszedł do żaru. Ale ledwo zbliżył stopę do niego syknął, podskoczył i cofnął nogę. Starszy nawet nie próbował podejść do żaru. Podszedł za to do nich Gościsław i wyciągając rękę wskazał na pergaminy. Cyryl niepewnie mu je podał. Gościsław rozwinął je, przyglądał się dziwnym znakom, z których wiele przypominało słowiańskie runy, po czym mruknął pod nosem:
– Zobaczymy co mocniejsze – wasze święte pismo czy nasz ogień – i cisnął pergaminy w żarzący się popiół. Natychniast zaczęły się one skręcać i czernieć, po czym  pojawiły się na nich małe niebieskawe języczki ognia. Ale ognia było mało, a za to dużo gęstego i śmierdzącego dymu.
– Tyle warte jest wasze pismo święte – nic tylko śmierdzący dym.
Tymi słowami rozmowę z obcymi zakończył Gościsław. Oni zaś, mimo że całkiem stracili twarz, nadal nie chcieli ustąpić. Chwycili się ostatniego sposobu, jaki im został – zapowiedzieli miejscowym, że jeśli od nich nie przyjmą nowej wiary po dobroci, to przyjdą inni i narzucą im nową wiarę siłą, ogniem i mieczem. Na ten szantaż odpowiedziało im wiele głosów:
– Nie boimy się. Nie przestraszycie nas. Na siłę odpowiemy siłą. A nawet jeśli zmoże nas wróg, dobrowolnie naszych bogów nie odstąpimy i waszych nie przyjmiemy.
.
Obcy zrozumieli, że ich misja nawrócenia miejscowych na ich wiarę jest przegrana. Polityczna ich misja też nie powiodła się, gdyż było dla nich oczywiste, że miejscowi nie poddadzą się pod władzę morawskiego Rościsława. Chcieli jednak jeszcze przynajmniej zwerbować trochę wojowników na wojnę Morawian z niemieckim Ludwikiem. I dlatego starszy z nich, Metody, zapytał, czy mężowie z opoli pod Łysą Górą nie mieliby ochoty na wyprawę wojenną na Morawach. – Zdobęciecie łupy i sławę – zachęcał ich.
Na to odezwała się sędziwa Miłosława:
– Nie pozwolimy, aby nasze syny ginęły w obcych wojnach.
Zdziwiony tymi słowami z ust niewiasty Metody zapytał, czy tu, pod Łysą Górą baby rządzą.
– Baby tu nie rządzą – odrzekła staruszka – ale ich słowo też się liczy. Pamiętam, jak byłam młodsza, na Morawach rządził kneź Mojmir i ciągle wojował, a to z obcymi, a to ze swoimi. Przybyli razu jednego od niego posłańce kusząc naszych chłopów do udziału w ich wojnie. A chłopy jak to chłopy – szybko zwołali wiec i wszyscy chcieli na wojnę iść. Ale ostatecznej decyzji, jak to u nas w zwyczaju, od razu nie podjęli. Rozeszli się do domów, aby ugwarzyć wyprawę wojenną z białkami, żonami. A one, jak to białki, w krzyk – i nie chciały mężów na wojnę puścić. Nie wiada, czy głupie chłopy, chcące bitki, żonom by ustąpili. Ale gdy o wojnie usłyszały ich matki, zaczęły prać chłopów po łbach. A u nas macież jest święta, szanować ją należy i uderzyć nie można. Najwięcej oberwał od macieży, wybrany już na wiecu wojewodą i wodzem wyprawy, Wojsław. Uciekł z chałupy na podworzec, ale macież biegła za nim nie przestając prać go po łbie. Dopiero jak na wał uciekł i przeskoczył częstokół, przestała. Zaraz potem chłopy zwołali ponownie wiec i wyprawę wojenną odwołali. I my, matki, naszym synom, jako wtedy, tako i dzisiaj, nie zezwolim na waszą wojnę iść.
.
Obcy zrozumieli, że niczego już nie osiągną. Razem z miejscowymi wrócili do opola bo akurat zapadał już wieczór. Noc spędzili u Dobrosława. Rankiem poprosił on gości, aby zostali jeszcze i wzięli udział w obchodach ku czci Kupały, którego święto wypadało właśnie tej nocy. Oni jednak odmówili. Powiedzieli, że nie mogą brać udziału w obrzędach ku czci pogańskich bałwanów. Na te obraźliwe słowa Dobrosław zerwał się mówiąc ostro:
– U nas od wieka obyczaj nakazuje przyjmować gości jak bogów. Prawo gościnności jest święte. Ale goście nie mogą naszych bogów obrażać. Robiąc to tracą prawo do gościny. Ale nie wypędzę was, jadło i napitek dostaniecie, możecie nadal siedzieć pod moim dachem, ale rozmawiać z wami nikt już nie będzie.
Po tych słowach wespół z żoną i dziećmi zastawili stół potrawami dla gości, sami zaś opuścili domostwo i poszli na łąkę, nad rzeczką, gdzie rósł święty gaj. Trwały tam już przygotowania do święta. Obcy zostali sami w izbie i spojrzeli na siebie.
– Nic tu po nas – powiedział Metody.
– Ano nic – przytaknął Cyryl. Po czym ze stołu zabrali trochę jadła na drogę, opuścili dom i opole i ruszyli drogą na południe, na Morawy. Nikt z mieszkańców opola ich nie żegnał, nikt nie życzył dobrej drogi. Wieść o obraźliwym nazwaniu ich bogów już się bowiem rozniosła.
Do oddalających się Metodego i Cyryla dochodziły jedynie głosy radosnych przyśpiewek i śmiechów znad rzeki.

– Zaiste bracie – ozwał się Metody – bez miecza i siły nie nawróci się tych pogan. Kochają życie, tańce, śpiewy, uczty, uciechy i swawolę. Nie chcą pościć, umartwiać się, ukorzyć przed prawdziwym bogiem, nie chcą dać sobie posypać głowy popiołem i na kolanach błagać naszego Pana o miłosierdzie i zbawienie. Tylko siłą i mieczem można przygiąć ich karki przed świętym krzyżem.


.
.
opolczyk

.

.

.

.

Reklamy