List Komandosa Michała Jarzyńskiego do Konrada Rydzyńskiego…

.

Szanowny Pan

Konrad Rydzyński

Dyrektor Instytutu Medycyny Pracy w Łodzi

 

                                              

                                                                                                L I S T       O T W A R T Y

 

Znam ludzi pokrzywdzonych w przeszłości przez Pana ojca Naczelnego Psychiatrę LWP płk. prof. Zdzisława Rydzyńskiego, którzy, gdybym  ich wezwał na rozprawę, napluli, by Panu w twarz za powtórne krzywdzenie przez Pana ofiar Pana ojca.  Mam na myśli warszawskiego prawnika,   ppłk pilota mgr. Zdzisława Konarzewskiego. On już raz spotkał przypadkowo w Warszawie Pana ojca i publicznie wyzwał go od „bandytów”. Pana ojciec przed nim uciekł, by później przed swoim podwładnymi w klinice, w tym moimi informatoromi, szydzić i śmiać się z tego człowieka. Ja nie wezwę tego obecnie starszego człowieka za świadka, by mu ponownie nie wyrządzać krzywdy i wywoływać u niego traumy już raz przez niego przeżytej z winy Pana ojca.  Ja tego nie zrobię, w przeciwieństwie do Pana, gdzie Pan wezwał jako swoich świadków pomocników i popleczników  do dzisiaj nie ukaranych przestępstw Pana ojca /chodzi o psychiatrę Wojciecha Gruszczyńskiego i psychologa Wojciecha Konopackiego/.

 Pana ojciec będąc tajną, lecz bezprawną bronią służb specjalnych /żadne ówczesne przepisy na to nie pozwalały/ podporządkowanych ministrowi obrony generałowi Wojciechowi Jaruzelskiemu, który niekiedy sam bezpośrednio korzystał ze zbrodniczych  „usług” Pana ojca,  w kontaktach z pokrzywdzonymi, swoimi ofiarami,  wypracował pewien własny też bezprawny, mechanizm obronny . Po prostu przy wypisie „chorych” z  kliniki nie dawał im bezpośrednio do ich własnych rąk /miał taki obowiązek/ wypisu ze szpitala tzw. epikryzy, lecz przesyłał ją pocztą ich przełożonym lub komisjom lekarskim, chcąc tym samym ustrzec się przed konfrontacją ze swoimi ofiarami twarzą w twarz.

 W moim przypadku było inaczej. Ja nie poddałem się hospitalizacji w jego klinice. Mimo to dowiedziałem się, iż Pana ojciec sporządził jakiś dokument na mój temat. Wiedząc o tym poszedłem do niego po ewentualny dokument z wcześniej przygotowanym pismem o wydanie dokumentów. Był przerażony moją obecnością w klinice i natychmiast wezwał do pomocy jednego ze swoich podległych psychiatrów. Był cały zdenerwowany, gdy ja poprosiłem go o ewentualne dokumenty na mój temat, przedkładając mu pod oczy swoje pismo z żądaniem ich wydania, które on nie widząc dla siebie w tej krytycznej sytuacji  innego wyjścia, pismo to zadekretował cytuje „Cała dokumentacja została przekazana w WKL”  /przyp. własny WKL to Wojskowa Komisja Lekarska/ . Pismo to napisane nie zbyt po polsku /nerwy / z jego własnoręcznym  podpisem mam do dzisiaj.  Oto ten dokument :

 https://scontent-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-xpf1/v/t1.0-9/1503364_1779254018967480_6295375937402552264_n.jpg?oh=14ee420ef1a9c02451ca71012918f93a&oe=5580DBAB

 Ponieważ Pana ojciec zupełnie wówczas nie panował nad sobą, bardziej ze strachu i związanej z tym agresji, nie mającej nic wspólnego z lekarską godnością na odchodnym wykrzyczał mi na swoją obronę cytuje: „ Zwalniałem nawet generałów. Jeszcze się taki nie narodził,  który ośmieliłby się kwestionować moje decyzje”.  Pisze o tym dziennikarz Edward Bryl w artykule „Zmierzch Pułkowników” w tygodniku „Służba Zdrowia” z dnia 3 czerwca 1990 r.

 http://www.detektywmichaljarzynski.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=99&Itemid=139

 Ujawniając przede mną, a następnie poprzez mnie przed opinią publiczną fakt zwolnienia bliżej nieznanego mi generała Pana ojciec popełnił wielki błąd, zdekonspirował swoją tajną działalność i swoje tajne działania min. wobec tego generała, czego jako agentowi służb specjalnych nigdy nie wolno było zrobić. Idąc tym tropem dopiero później dowiedziałem się, iż tym generałem jest generał Leon Dubicki i co ciekawe kolega ze szkolnego, wojennego plutonu generała Wojciecha Jaruzelskiego, którego Jaruzelski  chciał się pozbyć jako niewygodnego świadka jakiegoś fragmentu jego biografii.  Szerzej na ten temat pisze dziennikarz Jerzy Morawski w tygodniku „Życie ” w artykule pt. „Tajemnica generała Dębickiego” z dnia 19.12.1996 r.  /w sumie na ten temat ukazały się dwa artykuły/ .

 Od chwili ukazania się napisanego przez dziennikarza śp. Edwarda Bryla artykułu „Zmierzch Pułkowników” w  tygodniku „Służba Zdrowia” z dnia 3 czerwca 1990 r. ujawniającego min. cały tajny, bezprawny mechanizm zwalniania z wojska niewygodnych żołnierzy oraz  niektóre prywatne tajemnice generała Wojciecha Jaruzelskiego /Rydzyński chwalił się, że leczył córkę Jaruzelskiego/,   Pana ojciec był już skończony dla służb specjalnych podporządkowanych generałowi Jaruzelskiemu. Musiał odejść z  kliniki.  Osobiście nie byłbym pewny przyczyny śmierci Pana  ojca. Generał Wojciech Jaruzelski, co doskonale widać na przykładzie jego zachowania wobec swojego kolegi z plutonu generała Leona Dębickiego był bezwzględny wobec niewygodnych dla niego świadków historii. 

 Widzi Pan ! Ja wobec Pana za to, że jest  Pan synem mojego i nie tylko mojego oprawcy Naczelnego Psychiatry LWP płk. prof. Zdzisława Rydzyńskiego nigdy dotąd w stosunku do Pana nic nie miałem. Nie obciążałem Pana, ani Pana rodziny za krzywdę mi wyrządzoną. Pan ze znanych sobie powodów ten spokój zmienił podając mnie do sądu o rzekome naruszenie czci Pana zmarłego ojca. Zrobił to Pan po 18 latach od momentu sporządzenia dokumentu „Psychiatria Wojskowa”.

 Widzi Pan ! Wydaje mi się, iż nie wyciągnął Pan żadnych wniosków z historii swojego ojca, któremu służby specjalne za współpracę obiecywały stanowisko Komendanta WAM w Łodzi, jednocześnie wysyłając do Warszawy pismo z zupełnie inną kandydaturą . Ja miałem to pismo w rękach –- było w archiwalnych materiałach o kryptonimie „Szczerbiec”. A później jak zaczęły się jego kłopoty potraktowały go na zasadzie „ Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść”.

 Panie Konradzie Rydzyński ! Mówię Panu od siebie, iż jak przyjdzie co do czego, nikt żadne służby specjalne nie przyjdą Panu z pomocą. Tak samo jak nie przyszły Pana ojcu jak zaczęły się jego kłopoty, a wręcz mu zaszkodziły. Niech Pan sobie ten fakt weźmie do przemyślenia.

 Jest takie polskie powiedzenie „kto mieczem wojuje od miecza ginie”. Pan chyba tego powiedzenia nie zna, uczestnicząc świadomie lub mniej świadomie, dobrowolnie lub nie dobrowolnie w grze, której ani Pan, ani Pana tajni mocodawcy zupełnie nie kontrolują.  Wie Pan dlaczego dawniejsze służby specjalne o wiele potężniejsze od obecnych, po ukazaniu się artykułu „Zmierzch Pułkowników”, będącego protoplastą artykułu „Psychiatria Wojskowa” nie wszczęły wobec mnie oficjalnego śledztwa i nie podały mnie do sądu jako jednego z informatorów dziennikarza, który ten artykuł napisał ? Panu odpowiem na to pytanie : bo miały mądrych szefów.

 

Pomimo tego życzę Panu i Pana rodzinie pomyślności w dalszym życiu i pracy zawodowej.

 

                                                                  Z poważaniem

 

Łódź, dnia 22 luty 2015 r.                                                       Michał Jarzyński

 

 

————————-

 

 

Powyższy list opublikowałem na prośbę przyjaciela – Michała Jarzyńskiego. Czeka go proces o „zniesławienie”, a znając (poznałem na własnej skórze) funkcjonowanie tzw. „wymiaru sprawiedliwości” czyli dintojry podejrzewam, że proces przegra. Chyba, że patroni Rydzyńskiego wycofają mu swoje poparcie. Inaczej nie ma Michał Jarzyński szans. Niemniej powinien sprawę procesu i ewentualnego wyroku nagłośnić. Nie jest bowiem zbiegiem okoliczności, że Rydzyński wytacza mu proces teraz, gdy komandos (i oficer kontrywiadu wojskowego LWP) Michał Jarzyński aktywnie działa w internecie broniąc Polskiej Racji Stanu. Jest to oczywista zemsta za tę aktywność i próba „uciszenia” go. I w związku z tą aktywnością nie przypuszczam, aby patroni Rydzyńskiego wycofali mu swoje poparcie.

Zastanawiam się, czy jest sens pisania takiego listu otwartego w tej konkretnej sprawie. Rydzyński walczy o dobre imię ojca, które jest elementem wizerunku własnego tego karierowicza. I z tego powodu nie wycofa się. Myślę, że jedyne co Michał Jarzyński może zrobić, to przed sądem otwarcie powiedzieć wszystko co wie, nie bacząc na konsekwencje. Przegrana przed dintojrą nie oznacza porażki moralnej – a wręcz przeciwnie! Wyjście z podniesioną głową z sali rozpraw możliwe jest nawet po przegranym procesie.

Panie Michale – niech się Pan procesem nie przejmuje. Takie czasy są u nas, że patriotów próbuje się gnębić i kneblować dintojrą…

.

.

opolczyk

PS:

Dr. Paweł Ziemiński zamierza proces Michała Jarzyńskiego obserwować:

.

bild066

Reklamy