Polska przedmurzem…Słowiańszczyzny ?

.
Co oznacza pojęcie słowiańska dusza? Jak była ona, jacy byli, jak postrzegali świat, jak żyli nasi praojcowie?
Czy możemy odtworzyć „wzorzec” mentalności, wzorzec świadomości Słowian w okresie przedchrześcijańskim,  przedpaństwowym?
Wbrew pozorom nie jest to aż takie trudne. Słowiańska dusza miała kilka charakterystycznych cech.

Pierwszą z nich był stosunek Słowian do przyrody. Byli oni ludem rolniczym. W naszych warunkach klimatycznych przez kilka miesięcy zimowych ziemia nie rodzi żadnych plonów. Słowianie musieli więc w okresie ciepłych miesięcy zebrać wystarczająco dużo plonów i zgromadzić zapasy żywności na zimę. Nieurodzaj latem, susza, powódź, gradobicie były dla ich egzystencji groźne. Przyroda, natura były ich żywicielką i oni byli tego w pełni świadomi. Dzisiaj wielu ludzi tego sobie po prostu nie uświadamia. Ich żywicielem są…supermarkety – a nie przyroda.
Mimo zdarzających się tu i tam klęsk naturalnych Słowianie kochali przyrodę, czcili ją przydając jej cechy boskości. Przyroda były dla nich boginią. U nas przyrodą-boginią  była Mokosz – Matka Ziemia. Obok niej były inne bóstwa związane z przyrodą, dobre i złe. Za klęski pogodowe Słowianie obwiniali złośliwe bóstwa. Przyroda była dla nich czymś żywym, uduchowionym, przepełnionym bogami i duchami – a nie tylko materią.
Prawdopodobnie Słowianie mieli wyobrażenie o sile, energii życiowej wypełniającej przestrzeń, będącej odpowiednikiem chińskiej Qi, hinduskiej prany czy polinezyjskiej many. U Słowian nazywała się ona twór (ew. tvor)- od tworzenia. Pewien mój znajomy zapewnia mnie, że siła ta wymieniana jest w polskich runach. Twierdzi też, że szamani mieli urządzenia do pobierania tej energii z przestrzeni (kolejny fascynujący temat do poszukiwań).

Dzisiejszy człowiek widzi przyrodę przede wszystkim przedmiotowo. Przestała być ona czymś boskim, uduchowionym. Jest rezerwuarem surowców, które eksploatujemy bez opamiętania, kierowani często chciwością i  zachłannością. Przyroda stała się dla współczesnego człowieka czymś co zostało nam dane, co możemy  wykorzystywać zgodnie z własnym widzi-mi-się, co mamy prawo ujarzmiać, czynić sobie poddanym. Przesuwamy więc i niwelujemy góry, prostujemy – „cywilizujemy” – rzeki lub zmieniamy ich bieg. Rozkopujemy ziemię szukając w jej wnętrzu surowców – rud, minerałów, węgla, ropy, gazu. Ale i złota, szmaragdów, diamentów. One są dla nas cenniejsze niż Matka Ziemia.
Zapominamy często, że przyroda nas nie potrzebuje. Da sobie bez nas radę. My bez niej już nie.

Kolejną cechą słowian było poczucie wspólnoty. Nie oznacza to, że Słowianie nie byli indywidualnościami. Byli. Ale wiedzieli o tym, że nie można żyć tylko i wyłącznie dla siebie i kierować się wyłącznie własnym idywidualizmem – zwłaszcza wtedy nie, gdy był on na niekorzyść wspólnocie. Tylko pracując wspólnie, razem, mieli większe szanse na przeżycie. Własny indywidualizm podporządkowywali interesom wspólnoty, nie rezygnując z niego całkowicie. Ta cecha Słowian łączyła się też z ich stosunkiem do tego co dzisiaj nazywamy prawem własności. Oczywiście, że każdy z nich posiadał coś własnego. Każda rodzina posiadała własne domostwo. Ubranie czy indywidualne talizmany i ozdoby posiadał każdy zapewne na własność. Ale już ich osada, ziemia uprawna, las, święte gaje były wspólną własnością. Panował więc u nich  wytworzony w naturalny sposób system współistniejącej własności wspólnotowej i prywatnej.

Inną istotną cechą ich życia, mającą wpływ na ich mentalności, była ich świadomość tego, że to rzeczywiście oni sami decydują o tym, jak na co dzień żyją. W okresie przedpaństwowym naczelną władzą u Słowian był wiec i wszystkie ważniejsze decyzje były na wiecach wspólnoty dyskutowane i uzgadniane. Ich system był rzeczywistą demokracją oddolną. Jeśli ziemia była wyjałowiona, wiec uchwalał czy i gdzie wspólnota się przenosi, lub ile lasu i gdzie zostanie wykarczowanego (po złożeniu ofiar bogom lasu) w celu pozyskania nowej ziemi uprawnej.
Dzisiaj mamy parodię i imitację demokracji. Jedyne na co nam się „demokratycznie” pozwala, to wybór „naszych” przedstawicieli do władz wszystkich szczebli. Najczęściej podlegają oni wodzowskim władzom ich partii i po wyborze robią nie to, co obiecywali, a to – co władze partii im nakazują.
Mamy coraz mniejszy wpływ na nasze codzienne życie. Prawie o wszystkim decydują za nas inni – jakie wtyczki ma mieć żelazko, jakie żarówki można, a jakich nie można używać, którędy będzie przebiegać nowa droga i kto ją będzie budował, jakiej średnicy jabłka mają być w sklepach, kiedy i jakie święta mamy świętować, kto może, a kto nie może postawić sobie nowy supermarket i gdzie on będzie stał. A nawet, jak ma być zgodnie z unijnymi wytycznymi wyposażony kurnik.
Lokalne władze „samorządowe” krępowane są przepisami ustalanymi w Brukseli i Warszawie. Nawet resztki z pieniędzy wytworzonych przez lokalną „wspólnotę”, jaka „samorządom” pozostaje do dyspozycji (po odprowadzeniu lwiej części do Warszawy i województwa) lokalny „samorząd” nie ma prawa wydawać dowolnie. Na wszystko są przepisy i paragrafy uchwalane ponad naszymi głowami.
I ta fikcja i dyktatura centralnych instytucji i urzędów nazywana jest szumnie „demokracją”.

Jeszcze inną ważną cechą Słowian był brak fanatyzmu religijnego i ogólniej ideologicznego. Ich życie nie było podporządkowane jakiejkolwiek panującej ideologii (socjalizmowi, globalizmowi, kapitalizmowi, poprawności politycznej) czy zideologizowanej i udrapowanej w jedynie prawdziwą wiarę religii. Na ich tolerancję religijną wpływ miał ich politeizm. W sytuacji, gdy jest wielu bogów, nie ma miejsca na jedynego boga, który na dodatek nakazuje nawracanie na „objawioną” przez niego wiarę. Każda z grup, wspólnot słowiańskich miała jakiegoś szczególnie przez nią czczonego boga, ale nie narzucała go innym wspólnotom – w myśl zasady – my mamy naszego boga a wy macie waszego. Obok boga głównego czczono naturalnie i innych bogów i bóstwa. Nikomu nie wpadło do głowy wytworzenie jedynie słusznej doktryny i prześladowanie tych, którzy w nią powątpiewają.
Słowiański politeizm nie znał pojęcia heretyk, poganin, innowierca, nie prowadził do krwawych wojen religijnych, nie był w stanie wytworzyć inkwizycji i stosów.

Tak więc głównymi cechami słowiańskiej duszy był jej pełen szacunku stosunek do Matki Natury, poczucie wspólnoty, rzeczywista demokracja oddolna i brak fanatyzmu religijnego, co czyniło ich życie wolnym od narzuconej z zewnątrz jakiejkolwiek ideologii.

Dzisiaj w Polsce mamy kilka głównych narzucanych nam propagandowo dominant decydujących o polskiej świadomości. Wszystkie one są zaprzeczeniem i przeciwstawieństwem słowiańskiej duszy.

Na nasz stosunek do przyrody wpłynęło w ogromny sposób owo nieszczęsne, przywleczone znad Jordanu „czyńcie ziemię sobie poddaną”. Niestety wzięliśmy to nazbyt dosłownie. Matkę Naturę z pozycji sacrum zdegradowaliśmy do pozycji profanum. Jest naszą własnością, jest przedmiotem do eksploatowania. Zalewamy ją betonem, asfaltem, chemikaliami, odpadami.
Jakże trafnie opisał to Błotniak z Bronnej Góry, imć Pan Gerwazy:
„Dlatego szczególnie jest wskazane wysypywanie szlaki na podmokłe łąki i brzegi jezior, zaś bliskość studni i innych ujęć wody pitnej, umożliwi szybsze zapełnienie powstających jak grzyby po kwaśnym deszczu cmentarzy. Ten kierunek rozwoju gospodarki narodowej, gdzie polskimi orłami biznesu jest ksiądz i grabarz, znajduje oto swoje spełnienie.”
http://dziupla-blotniaka.blogspot.de/2012/03/szlaka-po-polsku.html

Równamy góry, zmieniamy bieg rzek, wycinamy lasy. Jest dla nas ziemia nadal z konieczności żywicielką, ale jednocześnie i wysypiskiem śmieci. Jest obiektem kupna i sprzedaży, prywatnym gruntem, prywatnym lasem, prywatną własnością. Jest, stała się prywatną rzeczą odartą z wszelkiej świętości.
Własność prywatna stała się naczelnym obok pieniądza bogiem dzisiejszej cywilizacji. Zabija to poczucie wspólnoty, poczucie wspólnej własności, żywe wciąż u wielu Polaków choćby tylko z okresu PRL, kiedy to przynajmniej nominalnie gospodarka była naszą wspólną własnością. Dzisiaj przekonuje się nas, że prywatne jest lepsze. Zapewne, prywatne przedsiębiorstwo jest zazwyczaj bardziej „ekonomiczne” i dochodowe, może dawać większe zyski. Tylko, że one nie są dzielone według zasług i potrzeb pomiędzy wszystkich członków wspólnoty. One lądują w kieszeniach i na kontach wybrańców. Reszta ma za zadanie te zyski za grosze wypracowywać. To sprawia, że rozwarstwienie na nieliczną klikę bogaczy i rzesze coraz biedniejszych narasta. A ostatnich gryzą psy. Wywalani są na zbitą twarz na ulicę. Od dzisiaj zaczęły się np. masowe eksmisje bez prawa do mieszkania zastępczego.
http://miziaforum.wordpress.com/2012/04/02/dzis-4250-eksmisji-na-br4uk-strona-piotra-ikonowicza-k-s-s-zablokowana/

Do rangi świętości podnosi się indywidualizm, nazywając go często pokrętnie samorealizacją. Nie można w zasadzie niczego zarzucić dążeniu do samorealizacji, ale pod warunkiem, że nie koliduje to z interesem wspólnoty.
Mało kto zauważa przy tym, że kultywowany indywidualizm jest ukrytą sztampą – pozornie różnimy się ubiorem, fryzurami, przyzwyczajeniami. Ale o naszych ubiorach, fryzurach czy przyzwyczajeniach decydują inni. Tzw. dyktatorzy mody np. mają rzesze odmóżdżonych wielbicieli, a jeszcze częściej wielbicielek, którym wmawiają – co jest akurat „modne”. Owczy pęd do tego, aby ekscentrycznością wyróżnić się z otoczenia jest właśnie ową sztampą. Dominantą identyczną dla (prawie) wszystkich jest chęć wyróżnienia się. Zapomnieliśmy chcieć być po prostu sobą – chcemy być „inni”, chcemy się czymś wyróżnić.
A przy tym wszystkim w ramach globalizacji zacierane są celowo różnice regionalne. Dyskoteka w Madrycie jest identyczna jak w Warszawie. Takie same szklane są wieżowce w Paryżu i w Pradze. Identyczne są na całym świecie supermarkety, ten sam w nich towar. Oglądamy te same filmy, słuchamy tej samej muzyki. Wszechobecne reklamy  Coca-coli czy McDonaldsy dopełniają tej kolorowej unifikacji. Stajemy się upstrzoną szarą masą. Bez własnego wyrazu twarzy.

Inną dominantą dzisiejszej mentalności jest kanonizowana konkurencja – walka każdego z każdym w imię osiągnięcia suksesu. Mamy więc konkurencję indywidualną – o miejsce w pracy, o nie utracenie miejsca pracy, o wygranie konkursu, zdobycie dyplomu, medalu, o większe mieszkanie, droższy samochów, lepszą posadę niż inni. Konkurujemy o pozycję sołtysa, radnego, burmistrza,  posła, ministra, o nominację na kapitana, generała, o zwycięstwo w przetargu, o tytuł miss piękności, o pozycję najpoczytniejszego blogera, pisarza, o nagrodę Nobla.
Oprócz konkurencji indywidualnej jest i zbiorowa – firma konkuruje z innymi firmami, drużyny sportowe konkurują pomiędzy sobą, na mistrzostwach i olimpiadach reprezentacje państw walczą o więcej medali. Region konkuruje z regionem, województwo z województwem, gmina z gminą. Ponadto państwa konkurują o wyższe PKB, o nadwyżki eksportowe, o wyższe przeróżne abstrakcyjne „wskaźniki”, o więcej euro dochodu na łebka (a po cichu o to – które ma najwięcej długu na łebka).
Przy czym konkurencja grupowa nie likwiduje konkurencji pomiędzy członkami jednej i tej samej grupy. W drużynie piłkarskiej toczy się konkurencja pomiędzy zawodnikami o miejsce w kadrze, o wyższe dochody i premie. Aby zarobić więcej zawodnicy często zmieniają drużyny. Po czym stają się przeciwnikiem swoich niedawnych kolegów z zespołu. A w konkurencji pomiędzy państwami, np. o PKB i inne bzdety nagrody i zaszczyty nie przypadają według zasług, a według zajmowanych stanowisk.
Wpadliśmy w pułapkę wyścigu szczurów. Mamy do wyboru – paść z wyczerpania w walce o sukces, albo przymierać głodem, jeśli w wyścigu nie odnosimy sukcesu lub z niego się wycofujemy.
W tej anty-cywilizacji nie ma miejsca dla wielu zwycięzców. W każdej „dyscyplinie” jest miejsce na podium dla nielicznych. Oni zgarniają całą pulę. Reszta pozostaje z pustymi rękami. Coraz więcej jest biednych i przegranych. Najsłabsi, najmniej cyniczni, najbardziej wrażliwi, lądują na marginesie bezrobotnych i bezdomnych. Ten margines biedy niebezpiecznie się powiększa.
Kult konkurencji wspiera kult pozornego, stampowego indywidualizmu.

Inną dominantą jest kult postępu i nowoczesności. Często, najczęściej – za bardzo wysoką cenę. Za zatrute powietrze, ziemię, wodę. Za narastającą ilość zaburzeń psychosomatycznych, depresji, nerwic, psychoz, załamań nerwowych, samobójstw.

Kolejną charakterystyczną cechą dzisiejszego Polaka Słowianina jest czołobitność wobec panującej dyktatury wiodących partii i centralizacji władzy zamaskowanych tzw. demokracją parlamentarną. Ileż to pada wychwalań i zapewnień, że dzisiaj jesteśmy wolnym krajem, że mamy wreszcie wolność słowa i demokrację. Jak bardzo opluwa się rzeczywistość z czasów PRL. Ale o wszystkim prawie decydują dzisiaj za Polaków urzędnicy w Brukseli, okresowo spotykający się na tajnych zlotach Grupy Bilderberga czy Komisji Trójstronnej z ich zakulisowymi mocodawcami. Bruksela znacznie mocniej ingeruje w życie codzienne Polaków niż robiło to politbiuro z Kremla. Za czasów PRL nie było u nas miliarderów, ale nie było też tylu bezrobotnych, czy  bezdomnych. Fabryki, stocznie budowano a nie likwidowano.  Szpitale nie bankrutowały. Mimo to PRL jest notorycznie przedstawiana jako synonim zła i zniewolenia.
Wojsko polskie, a raczej to, co z niego pozostało podlega obecnie dowództwu NATO, które od czasu upadku Układu Warszawskiego stało się hegemonem militarnym i bezkarnie napada, bombarduje i okupuje obce, suwerenne państwa. A nasze zwasalizowane niedobitki armii muszą w tym pomagać. I jeszcze każe się nam tych pomagierów okupantów traktować jak bohaterów. Okupacje nazywane są misjami, z czego wynikałoby, że okupanci są misjonarzami. I takie propagandowe bzdury i brednie gładko połykamy.

Spustoszenie w umysłach dzisiejszego Polaka sieje propagowana polityczna poprawność. Mamy więc np. nagłaśniany medialnie wojujący feminizm. Ja sam osobiście jestem za pełnym równouprawnieniem kobiet. Przy założeniu jednak, że równość nie oznacza identyczności.
Truizmem jest stwierdzenie, że kobiety są z natury inne niż mężczyźni. Wmawianie kobietom, że powinne uprawiać boks czy podnoszenie ciężarów jest ślepą uliczką niszczącą w kobietach to co mają one najpiękniejsze – a więc ich kobiecość. Kobiety nie powinne być mężczyznami inaczej. Konieczna jest jednak i zmiana mentalności wielu mężczyzn – patriarchalnych samców. Na traktowanie przez mężczyzn kobiet jako służebnice pańskie duży wpływ wywarło całkowicie zdominowane przez mężczyzn chrześcijaństwo.
W dobie poprawności politycznej nazwanie publicznie zboczeńca zboczeńcem jest niebezpieczne i może zakończyć się procesem karnym. Wmawia się nam, że kochający inaczej są tak samo czymś normalnym, naturalnym jak hetero, i że powinni mieć takie same prawa. Zapomina się przy tym, że gatunek, w którym wszystkie osobniki byłyby homoseksualne wymarłby bezpotomnie. Tak wygląda „normalność” i „naturalność” zboczeń w konfrontacji z… naturą.
Propaganda poprawności politycznej robi wszystko aby zatrzeć różnice między dobrem a złem, prawdą a kłamstwem, normalnością a nienormalnością. Najbardziej żenującą jej cechą jest propagowane przez nią toleranctwo. Podsuwa się nam to, co mamy tolerować. Prawdziwą swoją naturę – zakazaną bandycką mordę – pokazuje głoszone toleranctwo wtedy, gdy przeradza się w zaciekłość i bezkompromisowe zwalczanie tego wszystkiego, co z propagowanym selektywnym toleranctwem jest na bakier. Wtedy głosiciele toleranctwa nagle stają się bezlitosnymi inkwizytorami.
Wmawia się nam też, że państwa to przeżytek, że przywiązanie do własnej kultury, tradycji to prowincjonalizm – przeciwstawiając im europejskość. Kolejnym etapem będzie kosmopolityzm – będziemy w nim tresowani na obywateli świata.
Jest rzeczą oczywistą, że jesteśmy mieszkańcami Ziemi, a więc i obywatelami świata. Tylko czy z tego powodu potrzebujemy unifikacji i dyktatorskiego jednego światowego rządu?

Dominującą w polityce tendencją jest centralizacja władzy i podejmowania decyzji na coraz wyższym, obecnie już ponadpaństwowym i ponadnarodowym szczeblu. Jest to kompletne odwrócenie do góry nogami tradycji słowiańskiej, gdzie cała władza skupiona była na dole – we wspólnocie. Każda wspólnota sama decydowała o sobie i o swoim życiu.

Najpoważniejszą konkurencją dla poprawności politycznej jest obecnie w Polsce katolicyzm. Jest on jednak sam wewnętrznie skłócony i rozbity na przeróżne frakcje różniące się stopniem fanatyzmu. Poszczególne frakcje reprezentują też różne grupy interesów. Przy czym każda z nich upiera się o monopol na bycie „prawdziwym” katolicyzmem. Mimo wewnętrznego rozbicia mają jednak skłóceni katolicy jedną wspólną cechę – wszyscy oni utożsamiają katolicyzm z polskością. Wytworzony przez katolickich fanatyków w XVII wieku stereotyp Polaka-katolika jest ich hasłem bojowym. Nie-katolików uważają za renegatów i co najwyżej za Polaków II kategorii.
W mitologii katolickiej funkcjonuje stereotyp, że historia Polski zaczyna się jej  chrztem. To, co było wcześniej, przed nim, kompletnie się dla katolików nie liczy. Bo było to nieważne, bo złe, bo pogańskie. Zgodnie z tą mitologią w dniu chrztu Mieszka wszyscy Polacy stali się wierzącymi i praktykującymi katolikami. Tak więc katolicyzm jest w tej mitologii fundamentem, ostoją i najważniejszym wyznacznikiem polskości.
Rewoltę pogańską z lat 30-tych XI wieku katolicy najchętniej przemilczają (a większość z nich nawet o niej nie wie). O wymazanego z kart polskiej historii Bolesława II też się nie upomną – bo przewodził on pogańskiej rebelii. O bulli papieskiej z XIII wieku potępiającej pogańskie praktyki w stołecznym Krakowie katolicy milczą. O synodzie biskupów w XV wieku robiącym to samo też milczą. W rzeczywistości w I Rzeczypospolitej katolicy nigdy nie stanowili nawet połowy społeczeństwa. Mieliśmy wtedy zresztą piękne przykłady tolerancji. Paweł Włodkowic na Soborze w Konstancji przekonywał o możliwości współistnienia chrześcijaństwa i pogaństwa. Wieś polska była powierzchownie tylko katolicka, a ludność wiejska uparcie trwała przy słowiańskich zwyczajach, a nawet bogach. Po reformacji nawet ilość katolickiej szlachty zmalała. Wielu przeszło na protestantyzm. Wtedy to narastać zaczął fanatyzm katolicki, który ostatecznie doprowadził Polskę do upadku.
Polityczna odpowiedzialność za upadek Rzeczypospolitej w XVIII wieku spada na katolicyzm.
Gospodarczo doprowadzić do upadku kraju pomogli katolikom ich starsi bracia w wierze – Żydzi. Opisuje to profesor Pogonowski.
http://www.lista-zydow.cba.pl/Elita_zydowska_przeciwko.htm
Polska XVII i XVIII wieku to kraj narastającego fanatyzmu katolickiego, który ostatecznie, walcząc o „świętą wiarę” doprowadził Polskę do upadku.

XVII wieczna skatoliczona część szlachty polskiej widziała Rz’plitą jako antemurale christianitatis. Była nawet z tego powodu niezmiernie dumna. Dziwne to było chrześcijańskie przedmurze. Ci nie najbardziej gorliwi katolicy uważali za konieczność obronę chrześcijaństwa co najwyżej przed otomańską Portą. Natomiast gorliwi katolicy, podpuszczani przez Watykan i jezuitów „bronili” chrześcijaństwa nie tylko przed Turkami, ale i przed prawosławną Rosją oraz protestancką Szwecją. Wynikałoby z tego, że prawosławie i protestantyzm w oczach gorliwych katolaków (katolików-Polaków) chrześcijaństwem już nie były. Za jedynych prawdziwych chrześcijan polski odprysk watykańskiej sekty judaizmu dla nieobrzezanych Goim uważał wyłącznie siebie.

Nie mniej ważnym frontem „obrony chrześcijaństwa” był dla fanatycznych katolaków front wewnętrzny.
O słabym zakorzenieniu katolicyzmu w Polsce jeszcze w XVI w świadczy uchwalona przez sejm konwokacyjny  w 1573 roku Konfederacja Warszawska, czyli prawny akt gwarantujący tolerancję religijną w Polsce.
Działo się to w okresie narastania ruchów protestanckich z jednej i kontrreformacji z drugiej strony. Katolicy nie zamierzali respektować Konfederacji warszawskiej. Sztandarowymi postaciami kontrreformacji byli kardynał Hozjusz i jezuita-fanatyk Piotr Skarga.

Katolicki motłoch urządzał z podpuszczenia fanatyków tumulty, łącznie z profanacją zwłok niekatolików.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Tumult_cmentarny
Pod naporem katolactwa zapisy Konfederacji warszawskiej stawały się pustą literą. I tak knowania Watykanu doprowadziły do zamknięcia w roku 1638 ariańskiej Akademii Rakowskiej. W 1668 r. Sejm wprowadził za odstępstwo od katolicyzmu karę śmierci. W 1712 r. wykluczono protestantów z Senatu, a w 1734 r.  z Sejmu. Sprowokowało to interwencję Prus i Rosji, ale katolakom obrona ich dominacji w państwie była ważniejsza, niż interesy kraju.

Podobnie po macoszemu traktowane było prawosławie. W skład Rz’plitej wchodziły ogromne obszary zamieszkałe przez ludność prawosławną. Część tych terenów podbił Kazimierz Wielki, część weszła w skład Rz’plitej na skutek unii z Litwą. Hierarchia prawosławna traktowana była przez katolaków jako zło konieczne, a sami wyznawcy prawosławia jako obywatele drugiej kategorii. W latach 1591 – 1702 wybuchło m.in z tego powodu na Ukrainie 8 dużych i wiele mniejszych powstań kozackich wydatnie osłabiając Rz’plitą. W 1649 roku pojawiła się szansa na porozumienie katolaków z prawosławnymi. Ugoda zborowska gwarantowała m.in urzędy w województwach ukraińskich dla szlachty prawosławnej, wejście hierarchów prawosławnych do Senatu Rz’plitej i wycofanie jezuitów z terenów województw ukraińskich. Sejm Rz’plitej w 1649 roku ratyfikował ugodę, ale biskupi i katoliccy magnaci w Senacie, z podpuszczenia Watykanu ją odrzucili. Ostatecznie Ukrainę utraciliśmy ze względu na upierdliwość katolaków, którzy nie zamierzali tolerować nie-katolików w Senacie Rzeczypospolitej, oraz odmawiali prawa prawosławnym do tego, aby oni sami w ich województwach pełnili wszystkie ważniejsze funkcje publiczne.

Konieczne jst przypomnienie w tym miejscu Konfederacji Barskiej. Jej hasłem wywoławczym była „obrona wiary”. Jest rzeczą oczywistą, że narzucenie przez Rosję Polsce różnych praw było upokarzające dla Polski. Ale nie był to pierwszy przypadek, gdy Rosja bezpośrednio ingerowała w polskie sprawy wewnętrzne. Jednak kiedy Rosja narzuciła Polsce równouprawnienie dla protestantów i prawosławnych, skatoliczona i fanatyczna część szlachty ruszyła w pole. W tym przypadku widać ich nieodpowiedzialne warcholstwo. Aby pokonać potężną Rosję należało pod sztandary wciągnąć nie tylko katolików, ale i protestantów i prawosławnych. Jednakże „innowiercy” nie zamierzali popierać konfederatów, którzy walczyli przeciwko ich równouprawnieniu. Ostatecznie konfederacja zakończyła się niepotrzebną rzezią i I rozbiorem.

Ostatnim odcinkiem katolickiego frontu wewnętrzenego „w obronie wiary” była walka z nadal mającym duże wpływy w Polsce pogaństwem. To właśnie w czasach kontrreformacji katolicki kler próbował wytworzyć zwyczaj zrzucania z wież kościelnych kukły Judasza, którym to zwyczajem kler chciał zastąpić słowiańską tradycję topienia Moreny-Marzanny podczas wiosennej równonocy. Te zabiegi okazały się jednak bezskuteczne.

Na koniec historia okrutnie zadrwiła sobie z katolików uważających się za przedmurze chrześcijaństwa.
W 1683 roku pod wodzą króla Sobieskiego ruszyli polscy katoliccy rycerze z odsieczą obleganemu przez pohańców katolickiemu Wiedniowi. Polscy husarze rozgromili Turka ratując katolicki Wiedeń. 89 lat później ten sam katolicki Wiedeń, za radą Watykanu przyłączył się do krojenia polskiego tortu. Polskę pokroili na raty pomiędzy siebie chrześcijanie – protetancki Hohenzollern, katolicki Habsburg i Sophie Friederike Auguste zu Anhalt-Zerbst, która po przejściu na prawosławie pełniła obowiązki rosyjskiej carycy.
Jedynym państwem, które nie uznało rozbiorów Polski była otomańska Turcja – przed którą Polska broniła chrześcijaństwa.

I tyle oto „korzyści” przyniosło Polsce to, że katolakom zachciało się być chrześcijańskim przedmurzem .

Na sam koniec zaś katolacy, po osiągnięciu absolutnej dominacji w państwie skłócili się pomiędzy sobą. Część z nich wspierana przez masonów dążyła do reform i oddania zreformowanej Polski w dziedziczne władanie dynastii Saksończyków (to właśnie m. in zakładała konstytucja 3 maja). Inni katolacy sprzeciwiali się reformom i trwali przy sojuszu z Niemką rządzącą prawosławną Rosją. Obie te frakcje poprzez konstytucję 3 maja i targowicę doprowadziły do wojny domowej i wojny z Rosją zakończonych rzeką wylanej krwi i II rozbiorem. Insurekcja kościuszkowska, której zagranicznymi ośrodkami były saksońskie Lipsk i Drezno, rękami masonów i katolaków (Ignacy Potocki, Hugo Kołłątaj, Tadeusz Kościuszko) wykrwawioną  wcześniejszymi konfederacjami i wojnami, skłóconą Rzeczypospolitą dobiła. Jej wynikiem były kolejna rzeź Polaków i ostatni rozbiór Polski.
W czasie zaborów polską naiwną szlachtę, nie potrafiącą wyciągać nauczek z historii, pod hasłami Bóg i Ojczyzna popychano ponownie na rzeź – czyli do skazanych z góry na przegraną powstań. W ten sposób próżnię społeczną po poległych, deportowanych lub wywłaszczanych szlachcicach zajmowali pełniący obowiązki Polaków obcy, najczęściej Żydzi. Po Powstaniu Styczniowym wykupowali oni na własność majątki szlacheckie zarekwirowane przez carat za udział w powstaniu.  Często z majątkami przejmowali Żydzi i nazwiska poprzednich właścicieli.

Krajem jednorodnie katolickim stała się Polska dopiero po II wojnie światowej. Prawosławni obywatele II RP zostali za wschodnią granicą na terenach przyłączonych do ZSRR. Protestanckich Niemców, którzy nie zdążyli uciec z frontem decyzją aliantów wysiedlono z tzw. ziem odzyskanych za Odrę. W kraju pozostało jednolicie katolickie społeczeństwo rządzone przez ateistyczną żydo-komunę.
Katolacy nie godzili się z rolą Polski jako satelity ZSRR. Marzyli o powrocie Polski na łono tzw. cywilizacji Zachodu. Wiedzieli o tym stratedzy Zachodu już wówczas kolonializowanego przez globalistów. Współpracując z podległą im żydowską V kolumną w Polsce (zarówno w obozie władzy jak i w opozycji) doprowadzili oni do kryzysu w 1980 i dali Polakom Solidarność. Wspierana była ona przez żydo-fila JP2,  a zdominowana była przez katolaków-rusofobów, którymi manipulowali kościół i żydowscy opozycjoniści.
Ostatecznie marzenia katolików spełniły się w 1989 roku. Polskę wyrwano z bloku wschodniego. Znalazła się ona w łapskach Zachodu. Powróciła na łono cywilizacji łacińskiej. W okrągłym stole partycypował KK.

Od tego czasu Polska biednieje, coraz więcej majątku narodowego przechodzi w obce ręce, Polską rządzą globaliści-banksterzy za pośrednictwem brukselskich komisarzy i bilderbergowskiej Unii. Wykonawcami ich poleceń są polityczne marionetki okupujące polską scenę polityczną. Demokracja wmawiana nam jest fikcją. Polacy są coraz bardziej odmóżdżani, ogłupiani propagandą, skłócani.

Czy jest szansa na powstrzymanie ostatecznego upadku Polski?

Teoretycznie taka szansa istnieje.

Polska, Polacy muszą otrząsnąć się z poprawności politycznej, z propagandy kapitalizmu, liberalizmu i wolnego rynku. Muszą odrzucić fasadową pseudo-demokrację parlamentarną aby powrócić do rzeczywistej demokracji oddolnej. Maksimum władzy decydyjnej ma być skupione na dole, a nie na górze. Odrzucić należy globalizację polityczną i gospodarczą. Należy wystąpić u UE i z NATO.

W sferze duchowej Polacy powinni odbudować własną słowiańską tożsamość – powinni obudzić własną słowiańską duszę. Gromkie krzyki katolaków, że tylko pod krzyżem tylko pod tym znakiem Polska jest Polską a Polak Polakiem należy odrzucić jako historyczne oszustwo.
Katolicyzm zabił w nas nasze słowiańskie dusze, uczynił Polaków fanatykami, ślepo i bezrefleksyjnie wierzącymi w wyssane z palca jahwistyczne  „prawdy objawione”.  Doprowadził do upadku Polski w XVIII wieku. Tej dżumie umysłowej, zatruwającej żydowskimi wymysłami z biblii należy odebrać prawo do uważania się za synonim polskości. Polskość to tradycja słowiańska, to wiara i zwyczaje naszych ojców sprzed nieszczęsnego 966 roku. Polskość to Słowiańskość a nie fanatyczna żydowska sekta dla nieobrzezanych Goim zrodzona nad Jordanem.

Programem ratunku i odbudowy Polski powinien być powrót do pięknych słowiańskich tradycji. Powinniśmy odnaleźć naszą słowiańską duszę. Zamiast być jak w przeszłości przedmurzem chrześcijaństwa (co nas zniszczyło) czy jak obecnie być przedmurzem globalizmu i NATO w atakach na Białoruś i Rosję, powinniśmy odciąć się od zachodniej degrengolady. Sojuszników powinniśmy poszukać sobie wśród wschodnich słowiańskich pobratymców. W naturalny sposób stalibyśmy się wtedy…  przedmurzem Słowiańszczyzny.

Czy to się uda?
Czy uda się rozbudzić, ocucić wystarczającą ilość rodaków?
Tego niestety nie wiem. Czas pokaże…

opolczyk

Reklamy

20 komentarzy do “Polska przedmurzem…Słowiańszczyzny ?

  1. Nie= nie da sie! Moze byc pan tego pewny. Nie pomoze wcale uprawianie synkretyzmu i mieszanie we lbach…
    Nie uda sie naginajac prawde i uprawianie propagandy zamiast rzetelnej informacji.
    Slowianie nie byli politeoistami…wrecz przeciwnie wierzyli w Jednego Jedynego BOga!
    Zawsze jesli zbierali sie w wieczach wkopywali jeden pal..ktory o tym przypominal/

    Rzekome wielobostwo bierze sie z nierozumienia Teologii Slowian…. wszelkie bogi i boginki to tylko odmienne emanacje Mocy Boga Jedynego dostosowane do dziedziny danej, czy przyrody, czy zjawisk zycia!
    Nie rozumie pan tez polskiego katolicyzmu..ktory wlasnei dlatego jest „polski”:-))) ze nasaczony jest slowianskoscia..i slowianskim pojeciem Boga i Natury….
    Chrzescijanstwo bowiem stalo sie wypelnieniem Slowianskosci..stad przyjecie Chrzescijanstwa przez Slowian z Bizancjum ,,dobrowolnie – jak pisal Kniaz Mojmir..do Cesarza proszac o misjonarzy…nie mamy ksiag i nie rozumiemy pewnych zagdnien zatem przyslij nam mezow uczonych- bo to co zaczyna sie krzewic wsrod nas jest jaks mieszanina…
    830 lata…i Slowinie nie mieszaja Sw Mikolaja za trzecia osobe Boska:-))co robili pare wiekow…okazuje sie Trojca dokladnie wpisuje sie w ich pojmowanie Boga….lepiej rozumieja Tryglawa ,Velesa, Svaroga, czy Peruna…wlasnie przez objawiona Prawde.
    Takie to proste..ze az moze za proste..
    POjcie jakie pan porusza..jak tvor, metatron geometria sakralna, zrodla wykorzystania wszechobecnej energii owszem,,to co zostalo jako resztki fundamentow na jakich pracowaly te urzadzenia,,sa jako kamienne kregi megaltyczne. o tym swidczy….ale to bylo tysiace lat wczesniej…przed Druga Koliba….tego poziomu technologii nie osiagniemy chyba zbyt szybko”=____

    Polubienie

    • Panie Romeczku…
      To pan miesza we łbach.
      Synkretyzmem jest żydo-chrześcijaństwo. ST to mieszanina mitów sumeryjskich i ideologii hebrajskiej o narodzie wybranym. NT to mitologizacja Joszue i jego sekty napisana ku pokrzepieniu niewolniczych serc „nawracanych” Goim. Poczytaj pan apologetów – tych „ojców”, ojczymów, wujków i szwagrów kościoła. Pełnymi garściami czerpali w budowie doktryny z Platona, Arystotelesa. A jak pan dokładnie się doktrynie przyjrzy, to znajdzie pan w niej jeszcze i szkołę cynicką, stoików.
      Taki jest właśnie synkretyzm katolactwa, taki kogiel-mogiel – Sumer, jahwizm, greka, wymyślone bajeczki o Joszue + straszenie owieczek ogniem wiekuistym w piekle, jak będą niegrzeczne.

      Dalej – Słowianie nie mieli, nie uprawiali „teologii”. Skąd to pan wytrzasnął. Wprawdzie teologię uprawiał już Platon i Arystoteles, ale niedowiarków nie palili oni jeszcze na stosach. Dopiero jahwizm dla Goim wymyślonego przez żydowskich kapłanów Jahwe obwarował dogmatami nazwanymi teologią – a kto był innego zdania – szedł do piachu.

      Nie ma jednoznacznej opinii o wierzeniach Słowian (tylko fanatyzm katolaków wymaga jedynie słusznej doktryny). Jedni widzą w panteonie słowiańskim politeizm, inni monoteizm, a jeszcze inni henoteizm czy panteizm.
      I powiem panu szczerze, że dla mnie jest obojętne, jaką etykietkę przyklejają inni wierzeniom Słowian.
      Mieli Słowianie Trygława – boga Nieba, Ziemi i Nawii?
      Mieli!
      Mieli Świętowita, Peruna, Mokosz, Swaroga, Swarożyca, Radogosta, Welesa, Jaryłę i dziesiątki innych?
      Mieli!
      A czy byli ci bogowie i boginie „emanacjami” jedynego Trygława czy nie – to jest zwykły spór akademicki? Dla jednych być może byli emanacjami, dla innych nie – ale nikogo kto myślał inaczej nie stawiano przez trybunałem świętej inkwizycji.
      To tacy jahwiści jak pan koniecznie potrzebują jedynie słusznej wersji. A potem ślepo jej bronią.

      Chrześcijaństwo było dla Słowiańszczyzny plagami egipskimi, potopem i Armagedonem do kupy wziętymi. Prymitywni, dogmatyczni jahwiści niszczyli, wycinali święte gaje Słowian. Zamiast czcić przyrodę kazali czcić i trzęść się ze strachu przed psychopatycznym Jahwe. Radość życia zastąpili strachem przed piekłem, postami, umartwianiem się ku upodobaniu Jahwe. I mordowaniem każdego – kto myślał i/lub robił inaczej. Kult przyrody, natury zastąpili kultem relikwi – anielskich piór, domniemanych gwoździ z krzyża, kopytek osiołka jerozolimskiego czy szczebli drabiny, co przyśniła się Jakubowi.
      A już szczytem tego kołtuństwa był kult domniemanego napletka Joszue.
      http://fakty.interia.pl/ciekawostki/news/wstydliwa-relikwia,930562,18
      O poziomie duchowym i intelektualnym katolików świadczy najlepiej wielowiekowy spór teologów o to, czy Joszue „wstępując” do nieba zabrał ze sobą swój napletek, czy nie.
      I takim prymitywizmem nazywa pan Polskość?
      Wy – jahwiści, katolacy, mieliście już swoje „5 (bardzo długich) minut” w Polsce. Wasz czas się skończył. Dosyć już naszkodziliście.
      Wracajcie najlepiej do „domu”, tam – gdzie wasze miejsce – nad Jordanem, na Synaju, na Golgocie.
      W słowiańskim kraju jesteście ciałem obcym, wirusem i złośliwym nowotworem.
      A jeśli już tu się zagnieździliście, to przyjmijcie przynajmniej do świadomości, że Polska jest krajem słowiańskim, a nie katolackim. Wy jesteście tutaj V kolumną żydzizmu, która myśli że Polska to ich własność.

      Polubienie

    • http://www.cai.org/files/theme-sheets/pl/a2/sa2024pl.pdf

      „Gdy zastanowimy się, jak często Kościół umiejętnie potrafił zasiać ziarna nowej wiary na starej pogańskiej glebie, możemy założyć, że uroczystości wielkanocne związane ze śmiercią i zmartwychwstaniem Chrystusa oparte były na podobnych obrządkach ku czci zmarłego i powracającego do życia Adonisa, które, jak wolno nam przypuszczać z przytoczonych uprzednio dowodów, obchodzone były w Syrii o tej samej porze roku. Typ pogrążonej w żałobie bogini z umierającym w jej ramionach kochankiem przypomina i mógł być wzorem dla motywu pięty w sztuce chrześcijańskiej, dla postaci Najświętszej Panny z martwym ciałem jej boskiego Syna, której najwspanial­szym przykładem jest rzeźba Michała Anioła w bazylice Św. Piotra. Ta szlachetna grupa, w której straszliwy ból matki kontrastuje w tak cudowny sposób ze spokojem śmierci u jej Syna, jest jedną z najwspanialszych kompo­zycji w marmurze. Starożytna sztuka grecka przekazała nam niewiele równie pięknych arcydzieł i ani jednego tak bardzo wzruszającego. W związku z tym warto przypomnieć powszechnie znane stwierdzenie św. Hieronima. Opowiada on, że w Betlejem miejsce, w którym zgodnie z tradycją narodził się Chrystus, ocienione było gajem jeszcze starszego syryjskiego boga Adonisa i że w tym miejscu, gdzie zapłakało Dziecię Jezus, opłakiwano kochanka Wenus. Chociaż nie mówi on tego wyraźnie, wydaje się, iż Hieronim uważał, że poganie zasadzili gaj Adonisa już po urodzeniu Chrystusa, by zbezcześcić święte miejsce. Mógł się mylić. Jeśli Adonis istotnie był, jak dowodziłem, duchem zboża, trudno o bardziej odpowiednik dla niego miejsce zamieszkania aniżeli Betlejem (Dom Chleba) i być może czczono go w tym Domu Chleba na długo przed narodzeniem się Tego, który powiedział: „Ja jestem chlebem życia.” Jeśli nawet przyjmiemy hipotezę, że Adonis znalazł się po Chrystusie, a nie przed Nim, w Betlejem, wybór tej smutnej postaci dla oderwania chrześcijan od ich Boga musimy uważać za niezwykle trafny, jeśli przypomnimy sobie podobieństwo obrządków ku czci śmierci i zmartwych­wstania obu. Jedną z najwcześniejszych siedzib kultu nowego Boga była Antiochia i tu, jak widzieliśmy, śmierć starego boga obchodzono co roku bardzo uroczyście. Okoliczności towarzyszące wjazdowi cesarza Juliana w czasie święta Adonisa pozwolą, być może, ustalić datę tej uroczystości. Gdy cesarz zbliżał się do miasta, przyjęto go modlitwami, jak gdyby był bogiem, i zdziwiły go głosy tłumu wołającego, że gwiazda zbawienia zaświtała na wschodzie. Był to niewątpliwie jedynie okolicznościowy komplement służal­czego wschodniego tłumu dla rzymskiego imperatora. Ale jest również rzeczą możliwą, że regularne wschodzenie jasnej gwiazdy stanowiło sygnał do rozpoczęcia święta, i tak się mogło złożyć, że gwiazda pojawiła się nad horyzontem właśnie w chwili przyjazdu cesarza. Przypadek taki musiałby pobudzić wyobraźnię przesądnego i podnieconego tłumu, który w związku z tym powitał wielkiego człowieka jako bóstwo zapowiedziane przez znak na niebie. Być możfe zresztą, że cesarz pomylił okrzyki skierowane do gwiazdy i przyjął je jako powitanie. Otóż Astarte, boska kochanka Adonisa, identyfi­kowana była z planetą Wenus, a jej przemiana z gwiazdy porannej w wieczor­ną śledzona była uważnie przez babilońskich astronomów, wróżących z jej pojawiania się i znikania. Możemy więc z tego wyciągnąć wniosek, że święto Adonisa zbiegało się z pojawieniem się Wenus jako gwiazdy porannej lub wieczornej. Ale gwiazda, którą powitali mieszkańcy Antiochii, ukazała się na wschodzie, jeśli więc była to Wenus, to jedynie jako gwiazda poranna. W Afaka w Syrii, gdzie znajdowała się słynna świątynia Astarte, sygnałem do rozpoczęcia uroczystości było pojawienie się meteoru spadającego w niektóre dni jak gwiazda ze szczytu góry Liban do rzeki Adonis. Uważano, że tym meteorem jest Astarte, a jej lot powietrzny mógł być tłumaczony jako zstąpienie zakochanej bogini w ramiona kochanka. W podobny sposób w Antiochii i innych miastach pojawienie się gwiazdy porannej w dniu święta mogło być witane jako przybycie bogini miłości, która zjawiła się, by obudzić swego zmarłego kochanka spoczywającego na ziemskim łożu. Jeśli więc l.;ik było, możemy przypuścić, że ta właśnie gwiazda poranna prowadziła Mędr­ców Wschodu do Betlejem, do owego uświęconego miejsca, które słyszało, jak twierdzi św. Hieronim, płacz Dziecięcia Jezus i lament nad Adonisem.

      […]W każdym razie nie ulega wątpliwości, że religia Mitry była poważnym rywalem chrześcijaństwa łącząc uroczysty rytuał z dążeniem do czystości moralnej i nadzieją na nieśmiertelność. Przez pewien nawet czas wynik walki między dwiema religiami pozostawał w zawieszeniu. Pouczającą pozostałością tej długiej walki jest nasze święto Bożego Narodze­nia, które Kościół, jak się zdaje, zapożyczył bezpośrednio u swego pogańskie­go rywala. W kalendarzu juliańskim dzień 25 grudnia uważany był za zimowe przesilenie i dzień narodzin słońca, ponieważ od tej zwrotnej daty dzień staje się dłuższy, a słońce nabiera coraz większej siły. Niezwykłe było święto boskich narodzin w tej postaci, w jakiej obchodzono je w Syrii i Egipcie. Celebranci udawali się do wewnętrznych kaplic, z których wypadali o półno­cy z głośnymi okrzykami: „Dziewica powiła! Światło przybywa!” Egipcjanie przedstawiali nawet nowo narodzone słońce w postaci niemowlęcia, które w dniu jego urodzin, w zimowe przesilenie, pokazywali wiernym. Nie ulega wątpliwości, że dziewica, która poczęła syna i wydała go na świat 25 grudnia, była wielką wschodnią boginią, zwaną przez Semitów niebiańską dziewicą lub po prostu niebiańską boginią. W krajach semickich była ona jedną z odmian Astarte. Otóż wyznawcy boga Mitry identyfikowali go ze słońcem czy też, jak je zwali, Niezwyciężonym Słońcem. Stąd też jego dzień urodzenia przypadał również dwudziestego piątego grudnia. Ewangelie nie wspominaj ą o dniu narodzenia Chrystusa i zgodnie z tym starożytny Kościół święta takiego nie obchodził. Z czasem jednak egipscy chrześcijanie zaczęli uważać szósty stycznia za dzień Bożego Narodzenia i zwyczaj upamiętnienia narodzin Zbawiciela w tym dniu rozpowszechniał się stopniowo, aż w czwartym wieku przyjął się na całym Wschodzie. Ale pod koniec wieku trzeciego i na początku czwartego Kościół zachodni, który nigdy nie uznawał szóstego stycznia za dzień Bożego Narodzenia, przyjął datę dwudziestego piątego grudnia jako prawdziwą, a z czasem decyzję tę uznał również Kościół wschodni. W Antiochii zmianę tę wprowadzono dopiero około roku 375.

      Czym kierowały się władze kościelne ustanawiając święto Bożego Narodze­nia? O motywach tej innowacji mówi z całą szczerością pewien pisarz syryjski, sam zresztą chrześcijanin. Powód, dla którego Ojcowie Kościoła przenieśli uroczystość z szóstego stycznia na dwudziestego piątego grudnia – opowiada – jest następujący: „Istniał wśród pogan zwyczaj święcenia tegoż samego dwudziestego piątego grudnia jako dnia narodzin słońca, kiedy to na znak święta palono światła. W tych uroczystościach i obrządkach brali również udział chrześcijanie. Gdy więc Doktorzy Kościoła stwierdzili, że chrześcijan pociąga ta uroczystość, naradzili się i postanowili, by tego dnia obchodzone było prawdziwe Boże Narodzenie, a szóstego stycznia święto Trzech Króli. W związku z tym zachował się zwyczaj palenia świateł aż do szóstego.” Na pogańskie pochodzenie Bożego Narodzenia niedwuznacznie wskazuje, a na- wet milcząco to przyznaje, Augustyn, gdy napomina swych braci chrześcijan, by nie obchodzili tego dnia jak poganie ku czci słońca, lecz ku czci tego, który słońce stworzył. W podobny sposób Leon Wielki potępiał zgubne wierzenie, że Boże Narodzenie obchodzone było uroczyście ze względu na narodziny nowego słońca, a nie z powodu narodzin Chrystusa.

      Tak więc okazuje się, że Kościół chrześcijański obrał datę dwudziestego piątego grudnia dla obchodzenia urodzin swego Twórcy w celu odwrócenia nabożności pogan od słońca i przeniesienia jej na tego, który zwany był Słońcem Sprawiedliwości. Jeśli tak było istotnie, to całkiem możliwy staje się domysł, że podobnymi motywami kierowały się władze kościelne, dostosowu­jąc wielkanocne święto śmierci i zmartwychwstania Pana do uroczystości śmierci i zmartwychwstania innego azjatyckiego boga, która wypadała w tej samej porze roku. Obrządki wielkanocne przestrzegane nadal w Grecji, na Sycylii i w południowych Włoszech są pod pewnymi względami bardzo podobne do rytuału Adonisa i, jak już sugerowałem, Kościół, być może, świadomie dostosował nowe święto do pogańskiego poprzednika w celu zdobycia dusz dla Chrystusa. Nastąpiło to jednak raczej w greckiej aniżeli w łacińskiej części starożytnego świata, wydaje się bowiem, że kult Adonisa nie pozostawił głębszego śladu w Rzymie i na Zachodzie. Pewne jest, że kult ten nigdy nie wszedł w skład urzędowej religii rzymskiej. Miejsce, które mogłoby mu przypaść w uczuciach pospólstwa, zajęte już było przez podobny, chociaż bardziej barbarzyński kult Attisa i Wielkiej Matki. Otóż w Rzymie śmierć i zmartwychwstanie Attisa obchodzono oficjalnie dwudziestego czwartego i dwudziestego piątego marca, ten ostatni zaś dzień uważano za wiosenne zrównanie i dlatego za najbardziej odpowiednią datę wskrzeszenia boga roślinności nieżyjącego czy też śpiącego przez całą zimę. Zgodnie jednak ze starożytną i rozpowszechnioną tradycją Chrystus cierpiał na krzyżu dwudziestego piątego marca i wobec tego niektórzy chrześcijanie obchodzili ukrzyżowanie tego właśnie dnia niezależnie od fazy księżyca. Zwyczaj ten był z pewnością przestrzegany we Frygii, Kapadocji oraz Galii i mamy podstawy przypuszczać, że przez pewien czas również w Rzymie. Tak więc tradycja głosząca, że śmierć Chrystusa nastąpiła dwudziestego piątego marca, była dawna i głęboko zakorzeniona. Jest to tym ciekawsze, że względy astronomi­czne dowodzą, iż nie może ona mieć żadnych podstaw historycznych. Wypły­wa z tego, jak się zdaje, wniosek nieodparty, że męczeństwo Chrystusa zostało samowolnie odniesione do tej daty, by harmonizowało ze starszym świętem wiosennego zrównania. Tego zdania jest uczony historyk Kościoła monsignor Duchesne1, wskazujący na to, że śmierć Zbawiciela przypadała dzięki temu na dzień uchodzący w powszechnym mniemaniu za dzień stworzenia świata. Ale zmartwychwstanie Attisa łączącego w sobie postacie boskiego ojca i syna, było oficjalnie obchodzone w Rzymie tego samego dnia. Jeśli przypomnimy sobie, że dzień św. Jerzego w kwietniu zastąpił dawne pogańskie uroczystości Parilia, że dzień św. Jana Chrzciciela w czerwcu zajął miejsce pogańskiego święta letniego przesilenia i wody, że wniebowzięcie w sierpniu wyrugowało święto Diany, że Dzień Zaduszny w listopadzie jest kontynuacją starego pogańskiego święta umarłych i że nawet narodziny Chrystusa wyznaczono na zimowe przesilenie, ponieważ przypadał wtedy dzień urodzin słońca, wów­czas nie będzie bynajmniej przypuszczeniem pochopnym i nierozsądnym, jeśli założymy, że inne wielkie święto Kościoła chrześcijańskiego, Wielkanoc, mogło być w podobny sposób i z podobnych budujących przyczyn dostosowa­ne do święta frygijskiego boga Attisa, które przypadało w dzień wiosennego zrównania.

      Zbieżności świąt chrześcijańskich z pogańskimi są zbyt liczne i bliskie, by mogły być czystym przypadkiem. Świadczą one o kompromisie, na który Kościół musiał pójść w godzinie swego zwycięstwa wobec swych pokonanych, ale wciąż jeszcze niebezpiecznych rywali. Nieugięty protestantyzm prymi­tywnych misjonarzy, żarliwie potępiających pogaństwo, został zastąpiony giętką polityką, wygodną tolerancją, wyrozumiałością mądrych władz koś­cielnych pojmujących, że chrześcijaństwo może podbić świat jedynie rozluź­niając zbyt sztywne zasady swego Twórcy, rozszerzając troszeczkę wąską furtkę prowadzącą do zbawienia”. – Georg Frazer, Złota Gałąź

      Polubienie

      • „Słowian cechowała wolność – również w wyborze bogów, których
        zmieniano,jeśli było to korzystne dla społeczności. Przy łączeniu się różnych plemion,
        wszystkich bogów włączano do kultowych obrzędów, bez urażania uczuć religijnych
        nawet małych grup społecznych. I nikomu nie przeszkadzała mnogość kultów
        sprowadzająca się przecież do zapewnienia ludziom spokoju sumienia, a plemieniu
        – wszelkiej pomyślności. Dlatego pomorscy poganie nie atakowali chrześcijan,
        nie prześladowali ich i nie przeciwstawiali się im, rozumiejąc, że każdy
        człowiek ma prawo do swojego boga, wyznania i miejsca religijnego kultu. Po
        prostu szanowali wolność wyznania. Misjonarze bez przeszkód znajdowali u
        Pomorzan gościnę w myśl pogańskiej zasady, aby spragnionego napoić, głodnego
        nakarmić, a wędrowcowi zapewnić dach nad głową. Goście mogli bez przeszkód
        głosić chrześcijańską religię, chwalić swojego boga, a nawet wznosić jemu
        świątynie, byleby nie szargali miejscowych świętości. (…) Uroczysty chrzest
        przez zanurzenie się w wodzie, obrządek a nawet i ofiara dla nowego boga były
        interesującym uzupełnieniem kultu starych pogańskich bogów. Stanowiły też
        dodatkowe urozmaicenie monotonii codziennych zajęć pełnych trudu i znoju
        związanego z pracą na roli. (…) Słowianie nie znali siedmiodniowego tygodnia
        z
        wolną od zajęć niedzielą. A lubili uroczystości i uczty, więc cieszyli się z
        kolejnych dni świątecznych, jakie niosło chrześcijaństwo. Nie widzieli
        przeszkód dla zgodnej koegzystencji wielu bogów, z których każdy wnosił dobro i
        pomyślność w ich pracowite życie. Wkrótce po misji chrystianizacyjnej w
        Szczecinie jeden z pogańskich kapłanów doradził, aby obok chrześcijańskiego
        kościoła „pobudować przybytki należne dawnym bogom, przez co i jego, i ich
        przychylność mieć będziemy”. I Słowianie ten pomysł niezwłocznie
        zrealizowali. Dopiero, gdy kapłani chrześcijańskiego boga zaczęli szkalować
        pogańską wiarę oraz żądać, aby Słowianie innych bogów odrzucili, stanowczo
        domagając się zniszczenia ich świątyń i posągów, zaczynają się protesty oraz
        baczniejsza obserwacja nowej religii. A gdy do tego dochodzą dużo wyższe datki
        i ofiary dla nowego boga oraz dziwne wymagania dotyczące życia osobistego i
        rodzinnego, małżeństwa i pochówku, jedzenia z wymuszonym postem wreszcie
        niezrozumiały zakaz pracy w niektóre dni nawet w najgorętszym okresie żniwnym,
        pogański opór staje się wyraźny i jawny.” „Pogańskie tajemnice Pomorza”. Wrzesława Mechło

        Polubienie

  2. Pingback: Polska przedmurzem …Słowiańszczyzny? « Grypa666's Blog

  3. Slowianie nie byli politeoistami…wrecz przeciwnie wierzyli w Jednego Jedynego BOga!”- 😀 sensacja!W niepokalane poczęcie Swarożyca pewnie też 😉 Rodzimowiercy byli są i będą politeistami,czy się to komuś podoba czy nie.Własną religię mogą definiować tylko jej wyznawcy a nie „słowianolodzy”.

    Polubienie

  4. Mezamir//tak masz prawo do definiowania swojej religii! Ale nie usiluj definiowac religii Slowian:-)) Bo to dwie rozne rzeczy.
    To co wam sie wydaje- to tylko wasze opinie. Wolno wam ja miec..ale nie usilujcie wcisnac kitu, ze to religia Slowian:-)) To wasza religia..synkretyzm propagandowo polityczny! Wasza ideologia..bo nawet tego nie mozna nazwac doktryna.
    Ja nie dyskutuje waszej religii, waszej liturgii czy dogmatyki..wolno wam skladac swoje zertwy na ktore mozecie rznac koguty, owieczki- czy nawzajem swoje zony i corki..ale panowie to WASZA religia…. a nie .. Slowian:-))
    Tak- jak powiostki pana Andrzeja o katolicyzmie i jego argumenty:-)) nie sakatolicyzmem:-))
    Wy panowie poprostu nie dosc ze nie wierzycie .nie macie takiej potrzeby….jestescie tzw praktykujacymi- chociaz to tez naduzycie pojecia- ateistami,ktorzy dla celow politycznych, czy tez innych- nie chce zgadywac,,, pozujecie na Slowian.
    Nie jestescie niczym wyjatkowym..takich- jak wy sa tysiace grup, sekt wskrzesicieli Zoroastera, kutu MItry, Horusa, Izyda etc…na calym swiecie!
    Chrzescijanstwo i jego zasady mieszcza sie na dwoch kartkach a-4.. moze zapoznajcie sie najpierw- czym ono jest:-)).
    W co wierza Chrzescijanie miesci sie w krotkim Credo…
    Panie Andrzeju…to jak pan pisze:cyt:
    A czy byli ci bogowie i boginie “emanacjami” jedynego Trygława czy nie – to jest zwykły spór akademicki? …..”
    Tez sie tak tylko panu wydaje. Slowianie nie mieli co do tego zadnych watpliwosci.
    Czy mozna wskrzesic to co bylo przed tysiacami lat???
    NIe!
    Dzis juz nie ma Slowian i nie bedzie! Dzis w ich miejsce sa Rosjanie, Polacy, Czesi etc…kazdy z tych narodow powstal w swoim czasie .Polacy 14 wiek…
    My wszyscy jestesmy zstepnymi Slowian…tak- jak wy zstepnymi swoich dziadkow…ale dziadkami nigdy nie bedziecie. Mozecie probowac..wolno wam…ale najpierw nauczie sie ,,co, czy kto…. jest nowotworem:-)))
    A panie Andrzejku..synkretyzm to nie pojecie religijne ale filozoficzne.,jesr ono neutralne to poprostu sposob filozofowania uprawiany przez oszustow intelektualnych …z zasady nieukow:-)), ktorzy z braku wiedzy dokonuja skrotow i mieszaja Wypisy Roznosci, z ktorych czerpia swoje argumenty:-)))
    Porownujac to do medycyny synkretyk to taki pseudo filozof taki sam jak nieuk pseudo chirurg, ktory przyszywa odbyt w miejsce ust, ucho w miejsce odbytu..i przekonuje…. ze to doskonly zabieg, bo udalo mu sie zrobic ..advocata”=___

    Polubienie

    • Panie Romku…

      Pyskówki nie będzie…
      Chyba napiszę coś o tym, jak powstało chrześcijaństwo i pana kochany katolicyzm.
      Bo te „dwie kartki A4” z zasadami katolicyzmu to „odrobina” przesady. To były wieki wykuwania doktryny, kiedy wylano morze atramentu i dużo krwi…
      A w obronie doktryny, przy jej narzucaniu innym wylano ocean krwi. W imię domniemanego syna bożego, który nakazywał kochć, przebaczać i nadstawiać drugi policzek.
      Ja wiem, że Słowiańszczyzny, tej sprzed 11 wieków, nie wskrzesimy. Ale można odbudować jej Ducha – można odtworzyć Duszę Słowiańską, przedjahwistyczną, nie skażoną watykańską dogmatyką i fanatyzmem.
      No i nad tym pracuję.

      Polubienie

  5. PIsze Mizamir:
    Słowian cechowała wolność – również w wyborze bogów, ,,,,

    Oni wiedziei- ze jest Jeden Bog….:-))) co by nie wybral, co nie nazwal..wiadomo, ze jest stale to samo. Jedno. Jedyne.
    Stad Slowianie smiali sie z Grekow…ze wierza w balwany ,ktore sobie sami wyciosali:-)) o czym pisali otwarcie ..sami Grecy:-))

    Polubienie

  6. RomanK rozmawiał z Prasłowianami i wie co mieli na myśli pisząc o Jedni 🙂 o tym że wszystko jest ze sobą połączone i tworzy jedność,wie każdy szaman z dowolnego rejonu świata,problem w tym że chrześcijaństwo postanowiło uznać Absolut o którym pisał Sokrates za boga osobowego i przyjmując postawę wyższościową wobec każdego innowiercy,zaczęli ludzi indoktrynować.Jedni ulegli indoktrynacji reszta na szczęście nie.

    Szaman mówiąc o Jedności wszystkiego nie neguje różnorodności na żadnym z poziomów Natury,czyli skoro małe jest odbiciem dużego i „jako w niebie tak i na ziemi”-Hermes Trismegistos,wniosek może być tylko Jeden:różnorodność na poziomie minerałów,roślin,zwierząt i ludzi,jest odbiciem różnorodności na poziomie boskim 🙂

    i nie ważne co się komu wydaje na temat wiary Prasłowian.Można sobie wierzyć w zabobon o zacofaniu naszych przodków,w to że Ziemia jest płaska,Galileusz był satanistą itp.

    Synkretyzm?Przyganiał kocioł garnkowi 😀 a konkretnie to gdzie ten synkretyzm?Rodzimowiercy kradną święta katolikom co nie? 😀

    Kradzenie kradzionego
    http://blogosfera.pantheion.pl/feanaro/2010/12/19/kradzenie-kradzionego/

    Polecam książkę pt Kult św Mikołaja na Rusi,400 stron na temat Welesa 🙂 i jeszcze Mitologię Chrześcijańską Philippe Waltera proszę sobie przeczytać ,a potem można się do woli kompromitować zarzucając rodzimowiercą synkretyzm 🙂

    Polubienie

  7. Odwrotnie od pana- Mezamir- nie pretenduje do posiadania nadprzyrodzonych zdolnosci..nie rozmawiam ze zmarlymi, ani ich duchami:-)))
    Nie opowioadam tez odwrotnie niz pan czegos z niczego, czyli prosto z glowy:-)) i nie odgaduje co autor mial na mysli…i odwrotnie od pan nie wkladam w pana usta czegos czego pan nie powiedzial.
    Czytam stare raporty swiadkow i doniesienia.(.w tym przypadku Prokopa z Cezarei.)..ktory zdawal relacje cesarzowi….
    Synkretyzm..:-))to nie kradzenie Swiat…w zasadzie swieta sa zawsze wspolne,,interpretacje inne.
    http://pl.wikipedia.org/wiki/Synkretyzm.
    .ladnie pan to ujal: i nie ważne co się komu wydaje na temat .
    .zeby pan to jeszcze uprawial:-))) Wazne jest to co jest ,jak jest i czym -kim jest!
    Czytalem polecona literature w….. mlodosci:-)))
    Ja nie zarzucam Rodzimowiercom synkretyzmu..oni go nei uprawiali. Ja zarzucam synkretyzm pseudo rodzimowiercą_// ..dokladnie takim- jak pan. Bo wy go uprawiacie.

    Polubienie

  8. Dusza slowianska panie Andrzeju istnieje,,istniala caly czas…i ewoluuje…ewoluuje ale istnieje i jest..nie trzeba nic odbudowywac!
    Przypominac tak..ale przypominac nalezy prawdziwe informacje,,ktore pojawiaja sie masowo wlasnie w ciagu ostatnich 12 lat….wczesniej nie mielismy o nich pojecia!
    Napewno wieciew panowiew ze skonczyla sie wlasnie Noc Swaroga.. i wstaje Dzien Svaroga!
    To dla nas wszystkich potomkow Slowian wielkja szansa,,nalezy ja wykorzystac!
    Tak wiele dzieje sie w Rosji na Slowacji…

    Dusza słowiańska przetrwała, choć katolactwo robiło co mogło, aby ją wymazać, zniszczyć, zetrzeć z powierzchni ziemi. Bo katolakom pachniała ona pogaństwem, bałwochwalstwem i innymi sprośnościami w oczach ich plemiennego Jahwe.
    Nie można być jednocześnie katolikiem i Słowianinem. Bo nie można równocześnie „dwóm panom służyć”! I pan – katolik – tego nie wie? Przecież Joszue tego nauczał.

    opolczyk

    Polubienie

  9. ”Każdy naród i obszar ziemi ma swoich dawnych bogów i duchy.To one stanowią świętą energię waszej Ziemi.Z nimi powinniście szukać porozumienia i od nich powinniście oczekiwać pomocy”.Tenzin Wangyal Rinpocze

    „Powinno się wyznawać religię swojego kraju” -Dalajlama

    Naród kładzie na swych bogach pieczęć swej narodowości.

    Każdy to rozumie tylko nie „żyd duchowy”=katolik/judeochrześcijanin/muzułmanin,misjonarze.

    Polubienie

    • „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”

      Żydzi pozostali wierni temu przykazaniu i Jahwe im to wynagradza.

      A tych, co odrzucili własnych bogów i przyjęli żydowskiego Jahwe, Joszuę, żydówkę Miriam ja osobiście nazywam żydłakami.
      Tylko ślepy nie dostrzega pewnego sprzężenia zwrotnego – im goręcej Polacy modlili się do Jahwe – tym lepiej powodziło się polskim Żydom. Bo Jahwe wysłuchiwał modlitw Polaków – ale po swojemu. Pomagał, błogosławił, owszem – ale swoim. A nie nieobrzezanym Polaczkom-żydłakom.

      Polubienie

  10. Żydzi tak,ale „żyd duchowy” to goj wyznający religię wybrańców,czyli ktoś kto cudzych bogów szuka mimo że ma własnych.

    Twój „żyd duchowy” to mój żydłak. Nie doczytałeś…
    opolczyk

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.