Demokracja Słowian

.

„Większość ma zawsze rację” – jest to jedno z najbardziej bzdurnych haseł wyznawców współczesnej fasadowej demokracji.

Większość jest w stanie – tylko i wyłącznie – przeforsować (często podstępnie jej podsuniętą) „jej” (często głupią i szkodliwą) wolę. Większość ma siłę większości, co nie oznacza, że ma rację.

Większość może też np. wybrać sobie na premiera, prezydenta, posła czy senatora obiecującego im więcej oszusta lub agenta obcych sił. Wybiorą go nie dlatego że mają rację, a dlatego, że po prostu wymanipulowanemu bydełkowi wyborczemu  podsunięto pod nos w kontrolowanych wyborach „wybór” „ich” przedstawicieli.
Wybór” ująłem w cudzysłów, ponieważ jest to wybór kontrolowany (i zdalnie sterowany) – bydełko wyborcze manipulowane jest mediami do których dostęp mają tylko wybrańcy. Wybierać mogą więc wyborcy pomiędzy różnymi promowanymi medialnie agenturalnymi kandydatami. Kandydaci nieagenturali przy pomocy różnych metod będą wyciszani, kompromitowani  lub eliminowani.

Ich” (przedstawicieli) ująłem w cudzysłów, gdyż owi przedstawiciele nie są tak naprawdę przedstawicielami wyborców, a są najczęściej podstawionymi agentami banksterów (Tusk, Kaczyński, Palikot, Pawlak, Miller).

Zanim przystąpię do opisu demokracji Słowian, przeanalizuję fasadowość innych znanych „demokracji”. Zacznijmy od antycznej Grecji.
Znamy z lekcji historii demokrację ateńską.
Wprowadziła ona nawet obowiązkowe szkolenie obywatelskie i dopiero po nim uzyskiwało się prawo do uczestnictwa w obradach.
Ważną informacją jest ta o drobnym wynagrodzeniu za udział w obradach. Jak wiemy, Ateńczycy dzielili się na ludzi obrzydliwie zamożnych (garstka), średno zamożnych (trochę więcej) i zamożnych inaczej, czyli resztę. Różnice majątkowe były tym, co czyniło demokrację ateńskę ( także równość w podejmowaniu decyzji) fikcją.

– Nie wszyscy uprawnieni do udziału w zgromadzeniach pochodzący z warstwy ubogiej skłonni byli do rezygnacji z pracy. Wypłacana rekompensata za udział w zgromadzeniu była niska i niejeden zmuszony biedą wolał/musiał pracować, zamiast dysputować i głosować.

– Bogaci byli w stanie kupować głosy biedoty. A także korumpować wybranych „przedstawicieli”. I to właśnie czyniło demokrację ateńską systemem fasadowym, w którym bogata elita kupowała sobie głosy biedoty i urzędników.

Pomijam już fakt, że w „demokracji” ateńskiej kobiety były z góry z niej wyłączone. W przeciwieństwie do Aten u Słowian mądre wiedźmy, cieszące się powszechnym szacunkiem pytane były o zdanie nawet przez członów starszyzny plemiennej. Ich opinia nie była ignorowana. Jeśli nawet nie brały one udziału w wiecach (a może i brały, kto to wie), ich zdanie liczyło się przy podejmowanych decyzjach.

Kolejną znaną „demokracją” – systemem republikańskim – był starożytny przed-cesarski Rzym. Tam odnajdujemy tę samą komponentę „demokratycznego” problemu Aten – różnice majątkowe pomiędzy patrycjatem a plebsem.
System rzymskiej „demokracji” był niezwykle zawiły i skomplikowany. Był celowo niezwykle zawiły i skomplikowany.

W mętnej wodzie lepiej ryby biorą – mówią wędkarze.
W zawiłym systemie łatwiej jest bogatym lawirować, manipulować, kupować głosy, korumpować i forsować własne interesy.

Cały praktycznie okres rzymskiej republiki to walka bogatych z biednymi. Na koniec bogaci (m.in nobilowie) wpadli na podstęp i zaczęli biedocie urządzać igrzyska połączone z rozdawaniem żywności i rzucaniem plebsowi garściami drobnych pieniędzy. W ten sposób plebs zajęty był igrzyskami i walką pomiędzy sobą o rzucane monety. O rewolucji socjalnej nikt nie myślał. Dzięki temu podstępowi pozycja bogaczy/patrycjatu była niezagrożona. Nawet pojawienie się stanu trzeciego – ekwitów – niewiele w tym rachunku zmienia. Ekwici konkurowali wprawdzie z patrycjuszami, ale do plebsu czuli prawdziwie patrycjuszowską pogardę. Także i w ich interesie była obrona własnej uprzywilejowanej pozycji.

Kolejną formą „demokracji” jest system przedrozbiorowej Rzeczypospolitej  nazywany też demokracją szlachecką.

Była to kolejna fasadowa demokracja. Utrwalała ona mit „równości” stanu szlacheckiego. „Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”. Ale była też i szlachta bez „zagród” – zwykła gołota, gołodupcy. Zdarzało się, że na sejmik przychodził taki z „szablą” wystruganą z suchego patyka, bo na prawdziwą nie było go stać. Za godziwą zapomogę (i bukłak wina) gotów był głosować tak, jak tego życzył sobie jego sponsor.
„Demokracja” szlachecka charakteryzowała się zabieganiem, a później zazdrosnym strzeżeniem supremacji własnego stanu w państwie. Nie-szlachta była pozbawiona jakichkolwiek praw. W końcowym okresie sejm i senat Rz’plitej był dodatkowo areną walki o supremację szlachty katolickiej nad pozostałymi odpryskami jahwizmu. Protestantów wykluczono z senatu (1712) i z sejmu (1734). Jeszcze wcześniej, na płynące z Watykanu dyrektywy, zablokowano przyjęcie prawosławnych biskupów do Senatu. W ten sposób „demokracja” szlachecka wyrodziła się w fanatyczną obronę interesów żydokatolicyzmu, skatoliczonej części szlachty, Watykanu i kk kosztem racji stanu Rzeczypospolitej.

Wolna elekcja cechująca „demokrację szlachecką”, mogąca pozornie przypominać słowiańskie wiece obierające sobie księcia była w rzeczywistości jednym wielkim skorumpowanym targowiskiem. Kupczono wotami, kupowano stronników. Opornych niekiedy roznoszono na szablach. Przede wszystkim zaś wolna elekcja dawała możliwość ingerencji w sprawy polskie obcym dworom i Watykanowi. Jak pamiętamy, częściej wybierała szlachta na monarchów obcych kandydatów niż swoich.

Także instytucja liberum veto nie miała z demokracją nic wspólnego. Wprawdzie umożliwiała ona ostatniemu uczciwemu zablokowanie złej uchwały. Ale umożliwiała też jedynemu zdrajcy zablokowanie dobrej uchwały. Była mieczem obosiecznym.

Najbardziej fasadowa i podatna na manipulacje jest współczesna tzw. demokracja parlamentarna”. Jej największą wadą jest powszechne, niczym nie uwarunkowane czynne prawo wyborcze. Udział (czynny) w wyborach jest tak naprawdę sprawą niezwykle odpowiedzialną. Mimo to mamy taką oto sytuację: do obsługi wózka widłaka, do jazdy samochodem, do pracy w przedszkolu, czy jako maszynista kolejowy potrzebne są uprawnienia, świadectwa, a nawet szkoły i dyplomy. A do prawa o współdecydowaniu o tym, kto ma rządzić państwem nie potrzebny jest żaden świstek, żadne świadectwo, żaden dyplom, czy szkoła. Każdy jeden ignorant, ślepiec, głupiec i matoł, bez konieczności udowodnienia, że ma choćby tylko mgilste pojęcie o polityce, historii, ekonomii czy psychomanipulacjach posiada nieograniczone czynne prawo wyborcze.

Dlatego prawdą jest to, o czym mówili Arystoteles – Demokracja jest najgorszym z możliwych ustrojów, gdyż są to rządy hien nad osłami – czy Thomas Jefferson – Demokracja to nic innego, jak rządy motłochu, w których pięćdziesiąt jeden procent ludzi może odebrać prawa pozostałym czterdziestu dziewięciu procentom.

Nie rozchodzi się przy tym o owe procenty. Wśród 49 % przegłosowanych też mogą być (i zawsze są) kompletni idioci, którzy optowali za inną bzdurną opcją. Podstawowym problemej jest to, że do udziału w wyborach dopuszczani są ludzie nie mający o polityce i świecie zielonego pojęcia.

Dodatkową pułapką tej zachodniej tzw. „demokracji” jest sprawa mediów i tzw. oświaty.
Media są od dawna kontrolowane przez banksterską sitwę. Stosują one zmasowaną cenzurę, odmóżdżają i tworzą medialny matriks całkowicie oderwany od rzeczywistości. Dyktat banksterów za pośrednictwem marionetek politycznych nazywany jest demokracją i wolnością. Okupacje nazywane są „misjami pokojowymi”, zbrodnicza USA to światowy chorąży wolności i demokracji, a bandycki ekonomiczny system banksterski to „wolny rynek”. Tylko jaki on jest „wolny”, skoro banksterom wolno legalnie z powietrza drukować pieniądze i puszczać je w obieg w postaci kredytów. A mnie tego samego nie wolno! Bo jeśli ja zrobiłbym to samo co robią banksterzy, to okażę się fałszerzem pieniędzy i wyląduję w więzieniu.

Z kolei tzw. „oświata” ma za zadanie wypluwać ze szkół i uczelni ludzi, których oduczono samodzielnego myślenia. Istotą systemu oświatowego jest produkcja jednostronnie przygotowanych menadżerów, lekarzy, nauczycieli, murarzy, kucharzy i spawaczy. Szkoły, jeśli czegokolwiek uczą, to jedynie sprawnego funkcjonowania w przyszłych rolach. Natomiast zabijają wszechstronność i samodzielne myślenie.

I tak spreparowane mediami i „oświatą” bydełko wyborcze ma wybierać rządzących.

Kolejnym istotnym oszustwem tzw. „demokracji parlamentarnej” jest zbytnia centralizacja władzy na wyższych szczeblach i pozbawienie lokalnych samorządów rzeczywistego wpływu na los ludzi na samym dole. Społeczeństwo jest krępowane tysiącami ustaw, zarządzeń, rozporządzeń, przepisów, nakazów i zakazów.

Wprowadzenie obowiązkowych trudnych egzaminów dojrzałości obywatelskiej znacznie ograniczyłoby manipulowanie wyborcami. Ale nadal nie jest to rozwiązanie optymalne. Ludzi wiedzących i rozumiejących też można przekupić – lub np. zastraszyć.

Jeszcze gorzej przedstawia się sprawa z biernym prawem wyborczym. Kandydaci wybierani są w ciemno. Ogromna większość bydełka wyborczego nie widziała nawet na własne oczy wybieranego kandydata i nic o nim nie wie, poza propagandowymi hasełkami, „programem” i obietnicami. Które natychmiast po wyborach są zapominane. A nawet, jeśli ktoś z głosujących zna kandydata, to zna go wyłącznie powierzchownie.
Podam przykład – ilu z nas zna naprawdę dobrze, od podszewki, wszystkich sąsiadów czy kolegów/koleżanki z pracy?
Aby człowieka dobrze poznać, należy przebywać z nim często i długo w różnych sytuacjach – w domu, w pracy, w czasie wolnym. Sporadyczne spotkania towarzyskie, na schodach czy w windzie to za mało aby poznać dobrze sąsiada. Także o kolegach/koleżankach z pracy często nie wiemy, jacy są oni w domu, w stosunku do żony/męża, rodziców, dzieci.
Współczesna (anty)cywilizacja sprawiła, że nie znamy sąsiada zza ściany.
A w wyborach mamy wybierać ludzi, o których nie wiemy najczęściej absolutnie nic poza wyborczą propagandą.

I w tym miejscu dochodzimy do demokracji Słowiańskiej.

W okresie plemiennym żyli oni w małych lokalnych wspólnotach, siołach, opolach, osadach. Praktycznie cały czas spędzali wspólnie. Wspólnie pracowali i wspólnie świętowali. Jest rzeczą oczywistą, że i wspólnie dyskutowali i debatowali. No i spędzając ze sobą tyle czasu w różnych sytuacjach znali się po prostu „na wylot”. W takich warunkach pozowanie, udawanie i wszelka sztuczność były niemożliwe. Ważne jest w tym momencie to, że mirem, szacunkiem i poważaniem cieszyli się zawsze ci, którzy na to rzeczywiście zasługiwali. Najbardziej szanowani charakteryzowali się nie tylko wiedzą i pryktycznymi umiejętnościami, ale i pozytywnymi cechami charakteru. Gbur, mruk, egoista nigdy nie zdobywał sobie poważania. Natomiast osoba dbająca o dobro wspólnoty cieszyła się zaufaniem i poważaniem.

Istota demokracji Słowian polegała na tym, że u nich w sposób naturalny najbardziej wartościowi ludzie cieszyli się największym autorytetem. Szansę na to miał każdy, ale „wygrywali” rzeczywiście najlepsi. I oni mieli decydujące zdanie – ale dzięki temu ich świat funkcjonował tysiące lat. Poza tym nie było u nich podziału na rzącących i rządzonych. Pracowali wspólnie wszyscy, podobny był ich status materialny – pod tym względem byli sobie równi. Jedynie zdanie niektórych z nich – przez ich zasługi dla wspólnoty i za sprawą szacunku na jaki sobie zasłużyli – liczyło się więcej. Co było zresztą z korzyścią dla dobra wspólnoty.
Pamiętajmy o tym, że w tamtych czasach błędne czy złe decyzje oznaczać mogły głód na przednówku dla wszystkich. Na to wspólnoty nie mogły sobie pozwolić.

Demokracja Słowian polegała więc na tym, że w życiu wspólnotowym nie było istotnych różnic wśród członków konkretnej wspólnoty. Na codzień wspólnie razem żyli, pracowali i świętowali. Oraz rozmawiali. Ale podejmowanie ważnych decyzje leżało w gestii najlepszych i najbardziej szanowanych. Przy czym każdy członek wspólnoty miał sansę zapracować sobie na taką pozycję. Także mądre kobiety, zwłaszcza wiedźmy, też miały wpływ na losy wspólnoty.

Drugą ważną cechą słowiańskiej demokracji było to, że o życiu codziennym wspólnoty decydowała ona sama. A nie książę czy ktokolwiek z zewnątrz. Wprawdzie instytucja wybieralnych książąt była znana u Słowian, ale nie byli oni autokratycznymi despotami narzucającymi własną wolę poddanym. Mieli oni po prostu świadomość tego, że jeśli zrażą do siebie rody i klany wchodzące w skład plemiona, zostaną odrzuceni i zastąpi ich ktoś inny.
Dopiero pod koniec słowiańskiej ery ten naturalny porządek, głównie pod naciskiem z zewnątrz, został zaburzony. Wytworzyła się wówczas warstwa dziedzicznych władców,  podległych im bogatych możnowładców i wojów. Cała reszta musiała uprzywilejowaną elitę  żywić i utrzymywać.
Owe nierówności wywoływało, promowało i wzmacniało przywleczone na słowiańskie ziemie żydo-chrześcijaństwo.

Słowiańszczyznę spowiła w mroku długa noc Swarożyca.

.

opolczyk

.

.

Reklamy

4 thoughts on “Demokracja Słowian

  1. „Demokracja” jej zasada opiera się na rozkładzie inteligencji w populacji. Wiadomo, że są w niej ludzie i skrajnie inteligentni i skrajnie głupi jak i duża masa średniaków pomiedzy. Wiadomo także, iż tych inteligentnych jest do 40% w zbiorowisku (wartości średnie). Wiadomo też iż ludzie madrzy a do takich zaliczamy inteligentnych nie daja się łatwo poddawać manipulacjom. Dlatego wymyslono „demokrację wiekszościową” która jest niczym innym jak znanym z targów robieniem TUMULTU bo łatwiej tłumowi średniaków wmówić by zachowali się tak jak chcemy (słynne psychozy tłumów) niż przekonać madrego do działania wbrew jego interesowi. A ponieważ w „demokracjach” głos madrego i głos głupiego mają taka sama wagę to głupi poprzez ilość wygrywają z madrymi wybierając tych których im „autorytety podpowiedzą”. I tak wybór za wyborem głupcy sobie szubienice własnego niewolnictwa szykują na szyje dziwując sie iż zielona wyspa cudów jest tylko „śmietniskiem porośnietym zieloną pleśnią”.

    A szkoła w „demokracjach” nie uczy samodzielnego myslenia. Nie, nie, nie będziemy zwiekszać liczby inteligentnych w populacji krecąc bat na szyje władzy. W demokracjach jest nacisk na dużą liczbę MIERNYCH ALE WIERNYCH o rozczeniowej postawie w stosunku do wybijajacych się z tłumu. By zadziałał model autokapo i pospólstwo samo dbało by zawsze było w stałej uległosci władzy.

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.