Świętowit z Lipnicy Dolnej

.

(Uwaga – opowiadanie o Dobiesławie i Dobromirze zostało poprawione i nieco zmienione – opolczyk)

.

Profanacja czy przechowane dziedzictwo Słowian?

.

W Lipnicy Dolnej w starym drewnianym kościele znajduje się ukryty za ołtarzem wysoki na ok 4,5 metra drewniany „Słup”, będący w zamierzchłej przeszłości rzeźbą kultową przedstawiającą boga Świętowita.
.

.

Już na pierwszy rzut oka widać podobieństwo owej „belki” podtrzymującej ołtarz do rzadkich znalezisk posągów Świętowita.
Jedynie jego cztery twarze na szczycie słupa zostały zdrapane. W dolnej zaś części drewnianego słupa wyrzeźbiono ukośne krzyże. Wyraźnie też widać w górnej części prostokątny wręb, który służył do umocowania w nim poziomej belki w czasach, gdy Słup Świętowita przerobiono na rzymską szubienicę, czyli na chrześcijański krzyż. Nie wiadomo jest, kiedy to miało miejsce i dlaczego z wykorzystywania posągu pogańskiego boga Świętowita jako krzyża zrezygnowano.

.

.

W odległości ok. 40 km od Lipnicy w Dobczycach znajduje się kamienna głowa czy też maska Swarożyca.

.

.

A zgodnie z legendą jedna z katolickich „kapliczek” też jest „przerobionym” (czytaj – zagrabionym i zbeszczeszczonym) Świętowitem.

„Najstarsza kamienna kapliczka dobczycka, pochodzi z 1604 roku i przedstawia Chrystusa Frasobliwego. Reprezentuje typ kapliczek na słupach. Wykonana została z bloku piaskowca zwieńczonego kamiennym krzyżem, nakryta jest blaszanym daszkiem na żelaznych prętach. Znajduje się ona w Skansenie na wzgórzu staromiejskim. Według legendy pierwotnie figura ta stanowiła posąg Światowida. Niegdyś stała na  rozstaju dróg, obok dworu w  Gaiku, obecnie teren ten znajduje się pod wodą.”

.

Jej jahwistyczna nazwa – „Chrystus Frasobliwy” – jest chyba nawet logiczna i uzasadniona. Ten żydowski idol chrześcijan zmartwiony jest i przez to „frasobliwy” widząc, jak poganie w Polsce przez tyle wieków jego kultowi i związanemu z nim zabobonowi się opierali.

Wracam do Słupa Świętowita w kościele w Lipnicy…

Znalazłem na jego temat taką notkę:

„Warto, będąc w okolicy, zatrzymać się w małej i starej mieścinie – Lipnicy Murowanej. Za rzeczką Uszwicą postawiono – według przekazów na pogańskiej gontynie – drewniany kościół. Pogańskiego bałwana Świętowita (?), ku jego poniżeniu, a wywyższeniu nowej wiary umieszczono w owej świątyni jako część znaku krzyża. Dębowy idol, po późniejszych przebudowach służy dziś jako podparcie ołtarza. Wysoki na 4,5 m, majestatyczny góruje nad zwiedzającymi.”

A więc nawet legendy nie wyjaśniają, kiedy Słup Świętowita przerobiono na rzymską szubienicę, kiedy i dlaczego z niej zrezygnowano i dlaczego Słup ukryto za ołtarzem. I kto to zrobił – i czy rzeczywiście po to, aby Świętowita poniżyć?

.

A może było to tak…

.

Od pradawnych czasów istniała, początkowo bez nazwy, mała słowiańska osada, nazwana później Lipnicą Murowaną.

Na wschód od niej znajdowało się prastare święte miejsce pogan, które później przekształciło się w Lipnicę Dolną.

To tam mieściło się lokalne centrum kultu Świętowita. Z czasem wybudowano w nim małą drewnianą gontynę.
Nawet przyłączenie tej ziemi do państwa Polan, rządzonego przez schrystianizowaną w międzyczasie dynastię Piastów niewiele zmieniło w życiu tych słowiańskich osad. Mieszkańcy po staremu czcili starych słowiańskich bogów, głównie Świętowita.
Pogański bunt, jaki wybuchł za panowania Bolesława II, jedynie wzmocnił pogańską wiarę mieszkańców tych osad. Niektórzy przyłączyli się do niego, za co ukarano ich torturami i śmiercią.
Po krwawym stłumieniu pogańskiego buntu tylko co jakiś czas pojawiali się w tych osadach krakowscy księża z uzbrojonymi pachołkami, ściągając z ludności przymusową dziesięcinę. Bywało, że dochodziło z tego powodu do starć, które niekiedy kończyły się przegonieniem kapłana wraz z pachołkami-knechtami. Księża wracali, tyle że na czele większych sił; karali wówczas oporną ludność zwiększoną daniną na kościół, a tych, którzy najzacieklej bronili przed nimi swojego dobytku – chłostą. Przy pobieraniu dziesięcin często wspomagali księży osiadli w Tyńcu benedyktyni. A wszystko to działo się za zgodą władców świeckich.
Jednak jeszcze długo księży i zakonników było mało w tamtej okolicy i nie byli oni w stanie kontrolować ludności tych małych słowiańskich osad.
Dopiero z czasem księża i zakonnicy osiedlili się w pobliżu na stałe. Sielskie słowiańskie czasy dobiegały końca.

Zaczęło się to w XII wieku wedle rachuby czasu używanej przez wyznawców Krysta. Sąsiednia wioska nazwana później Nowym Wiśniczem stała się dobrami klasztornymi.

Zakonnicy zaczęli węszyć w okolicy i odkryli pogańską gontynę w Lipnicy, której nazwa pochodziła od dużej ilości świętych Lip. Najechali więc z klasztorną służbą osadę, spalili figurę Świętowita, zniszczyli gontynę i wybudowali na jej miejscu kaplicę ku czci ich boga. Na jednej z desek wyrzeźbili nawet datę tego wydarzenia: MCXLIII. Ledwo jednak odjechali, mieszkańcy zniszczyli kaplicę i odtworzyli gontynę stawiając w jej wnętrzu nowo wyrzeźbiony posąg Świętowita.
Zakonnicy dowiedzieli się o tym i wpadli w złość. Czasy były jednak niespokojne. Po śmierci Bolesława nazywanego Krzywoustym państwo podzielone zostało na dzielnice, co spowodowało natychmiastową rywalizację książąt. Sprawy kościelne i religijne zeszły dla władców świeckich na dalszy plan. A bez wsparcia władz świeckich zakonnicy sami nie ważyli się napadać na Lipnicę, która nie była jeszcze własnością klasztoru.

Dopiero 60 lat później w czasach Leszka zwanego Białym zakonnicy powtórnie najechali Lipnicę, gontyna znów została obrócona w perzynę, a posąg Świętowita spalony. Ponownie wybudowano też kaplicę, wykorzystując do tego deski ze zniszczonej gontyny i ponownie uwieczniono to wydarzenie rzeźbiąc na jednej z desek datę, tym razem MCCIII.
Głównym ich problemem było to, że na miejscu nie było nikogo, kto mógłby kaplicę nadzorować. A tym bardziej nie było nikogo, kto zagoniłby mieszkańców do jej środka. Kaplica stała więc pusta i bezużyteczna. Nie trzeba było długo czekać, by na jej ruinach znowu wyrosła pogańska gontyna.

Kilkadziesiąt lat później z pomocą zakonnikom przyszedł przypadek…
W pobliskiej Bochni rezydowali od pewnego czasu księża, w większości byli to Niemcy. Początkowo byli bezsilni, nie mieli pomocników ani pieniędzy. Po odkryciu w okolicach Bochni soli wszystko się zmieniło. Bochnia błyskawicznie stała się ważnym i bogatym miastem, w którym obok księży stałe siedziby posiadali zakonnicy. Prócz dominikanów przebywali w Bochni przedstawiciele zakonu miechowitów, w którym dominowali niechętni Słowianom Niemcy. Byli natomiast zainteresowani udziałem w zyskach, pochodzących z handlu solą.

No i postanowiono wspólnymi siłami pokonać opór mieszkańców Lipnicy.
Było to pod koniec XIII wieku według rachuby czasu stosowanej przez jahwistów.
Kroniki nie podają, kiedy zbrojny oddział, dowodzony przez księdza Albrechta z Bochni, wspierany knechtami klasztorów dominikanów i miechowitów zniszczył kolejny, trzeci już raz gontynę w Lipnicy. Na jej miejscu Albrecht nakazał wybudować okazały drewniany kościół, ponownie używając do jego budowy starych desek. Daty tego wydarzenia nie wyrzeźbiono na żadnej z nich. Było to celowe, ponieważ miało sugerować, że najpóźniej od 1203 roku kościół istniał już bez przerwy. Ponadto w wiosce osadzono na stałe sługę kościelnego, Lasotę.
Nikt nie wiedział, kim Lasota naprawdę był i skąd pochodził. Był Słowianinem, ale z nieznanych nikomu powodów pobratymców nie lubił. Umiał mówić po łacinie, a nawet co nieco po niemiecku. Wcześniej kręcił się w Bochni i donosił Albrechtowi o nastrojach ludności. Albrecht podejrzewał, że Lasota był jakiś czas w klasztorze, z którego później uciekł. No bo skąd mógł on znać łacinę i niemiecki? Proboszcz Bochni nie wnikał jednak w szczegóły życiorysu tego skrytego człowieka; dokąd Lasota był mu przydatny, dotąd z jego usług korzystał.

Lasota zamieszkał w osadzie na uboczu, w pobliżu kościoła, w opuszczonym domostwie. Z nikim nie utrzymywał bliższych kontaktów. W jego sąsiedztwie stało jedynie zniszczone domostwo należące w przeszłości do rodziców Dobromira, którzy zmarli, gdy ich syn miał zaledwie kilka lat. Od tego czasu Dobromir mieszkał u stryja.

Lasota zaobserwował wśród mieszkańców wioski częste wyprawy do lasu. Dziwiło go, że zanoszą tam kosze z żywnością. Któregoś dnia, zaintrygowany, ukradkiem udał się za nimi. Nieświadomi niczego ludzie doprowadzili szpiega do ukrytej w leśnej gęstwinie gontyny. Po ich odejściu Lasota dokładnie ją sobie obejrzał. W środku stał wysoki na jakieś 8-9 łokci drewniany posąg Świętowita. Przed nim złożone były dary.

Lasota natychmiast podążył do Bochni i powiadomił o wszystkim Albrechta. Opisał mu też szczegółowo drogę do ukrytej w lesie gontyny. Albrecht wpadł we wściekłość. Zwołał całą służbę kościelną i zakonną, wziął też od burmistrza uzbrojonych pachołków i ruszył do Lipnicy. W lesie zniszczył gontynę, a posąg Świętowita rozkazał zanieść w pobliże kościoła, aby spalić go na oczach mieszkańców. Służba kościelna i zakonna zapędziła wszystkich na plac przed kościołem. Wtedy jednak Albrecht nagle zmienił plan. Postanowił upokorzyć pogan jeszcze dotkliwiej. Nakazał służbie zdrapać oblicza Świętowita i wszystkie zwyczajowe ozdoby na słupie oraz wyrąbać toporem wręb na poprzeczną belkę. Na dole słupa rozkazał wyrzeźbić ukośne krzyże. We wrębie umocowana miała zostać poprzeczna belka, żeby uczynić z posągu chrześcijański krzyż, który stać miał odtąd przy kościele. Służba kościelna wykonała wszystkie polecenia i jeszcze tego samego dnia słowiański Świętowit, przerobiony na rzymską szubienicę stanął na placu kościelnym.

Ale już następnego dnia Lasota doniósł proboszczowi, że ktoś w nocy złożył pod krzyżem starym słowiańskim zwyczajem dary z żywności. Ponownie zgoniono więc całą ludność na plac przed kościołem. Albrecht pod karą śmierci zakazał składania przed krzyżem “po pogańsku” jakichkolwiek darów.
Jednak dary u stóp krzyża/Świętowita pojawiały się nadal. Wprawdzie nie co noc, gdyż krzyż był bacznie pilnowany. Lecz wystarczyło, że czujność pilnujących na moment osłabła, a dary pojawiały się znowu. Sam krzyż zresztą wydawał się przynosić Albrechtowi nieszczęścia. Jednego razu, gdy ponownie zgoniono pod niego całą ludność, zerwał się nagle gwałtowny wiatr i strącił źle umocowaną poprzeczną belkę, która spadając przygniotła pomocnika Albrechta. I nie był to ostatni raz, kiedy została zerwana. Kiedyś znaleziono ją na ziemi. Nie wiadomo, czy znowu winny wszystkiemu był wiatr; cień podejrzenia padł bowiem na mieszkańców. Następnego dnia jeden z kościelnych sług naprawiających krzyż spadł z drabiny i nabił się na własny, źle wciśnięty za pazuchę kozik. W ranę wdało się zakażenie i zmarł po kilku dniach.
W końcu Albrecht nakazał umieścić krzyż w kościele. Klucz do kościoła posiadał jedynie mieszkający na miejscu Lasota. W ten sposób zamierzał Albrecht uniemożliwić zrzucanie mieszkańcom wioski poprzecznej belki i składanie pod krzyżem pogańskich darów.
Nadal jednak lipniczanom udawało się od czasu do czasu odwrócić uwagę Lasoty i złożyć u stóp Świętowita kolejną porcję darów. Każdorazowo wywoływało to nakładanie kar na mieszkańców – najczęściej w postaci przymusowych dodatkowych “darów” na kościół.
Kościół otwierany był rzadko. Na msze chodziła tylko część mieszkańców – i to nie całkiem dobrowolnie. Za pośrednictwem Lasoty Albrecht rozprowadził po osadzie wieść, że od chodzących do kościoła ściągane będą niższe należności na kościół. Od niepokornych ściągane były wyższe dziesięciny.

Pewnego razu podczas mszy krzyż-Świętowit nagle runął na ziemię rozbijając czaszkę i w rezultacie zabijając kolejnego pomocnika Albrechta. Sam Albrecht jak i jego eskorta wpadli w przerażenie, dopatrując się w tym działania złych mocy. Doszło do ostrej wymiany zdań pomiędzy Albrechtem a Lasotą.
– Ile razy mówiłem Waszej Welebności, – podniesionym głosem mówił do proboszcza Lasota. – że pomysł ze Świętowitem był zły. Należało go spalić od razu i tylu nieszczęść by nie było.
– Nie będziesz mnie pouczał, co i jak mam robić! – apodyktycznym tonem odparował na to Albrecht.  – Ty, przybłęda i sługa kościelny chcesz pouczać mnie, kapłana, co jest słuszne a co nie?

Jednak w duchu Albrecht przyznawał Lasocie rację. Jedynie ambicja nie pozwalała mu ustąpić. Obawiał się, że wówczas Lasota będzie się chwalił, jak to wielebny postąpił zgodnie z jego radą…
– Niedoczekanie twoje, pachołku – w duchu pomyślał proboszcz. Niemniej po powrocie do Bochni ponownie zaczął rozmyślać o ostatnim upadku krzyża i śmierci kolejnego pomocnika. Widział w tym zły omen i postanowił zniszczyć przerobioną na krzyż figurę Świętowita. Chciał jedynie znaleźć takie wyjście, aby nie dawać Lasocie satysfakcji, że on – Albrecht – idzie za radą tego kościelnego posługacza.
– Zbliża się wielki post – pomyślał sobie – będę miał czas na znalezienie sposobu. Jeśli będzie trzeba, każę po kryjomu podpalić kościół z tą przeklętą figurą. Kościół się odbuduje, ale pogańskiego Świętowita już w nim nie będzie. I Lasota nie będzie miał czym się chwalić – zadecydował.

W tym samym czasie Dobromir zaszedł do domostwa Dobiesławy. Wszyscy w osadzie wiedzieli, że ci młodzi mieli się ku sobie. Podczas ostatnich obrzędów Kupały wzięli się za ręce i poszli w las. Potem Dobiesława wrzuciła swój wianek do małego potoku płynącego w pobliżu osady. Dobromir krótko potem poprosił o rękę ukochanej rodziców Dobiesławy. Zgodzili się, choć nie bez wahania. Pamiętali, że w rodzinie Dobromira zdarzało się często, że małżonkowie umierali młodo. Tak było również w przypadku rodziców chłopaka; osierocili go, gdy był jeszcze mały. Jego ojciec któregoś razu zbyt mocno opierał się kościelnym knechtom zbierającym dziesięciny. Doszło do bijatyki, po której go związano i zaczęto batożyć. Na pomoc mężowi ruszyła matka Dobromira i ją też do nieprzytomności wysmagano batogiem. Ojciec zmarł po kilku dniach. Matka przeżyła jeszcze kilka tygodni. Pluła krwią i marniała, aż odeszła do Nawii za zmarłym mężem. Krótko potem ze zgryzoty spowodowanej śmiercią syna i synowej zmarli Dobromirowi także dziad i babka. Od tego czasu Dobromir zamieszkał u stryja.
Natomiast babka Dobiesławy bardzo lubiła Dobromira i cieszyła się na zaślubiny tych dwojga. Tego dnia właśnie z babką Dobiesławy toczył Dobromir rozmowę. Wypytywał ją, jak należy zwracać się do Duchów lasu i Duchów drzew przed ich wyrębywaniem. Zamierzył sobie, że zanim zostanie mężem Dobiesławy, odbuduje opuszczone domostwo po swoich rodzicach, by w nim z Dobiesławą zamieszkać. Do tego potrzebował drewna, a nie chciał bez wymaganych obrzędów ścinać drzew.
Babka Dobiesławy – Czcibora – opowiedziała młodzieńcowi o tym, jakie obrzędy należy wykonać przed zrąbaniem drzewa. Smuciło ją tylko, że Dobromir koniecznej wiedzy nie otrzymał od własnego ojca, którego zatłukli kościelni pachołkowie. Z opowiadań jej własnych rodziców i dziadów Czcibora wiedziała, że daleki pradziad Dobromira był żercą. Brał on udział w buncie pogan za czasów Bolesława II, syna Mieszka. Po stłumieniu buntu wyrwano mu język, wyłupano oczy i rozerwano końmi na strzępy.

Stara Czcibora była ciekawa, czy Dobromir odziedziczył po dziadach dar kontaktów z Duchami przodków. Podczas rozmowy nawarzyła mu ziół upojnych, przygotowała poczęstunek z grzybów moc mających i podała to młodzieńcowi. Dobromir spożył i wypił wszystko, co mu przygotowała staruszka, po czym wycałował Dobiesławę i udał się do zniszczonego domostwa swoich rodziców. Już wcześniej urządził tam małą, osłoniętą od wiatru i deszczu izdebkę. W niej chciał nawiązać kontakt z Duchami przodków.

Tej nocy Dobromir rzeczywiście rozmawiał z ich Duchami. Ucieszył się, widząc ojca i matkę, dziadków, a nawet dalekiego przodka, żercę zamęczonego po pogańskim buncie. Jednak to, co mu przekazali, wpędziło Dobromira w rozpacz i przygnębienie.
Najdłużej rozmawiał Dobromir tej nocy z prapradziadem żercą. Dostojny przodek tak mówił do niego:
– Albrecht chce spalić Słup Świętowita. Musisz temu przeszkodzić. Ten Słup musi przetrwać noc Swarożyca, jaka nadciągnęła nad naszą krainę. Musi pozostać zachowany dla potomnych.
Niepewny tego, jak ma to osiągnąć, Dobromir zapytał Ducha:
– W jaki sposób przekonam do czegoś takiego Albrechta? Przecież on wie, że nie jestem wyznawcą Krysta.
– Musisz pójść do niego i udać, że chcesz zostać chrześcijaninem. Powiesz mu nawet, że gotów jesteś wstąpić do klasztoru. A jak już Albrecht ci zaufa, to go przekonasz, aby w kościele postawił ołtarz zasłaniający świętego Świętowita – poinstruował Dobromira Duch.
– Ależ ja kocham Dobiesławę! Już o nią prosiłem jej rodziców. Zamierzam odbudować nasze domostwo i tam z nią zamieszkać. Przecież wyznawcy Krysta nie będą u nas rządzili w nieskończoność – zawołał zrozpaczony Dobromir. Po czym niepewnie zapytał:
– Powiedz mi, prapradziadku – kiedy to ich panowanie się skończy?
– Widzisz synu – odrzekł ze smutkiem żerca – w Naturze panują przeróżne cykle. Jest dzień, a po nim przychodzi noc. Jest lato, a potem przychodzi zima. Z Duchem ludzi też związane są takie cykle. Raz panuje na ziemi mądrość i dobro, a potem przychodzi noc Swarożyca i panuje zło. Taka właśnie noc nastała teraz na naszej ziemi i potrwa jeszcze wiele, wiele pokoleń. Przyjdą czasy, że nasi potomni zapomną, kim byli ich dziadowie. Będą służyć Krystowi i zapomną imion własnych bogów. Ale i ta noc kiedyś dobiegnie końca. Jest ważne, aby wtedy odkryli nasi potomni świadectwo istnienia naszych bogów. Wyznawcy Krysta zniszczyli i spalili już zbyt wiele świętych figur i posągów. Niewiele ich nam pozostało. I stąd jest tak ważne, aby nasz Słup Świętowita został zachowany dla przyszłych pokoleń. To zadanie należy do ciebie. Co zaś się tyczy ślubu z Dobiesławą – nie ominie cię on, choć będzie inny, niż sobie to zaplanowałeś. Będziecie razem na zawsze.
Dobromir, przygnębiony koniecznością udawania czciciela Krysta, odrzekł:
– Jeśli zgłoszę się do Albrechta, Dobiesława uzna mnie za zdrajcę i znienawidzi.
– Synu mój – żerca starał się przekonać Dobromira do podjęcia ważnej misji – dobro wspólne jest nadrzędne wobec dobra własnego. Dla potomnych musisz uratować świętego Świętowita. To jest ważniejsze niż twoja reputacja. A poza tym zapewniam cię, że i Dobiesława w końcu zrozumie, że musiałeś tak postąpić i ci to wybaczy.

Po jakimś czasie zioła Czcibory zaczęły tracić moc. Noc dobiegała końca. Duchy przodków przyblakły, a na koniec całkiem zniknęły. W małej izbie pozostał tylko samotny i przygnębiony Dobromir.

Nazajutrz Dobromir wyruszył do Albrechta, by oznajmić mu, że chce zostać wyznawcą Krysta.
Albrecht był kompletnie zaskoczony nagłą gotowością przyjęcia chrześcijaństwa przez Dobromira, ale jednocześnie i uradowany. Wiedział z opowiadań Lasoty, że chłopak pochodzi z szanowanej rodziny. Jego nawrócenie byłoby ogromnym sukcesem i dawałoby szansę na chrystianizację innych mieszkańców osady. Dla pewności zapytał jeszcze młodzieńca:
– Jak to się stało, że akurat ty chcesz przyjąć naszą wiarę?
– Wielebny proboszczu – odparł spokojnie Dobromir – doszedłem do wniosku, że stawianie oporu przynosi jedynie szkody. Prędzej czy później każdy będzie musiał przyjąć Krysta. Ja chcę to zrobić teraz.
Proboszcz zadowolony z nabytku nawet nie zwrócił uwagi na to, że Dobromir ani słowem nie napomknął o tym, iż wierzy w Krysta. Powiedział jedynie, że nie zamierza dłużej stawiać oporu. Dla ambitnego Albrechta było to w sumie bez znaczenia. Liczyło się dla niego jedynie, że Dobromir uznaje nową wiarę.

Przez kilka następnych tygodni Dobromir mieszkał z kościelną służbą w Bochni. Uczono go nowej wiary, katechizmu i służenia do mszy – bo w planach Albrechta miał on zastąpić Lasotę. Sam Lasota domyślał się tego i często przychodził do Albrechta ostrzegając go przed Dobromirem.
– Nie wiem, co on planuje, ale to jego nagłe nawrócenie jest podejrzane – przekonywał proboszcza.
– Boisz się o swoją pozycję i dlatego tak mówisz, kościelny sługo – odpowiadał Lasocie na te ostrzeżenia z nieukrywaną pogardą Albrecht.

W tym samym czasie w Lipnicy rozeszła się niewiarygodna wieść, że Dobromir poszedł na służbę do Albrechta, a nawet, że zamierza wstąpić do zakonu. Gdy wiadomość ta dotarła do Dobiesławy, dziewczyna z przerażenia i rozpaczy zemdlała. A potem, już ocucona, płakała bez przerwy długie noce i dni.
– Jak on mógł, na Świętowita i wszystkich naszych bogów zdradzić mnie, zdradzić świętą wiarę naszych przodków i odstąpić naszych bogów – rozpaczała zawiedziona dziewczyna. Ze zgryzoty chudła i marniała, prosząc Świętowita o pomoc.
Jedynie jej babka Czcibora czegoś się domyślała. Pamiętała o ziołach, jakimi napoiła Dobromira tuż przed jego dziwną decyzją. Była pewna, że skontaktował się z Duchami przodków i że to oni skłonili go do tego kroku.
Bała się jednak powiedzieć o tym wnuczce, aby nie narazić Dobromira na niebezpieczeństwo.

– Skoro Duchy nakazały mu tak postąpić, należy to zaakceptować – pomyślała lubiąca Dobromira staruszka. – A gdyby o tym dowiedział się Albrecht, życie chłopaka byłoby w niebezpieczeństwie. Lepiej o niczym nikomu na razie nic nie mówić, nawet Dobiesławie – zadecydowała.

Tymczasem Albrecht wysłał Dobromira na dwa tygodnie do klasztoru do Krakowa w celu ostatecznego przygotowania go do podjęcia służby. Przed samym wyjazdem proboszcz zagadnął jednak młodzieńca o sprawę Świętowita.
– Nie wiem co zrobić z tym pogańskim bożkiem. Tyle już nieszczęść sprowadził na nasz kościół. Najchętniej bym go spalił – niby to sam do siebie mruknął  w obecności Dobromira.
– Jak chcecie to go spalcie. – Dobromir starał się sprawić wrażenie, że na Świętowicie mu nie zależy. – Chociać ja zdjąłbym poprzeczną belkę, boć to nie przystoi krzyżowi z pogańskiego słupa być uczynionym.  – A po chwili milczenia dodał – Ja bym tam postawił duży ołtarz w kościele, oparty o tego Świętowita. W ten sposób go zasłonicie i pokonacie.

Albrecht na ten pomysł aż podskoczył do góry.
– Chwała bogu naszemu najwyższemu, że niebiosa zesłały mi ciebie jako pomocnika. Masz rację, upokorzymy w ten sposób tego bałwana – oprzemy na nim nasz ołtarz. A przy okazji zniknie on ludziom z oczu.

Natychmiast po zakończeniu tej rozmowy Albrecht wysłał ciury kościelne i cieśle do Lipnicy z nakazem budowy ołtarza opartego o słup Świętowita.
Dobromir natomiast wyruszył w drogę do Krakowa, nie przeczuwając niebezpieczeństwa, w jakie popadnie jego ukochana.
Otóż zanim jeszcze wysłannicy Albrechta dotarli do wioski, aby budować ołtarz, Dobiesława wpadła na tragiczny w skutkach pomysł – wkradła się po cichu do kościoła w czasie, gdy sprzątał tam Lasota i na kolanach przed Świętowitem złożyła mu dary nucąc ku jego czci pogańską pieśń. Prosiła w ten sposób Świętowita o odzyskanie Dobromira. Lasota naturalnie wszystko to widział i słyszał i natychmiast doniósł o tym Albrechtowi. Była to ze strony Lasoty osobista zemsta na Dobromirze.
– Chcesz mnie wygryźć z tego kościoła – dobrze, możesz to zrobić. Ale ja za to zemszczę się na twojej ukochanej – odgrażał się w myślach pod adresem Dobromira ogarnięty gniewem kościelny sługa.

Nazajutrz na rozkaz Albrechta dziewczynę zawleczono do Bochni. W oczach proboszcza popełniła ona świętokradztwo i dopuściła się zbezczeszczenia katolickiego kościoła i krzyża pogańskim obrzędem i pieśnią. Albrecht postanowił przykładnie ją ukarać. W piwnicach jego siedziby wyrwano jej język, wyłupano oczy i obcięto prawą dłoń.
– Więcej nie będziesz patrzeć na twojego bożka, nie będziesz mu śpiewała i nie złożysz mu prawicą ofiar – z tymi słowami Albrecht odesłał niemiłosiernie okaleczoną Dobiesławę do rodzinnego domu.
Tortury sprawiły dziewczynie ogromny ból – choć na szczęście już na początku zemdlała i wielu rzeczy, które jej czyniono, nie była świadoma. W domu natychmiast zaopiekowała się nią babka parząc jej zioła, uśmierzające boleści. Zioła te koiły jednak tylko fizyczny ból. A dziewczynę najbardziej bolała dusza – nie zobaczy już ani Świętowita, ani babci i rodziców, ani Dobromira. Zrozpaczona Dobiesława pragnęła już tylko śmierci. Choć chciałaby, zanim odejdzie do Nawii, jeszcze raz usłyszeć głos ukochanego. Mimo, iż poszedł on na służbę do jej własnego oprawcy, Dobiesława kochała go nadal z całego swojego dziewczęcego, gorącego serca.

Tymczasem do Bochni powrócił z Krakowa Dobromir. Albrecht wysłał go natychmiast do Lipnicy.
– Idź i obejrzyj sobie nowy ołtarz oparty o tego pogańskiego bałwana. Wszak to był twój pomysł.
O okaleczeniu dziewczyny nie wspomniał Albrecht młodzieńcowi ani słowem. Choć nie chciał się do tego przyznać nawet przed samym sobą – po prostu bał się wybuchu gniewu silnego Dobromira.
– Niech na miejscu zobaczy, co kazałem z dziewczyną uczynić – pomyślał sobie. – A potem, nim tu do mnie przyleci, to się nieco gniewny zapał wypali.

Dobromir, udając nawróconego, po przybyciu do wioski najpierw udał się do Lasoty po klucz do kościoła. Lasota dał mu go, ale zaoferował się, że będzie Dobromirowi towarzyszył. Poszli więc do kościoła obaj. Dobromir w milczeniu obejrzał ołtarz i ukrytego za nim Świętowita. Po wizycie w kościele zamierzał udać się do swojej małej izdebki, aby przygotować się tam na czekające go i zapewne bardzo trudne rozmowy z Dobiesławą, jej rodziną i z rodziną stryja. Po wyjściu z kościoła bezwiednie oddał klucze Lasocie. Gdy odchodził w stronę swojej izdebki, Lasota rzucił mu złośliwie na drogę:
– A u Dobiesławy już byłeś? Choć spieszyć się nie masz i tak po co. Po tym, jak jej oczy wydłubali i tak już cię nie rozpozna…

Dobromir stanął jak rażony gromem! Obrócił się w stronę Lasoty, myśląc że tamten tylko drwi z niego, ale w jego pełnym nienawiści wzroku zobaczył, że Lasota nie zmyśla.
Jak szalony rzucił się pędem w stronę domostwa ukochanej. Chwilę później był już na miejscu. Przed chatą nie było nikogo. Nie pukając ani nie przepraszając, że wchodzi jak grom, wpadł do środka. W izbie zgromadzona była cała rodzina. Dobromir rozejrzał się szukając wzrokiem ukochanej. Na widok dziewczyny zamarł z bólu i przerażenia. Dobiesława siedziała obok babki. Była oślepiona i bez prawej dłoni. Chwilę później zrozumiał nadto, że i język jej wyrwano. Nieomal nieprzytomny z bólu i rozpaczy rzucił się na kolana przed ukochaną i przytulił się do niej. Całował kikut jej prawej ręki, jej puste, zasłonięte opaską oczodoły, jej usta. Szlochał przy tym spazmatycznie i dygotał na całym ciele.
Dziewczyna zdrętwiała. Nagle dotarło do niej, że Dobromir nadal ją kocha. Zapomniała o katuszach i przez chwilę poczuła się nawet szczęśliwa. Bogowie ją wysłuchali – mogła usłyszeć jeszcze raz głos ukochanego.
Rodzina Dobiesławy stała obok, patrząc na to wszystko w milczeniu i zgryzocie. Oni też zrozumieli, że chłopak rzeczywiście kocha ich Dobiesławę. Choć po jej powrocie z Bochni, widząc ją tak koszmarnie okaleczoną, zaprzysięgli jemu i Albrechtowi zemstę. Teraz byli zbici z tropu. Babka Czcibora stwierdziła wówczas, że czas opowiedzieć wszystkim o wywarze, jakim napoiła chłopaka. Po czym zawyrokowała:
– Wiecie już, że rozmawiał z Duchami przodków. Zapewne to oni nakazali mu uczynić to, co uczynił. Odstąpcie zatem od zemsty, bo sami na siebie gniew przodków ściągniecie.

Tymczasem Dobromir podniósł się z klęczek, trzymając kurczowo Dobiesławę za jej lewą dłoń. Dłuższą chwilę zrozpaczonym wzrokiem patrzył na ukochaną, przy czym twarz mu stężała i zaszła krwią. Przez zaciśnięte zęby wyrzucił z siebie nagle:
– Zabiję go. Zabiję tego zbója Albrechta i pomszczę cię!
Nie myśląc o niczym innym jak tylko o pomście, Dobromir ostrożnie położył rękę Dobiesławy na kolanach babki i rzucił się w stronę drzwi. Ale w tym momencie złapali go rodzice i rodzeństwo dziewczyny.
– Dobromirze – mówili do niego jeden przez drugiego – my sami chcieli ją pomścić, ale wtedy oni spaliliby całą wieś. Na tych zbrodniarzy nie ma rady. Jeśli coś zrobisz Albrechtowi, zgubisz nie tylko siebie, nie tylko nas, ale i resztę wsi. Ostaw to bogom. Oni zbrodniarzom odpłacą w Nawii.

Po dłuższej chwili szarpaniny Dobromir wreszcie uspokoił się i zrezygnował z zabicia Albrechta. Zrozumiał, że rodzina ukochanej ma rację. Zamiast tego natychmiast podjął inną decyzję.
– Ubierzcie proszę Dobiesławę w świąteczne odzienie – weźmiemy dzisiaj, zaraz, zaślubiny.
Następnie zwrócił się do Czcibory:
– Babko, pójdziesz z nami do kościoła. Z tyłu za ołtarzem jest ukryty nasz Świętowit. U jego stóp połączysz mnie i Dobiesławę jako męża i żonę. Ja zaraz wrócę z kluczem od kościoła. Resztę opowiem ci przy naszym bogu. Pójdziemy tylko we trójkę, aby nikt niczego nie podejrzewał.

Po tych słowach zdecydowanym krokiem Dobromir ruszył w stronę domostwa Lasoty po kościelny klucz. Rodzina Dobiesławy milczała, kompletnie zaskoczona rozwojem sytuacji. Ale nikt nie zaoponował przeciwko zaślubinom nieszczęsnej Dobiesławy z Dobromirem.

Lasota tymczasem był niesłychanie zdziwiony niespodziewaną wizytą opanowanego Dobromira. Był bowiem przekonany, że ten, na widok okaleczonej dziewczyny, pogna do Bochni i tam, chcąc zabić Albrechta, sam zginie. A tymczasem Dobromir spokojnie przyszedł do niego po klucz do kościoła.
Lasota wręczył mu żądany klucz, po czym przez szparę w drzwiach obserwował, dokąd podąży z nim Dobromir. Ze zdziwieniem zauważył, że ten nie idzie do kościoła, lecz w stronę domostwa Dobiesławy. Wykorzystując, że Dobromir otępiały z bólu na nic nie zwracał uwagi, Lasota wymknął się z domu i ukrył w pobliżu kościoła czekając, co będzie dalej. Wiedział, że Dobromir do kościoła przyjdzie – inaczej nie brałby od niego klucza.
I rzeczywiście niedługo musiał czekać ukryty w przykościelnych zaroślach. Już po paru minutach zobaczył nadchodzącego Dobromira z Dobiesławą na rękach oraz kroczącą obok nich babkę Czciborę.
Gdy tamci weszli do środka, Lasota po cichutku wśliznął się za nimi. Mimo, że na zewnątrz świeciło słońce, we wnętrzu kościoła było ciemno. Ostrożnie, kierując się głosami dochodzącymi zza ołtarza, Lasota podszedł tak blisko, jak tylko to było możliwe. Tamci zajęci sobą niczego niestety nie zauważyli.

W jednej chwili Lasota zorientował się, że za ołtarzem odbywa się pogański obrząd zaślubin. Na koniec usłyszał jeszcze przytłumiony głos Dobromira, mówiącego do Czcibory:
– Kochana babko, ja pojadę do Albrechta i poinformuję go, że wyruszam w pielgrzymkę do Jerozolimy. Powiem mu, że objawił mi się Kryst i tego zażądał. Wy tymczasem przygotujcie moją żonę do podróży. Ja wrócę jutro i wtedy wyjedziemy stąd we dwoje. Mam daleką rodzinę wiele wiosek stąd. Poza krewnymi nikt więcej mnie tam nie zna. Przybiorę sobie inne imię, ty mi powiesz, jak mam czernić włosy, zapuszczę sobie brodę i nikt mnie nie rozpozna. Zamieszkamy z Dobiesławą we dwoje gdzieś na uboczu. Będę się nią opiekował do śmierci. Chcę żyć i umrzeć razem z nią i obok niej. A wy zróbcie Dobiesławie tutaj grób i rozgłoście, że jej się już zmarło. Wtedy nikt nie będzie nas szukał.

Po tych słowach zapadła chwila ciszy, po czym Czcibora zaczęła jeszcze o coś wypytywać Dobromira. Lasota dłużej tego już nie słuchał. Wymknął się ostrożnie z kościoła i pognał do Bochni. A tam natychmiast opowiedział o wszystkim Albrechtowi. Przypomniał też proboszczowi o tym, że wielokrotnie ostrzegał go  przed podstępem Dobromira, tylko że proboszcz nie chciał mu uwierzyć.
– A teraz wyszło na moje – zakończył swoją chaotyczną opowieść Lasota – Dobromir to oszust i tylko udawał nawróconego.
Albrecht zrozumiał, że rzeczywiście dał się Dobromirowi oszukać. Nie chciał jednak przyznać się przed Lasotą do tego otwarcie.
– Przekonam się, czy to prawda, gdy Dobromir sam do mnie przyjdzie – rzucił tamtemu – A na razie masz tutaj garść denarów za wierną służbę. I wracaj do Lipnicy, tylko idź inną drogą, aby Dobromir ciebie nie spotkał w drodze. Bo jeszcze się czego domyśli.
Po wyjściu Lasoty Albrecht podjął natychmiastową decyzję – nie tylko Dobromira, ale i Lasotę musi zgładzić. Bo ten ostatni będzie się chwalił, że ostrzegał Albrechta przed Dobromirem, ale Albrecht jego ostrzeżenia ignorował. Przez co naraził kościół na profanację – bo to w kościele odbył się pogański ślub nowego pupila Albrechta.
Tak więc nakazał sprowadzić Albrecht do siebie knechta od tortur – niemowę, któremu jeszcze w młodości wyrwano za bluźnierstwa język.
– Pójdziesz za Lasotą. Ma on sporo denarów  przy sobie. Możesz mu je odebrać i zatrzymać dla siebie. Tylko zrób to tak, aby Lasota nie mógł o napad nigdy nikogo oskarżać. Zrozumiałeś, co mam na myśli?
Knecht pokiwał głową na znak że zrozumiał. Albrecht powiedział mu jeszcze, którą drogą wysłał Lasotę do Lipnicy. Natychmiast po tym knecht uzbrojony w krótki miecz i pałkę puścił się w drogę za kościelnym sługą.

Nieco później do siedziby Albrechta przybył Dobromir. Albrecht bał się przyjąć go na rozmowę w cztery oczy. Pod byle pretekstem w komnacie Albrechta było obok niego kilku służących. Tych powiadomił wcześniej Albrecht, że Dobromir być może będzie chciał go zabić, mieli być więc w pełnej gotowości. Powiedział im też, że na koniec Dobromir będzie musiał i tak zostać uwięziony w lochu. Zapowiedział, że gdy klaśnie w dłonie, mają go obezwładnić i zaprowadzić do lochów. Rozkazał też, aby natychmiast po przybyciu Dobromira kilkunastu knechtów ruszyło do Lipnicy i przywiozło stamtąd Dobiesławę.

Dobromir po krótkim powitaniu poprosił Albrechta o zgodę na wyjazd do Jerozolimy.
– Choć jest ona w rękach wyznawców proroka, pan nasz Jezus Chrystus nakazał mi abym się tam udał.
– A więc Lasota nie kłamał – pomyślał Albrecht, ale na głos wyraził zgodę na tę pielgrzymkę. Wypytywać zaczął jeszcze Dobromira o jego wrażenia z wizyty w Lipnicy. Dobromir odpowiadał zdawkowo i widać było, że nie ma ochoty na rozmowę. Wtedy Albrecht klasnął w dłonie. Natychmiast po tym sygnale słudzy proboszcza rzucili się na Dobromira i związali go. Albrecht nakazał go jeszcze zakneblować.
– A tym, że wziąłeś ślub i to na dodatek pogański, nie pochwaliłeś się? – ryknął do związanego młodzieńca proboszcz. – Już ja wyślę ciebie na pielgrzymkę… do samego piekła… – dorzucił szyderczo, po czym nakazał umieścić Dobromira w lochu.

Gdy został sam, odetchnął z ulgą. Rozprawę z Dobromirem odłożył na jutro. Rozkazał przynieść sobie piwa i miodu i po prostu się upił.
Nazajutrz, gdy się obudził, powiadomiono go, że Dobiesława też jest już uwięziona w sąsiednim lochu. Na wiadomość o tym nakazał Albrecht sprowadzić do lochu z Dobromirem knechta od tortur, który już wieczorem powrócił z wyprawy na Lasotę.
Albrecht chciał dowiedzieć się, kto stał za spiskiem Dobromira. Chciał wyciągnąć od niego torturami informację – kto podsunął Dobromirowi pomysł udawania nawróconego, aby przy tej okazji nakłonić Albrechta do ukrycia Świętowita za ołtarzem. Jednak wszelkie tortury na nic się zdały. Ani przypalanie ogniem, ani łamanie kości nie złamały milczenia Dobromira. Rozwścieczony Albrecht po wielu godzinach tortur powiedział do knechta:
– Wyrwij mu język, wyłup oczy i obetnij obie dłonie. A ran za bardzo nie oparzaj. Chcę aby tamten sczezł, tylko nie od razu, niech się jeszcze ze dwa, trzy dni pomęczy. I wrzucić go do lochu z tą jego pogańską żoną. Niech zdychają razem. I pamiętaj – żadnego jedzenia ani picia dla nich. Głową zapłacisz, jak tego nie dopilnujesz.

Okaleczonego i nieprzytomnego Dobromira wrzucono do lochu, w którym trzymano Dobiesławę. Tamta na odgłos tupotu nóg i zgrzytu otwieranych drzwi domyślała się, że coś się dzieje. Nie wiedziała tylko – co. Dopiero, gdy jeden z knechtów mruknął do niej – masz tutaj swojego męża – zrozumiała, co się stało. Serce zamarło jej z przerażenia, gdyż uświadomiła sobie, że sam Dobromir nie wypowiedział do niej żadnego słowa. Po wyjściu knechtów lewą ręką zaczęła szukać męża wokół siebie. Po chwili natrafiła na jego rękę. Z przerażeniem stwierdziła, że ma on, jak i ona, odciętą dłoń. Serce jej rozdarł ogromny ból. Dobiesława przytuliła się do ledwie przytomnego męża. Ostrożnie go dotykając stwierdziła, że i on jest oślepiony, bez języka, a na dodatek bez dwóch dłoni. Z ran nadal sączyła się krew. Dobiesława, delikatnie jak tylko mogła, całowała obolałe rany męża. Wiedziała, czuła to, że jest on w agonii. Nagle poczuła, że Dobromir poruszył się i okaleczonym kikutem przytulił ją do siebie. W tym momencie Dobiesława na moment zapomniała o cierpieniach, o zgrozie sytuacji i o ich wspólnej agonii. Rozpłakała się ze wzruszenia i była przez chwilę po prostu szczęśliwa. Widziała, że oboje odejdą wkrótce do Nawii i że tam ich cierpienia dobiegną końca.
Dobromir mimo upływu krwi, połamanych kości i oparzeń chwilami odzyskiwał przytomność. Czuł wtedy przy sobie ukochaną Dobiesławę i było mu z tym dobrze. Wiedział, że umiera i momentami pogrążał się w stan, w którym nie czuł już fizycznego bólu. Choć nie miał oczu, wydawało się mu, że zaczyna dostrzegać niewyraźne zarysy sylwetek swoich przodków. Słyszał też ich głosy. Był to stan podobny do przeżyć, jakich doznał po ziołach Czcibory. Nie wiedział, ile czasu tak leżeli przytuleni do siebie i ile czasu upłynęło od zakończenia tortur – czy były to tylko godziny, czy już dni. Aż w pewnym momencie poczuł nagle, że unosi się ponad własnym, okaleczonym ciałem i przytulającą się do niego Dobiesławą. Obok zobaczył wszystkich swoich bliskich i przodków, którzy przed nim odeszli do Nawii. Po chwili znalazł się w czymś w rodzaju wąwozu, na końcu którego ujrzał ciepłe i pełne miłości światło.
– To pewnie Weles, choć świeci jak Swarożyc – pomyślał Dobromir. Przeszedł przez wąwóz i ujrzał przed sobą piękną słowiańską Nawię. Były tam święte dęby i lipy, zieleńsze i piękniejsze niż te na ziemi. Były wspaniałe lasy i urodzajne pola. Były urzekające wsie i wspaniałe chramy i gontyny. I ogromna ilość słowiańskich Duchów.
Ale w tym momencie poczuł, że coś ciągnie go do tyłu. Uświadomił sobie, że to Dobiesława, która w ziemskim lochu pozostała sama, tęskni za nim. Natychmiast podążył w pobliże ukochanej. Gdy znalazł się obok niej, ujrzał ją nadal przytuloną do jego martwego już ciała. Postanowił na nią zaczekać.

Dobiesława nieco wcześniej poczuła, że Dobromir umarł. Słyszała moment, gdy przestało bić jego serce. Załkała ze smutku, ale raczej nad sobą. To, że zmarł Dobromir, przyniosło jej nawet ulgę.
– Nareszcie skończyły się jego cierpienia – pomyślała. Ale w tym samym momencie poczuła się bardzo, bardzo  samotna. Choć już chwilę później wydawać się jej zaczęło, że czuje obecność męża, mimo iż on już nie żył. Przypomniała sobie, co o umieraniu opowiadała jej babka.
– Pewnie Dobromir czeka tu obok na mnie, tylko że go jeszcze nie widzę – pomyślała sobie Dobiesława. I wtedy usłyszała jego głos.
– Czekam, czekam na ciebie, kochanie. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak tutaj jest wspaniale.
W tym momencie dziewczyna niczego tak nie pragnęła, jak umrzeć i połączyć się z mężem. I rzeczywiście po chwili poczuła, jak unosi się nad ciałami swoim i Dobromira. Ujrzała jego ducha i duchy przodków. Przeszła jak wcześniej on przez wąwóz w stronę pięknego i pełnego miłości światła. I tak jak wcześniej Dobromir pomyślała, że to pewnie Weles, choć świeci jak Swarożyc. Chwilę później znalazła się razem z ukochanym i duchami przodków w słowiańskiej Nawii.

Tej samej nocy zmarł nagle i Albrecht. Jucha uderzyła mu do głowy, sparaliżowało go, a po paru godzinach skonał.
Przeszedł wąwóz, kierując się w stronę emanującego miłością światła. Lecz nagle światło zgasło, a on znalazł się w  innym miejscu w Nawii, nie tam, gdzie trafili Dobromir i Dobiesława.
Nie było to piekło, nie było tam diabłów ani szatana. Ale było to miejsce gorsze jeszcze niż piekło. Były tam duchy ludzi takich jak on – złych, podstępnych, mściwych, morderców, fanatyków. Znalezienie choćby jednej życzliwej duszy było niemożliwe.

Tak zakończyła się historia Dobiesławy, Dobromira i ich oprawcy Albrechta.

A co się działo się dalej ze słupem Świętowita?

Ofiara Dobromira i Dobiesławy nie poszła na marne. Drewniany posąg słowiańskiego boga Świętowita przetrwał długie wieki, ukryty za ołtarzem. Następców Albrechta nie interesowała “belka” z tyłu ołtarza. Większość z nich nawet nie dopatrywała się w niej symbolu słowiańskiego boga. Dziwiło ich jedynie to, że wierni długo jeszcze przynosili do kościoła przeróżne dary i składali je ochoczo i bez żadnego przymusu przed ołtarzem. Było o tyle dziwne, że dziesięciny trzeba z nich było niemal na siłę zdzierać, potrafili się bowiem kłócić o każde pojedyncze jajko.  Niczego nie chcieli kościołowi dobrowolnie oddawać.
– Dlaczego tutaj sami przynoszą dary, a od dziesięcin się wykręcają? – zastanawiał się niejeden ksiądz.

O ukrytym za ołtarzem Świętowicie z czasem całkiem zapomniano…
Dopiero po wielu wiekach, gdy wydawało się już, że mieszkańcy tej krainy stali się cudzymi samym sobie nastąpiło coś dziwnego. Zamiast całkiem zgasnąć, pamięć o bogach przodków na nowo zaczęła budzić się i rozlewać po słowiańskiej ziemi Wiślan, Polan, Ślężan, Mazowszan i pozostałych plemion, tworzących teraz jeden kraj.
Czarna noc Swarożyca powoli dobiega końca.

Nastał słowiański świt.

.

.
opolczyk

.

.

Advertisements

6 thoughts on “Świętowit z Lipnicy Dolnej

  1. bardzo ciekawy Artykul… krzyzowcy poslugiwali sie wieloma metodami by sciagnac do swoich bunkrow Slowianskich mieszkancow okolicznych osad. W krwi Slowianskiej jest zakodowana wiernosc wierze Ojcow i Tradycji…kiedy przybyli zbrodniarze z krzyzami na plaszczach i w reku wycinali swiete Deby, nie roztumiejac Wiary Rodzimej poniesli porazke, gdyz dla Slowian kazde stare drzewo bylo i jest swiete. Nasi Przodkowie wiec dalej przychodzili w to miejsce i cieszyli sie widzac, ze z konara wycietego Swiatego Debu wyrastaja nowe galazki a korzenie daja podstawe do rodzenia sie nowego drzewka. Bylo to dziecko Swietego debu bylo wiec rownie swiete jak to sciete. Krzyzowcy mysleli, ze skoro z posag Swietowida czy Mokoszy przerobia na krzyz to z biegiem czasu lud bedzie przychodzil do krzyza a nie tego „kawalka” drzewa z jakimis symbolami. Zapomnieli jednak, ze dla naszych Przodkow nie martwy symbol a zycie jest swiete… Zauwazyli zbrodniarze, ze lud przychodzi nadal w miejsca gdzie stal swiety dab i odprawiaja tam swoje obrzedy i skladaja Zertwe…ignorujac krzyze i nowe kapliczki…. wiec zrozumieli, ze swietosc miejsc mocy jest kluczem Wiary…dlatego w tychg miejscach gdzie staly swiete Gaje stawiali swoje kaplice i koscioly. W ten sposob nasi przdkowie wchodzili do tych kosciolow, widzac znane im drewniane slupy Swietowida i innych Bogow nie rozumieli, ze dodatkowe belki i symbole nie maja nic wspolnego z ich stara Wiara..a kiedy to zrozumieli bylo za pozno…zabraklo wymordowanych zercow i kaplanek, dziewic tanczacych przed Figurkami Mokoszy, Lady i Swarozyca zabraklo tych ktorzy by im na to zwrocili uwage..dlatego z biegiem czasu wykorzeniono w nich te wartosci ktore przez tysiace lat wyroznialy nasz lud ponad inne ! Goscinnosc ktora byla nakazem i zwyczajem zgubila naszych Przodkow…zdrada i falsz nowej Wiary otumanila i w swojej obludzie zniszczyla piekno Slowianszczyzny….
    Dzisiaj mamy problem, Spoleczenstwo jest skazone choroba katolicyzmu, ciezka i czasami nieuleczalna dla niektorych, jednakze Ci ktorzy rozumieja na czym obluda i cynizm katolicki polega szukaja powrotu do swietych Gajow do miejsc Kultu. I coz z tego, ze tam stoja katolickie sanktuaria i koscioly… coz z tego, ze postawiono martwe symbole cuchnacej zdrada i falszem wiary…. Matka Natura ma w sobie dosc sily by to wszystko predzej czy pozniej obrocic w puch…i wierze, ze to sie stanie !

    Lubię to

  2. Z drugiej strony byc moze by sie ten Slup nie zachowal do dzisiejszych czasow, warto by bylo pogadac z tym „proboszczem” i zaproponowac mu wymiane, dac mu jakis filar do podtrzymywania oltarza w zamian za ten Slup Swietowida

    Lubię to

  3. Jest coś sympatycznego na fotografii przedstawiającej Święte Drzewo i Świętowita. Mianowicie ornamenty roślinne – zdaje się umieszczone tylko w miejscu gdzie stoi postument-,które to jakby miały być ożywieniem i uzupełnieniem wyjątkowości Świętego Gaju! Widać wyraźnie gałązki jemioły, symbolizującej nadzwyczajną uświęcającą moc dębu !!!
    Poza tym, w środkowym pasie ornamentów, wyraźnie widać niekończące się i wirujące symbole wieczności – bez początku i bez końca.

    A propos dębów, Świętych drzew naszych przodków, odnalazłem słowiańską kolendę :-))))

    Było to ongiś na początku świata –
    Wtedy nie było nieba, ani ziemi,
    Nieba, ni ziemi tyko sine morze,
    A pośród morza na dębie
    Siedziały dwa gołębie.
    Dwa gołębie na dębie
    Toczyły taką naradę.
    Radu radziły i gruchały:
    Jakże my mamy stworzyć świat?

    Spuścimy się na dno do morza,
    Wyniesiemy drobnego piasku
    Drobnego piasku, niebieskiego kamienia.
    Drobny piaseczek posiejemy,
    Niebieski kamyczek podniesiemy.
    Z drobnego piasku – czarna ziemica,
    – lodowata wodzica, zielona trawica.
    Z niebieskiego kamienia – błękitne niebo,
    niebieskie niebo, jasny miesiączek.
    Jasny miesiączek i wszystkie gwiazdeczki.

    źródło : http://www.wilanow-palac.pl/dab.html

    @Jaskar.

    Najlepiej byłoby odpiąć kapliczkę i wysłać za morze :-))))

    Lubię to

    • „Poza tym, w środkowym pasie ornamentów, wyraźnie widać niekończące się i wirujące symbole wieczności – bez początku i bez końca.”
      Ma Pan jak najbardziej racje.
      Dodam, ze te ksztalty „X” z widocznym po srodku „I” to ZNAKI BOGINI ZYWII= ZIEWANY= DZIEWANNY (znawcy arceologii moga sprawdzic czy te znaki dodano pozniej niz czas rzezbienia posagu czy tez byly wyrzezbione jadnoczesnie.
      prosze tez zauwazyc „KWIAT ZYCIA” znany jako uniwersalny symbol ZYCIA i utozsamiany z Symbolem Slowian. Do dzisiaj jeszcze ten ornament widnieje na dzwiach stodol we wsiach we wschodnich krainach NASZEJ OJCZYZNY.
      Sa tez wyrazne osmioplatkowe kwiaty- SLONCA 🙂 i zielony kolor JAROWITA 😉

      Bardzo ciekawy i bogaty material o Slowianskim zdobnictwie i symbolice tutaj:
      3. Słowiańskie klejnoty

      …a to „Kwiat Zycia” prastary Symbol Zycia, ktory slowianie umieszczali na wyszywkach , domach , ozdobach itd.

      1 Sacred Sound Alchemy for DNA Repair and Healing

      Prosze zauwazyc, ze na „ozdobach” przy posagu te wszystkie symbole figuruja. Ktos , kto je malowal przekazal dla pokolen i czynil to SWIADOMIE…bo akurat w tym miejscu BYLY NAJBARDZIEJ BEZPIECZNE 😉

      Prosze tez tutaj zwrocic uwage na SYMBOLE. TO NASZ SLOWIANSKI SKARB. TO NASZE SLOWIANSKIE DZIEDZICTWO.

      БАДЊАК – БОЖИЋ – СВАРОЖИЋ

      Polecam ten film. Prosze uwaznie ogladac FORMY i KSZTALTY… 😉

      BARDZO WAZNE !

      Славянские обереги резонаторы наномира

      Lubię to

  4. najlepiej byloby cala kaplice rozebrac i wyslac im jako dar…na pustyni sucho to moze nie bedzie gnila..ale slup zabieram 🙂

    Lubię to

Możliwość komentowania jest wyłączona.